Zmierzch ery pracoholików

Hmm nawet ciekawy artykuł,o którym przeczytałem na jednym z moich ulubionych blogów i wobec tego pozwoliłem go sobie tutaj wkleić 😛 chyba trochę tego o czym w nim mowa dotyczy się mnie bezpośrednio, ale jeszcze nie znalazłem złotego środka :/ no i jest dodatkowy problem:

„(…)Dla młodych kariera to nie tylko możliwość dorobienia się (…) Jeśli trafią do miejsca, w którym pozwala się im rozwinąć skrzydła, to dadzą z siebie wszystko. Problem tylko w tym, że w Polsce pracy dla nich jest bardzo mało.”

Ciekaw jestem kiedy to się zmieni, bo jak na razie nie widać by miało to stać się  to szybko. :/ zwłaszcza, że w pełni się z tym zgadzam:

„Paradoksalnie młodzi, wykształceni Polacy mają większą szansę na ciekawą i ambitną pracę na Zachodzie niż w kraju, bo tam właśnie są centra badawczo-rozwojowe oraz zapotrzebowanie na wiedzę i kreatywne myślenie. Dlatego uważam, że w najbliższych latach skala emigracji będzie rosła, bo Polska tych młodych ludzi sama z kraju wypycha.”

Całość niżej lub tu

Dwudziestolatkowie nie żyją po to, żeby się napracować, zarobić, napłodzić dzieci, najeść się, zachorować, przeżegnać i umrzeć – a tak postrzegają harujących w korporacjach 30- i 40-latków. Według psychologa społecznego prof. Janusza Czapińskiego wychowane przez Internet tzw. pokolenie Y chce żyć przyjemnie.

Lekarze alarmują, że 30- i 40-latkowie mają coraz większe problemy ze zdrowiem. Skarżą się na depresje, problemy gastryczne, choroby serca i alergie. Co robią źle?

Dali się zapędzić do niewolniczej pracy i powoli zaczynają się pojawiać tego konsekwencje. Co prawda po trzydziestce są to na razie jednostki. Poważne problemy pojawiają się dopiero bliżej czterdziestki.

Jak to się stało, że pokolenie 30- i 40-latków godzi się na pracę w tak morderczym rytmie? Zależy im na awansie? Chcą wywołać zazdrość sąsiadów? Czy może pamiętając swoje dzieciństwo w szarym PRL, chcą kupić sobie zabawki, których wtedy nie mieli – samochód, dom… A wszystko to na kredyt?

Do niedawna praca w korporacjach była bardzo modna. Ludzie o nią zabiegali, bo oznaczała nie tylko duże pieniądze, ale także wygodne życie i ściśle określone ścieżki kariery. Taka praca była pewna. Kto tam trafił, miał gwarancję zatrudnienia. Wtedy łatwo było zaciągnąć kredyt. Zresztą same banki ich do tego namawiały. Nikt nie spodziewał się, że przyjdzie taki kryzys. Ale przyszedł. Stracili pracę, mają kłopoty ze znalezieniem kolejnej, banki domagają się zwrotu pożyczki, a ludzie żyją w ciągłym stresie.

Czy 20-latkowie patrząc na swoich rodziców i na starszych kolegów, chcą żyć lepiej? Zdrowiej?

Może to zaskakujące, ale młodzi 20-letni żyją dziś zupełnie inaczej niż ich rodzice. Widzą, co się dzieje ze starszym pokoleniem, i to utwierdza ich w przekonaniu, że żyć należy inaczej. Oni już wiedzą, że nie można spędzać całego dnia w nudnej pracy, bo to właśnie kończy się wypaleniem zawodowym, kłopotami i ciągłymi wizytami u lekarzy. Patrzą na nich i nie mogą uwierzyć, że oni sami, z własnej woli zamknęli się w domu i w pracy jak w twierdzy. Nie obejrzeli świata, smaków nie poznali… Znają smak sushi? Nie znają przecież… Dwudziestolatki zamiast biegać po szpitalach, wolą żyć przyjemnie. To pokolenie hedonistów – zgadzają się robić tylko to, co daje im zadowolenie.

I jak planują życie?

