Jak zacząć robić coś innego

Ciekawe ja niestety idę na razie pierwszą drogą, ale w końcu pewnie się uda to zmienić 🙂 tylko najgorzej zacząć. Szkoda tylko, że często się robi w życiu rzeczy, których sie nie chce tylko dlatego że ktoś tego oczekuje, wymaga, labo każe nam to robić. W moim wypadku najczęsciej wynika to z tego że nie znam innej dorgi, albo raczej mówiąc alternatywy np. odnośnie możliwości zarobokowania.

Reklamy

Skuteczna obrona Dawida przed Goliatem

Ostatnio słyszałem o niezłej akcji odnośnie Soso pewnej firmy, która skrytykował na swoim vlogu pewien Pan i został pozwany przez producenta i wysunięto mu żadanie zapłaty 150 000 zł co jest dość dużą kwotą. Tak czy siak moim zdaniem wizerunek firmy bardziej ucierpi teraz gdy jest głośno na temat tego wydarzenia niż po opublikowaniu testu sosu. A poniżej dobry artykuł Alexa jak sobie radzić w takich sytuacjach by jednak coś zrobić w walce z dużo silniejszym przeciwnikiem.

Ostatnio głośno w internecie, też w naTemat, o kolejnym przypadku, kiedy duża i bogata korporacja pozywa małego vlogera na kolosalną dla niego sumę w nadziei, że zastraszy to innych. Środowisko protestuje, hejtuje na facebooku Goliata, jest gotowe zrzucić się na zasądzone odszkodowanie itp. To wszystko jest bardzo szlachetne i wzruszające, ale równie nieskuteczne co naiwne.

Podobnie walki w sądzie oznaczają starcie na tym polu, gdzie Goliat mając za sobą duże zasoby finansowe i sztab prawników jest zdecydowanie silniejszy. Nic dziwnego, że dotąd ignoruje on wszelkie gesty zmierzające do pojednania lub ugody. On ma to w nosie, bo na tym polu czuje się silny i …. ma rację!

Co w takim razie możecie zrobić, kiedy pozornie nie można nic zrobić?

Na szczęście na tym świecie jest sprawiedliwość i praktycznie każdy olbrzym ma jakieś wrażliwe miejsce (jak Achilles swoją piętę), trzeba tylko je znaleźć i trafić 🙂
Co może być takim wrażliwym miejscem dla naszego Goliata?

Firma sprzedająca masowo swoje produkty dla niezwykle „masowego” klienta może przecież całkowicie zlekceważyć głosy tysięcy internautów, którzy nie są jej grupą docelową! Tutaj koledzy z innych serwisów i komentatorzy zwracający na to uwagę maja całkowitą rację. Nie tędy droga.

Słabe miejsce jest gdzieś indziej:

Firmy takie jak Goliat nie sprzedają swoich produktów bezpośrednio, lecz przez poprzez handel, w tym sieci dyskontów i hipermarketów. W wypadku tych dwóch ostatnich prawdopodobnie jest to większość obrotów dostawcy.

Nie wiem czy wiecie, że w takich przypadkach negocjacje pomiędzy dostawcą a sieciami są zazwyczaj niezwykle twarde i bezwzględne. Kupiec sieci nie pominie żadnej okazji, aby uszczknąć co nieco z ceny zakupu i postara się wykorzystać każdy możliwy argument. A ponieważ mówimy o bardzo dużych pieniądzach, to nawet niewielka różnica w procentach będzie Goliata kosztowała znacznie więcej, niż te pieniądze, o które chce się procesować. A pracują tam inteligentni ludzie, którym tylko trzeba pomóc policzyć, czy próba dalszego zgniecenia Dawida im się opłaca. 🙂 Teraz już jasne? 🙂

Trzeba po prostu spowodować, aby kupcy możliwie wielu wchodzących w grę sieci dowiedzieli się o problemie wizerunkowym Goliata i jego produktów w internecie! Tym kupcom może to być nawet w gruncie rzeczy wszystko jedno (i pewnie jest), ale sposobność wyszarpania od Goliata dalszych ustępstw cenowych („bo produkt ma zły image”) będzie dla wielu zbyt wielka, aby ją pominąć 🙂 A to już będzie bardzo boleć jeśli zrobicie to w kilku sieciach.

