‚Czuję, że nic nie znaczę. W pracy nie myślę, wykonuję zadania’. Jak sobie radzić z ‚depresją korporacyjną’

Kurde smutne to, ale tak to zaczy na wyglądać w naszym kraju, albo korpo bo tam przynajmniej masz stała kase żeby spłacać kredyt albo kombinacje wszelkiego typu. Niestety coarz zczęściej sam się przekonuję że im wyzsze stanowisko tym mnijesze ompetencje i wcael nie odnosi się to tylko do Polski, ale w korpo której pracuje tak samo jest zagranicą :/ Jak na razei jednak niestety nie wymyśliłem jakiejś alternatywy więc chwilowo jestem skazany wykonywać zadania, które tak naprawde nikomu nie służą i niczego nie wnoszą, ale cóż przynamniej wypłata jest co miesiąc punktualnie i mam możliwość pracować w innowacyjnej, międzynarodowej nowoczesnej firmie.

– Trzeba sobie pomyśleć tak: wykorzystam swoje wykształcenie. Wykorzystam to, co jest moim kapitałem. Ale niekoniecznie w korporacji. Tylko po prostu w życiu – mówi psycholog dr Ewa Woydyłło. I tłumaczy, jak radzić sobie z „depresją korporacyjną”, wypaleniem zawodowym i stanowiskiem nijak nie pasującym do ambicji.
Ania pracuje w koncernie farmaceutycznym. Ma menedżerskie stanowisko i szefa, który przychodzi co dwie godziny i pyta: zrobiłaś plan? A ona mówi „nie”, spuszcza głowę. – Czuję się jak szmata – mówi. Pracuje od 8 do 20. Wraca do domu i płacze. Płacze tak długo, aż zaśnie. Wstaje rano, wciera krem chłodzący w zapuchnięte oczy i idzie do pracy. W weekend prawie nie wychodzi z łóżka. Nienawidzi siebie, swojej pracy, a szefowi życzy jak najgorzej. Ma kredyt, nie może rzucić pracy.

Wracam i wiem: Nie zrobiłam nic ważnego

– Wracam po ośmiu godzinach pracy do domu i wiem, że dziś nie zrobiłem nic ważnego. A pracowałem przez cały dzień, rzetelnie, mam świetne wyniki, odpisałem na kilkadziesiąt e-maili, zrugałem pracowników, kogoś zwolniłem, kogoś zrekrutowałem – mówi kierownik w oddziale firmy ubezpieczeniowej. Ma 25 lat i wysokie, jak na swój wiek, stanowisko. Pracownicy go nie lubią – bo jest wymagający, czasem obcesowy. Cisną go z góry, w oddziale nie ma z kim porozmawiać. Uważa, że jego praca jest jałowa – sprzedaje ludziom coś, czego tak naprawdę nie potrzebują, ale daje mu to duże pieniądze. Za premię roczną jedzie na Sri Lankę w maju. Na trzy tygodnie. Na razie od piątku do niedzieli imprezuje tak, żeby nie myśleć za dużo. W poniedziałek leczy resztki kaca i dziwi się, patrząc na stan konta znacznie uszczuplonego. Marzył, żeby być weterynarzem.

Budzę się rano i myślę: „Jezu, znowu”. Potem się zwlekam, a w głowie huczy mi: „Czemu, czemu?” – opowiada Monika. W korporacji pracuje od dziewięciu lat, zaczęła na drugim roku studiów. W międzyczasie zrobiła drugi kierunek, podyplomówkę i dwa certyfikaty językowe. Jest asystentką dyrektora generalnego – pisze za niego e-maile, kseruje podręczniki dzieci, zamawia kartę parkingową w okolicy siłowni szefa. I tyle. Chciałaby dostać poważniejsze zadania, ale szef ją ubóstwia. Pracy nie zmieni, bo czasy ciężkie.

Nie myślę, wykonuję zadania

Nie myślę w pracy za dużo. Wykonuję zadania. Przychodzi e-mail, żeby coś sprawdzić, napisać raport, zrobić prezentację. Więc sprawdzam, piszę raport i robię prezentację. Odsyłam e-mail. Nie wiem, czy ktoś to czyta, czy komuś to potrzebne. Nie widzę efektu swojej pracy, nie widzę jej sensu – mówi Błażej. Zbliża się do czterdziestki i ma poczucie, że przegrał swoje życie. Jest wysoko cenionym analitykiem, specjalistą w dziedzinie komunikacji. Nawet tego nie lubi, ale jakoś tak wyszło, że się załapał na staż w czasie studiów.