Oni chcą żyć kolorowo. Oczywiście rzucają palenie, które najczęściej i najmocniej odbija się na zdrowiu, ale od innych używek nie stronią. W tym pokoleniu jest dwa razy więcej alkoholików niż w pokoleniu ich rodziców. Lubią pić, bo wtedy lepiej się bawią. Nieobce są im też narkotyki – liczba osób z nich korzystających wzrosła w ostatnich latach aż czterokrotnie. Wśród młodzieży królują amfetamina i marihuana. Czasami wpadają z tego powodu w silne uzależnienie.

Ale uzależnienie od pracy już im chyba nie grozi. To nie jest pokolenie pracoholików. W przeciwieństwie do 30-latków i 40-latków nie wezmą udziału w wyścigu szczurów, nie będą siedzieli w pracy po godzinach. Kiedyś jeden z rekruterów opowiadał mi o chłopaku, który nie chciał podjąć proponowanej pracy, bo nie mógłby wtedy latać na paralotni. A to była jego pasja.

Dwudziestolatkowie to nie są osoby, które wyrabiają nadgodziny i tłuką kasę. Oni są zadaniowi. Czas dzielą sprawiedliwie między poszczególne aspekty życia i z niczego nie rezygnują. Jest robota, ale potem są też pub, spotkanie towarzyskie, spotkanie internetowe w portalu społecznościowym, atrakcyjna wycieczka. Nie żyją po to, żeby się naharować, zarobić, napłodzić dzieci, najeść się, przeżegnać i umrzeć.

Nie zależy im na pieniądzach?

Liczą się z pieniędzmi, ale zdecydowanie większy sens widzą w samej pracy. Szmal ma dla nich drugorzędne znaczenie. Natomiast praca ma być wyzwaniem, a nie obowiązkiem spędzania wielu nudnych godzin. Jeśli mieliby tylko odbębniać osiem godzin, to rezygnują z podjęcia takiej pracy.

A potem narzekają, że są bez pracy albo pracują na tzw. umowach śmieciowych. Doradcy zawodowi często opowiadają, że gdy szukają pracowników, to chętnych zazwyczaj brak.

Bardzo często zwracają się do mnie wysokiego szczebla menedżerowie i proszą, abym pomógł im znaleźć kontakt z najmłodszymi pracownikami. W czym jest problem? Otóż ci ludzie próbują zarządzać młodym zespołem przy pomocy starych metod, które doskonale się sprawdzały, gdy byli młodzi. Obiecują im podwyżki albo premie, czasami grożą wyrzuceniem z pracy. I trafiają na mur, bo takie argumenty do młodych nie trafiają. Młodzi słuchają ich i myślą sobie: „Możesz mnie wywalić stary zgredzie, ja i tak się nie zmienię”. Mogą pozwolić sobie na taką nonszalancję, bo wiedzą, że nowa praca dla nich i tak się znajdzie – są młodzi, wykształceni, znają języki. Poradzą sobie – jak nie w kraju, to za granicą.

I co pan radzi tym menedżerom, którzy się do pana zgłaszają?Żeby sami się zmienili, innego wyjścia nie ma. Dla młodych kariera to nie tylko możliwość dorobienia się. Nie chodzi o sprzęt kuchenny, dom i samochód. Oni żyją w zupełnie innym wymiarze. Dla nich kariera to możliwość rozwijania się, rozwijania własnych umiejętności, czerpania radości z tego, co się robi i za co dostaje się pieniądze. Jeśli trafią do miejsca, w którym pozwala się im rozwinąć skrzydła, to dadzą z siebie wszystko. Problem tylko w tym, że w Polsce pracy dla nich jest bardzo mało.

Według najnowszych badań CBOS 36 proc. młodych do 24. roku życia chce szukać pracy za granicą.

Nasza gospodarka jest mało innowacyjna. Pracujemy, bo realizujemy cudze pomysły, a praca odtwórcza to dziś dla młodych zdecydowanie za mało. A innych ofert nie ma, stąd taka popularność emigracji. Paradoksalnie młodzi, wykształceni Polacy mają większą szansę na ciekawą i ambitną pracę na Zachodzie niż w kraju, bo tam właśnie są centra badawczo-rozwojowe oraz zapotrzebowanie na wiedzę i kreatywne myślenie. Dlatego uważam, że w najbliższych latach skala emigracji będzie rosła, bo Polska tych młodych ludzi sama z kraju wypycha. A że nic ich tu nie trzyma – ani rodzina, ani kredyty na mieszkanie – to jadą chętnie. Zwłaszcza że barierą przestaje dla nich już być nieznajomość języków obcych.