Czyli zamiast narzekać i hejtować na fejsie u Goliata lepiej:

• Zrobić duży szum na temat produktów Goliata na stronach społecznościowych sieci hipermarketów i dyskontów (te ostatnie bardzo ważne!!)
• Pisać do działów marketingu sieci i dyskontów pytając, czy to jest dobre dla wizerunku sieci, jeśli sprzedają oni produkty producenta, który na uwago co do ich jakości reaguje pozwem sądowym całkowicie ignorując masowe głosy konsumentów
• Pisać do działów zakupów tych sieci (najlepiej do kupca odpowiedniego działu) z informacją jak powyżej i radą, że ten pożałowania godny fakt powinni wykorzystać negocjując z dostawcą 🙂

Oczywiście nie łudźmy się, ze w ten sposób gdziekolwiek spowodujemy delisting (czyli usuniecie z asortymentu) jakiegokolwiek produktu Goliata. Nie o to chodzi! Chodzi o to, aby w ten sposób uczynić dla Goliata walkę z Dawidem zbyt kosztowną i zmotywować go do jak najszybszego zamknięcia całej sprawy.

Jeżeli rozkręcicie taką akcję, a Goliat jest Spółką Akcyjną (jeśli ma S.A. w nazwie), to możecie zacząć pisać do Rady Nadzorczej zapytania, czy Zarząd nie działa na szkodę spółki ignorując tak potężny problem wizerunkowy z podaniem linków lub zrzutów z odpowiednich stron. Znowu nie łudźcie się, że kogokolwiek odwołacie, ale dodatkowy smród będzie dodatkową motywacją dla firmy, aby przemyśleć swoje działania 🙂

A teraz drodzy Internauci, jeśli chcecie coś zrobić to decyzja leży po Waszej stronie.

PS: Opisana metoda jest dobrą ilustracją dwunastej Zasady Alexa opisanej we właśnie powstającej książce „Sukces w relacjach – kluczem do zadowolenia w życiu i powodzenia w biznesie”.
Panom od Goliata przydałaby się jej lektura 🙂

http://alexbarszczewski.natemat.pl/72799,skuteczna-obrona-dawida-przed-goliatem?utm_source=twitterfeed&utm_medium=facebook

Interwju, czyli co dzieje się za kulisami rozmów o pracę

Ciekawe info od osoby z tej drugiej strony barykady.

Dziś na blogu rozmowa z Maciejem Dachowcem, autorem kontrowersyjnej, ale i bardzo potrzebnej publikacji: Interwju, czyli co dzieje się za kulisami rozmów o pracęMaciek opisuje niuanse działania branży HR od kuchni. Od siebie dodam, że książkę przeczytałem z zapartym tchem. Tytułem wstępu niech posłużą słowa autora:

Książka nie ma na celu nikogo obrazić. Wiem, że bywam bardzo krytyczny. Chciałbym, żeby
poniższa pozycja zmuszała do myślenia, refleksji. Wiele rzeczy, które opisuję nie funkcjonuje
dobrze – warto o tym dyskutować i myśleć nad możliwymi sposobami zmiany, poprawy – nasza
sytuacja zależy tylko od nas samych. Wiele również funkcjonuje znośnie, ale w świadomości
powszechnej utarły się, jako główne źródła zła. Te też staram się wyjaśnić.

Maciej, co cię skłoniło do napisania tak kontrowersyjnej i niewygodnej dla branży rekrutacyjnej publikacji?

Po części na pewno wypalenie zawodowe. Pracuję w HR od 5 lat i spotykam się na co dzień z wieloma rzeczami, które mi się nie podobają. Pomyślałem, że ludzie zasługują aby wiedzieć, jak wygląda rynek HR od kuchni. Myślę, że może im to pomóc w zredukowaniu stresu przed rozmowami, jeśli będą zdawali sobie sprawę, że siedzą przed nimi zwykli ludzie, a nie bogowie psychomanipulacji.

Co jest według ciebie głównym problem trawiącym branżę rekrutacyjną? Jak sądzisz z czego to wynika?

Brak szacunku dla człowieka ze strony rekrutujących. Wynika z nadmiaru kandydatów i ich masowej obróbce. Zatraca się więź pomiędzy ludźmi, kiedy przychodzi nam rozmawiać z 30 osobami jednego dnia. Poza tym możliwość dania komuś pracy (a właściwie tylko iluzja takiej możliwości), daje poczucie władzy. Trzeba mieć dużo pokory, żeby zachować obiektywizm.

Ze strony kandydatów z kolei problemem jest brak poczucia odpowiedzialności. Chcieliby pracować, ale nie bardzo wiedzą co chcą robić, z czym to się wiąże. Mówię o tej problematycznej części – są ludzie doskonalne znający swoje cele. Bardzo ich podziwiam.

Spójrzmy na rynek pracy. Kto tu dyktuje warunki? Jak sądzisz czy na obecną chwilę jest to rynek kandydata czy pracodawcy?