Po przeczytaniu i odpisaniu na wszystkie e-maile kończy pracę, wraca do domu, siada na kanapie i włącza telewizję. Gapi się w ekran i czeka, aż minie mu myślenie o pracy. Po dwóch-trzech, czasem czterech godzinach wstaje, idzie po piwo i wraca na kanapę. Puszcza kreskówki. Kiedyś grał z kolegami w nogę wieczorami, chodził do teatru. Teraz mu się nie chce. Nie widzi sensu w niczym.

– Persen biorę przed spaniem – forte, dwie-trzy tabletki – inaczej nie zasnę. Boję się, że mnie zwolnią. Szef mnie nigdy nie chwali, nawet jeśli robię coś dobrze. Ruga mnie zawsze po tym, jak sam dostanie burę – i to nawet nie chodzi o robienie planów. Bo robimy, z trudem, ale robimy. Chodzi o atmosferę. Mam wrażenie, że wszyscy przychodzą do pracy z musu, poklepią w klawiatury i wychodzą. Robimy to samo, co pracownicy innych korporacji na świecie – wymieniamy się informacjami, chodzimy na spotkania, mamy burze mózgów, z których nic nie wynika. Czuję, że jako człowiek kompletnie nic nie znaczę. W moim dziale pracuje 12 osób, w ciągu trzech lat przewinęło się z 60 osób. Ktoś się pojawia, jest i znika. Po pracy robię na drutach. Siadam, biorę włóczkę i po godzinie widzę, że coś zrobiłam. Potem pruję. Bo po co mi taki szalik?

***************************

To historie jakich wiele. Skąd bierze się takie myślenie? Dlaczego, jak by się wydawało, ludzie sukcesu tak nisko oceniają to, co robią? O „depresji korporacyjnej” rozmawiamy z psychologiem i terapeutką dr Ewą Woydyłło.

Karolina Głowacka, TOK FM: Skąd poczucie, że w korporacji „nie robię nic ważnego”?

Ewa Woydyłło*: Zwykle w korporacji jest się trybikiem wielkiego mechanizmu. Pracuje się na rzecz celu, który jest całkowicie niezależny od jednej osoby. Dlatego nie mamy poczucia wpływu.

Ale to nie pojawia się od razu. Korporacje charakteryzują się pewnymi pokusami: stabilną, wysoką pozycją, wynagrodzeniem. Dlatego na początku ten, kto dostaje tam pracę, najczęściej jest w euforii. Te wszystkie historie zaczynają się później. Są objawami tego samego – syndromu wypalenia zawodowego. To jest niezwykle dotkliwy stan, wobec którego czujemy się bezradni. Może nawet powodować depresję. Depresja jest naszą wielką nauczycielką; mówi nam, co nam się w życiu nie podoba, co szkodzi. Ale mówi tylko tym, którzy mają wgląd w siebie, posiadają zdolność autorefleksji.

Którzy są w stanie zanalizować, skąd się wzięła depresja.

– Właśnie. A my często żyjemy w ciągłym wewnętrznym szumie. Mówimy sobie, że mamy dobrą pracę, więc to nie ona jest źródłem problemu. To chyba mąż albo to, że żyję w Polsce, a nie w Nowej Zelandii, albo klimat, albo pogoda… Szumimy sobie w ten sposób i to jest bardzo niebezpieczne, bo utrwalają się te zastępcze, mylne przekonania. Gdy przychodzi do mnie ktoś z takim problemem, to najpierw zadaję kilka pytań. Nie chodzi o to, żebym ja poznała odpowiedzi, tylko ta osoba.

– Na przykład: „Gdybym miała czarodziejską różdżkę i mogła spełnić tu i teraz twoje trzy życzenia, to co by to było?”. Wychodzę po herbatę, a gdy wracam – ta osoba najczęściej już wie, o co by poprosiła. Wtedy skupiamy się tylko na tym. Pewne rzeczy trzeba przewartościować, a my czasami zamykamy się w pułapce, w potrzasku. Potrzask bierze się z bytowych imperatywów, jak choćby konieczność zarobienia na życie. Zwłaszcza gdy się ma rodzinę albo po prostu wysoki kredyt.