Chyba nie do końca tak jest, że nic ich tu nie trzyma. Ludzie są przecież związani ze swoją ojczyzną, rodziną i środowiskiem lokalnym.

To pokolenie Internetu, a sieć nie ma ojczyzny. Wśród 20-latków mniejsze znaczenie ma też rodzina, a z rodzicami, nawet gdy wyrośli już z okresu buntu i dobijają trzydziestki, trudno im złapać kontakt. Dla nich podstawą funkcjonowania są przyjaciele. W tym pokoleniu ponaddwukrotnie wzrosła wartość przyjaciół w stosunku do tego, co było 20 lat temu. Bo są elementem stylu życia, spotykają się z nimi i chcą spotykać. Nie chcą siedzieć do 20 w pracy, potem wracać i oglądać tę samą twarz żony, męża i dzieci. Chcą być w coraz to innym towarzystwie. Nie przywiązuje ich do kraju także religia, bo aż 40 proc. z nich do kościoła nie chodzi. Zdecydowanie dzisiejsi 20-latkowie nie są patriotami.

11 listopada manifestowało sporo młodych ludzi.

Nie uogólniajmy. Kilka tysięcy młodych to nie cała populacja. Tam byli fighterzy, ale to nie oni stanowią większość. Nie oni tworzą normy kulturowe, które w tym pokoleniu obowiązują. Oni się liczą 11 listopada w telewizorze, w pozostałe dni już nie.

Ale w pewnym momencie ci młodzi Polacy też się przecież pobierają i mają dzieci.

Coraz rzadziej. W ostatnich latach liczba małżeństw stopniała – jeżeli już, to prędzej zdecydują się na luźny związek. Mają też mniejszą ochotę na posiadanie dzieci, co też świetnie widać w statystykach. Becikowe raczej tego trendu nie odwróci.

A co odwróci? Rząd właśnie zapowiedział nowy program polityki rodzinnej, którego głównym elementem jest długi, bo aż roczny urlop rodzicielski. Czy te ułatwienia zachęcą młodych do rodzenia dzieci?

Szansa jest raczej niewielka. Oni stawiają na samorozwój, nie widzą wyzwania czy szansy w wychowywaniu pierwszego, drugiego czy trzeciego dziecka. Owszem, gdyby państwo zapewniło im dochód od każdego dziecka w wysokości – powiedzmy – 1000 zł miesięcznie (licząc na dzisiejsze warunki), to pewnie spora część z nich by się skusiła. To byłby dobry interes dla tych kobiet, które na karierę zawodową nie stawiają, i ratunek dla polskiej demografii.

Mówi pan, że młodzi nie mają apetytu na dzieci. W Polsce rzeczywiście tak, ale gdy ci sami ludzie pojadą do Wielkiej Brytanii, to już dzieci rodzą chętnie. Na Wyspach tzw. współczynnik dzietności wśród Polaków jest dwa razy wyższy niż w kraju.

To dlatego, że tam dziecko nie oznacza przerwania kariery zawodowej. W Wielkiej Brytanii posiadanie dziecka jest obudowane opieką instytucjonalną tak, że rodzice naprawdę nie muszą się o nic martwić. Pracę spokojnie można przerwać na pół roku, a potem zawsze znajdą się w okolicy żłobek i przedszkole. Nie będą mieć problemu.

Internet tzw. pokolenie Y chce żyć przyjemnie.

Z tego, co pan opowiada, wynika, że te dwie grupy – 20- i 30–40-latków – dzieli gigantyczna przepaść. Skąd ona się wzięła?

Ze sposobu wychowania. Pokolenie 40-latków było kształtowane przede wszystkim przez dom rodzinny i szkołę. Dwudziestolatków wychował głównie Internet. Sieć wyprodukowała kompletnie inne pokolenie, zwane w literaturze pokoleniem Y. Są to ludzie, którzy nigdy nie żyli w świecie, w którym nie istniał Internet. To od zawsze było ich główne źródło wiedzy o świecie. Spowodowało, że automatycznie stopniał także autorytet rodziny i przyjaciół ze szkoły czy podwórka, bo Internet pozwalał rozszerzyć krąg znajomych poza granice kraju. Młodzi ludzie poznawali opinie zagranicznych kolegów, widzieli, jak oni żyją, i to był dla nich wyznacznik tego, jak powinno się funkcjonować w świecie.