Podchwytliwe pytanie. Zależy to od branży. Chociaż wydaje mi się, że w większości gałęzi rynku, są to jeszcze pracodawcy. Jestem pewien, że sytuacja się zmieni. Mamy niż demograficzny, coraz mniej rąk do pracy i coraz bardziej specjalizujący się rynek. Trudno będzie znaleźć dobrego pracownika, jeśli będzie tylko 10 osób w Polsce, które zajmują się daną kwestią. Widać to głównie w branży IT, która jest najbardziej progresywną i najszybciej rozwijającą się – tam warunki dyktuje zdecydowanie pracownik. To firmy, z tej branży, ubiegają się o dobrą opinię, a to co daje swoim pracownikom firma google obrosło już legendą. W bardziej tradycyjnych branżach jest jeszcze wielu kandydatów, spośród których firma może wybierać, więc pracodawcy mogą wybrzydzać. Ale mają z tym coraz większy problem. Wydaje mi się, że niebawem obie strony zmienią swoje nastawienie.

Kto jest klientem dla agencji doradztwa personalnego w procesie rekrutacji? Kandydat czy firma zlecająca rekrutację?

Firma. Kandydat jest produktem. Trzeba nad nim popracować, przygotować go na kolejny etap rozmów, sprawdzić i w ładnym opakowaniu sprzedać klientowi.

Jaka jest twoja opinia na temat roli mediów w kreowaniu wizji bezrobocia w Polsce? Czy zgadzasz się z tym, że jest aż tak źle jak to pokazują czołowe media?

W Polsce dawno nie było tak dobrze. Ale zyskują na tym osobliwym dobrobycie osoby, które odnajdują się w postmodernistycznej rzeczywistości, są pracowite i bardzo przedsiębiorcze. Jest dużo pracy i olbrzymie możliwości otwierania swoich inicjatyw. Unia dofinansowuje młodych przedsiębiorców, granice wewnątrz UE zostały zniesione – można importować, eksportować, mamy internet, który pozwala nauczyć się dowolnej, niemanualnej umiejętności. Z drugiej jednak strony wszystkie te dobrodziejstwa służą głównie młodym ludziom. Z pewnością są to trudne czasy dla osób starszych, które nie do końca rozumieją płynną rzeczywistość, w której żyjemy i nie nadążają za dynamiką zmian. Oni są w bardzo trudnej sytuacji.

Co według ciebie powinno się zmienić w standardach pracy polskich headhunterów i rekruterów abyśmy dorównali do poziomu europejskiego?

Nie jestem do końca pewien czy od nich daleko odbiegamy. Miałem okazję przeprowadzać rekrutacje z południowymi narodami – tymi bliżej morza śródziemnego i uważam, że polskie standardy pracy niczym im nie ustępują, a wręcz przeciwnie. Ja opisuję nieprawidłowości i negatywy w Polsce, ale nigdy nie chciałbym być rekrutowanym przez Greków, Hiszpanów czy Włochów – tam bałagan jest niesamowity, a tempo żółwie. Moglibyśmy za to uczyć się od Niemców i Holendrów. Głównie chodzi o porządek i organizację pracy.

Co zrobić, aby dostać dobrą pracę? 

Uczyć się niestandardowych umiejętności, które sprawiają nam przyjemność. Nic nie robić na siłę. Jeśli ktoś lubi języki obce, znając dwa, trzy – nigdy nie będzie musiał zbyt intensywnie szukać pracy. Trzeba cały czas się rozwijać, ale w kierunku, który sprawia nam radość. W innym przypadku można wypalić się zawodowo, a stąd już tylko jeden krok, do opisania tego w jakiejś książce 🙂

Dziękuję za rozmowę.

I na zakończenie aby odreagować 🙂

1003132_10151528584727507_1959467065_n

– See more at: http://cvexpert.pl/interwju/#sthash.khb8NXdi.dpuf

Dlaczego pracodawcy nie zamieszczają widełek wynagrodzenia w ofertach pracy?

Zawsze mnie to zastanawia czemu tak jest. Za naszą zachodnią granicą ponoc to standard, że wynagrodzenie jest w ogłoszeniu i nie raz widziałm ogłoszenia np. z UK gdzie faktyczenie taka informacja była u nas widziałem takie ogłoszenie może raz lub dwa. Wydaje mi się, że wiele by to ułatwiło obu stronom, ale pracodawcy widać wolą żeby przyszedł ktoś na rozmowe, kto nie sprawdził lub nie miał jak sprawdzić jakiego wynagrodzenia na stanowisku, na które aplikuje może oczekiwać i podaje kwotę niższą a dla pracodowcy taki pracownik to przecież skarb 😛