Syndrom wypalenia dotyka tylko ludzi pracujących w korporacjach?

– Może dotknąć każdego, nawet samozatrudniającego się hydraulika. Wypalenie zawodowe jest kombinacją nudy, zmęczenia, braku premii w postaci poczucia sprawczości. Ważnym czynnikiem satysfakcji z pracy i życia w ogóle jest poczucie samostanowienia. Dlatego najmniejsze ryzyko wypalenia mają ludzie wykonujący wolne zawody, którzy sami decydują o formie i czasie pracy.

Jedna z naszych bohaterek opowiada, że przez szefa czuje się „jak szmata”. Jak to jest możliwe, że szef może mieć tak silny wpływ na pracownika? Jak sobie z tym poradzić?

– Niekoniecznie człowiek musi sobie z tym radzić. Bardzo wielu szefów to ludzie nieokrzesani, którzy swą władzę realizują poprzez despotyzm i poniżanie ludzi. To jest nieco inna, długa, smutna opowieść. Nie życzę nikomu, żeby się do chamskiego szefa przystosował, bo to by było powielaniem okropnej mobbingowej rzeczywistości. W takiej sytuacji powinna się zebrać grupa osób, pójść do szefa i oświadczyć mu, że nie będą jego wrogiego zachowania tolerować. Zagrozić podaniem do rady nadzorczej, sądu pracy itp. U nas, niestety, ludzie nic wspólnie nie robią, a nie może tego zrobić jedna osoba, bo zostanie kompletnie skasowana.

A może to przewrażliwienie?

– Jeżeli ktoś już się znalazł w korporacji, to zwykle ma wiele kompetencji; raczej nie będzie więc przewrażliwiony. To jest bardziej problem braku poczucia wartości, ustępliwości za wszelką cenę, podporządkowania się. U nas asertywność nie należy do powszechnych umiejętności, szczególnie wśród kobiet. Nie uczy tego ani szkoła, ani dom.

Prawdopodobnie gdyby szef stosował kulturalną i profesjonalną formę komunikacji to nikt by się tak bardzo źle nie czuł. Autorytet szefa może wzbudzać bojaźń, ale jeśli nie jest to człowiek źle wychowany czy agresywny, to się przed nim raczej nie pęka, tylko myśli: „Ojej, jaki surowy. Czy podołam?”.

Trwanie w korporacji może być uzależniające?

– Tak, to słowo bardzo pasuje. Uzależnienie jest złożonym syndromem psychosomatycznym, czy nawet psychospołeczno-biologicznym, który sprawia, że bardzo trudno samemu się od tego uwolnić. Często wydaje się, że jest to w ogóle niemożliwe. Takie nastawienie powoduje, że nie podejmujemy nawet próby. Często swoim czytelnikom wpisuję na książkach dedykację: „Jeżeli uważasz, że ci się uda i jeżeli uważasz, że ci się nie uda, to masz rację”.

Gdy znajdujemy się w dolegliwej lub krzywdzącej sytuacji, trzeba dać sobie szansę zaryzykowania. Poprosić o przesunięcie na mniej odpowiedzialne stanowisko, postarać się o dwa miesiące urlopu bezpłatnego. Oczywiście, mogą nas wtedy zwolnić. Ale to wtedy będziemy się martwić. Ludzie jednak tak nie myślą, poddają się swoim lękom. Są wkręceni, a im silniej, im bardziej zaczynają odczuwać, że wszelka zmiana jest poza ich wyborem, wówczas tym bardziej tracą poczucie samostanowienia i sprawczości.

Na takie słowa pojawią się argumenty: „Jest kryzys. Stracę pracę, to nowej nie znajdę”. Czy może „kryzys” jest słowem wytrychem?