Czy jest coś, co te pokolenia łączy?

Tak, to jest nieufność wobec innych, nieumiejętność współpracy, niechęć do dialogu z ludźmi, którzy mają odmienne opinie. Niski poziom kapitału społecznego to od dawna jedna z największych bolączek Polski. I nic się pod tym względem nie zmienia już od lat.

Wśród 20-latków też nie?

Kapitału społecznego przez Internet się nie nabędzie, a rodzice im tego nie przekazali, bo sami nim nie dysponują.

Ale przecież coraz częściej jeździmy po świecie. Dlaczego nie przejęliśmy tych wzorców z zagranicy?

Jeśli ludzie jadą za granicę na dłużej i podejmują pracę, która odpowiada ich kwalifikacjom, to po pierwszym okresie szoku, że oni tam muszą uczyć się współpracy, zaczynają się dostosowywać do tych reguł gry. Tam to jest wymuszone, a w Polsce nikt od nich tego nie wymaga, więc się tym za bardzo nie przejmują.

A można się tego nauczyć?

Tak, trzeba tylko zmienić formułę polskiej szkoły. Moim zdaniem zajęcia na wszystkich przedmiotach powinny realizować zespoły uczniowskie. Inaczej nie nauczymy Polaków współpracy. Wtedy mamy szanse, że kiedy za kilka lat będziemy na rozdrożu, ci doskonale przygotowani zaczną budować zespoły, które wypuszczą na rynek innowacyjne produkty.

Jaka przyszłość czeka przedstawicieli obu pokoleń – X i Y?

To zależy od tego, jak będzie zmieniała się polska gospodarka. Dopóki w Polsce będą konkurencyjnie niskie koszty pracy, to w pokoleniu 30- i 40-latków nic się nie zmieni. Będą mieli robotę, będą realizować te swoje marzenia o lepszym domu czy samochodzie. Pewnie im to wystarczy, bo większych ambicji to pokolenie nie ma.

Jeśli chodzi o to młodsze pokolenie, to nic ich tu ciekawego nie czeka. Oni wyfruną, i to większą falą niż obecnie.

Jeśli natomiast koszty przestaną być konkurencyjne, to albo zainwestujemy w innowacyjną gospodarkę, albo znajdziemy się w sytuacji Grecji. Pozostaje pytanie, czy zdołamy wejść na ścieżkę gospodarki innowacyjnej? W każdym przypadku młodzi są tak doskonale przygotowani do życia w nowoczesnym społeczeństwie, że na pewno sobie poradzą. Bardziej martwić trzeba się tymi, którzy tu zostają.

Skutki niezdrowej pracy w korpo oceniają specjaliści

Refluks zamiast wrzodów

→ Dr Anna Cybulska, gastrolog i specjalista chorób wewnętrznych

Jedną z głównych przyczyn wzrostu zapadalności 30- i 40-latków na choroby cywilizacyjne, m.in.gastroenterologiczne, jest otyłość. To ona pociąga za sobą inne schorzenia. Wrzodów nabawiają się najczęściej zapracowani i zestresowani, ale należy pamiętać, że to schorzenie infekcyjne. Przypadłością XXI w. okrzyknięto jednak chorobę refluksową. Pierwsze wzmianki na jej temat pochodzą z początku minionego wieku, kiedy określono 200 przypadków tego schorzenia, a dziś już około 25 proc. konsultacji dziennych u gastrologa dotyczy objawów refluksu. Przypadłość ta polega na cofaniu treści pokarmowej z żołądka do przełyku i górnych dróg oddechowych. Powoduje też bezsenność i erozję zębów. Na coraz bardziej powszechne występowanie refluksu wpływ mają styl życia i jedzenie wysoko przetwarzanej żywności. Refluks może też o sobie dawać znać uciążliwym kaszlem, chrząkaniem i bólami w klatce piersiowej. Skąd bierze się tak duży wzrost zachorowań na refluks u 30-, 40-latków? Przede wszystkim z braku czasu, co utrudnia odpowiednio częste i powolne jedzenie. Aby uniknąć tego schorzenia, wystarczy celebrować jedzenie, a najlepiej po prostu samemu gotować. Tymczasem ludzie w wieku 35+ jedzą chaotycznie, szybko, często na noc, przez co ich żołądki wariują. Do tego niewiele się ruszają. To oni potrzebują najczęstszych konsultacji gastrologicznych. Przychodzą do lekarza, gdy skarżą się już na poważne dolegliwości, a tabletki przeciwbólowe czy inne leki bez recepty już nie działają. Zapytani, dlaczego nie pojawili się wcześniej, odpowiadają, że pracują po kilkanaście godzin dziennie i nie mieli czasu. Zapadają też coraz częściej na choroby alergiczne. Mamy wręcz do czynienia z „alergizacją” życia, co podobnie jak refluks wynika z tego, co i jak jemy. Do tego dochodzi stres, który modyfikuje przebieg różnych chorób i je zaostrza.