Wiele ostatnio mówi się o tym, że firmy działające na polskim rynku nie zamieszczają przedziałów oferowanego wynagrodzenia w ogłoszeniach o pracę. W Europie zachodniej transparentność w publikowaniu widełek płacowych to standard. Z punktu widzenia kandydata takie rozwiązanie niesie wiele korzyści. Wiemy jakie wynagrodzenie oferuje firma, łatwiej jest nam podjąć decyzję czy warto inwestować czas na udział w procesie rekrutacji. Nawet jeśli nie szukamy aktywnie pracy to konkurencyjne wynagrodzenie może mieć wpływ na naszą decyzję o aplikowaniu. Dlaczego więc firmy nie publikują otwarcie widełek wynagrodzenia? Oto najważniejsze powody:

Dojrzałość rynku pracy.  Czy jesteś gotów na to aby otwarcie mówić o swoich zarobkach?  W Polsce przyjęło się, że nie rozmawia się otwarcie o wynagrodzeniach. Rozmowa na ten temat często bywa krępująca. Chwalenie się traktowane jest jako cecha negatywna. Wynika to z naszej mentalności i dziedzictwa kulturowego, poprzedniej epoki. Tak na prawdę wiemy jak wyglądają rynkowe realia wynagrodzeń. Wychodzimy jednak z założenia, że jeśli o tym się nie mówi jawnie to tak powinno pozostać. W ten sposób utrwalamy tabu.

Kasa. Jeśli nie wiesz o co chodzi to chodzi o pieniądze. Pracodawcy jako powód braku zakresu płacowego, najczęściej podają chęć obniżenia kosztów poprzez wybór pracownika z niskimi oczekiwaniami płacowymi. Z tej perspektywy łatwiej prowadzić negocjacje. Chętnych nie brakuje.

Zasada poufności wynagrodzenia. Zgodnie  z uchwałą Sądu Najwyższego z 16 lipca 1993 r. (I PZP 28/93), ujawnienie przez pracodawcę bez zgody pracownika wysokości jego wynagrodzenia może stanowić naruszenie dobra osobistego w rozumieniu art. 23 i 24 kodeksu cywilnego.  Nie znając pensji innych trudno udowodnić dyskryminację płacową. Za złamanie zakazu rozmów o płacach nieformalnie grozi zwolnienie z pracy. Chroni nas niby kodeks pracy. Lepiej nie ryzykować.  Pracodawca zobowiązany jest przestrzegać ustawy o ochronie danych osobowych. Wysokość wynagrodzenia pracownika jest zatem jego dobrem osobistym i to on powinien dysponować informacjami na jej temat.

Polityka nieujawniania wysokości zarobków wśród pracowników. W większości firm na polskim rynku istnieją wewnętrzne regulaminy wynagrodzeń, które zabraniają pracownikom otwarcie mówić o wysokości otrzymywanej gratyfikacji za pracę. Często zdarza się, że między pracownikami na podobnym szczeblu struktury płacowej, istnieją dosyć duże rozbieżności w wysokości wynagrodzenia. Jak byś się poczuł i jak wyglądałaby Twoja motywacja do pracy gdybyś dowiedział się, że kolega zajmujący analogiczne stanowisko zarabia 30% więcej od Ciebie? Wprowadzenie zasady transparentności wynagrodzeń wiązałoby się z koniecznością wdrożenia jednolitej polityki płacowej. Co dla nie jednej firmy byłoby gigantycznym wyzwaniem.

Przewaga konkurencyjna. Wiele firm nie chce ujawniać oferowanych widełek wynagrodzeń ze względu na konieczność zachowania przewagi nad konkurencją. Firmy boją się podkupowania pracowników przez sąsiadów zza miedzy. Wieje tu trochę hipokryzją bo jeśli chcemy przy odrobinie zaangażowania możemy dowiedzieć się jak wyglądają rynkowe stawki wynagrodzeń na stanowiskach które zajmujemy. Jeśli nie uda nam się zdobyć tych informacji to pomoże headhunter.

Wizerunek pracodawcy. Wysokość oferowanego wynagrodzenia może świadczyć o kondycji finansowej firmy. Często wydaje nam się, że firmy z tzw. „górnej półki” płacą lepiej. Nie zawsze pokrywa się to z rzeczywistością. Konkurencyjne rynkowo wynagrodzenia budują pozytywny wizerunek pracodawcy. Zasada ta działa też w drugą stronę. Jeśli firma oferuję kiepskie warunki finansowe i taka opinia rozejdzie się po rynku to bardzo trudno będzie to zmienić.

Szerokie widełki = niespójna oferta. Podanie w ogłoszeniu widełek wynagrodzenia np. 7 000 – 10 000 brutto, tworzy problem niespójności oferty. Kandydatom trudno jest zrozumieć jak to jest możliwe, że na tym samym stanowisku zakres wynagrodzenia może być tak różny.