– Nie, kryzys jest rzeczywisty. O pracę jest faktycznie trudno. Wobec tego, w porządku, pracuj w tej korporacji, tylko poświęcaj jej mniej uwagi. Jeśli wychodzisz o godz. 19, to od razu idź na basen, aerobik albo bierz dziecko i pobiegajcie dookoła bloku. Po to, żeby odbudować własną sprężystość emocjonalną; czyli swoistą zaradność, dzięki której nie będą nas łamały zewnętrzne okoliczności, inni ludzie, praca, dom.

To trzeba w sobie wyćwiczyć. A najlepiej zrobić to za pomocą pogodnego spędzania czasu z innymi ludźmi, ruchu fizycznego, ciekawych rozrywek, rekreacji sportowej. Nowoczesne firmy same organizują to dla swoich pracowników, bo się przekonały, że nie opłaca się wykańczać ludzi, tylko trzeba ich podtrzymywać i stwarzać szanse regeneracji psychicznej i fizycznej.

Mówi pani, żeby poprosić o mniej odpowiedzialne stanowisko. Ale niektórzy woleliby robić właśnie coś więcej niż ksero i kawę. Ciągle nam się mówi, że mamy się wybijać, być coraz lepsi, mamy się rozwijać. Może ta presja na wyjątkowość nas zabija?

– Trafne spostrzeżenie. Odnosi się to na pewno do pewnej części osób niezadowolonych ze swojego życia, ale nie do wszystkich. To jest kwestia ambicji. Jest sporo ludzi, którzy mają zbyt wysokie wykształcenie wobec wykonywanej pracy: „Mam doktorat albo mam dwa fakultety, a parzę kawę”.

W takiej sytuacji trzeba sobie pomyśleć tak: wykorzystam swoje magisterium i zacznę pisać ciekawy blog. Albo zanim urodzę dziecko, to zajmę się samodzielnie urządzeniem rewelacyjnego pokoiku dla tego dziecka. Albo stanę się taką erudytką w swojej dziedzinie, że nawet w dyskotece muzyka będzie cichła, bo wiadomo, że będę strzelać fajerwerkami intelektualizmu. Czyli wykorzystam to, co jest moim kapitałem, ale niekoniecznie w korporacji, tylko po prostu w życiu.

Coraz popularniejszy staje się dziś zawód korporacyjnego coacha, który mógłby podpowiedzieć, w jaki sposób w ramach parzenia kawy poszerzyć zakres zadań na tym stanowisku. Jeśli jest to układanie gazet dla szefa, to można robić to według kolejności ważności. Tak żeby szef zauważył i powiedział: „Ach, pani Marysiu, dziękuję za ułatwienie mi mojej pracy”. Wprowadzenie elementu twórczego do każdego zajęcia zmniejsza frustrację i znużenie, zwiększając w zamian poczucie kontroli nad własną pracą.

Wykorzystywać energię także poza pracą…

– Ależ oczywiście. Po drugie, jeżeli ktoś czuje, że dany rodzaj pracy go ogranicza, dołuje albo nie pozwala rozwinąć skrzydeł, to wtedy trzeba podejść do tego bardziej odważnie – uruchomić zasoby, możliwości, relacje i poszukać nowej pracy. Za przewlekły stres i frustrację płacimy depresją, chandrą, przedwczesnym starzeniem się, niezadowoleniem z życia…

… psuciem atmosfery w rodzinie.

– Niestety też. Statystycznie przeciętny Amerykanin zmienia adres zamieszkania siedem razy w życiu. U nas po latach ograniczeń meldunkowych i politycznych nawet młode pokolenie przejmuje od rodziców myślenie, że trzeba za wszelką cenę trzymać się tego, co się ma, choćby było niedobre. Pokonywanie lęku przed zmianą i ryzykiem to po prostu lekcje doskonalące nasze umiejętności w dążeniu do poprawy jakości życia.

*dr Ewa Woydyłło, psycholog, terapeutka. Autorka wielu książek, m.in. „Rak duszy: o alkoholizmie”, „W zgodzie ze sobą”, „Sekrety kobiet”, „Podnieś głowę”, „Bądź człowiekiem: żyć z depresją, ale nie w depresji”. W Fundacji Batorego kieruje międzynarodowym programem szkolenia specjalistów w dziedzinie terapii uzależnień. 

‚Czuję, że nic nie znaczę. W pracy nie myślę, wykonuję zadania’. Jak sobie radzić z ‚depresją korporacyjną’.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s