Wypalenie zawodowe może boleć

→ Katarzyna Stefańska, kierownik centrum psychologicznego Enel-Med w Warszawie

Wśród osób z problemami psychologicznymi znacząco przybywa zapracowanych i zestresowanych młodych ludzi. Ostatnio miałam pacjenta w wieku 42 lat, który nie jest w żadnym związku, bo – jak mówi – poświęcił się pracy. Niestety, po sześciu latach spędzonych w korporacji został zwolniony. Okazało się, że wcześniej korzystał z pomocy psychiatry z powodu złej atmosfery w pracy. Mimo że przyjmował leki psychotropowe, nie dawał sobie rady z emocjami i do dziś ma problemy ze snem. Ten pacjent nie może się też pogodzić z tym, jak wiele poświęcił pracy. Ma typowy syndrom wypalenia zawodowego. Takich ludzi, którzy nie radzą sobie z sytuacjami stresowymi związanymi z pracą i tempem życia, jest coraz więcej, szczególnie wśród 30–40-latków. To pokolenie, które bardzo angażuje się w to, co robi, jest ambitne, ignoruje istnienie granicy obciążenia, której przekroczenia organizm już nie zniesie. Konsekwencje takiego zachowania są poważne. Początkowo pojawiają się błahe dolegliwości, przede wszystkim zmęczenie. Do lekarza wybierają się dopiero wtedy, kiedy dochodzą inne symptomy, np. bóle i kłucia serca, problemy gastrologiczne i kłopoty z kręgosłupem. Osoby z wypaleniem zawodowym częściej chorują na zwykłe przeziębienia i wszelkiego rodzaju infekcje, ponieważ życie w ciągłym napięciu osłabia układ immunologiczny. W gabinecie psychoterapeutycznym pojawia się też sporo osób skierowanych do mnie przez dermatologa, które uskarżają się na alergiczne zmiany skórne wywołane właśnie przez stres. Rośnie także liczba uzależnień od alkoholu. Spotykam też coraz więcej przypadków tzw. uzależnień behawioralnych, czyli na przykład pracoholików, którzy stres rozładowują zakupami.

Brak sensu

→ Prof. Bartosz Łoza, dyr. ds. lecznictwa Szpitala Neuropsychiatrycznego w podwarszawskich Tworkach

O pomoc z powodu przepracowania i wynikających z tego kłopotów psychicznych zgłasza się coraz więcej osób z przedziału 30–45 lat. W ciągu ostatnich 20 lat liczba zaburzeń emocji wzrosła 10-krotnie, zaobserwowano też 12-krotny wzrost przyjmowania substancji psychoaktywnych, np. środków uspokajających, nasennych czy przeciwbólowych. Taka tendencja będzie się nasilać, ponieważ szczególnie młodzi ludzie biorą coraz więcej obowiązków na siebie. Są przekonani, że dadzą radę zrobić jeszcze projekt. Moment zatrzymania następuje, gdy już nie dają rady. Zgłaszają się do lekarza najczęściej wtedy, gdy przestaje im się chcieć robić cokolwiek. Mówią, że mają depresję, odczuwają przewlekłe zmęczenie, poczucie chronicznego braku sensu i uskarżają się na stany bólowe trudne do zdiagnozowania.