Kłopot z oceną własnych kompetencji. Podając proponowany zakres wynagrodzenia w ogłoszeniu, kandydaci w większości przypadków deklarując swoje oczekiwania finansowe, lokują je w górnych granicach widełek. Mimo, że w ofercie jest wyraźnie napisane, że poziom wynagrodzenia zależny jest od stażu zawodowego, umiejętności itp. Kandydaci stawiają wszystko na jedną kartę, wychodząc z założenia, że może się uda.

Eliminowanie dobrych kandydatów z wyższymi oczekiwaniami finansowymi.  Wskazanie widełek płacy przewidywanej na stanowisku eliminuje wszystkich tych kandydatów, którzy mają wyższe oczekiwania finansowe. Finalnie firma w procesie rekrutacji może stracić wartościowego kandydata dla którego mogłaby zwiększyć budżet.

Problem źródła motywacji. Atrakcyjne wynagrodzenie ściąga kandydatów których główną motywacją są pieniądze. Bądźmy szczerzy firmy wolą zatrudniać osoby dla których motywacją do zmiany jest coś więcej niż ilość zer na koncie.

Zator rekrutacyjny. Po zamieszczeniu przedziału oferowanego wynagrodzenia, większość kandydatów przesyłających swoją aplikację nie spełnia postawionych wymagań. W efekcie przykładowo na 300 aplikacji rekruter dostaje 10 (przy dobrych wiatrach) spełniających założenia. Polak potrafi. Dobrze płacą to może się uda.

Podsumowując: Oczekując publikacji przedziałów oferowanych wynagrodzeń w ogłoszeniach, odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie: Czy jesteśmy gotowi jawnie i bez skrępowania rozmawiać o swoich zarobkach?

wynagrodzenie

– See more at: http://cvexpert.pl/dlaczego-pracodawcy-nie-zamieszczaja-widelek-wynagrodzen-w-ofertach-pracy/?goback=%2Egde_96660_member_266800210#%21

Why is cycling so popular in the Netherlands?

Tym razem coś po angielsku 😛
Colourful bicycles parked, Holland

There are more bicycles than residents in The Netherlands and in cities like Amsterdam and The Hague up to 70% of all journeys are made by bike. The BBC’s Hague correspondent, Anna Holligan, who rides an omafiets – or „granny style” – bike complete with wicker basket and pedal-back brakes, examines what made everyone get back in the saddle.

The 70s velo-rution

Before World War II, journeys in the Netherlands were predominantly made by bike, but in the 1950s and 1960s, as car ownership rocketed, this changed. As in many countries in Europe, roads became increasingly congested and cyclists were squeezed to the kerb.

The jump in car numbers caused a huge rise in the number of deaths on the roads. In 1971 more than 3,000 people were killed by motor vehicles, 450 of them children.

In response a social movement demanding safer cycling conditions for children was formed. Called Stop de Kindermoord (Stop the Child Murder), it took its name from the headline of an article written by journalist Vic Langenhoff whose own child had been killed in a road accident.

A Stop de Kindermoord march

The Dutch faith in the reliability and sustainability of the motor vehicle was also shaken by the Middle East oil crisis of 1973, when oil-producing countries stopped exports to the US and Western Europe.

These twin pressures helped to persuade the Dutch government to invest in improved cycling infrastructure and Dutch urban planners started to diverge from the car-centric road-building policies being pursued throughout the urbanising West.

Path to glory

To make cycling safer and more inviting the Dutch have built a vast network of cycle paths.

These are clearly marked, have smooth surfaces, separate signs and lights for those on two wheels, and wide enough to allow side-by-side cycling and overtaking.

People cycling along a fiedsstraat a bike street The sign reads ‚Bike street: Cars are guests’

In many cities the paths are completely segregated from motorised traffic. Sometimes, where space is scant and both must share, you can see signs showing an image of a cyclist with a car behind accompanied by the words ‚Bike Street: Cars are guests’.

At roundabouts, too, it is those using pedal power who have priority.

You can cycle around a roundabout while cars (almost always) wait patiently for you to pass. The idea that „the bike is right” is such an alien concept for tourists on bikes that many often find it difficult to navigate roads and junctions at first.

A 'Dutch-style' roundabout A roundabout where cyclists get their own lane and have priority over motorists is being trialled in Berkshire for Transport for London

Early adopters

Even before they can walk, Dutch children are immersed in a world of cycling. As babies and toddlers they travel in special seats on „bakfiets”, or cargo bikes. These seats are often equipped with canopies to protect the children from the elements, and some parents have been known to spend a small fortune doing up their machines.