Arytmia to już standard

→ Dr Longina Małecka, kardiolog z warszawskiego Enel-Medu

Pokolenie 30–40-latków, które pije dużo kawy, pali, stymuluje się środkami farmakologicznymi, żeby wydłużyć dzień pracy, jest niewątpliwie narażone na problemy kardiologiczne, które mogą z kolei prowadzić do niewydolności serca i różnego rodzaju powikłań. Z badań wynika, że jedna trzecia Polaków ma nadciśnienie tętnicze, którego nie leczy, bo nie ma czasu. Niestety, zaniedbane schorzenie rozwija się i wywołuje poważne skutki, często nieodwracalne w starszym wieku. Młodzi ludzie, często z racji zatrudnienia, mają zapewnione przez pracodawcę prywatne ubezpieczenie zdrowotne, ale z braku czasu i tak z niego nie korzystają. W tej grupie wiekowej najbardziej powszechne są zaburzenia rytmu serca, postrzegane jako kołatanie serca. Jeśli objawy te mają łagodną postać, aby się ich pozbyć, wystarczy dieta bogata w warzywa i potas. Niski poziom potasu w organizmie powoduje zarówno wahania ciśnienia, jak i arytmię oraz uczucie nierównego bicia serca. Teraz gros moich pacjentów uskarża się na kołatanie serca i problemy z nadciśnieniem. Średnio to pięć osób dziennie przed 40. rokiem życia. W porównaniu z latami 90. wzrasta też liczba zawałów i ostrych zespołów wieńcowych u osób w tym przedziale wiekowym. Na szczęście zawały u młodych ludzi rzadziej niż kiedyś kończą się zgonem.

Cel: zajść w ciążę

→ Dr Aneta Tramś-Sujka, ginekolog ze stołecznego Enel-Medu

Przybywa par w wieku 30–40 lat, które otwarcie mówią, że mają problem z zajściem w ciążę. Podłożem tych schorzeń, tak jak w przypadku innych chorób cywilizacyjnych, jest stres. U pań szybko żyjących, zestresowanych i przepracowanych często występuje podwyższony poziom prolaktyny, nazywanej hormonem stresu. Może on blokować owulację i powodować trudności w zajściu w ciążę. U kobiet, które dużo pracują i nie odżywiają się prawidłowo, częściej występują zaburzenia miesiączkowania, a zaniedbywanie organizmu przekłada się o niestety na czasową, a nawet nieodwracalną niepłodność. Poza tym bardzo wiele par podejmuje decyzję o staraniu się dziecko trochę za późno. Najpierw budują dom, kupują samochód i zapewniają sobie stabilizację, a dziecko planują na 40. urodziny. Biologia jest jednak nieubłagana i pojawiają się kłopoty z zajściem w ciążę wynikające z fizjologii. Kobieta po 36. roku życia jest mniej płodna. Stres przekłada się też na żywotność plemników, dlatego panowie, którzy pracują kilkanaście godzin na dobę, palą papierosy, piją alkohol i nie są aktywni fizycznie, mają coraz większe problemy.

Rak atakuje wcześniej

→ Dr Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy grupa 30–40-latków częściej niż kiedyś choruje na nowotwory. Na razie nikt nie przeprowadza w Polsce takich badań. Poza tym od momentu inicjacji procesu nowotworowego do wystąpienia pierwszych objawów czasami upływa nawet 15–20 lat. Obecne pokolenie 30-, 40-latków będzie więc można ocenić pod tym względem dopiero za dwie dekady. Wiemy jednak, że stres – w połączeniu ze złym odżywianiem, brakiem stałej rekreacji fizycznej i uczestnictwem w tzw. korporacyjnym wyścigu szczurów – sprzyja zapadalności na nowotwory. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu rak atakował głównie po 60. roku życia. Obecnie chorują także osoby w średnim wieku. Niepokojąco wzrasta liczba zachorowań i śmiertelność na raka płuc u kobiet. Widoczny jest też wzrost zachorowań na nowotwór złośliwy skóry, co jest niewątpliwie związane z nadmierną ekspozycją na promienie ultrafioletowe, m.in. w popularnych dziś solariach.

→ Kamilla Gębska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s