Woman with children in cargo bike

As the children grow up they take to their own bikes, something made easier and safer by the discreet cycle lanes being wide enough for children to ride alongside an accompanying adult. And, as the Dutch are not allowed to drive until 18, cycling offers teenagers an alternative form of freedom.

Continue reading the main story

Most bike-friendly countries in Europe

1=. Denmark

1=. Netherlands

3. Sweden

4. Finland

5. Germany

6. Belgium

7. Austria

8. Hungary

9. Slovakia

10. UK

Source: European Cyclists’ Federation Cycling Barometer. Based on daily cycling levels, bike sales, safety, cycle tourism and advocacy activity

The state also plays a part in teaching too, with cycling proficiency lessons a compulsory part of the Dutch school curriculum. All schools have places to park bikes and at some schools 90% of pupils cycle to class.

Behind the bike sheds

In the university city of Groningen, a cyclists’ dream even by Dutch standards, the central train station has underground parking for 10,000 bikes. Cyclists are accommodated in the way motorists are elsewhere, with electronic counters at the entrance registering how many spaces are available.

Bike parking facilities are ubiquitous in The Netherlands – outside schools, office buildings and shops. In return you are expected to only lock up your bike in designated spots – if you chain your bike in the wrong place you could find that it is removed and impounded, and that you will have to hand over 25 euros to get it back.

Bike park at Amsterdam central station Bike parking, Amsterdam style

At home, even people who live in flats without special bike storage facilities can expect to be allowed to leave their bikes in a communal hallway.

In the 16th Century, houses in Amsterdam were taxed according to their width, a measure residents countered by building tall, narrow houses. So hallways get filled with bikes – but so many people cycle, no-one really minds, and just clambers past.

What is your main mode of transport?

Country Bike (%) Car (%) Public transport (%)
Source: European Commission Future of Transport report 2011. 1,000 people in each country were asked; what is your main mode of transport for daily activities?
Netherlands 31.2 48.5 11
Hungary 19.1 28.2 35.3
Denmark 19 63.4 11.8
Germany 13.1 60.9 14.8
Slovakia 9.5 32.3 30.9
Italy 4.7 54.4 18.2
Ireland 3.2 67.7 14.2
France 2.6 63.7 20.1
UK 2.2 57.6 22.1
Spain 1.6 47.4 30.2
EU27 average 7.4 52.9 21.8

It’s not about your ride

Continue reading the main story

How much cities invest in cycling transport, per person per year

Groningen: 26 euros

Amsterdam: 25 euros

Copenhagen: 23 euros

London: 11.5 euros

Munich: 3.8 euros

Berlin: 2.4 euros

Source: Figures collated by GIZ, a German consultancy specialising in economic development

Cycling is so common that I have been rebuked for asking people whether they are cyclists or not. „We aren’t cyclists, we’re just Dutch,” comes the response.

The bike is an integral part of everyday life rather than a specialist’s accessory or a symbol of a minority lifestyle, so Dutch people don’t concern themselves with having the very latest model of bike or hi-tech gadgets.

They regard their bikes as trusty companions in life’s adventures. In that kind of relationship it is longevity that counts – so the older, the better. It’s not uncommon to hear a bike coming up behind you with the mudguard rattling against the wheel. If anything, having a tatty, battered old bike affords more status as it attests to a long and lasting love.

Man uses bike for removals

No lycra, no sweat

The famously flat Dutch terrain, combined with densely-populated areas, mean that most journeys are of short duration and not too difficult to complete.

Continue reading the main story

Find out more

Anna Holligan en route to London

Anna Holligan cycled 200 miles from The Hague to Westminster for BBC Newsnight to find out whether the UK could and should learn from the Netherlands’ cycling culture.

You can watch the programme in full on the BBC iPlayer.

Few Dutch people don lycra to get out on their bike, preferring to ride to work, the shops or the pub in whatever clothes they think appropriate for their final destination.

Of course, the cycle paths lend themselves to sauntering along in summer dresses in a way a death-defying, white-knuckle ride in rush-hour traffic does not. It is also partly because of this that people don’t need showers at work to be able to commute by bike – it’s a no-sweat experience.

Dutch people also tend to go helmet-free because they are protected by the cycle-centric rules of the roads and the way infrastructure is designed. If you see someone wearing a cycling helmet in The Netherlands, the chances are they’re a tourist or a professional.

I had to buy a helmet for my ride to the UK reporting for BBC Newsnight on the differences between cycling in The Netherlands and the UK. My local bike shop had just one on display, which the shop assistant said had been there „a few months or maybe a year”.

WATCH: Anna Holligan (left) en route from The Hague to London

Right not might

The fact that everyone cycles, or knows someone who does, means that drivers are more sympathetic to cyclists when they have to share space on the roads.

In turn, the cyclists are expected to respect and obey the rules of the road. You may be fined for riding recklessly, in the wrong place or jumping red lights. Police (often on bikes) will issue a 60-euro ticket if you are caught without lights at night, and you will have to shell out even more if any of the mandatory bike reflectors – of which there are many under Dutch law – are missing.

Accidents do still happen of course, but in the event of a collision involving a cyclist, insurers refer to Article 185 of the Dutch Road Safety Code which deals with something called „strict liability”. It is often mistakenly interpreted as a law that establishes guilt. What it essentially means is the driver will usually be expected to cover at least 50% of the financial costs to the cyclist and their bike.

When out on the road, Dutch cyclists feel powerful and protected, making the whole experience much more enjoyable. There are dangers on the roads, but very rarely do they involve heavy goods vehicles, poorly designed junctions or dangerous drivers.

A lady cycling in Holland

Bieganie i piwo :P

Amerykańscy naukowcy z Uniwersytetu im. Ala Bundy’ego odkryli, że picie browaru po bieganiu poprawia wydolność i przyśpiesza procesy regeneracyjne. Postanowiłem to zweryfikować.

Po kilkunastu dniach picia piwa po bieganiu zauważyłem, że pewne rzeczy wymykają mi się spod kontroli. Początkowo wypijałem jedno piwo po treningu i czułem się naprawdę rewelacyjnie. Stopniowo uwalniane endorfiny po bieganiu w połączeniu z krążącym we krwi etanolem, wprowadzały mnie w euforyczny stan. Bajka! „Haj biegacza” nabrał nowego znaczenia.

Niestety, człowiek to zachłanne bydle. Jak się domyślacie, z tygodnia na tydzień wypijałem coraz więcej piwa. W pewnym momencie, organizm przyzwyczajony do ilości alkoholu zawartego w jednej puszce piwa przestał na niego reagować. By znów poczuć tę euforię, co na początku eksperymentu, musiałem zwiększyć dawkę browaru. Po trzech tygodniach testów stymulowały mnie trzy piwa, po miesiącu zbliżyłem się do czterech puszek piwa wypijanych po treningu. Trochę dużo. Pech chciał, że moja trasa biegowa przebiega nieopodal ulicy Kolskiej w Warszawie. Ale o tym za chwilę.

Pewnego razu, po wypiciu regeneracyjnej dawki piwa w liczbie pięciu puszek, uderzyłem w miasto. Zachciało mi się biegać. „Haj biegacza” spowodował, że krzyczałem ze szczęścia, ścigałem się z tramwajami niczym Rémi Gaillard, zaczepiałem ludzi. Robiłem naprawdę wiele szalonych rzeczy. Idealnie podsumowała moje zachowanie jedna z zaczepionych przeze mnie dziewczyn: „mały, ale wariat”. Pech chciał, że trafione spostrzeżenie na temat mojego zachowania, kompletnie zepsuło mój dobry humor. Dziewoja trafiła w mój czuły punkt – mam sto sześćdziesiąt pięć centymetrów w kapeluszu. Zdaję sobie sprawę, że niscy mężczyźni są stworzeni do wielkich rzecz, ale mimo to nie wytrzymałem. Sprowokowała mnie. Mam do siebie dystans, ale akurat tego dnia zostawiłem go na treningu robiąc długie wybieganie. Na nic zdały się jej próby złagodzenia nerwowej sytuacji. Nie przekonały mnie jej argumenty, że Sarkozy też jest niski, podobnie jak ja, a mimo to sypia z modelkami. Zostałem całkowicie wytrącony z równowagi. Postanowiłem jej…

I wtedy właśnie wylądowałem na Kolskiej. Nie pamiętam, co postanowiłem jej zrobić – urwał mi się film. „Haj biegacza” porwał mnie w odmęty nieznanych mi wcześniej rewirów. Początkowo myślałem, że jestem w sanatorium. Obstawiałem Lądek-Zdrój, ale po drugim prysznicu w jakimś obskurnym pomieszczeniu wywnioskowałem, że to nie może być uzdrowisko. Jakiś facet z brodą kierował na mnie silny strumień wody ze szlaucha. Na początku było nawet przyjemnie, ale później już bolało. Czytałem kiedyś w Runner’s World o alternatywnych metodach odnowy biologicznej. Podobno, bicze wodne to doskonała metoda masażu po treningu… No kurwa bez przesady! Po trzecim prysznicu nabrałem wody w usta i poszedłem spać. Obudziłem się z potężnym bólem głowy i zdałem sobie sprawę gdzie jestem. Od tamtej pory zalecono mi picie jedynie piw bezalkoholowych. Zawdzięczam tej zmianie bardzo wiele! Dlatego pozwólcie proszę, że opowiem Wam nieco o nieocenionym działaniu piwa bezalkoholowego na organizm biegacza.*

Wpływ piwa bezalkoholowego na ciało sportowca

Wiele eksperymentów poświęconych było badaniu wpływu alkoholu na ciało sportowca. Badania przeprowadzone w wojsku wykazały, że dawka alkoholu 0,18 g/kg już po dwudziestu pięciu minutach zmniejsza zręczność, a badani żołnierze po wypiciu alkoholu mieli wynik gorszy o dziesięć procent w strzelaniu do celu. Podobne rezultaty dały badania zawodników trenujących strzelectwo, którzy po wypiciu alkoholu byli pewni, że trafią celnie w tarczę – alkohol poprawia chwilowo pewność siebie. W praktyce ich wyniki były o wiele gorsze.

Robert Stainback w swojej książce Alcohol and Sport napisał: „Alkohol w połączeniu ze sportem nie jest wcale lepszy, niż alkohol w połączeniu z prowadzeniem samochodu”. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku sportów siłowych. Alkohol ma bezpośrednie działanie toksyczne na mięśnie i tkankę nerwową. Najbardziej wrażliwe na uszkodzenie alkoholowe są włókna mięśniowe typu II, czyli te, w których dochodzi do najbardziej aktywnej hipertrofii na skutek obciążonego treningu. Alkohol zaburza zachodzący w wątrobie proces syntezy glukozy z aminokwasami oraz mleczanów, czyli glukoneogenezę. Warto przypomnieć, że jeden gram alkoholu dostarcza aż 7,1 kcal!

Co w takim razie ze sportowcami albo osobami aktywnie uprawiającymi sport, którzy lubią smak piwa lub wina?

Dla nich alternatywą są napoje bezalkoholowe. Ich smak niewiele różni się od smaku ich alkoholowych odpowiedników. Warto dodać, że dla wielu osób smak piwa bezalkoholowego jest o wiele lepszy niż smak tego zawierającego alkohol. Jest jeden warunek. Musi to być dobre piwo bezalkoholowe. Nie chodzi jednak tylko o smak. Napoje bezalkoholowe mają doskonałe własności, które wspomagają trening sportowców! Wiele piw bezalkoholowych, w tym te rekomendowane przez nas, otrzymało od specjalistycznych instytucji status napojów izotonicznych.

I tak, bezalkoholowe piwo pszeniczne Erdinger było testowane przez Uniwersytet Techniczny w Monachium. W dużym projekcie pod kierownictwem doktora Johannesa Scherra sprawdzono jaki wpływ na ich wydolność ma bezalkoholowe piwo pszeniczne. Badanie przeprowadzono na grupie dwustu siedemdziesięciu siedmiu maratończyków. Test był prosty. Połowa z badanych codziennie wypijała po półtora litra testowanego piwa, druga połowa otrzymywała zwykłe piwo bezalkoholowe. Wyniki były zdumiewające. Pijący bezalkoholowe piwo pszeniczne Erdinger po przebytym maratonie mieli obniżony poziom stanu zapalnego we krwi. Stało się tak dzięki zawartym w tym piwie polifenolom. Analiza badań ujawniła, że w grupie pijącej piwo z polifenolami poziom leukocytów był o dwadzieścia procent niższy, niż w grupie spożywającej zwykłe piwo bezalkoholowe!

Warto również w tym miejscu wspomnieć, że piwa bezalkoholowe mają o pięćdziesiąt procent mniej kalorii niż ich alkoholowe odpowiedniki. Jedno półlitrowe piwo bezalkoholowe to około 125 kcal. Tyle można spalić podczas dziesięciu minut biegu! Jednak poza kaloriami, napoje bezalkoholowe to także świetny zastrzyk składników mineralnych. Potas, fosfor, magnez, sód, i wiele ważnych aminokwasów, w tym BCAA, elektrolitów i witamina B. Nie ma w nim ani tłuszczu, ani cholesterolu! Wnioski? Pij piwo bezalkoholowe. Ryzyko wylądowania w budynku przy ulicy Kolskiej zminimalizujesz niemalże do zera. W kolejnym artykule przybliżę Wam testy piwa bezalkoholowego dzięki uprzejmości bezalkoholowe.com.

*Opisana historia nie przydarzyła się autorowi tego artykułu naprawdę. Tekst ma charakter edukacyjny, jest pewnego rodzaju przestrogą i świadczy o dziwacznym poczuciu humoru autora. Za poczucie zażenowania serdecznie przepraszam.

Źródło: bezalkoholowe.com, konsultacja merytoryczna – Bartłomiej Misiurek.