Marcin Meller na wojnie. „Miałem niebywałego fuksa”

Kurde dobry wywiad, zawsze ciekaw byłem jak to się stało że gość, który był korespondentem wojennym nagel zostaje naczelnym Playboya no i w końcu się dowiedziałem. Oprócz tego kilka innych istotnych informacji m.in. o porwaniu samolotu przez artystów w Gruzji. Polecam do zapoznania się 😛

Marcina Mellera kojarzycie tylko z szołbiznesem i felietonami w „Newsweeku”? Niesłusznie. Przez blisko 10 lat były naczelny „Playboya” podróżował po świecie opisując najtragiczniejsze wojny przełomu wieków. Co gnało go na Kaukaz, do Sudanu i Ugandy? Co czuł biegnąc przez pole minowe pod azerskim ostrzałem? Jak udało mu się nie umrzeć, kiedy zachorował na malarię? Opisał w najnowszej książce „Między wariatami”. Rąbka tajemnicy uchylił też Annie Wittenberg.

Marcin Meller właśnie wydał książkę "Między Wariatami".
Marcin Meller właśnie wydał książkę „Między Wariatami”. • fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta

Pamięta pan ten moment, kiedy zdecydował się pan pojechać na swoją pierwszą wojnę?

Bardzo dobrze pamiętam. To było bardzo proste. Była impreza na Sadybie…

(Śmiech).

Wie pani co, pani się śmieje. Ale ja teraz czytałem książkę „Obłęd 44” Piotra Zychowicza, z której wynika, że kiedy generał Okulicki podejmował decyzję o powstaniu warszawskim, był pod wpływem alkoholu, i to przez całe długie dni. To jest poważna sprawa. A to, że ja na imprezie podejmowałem decyzję o wyjeździe…

Dobrze, dobrze. Więc na Sadybie…

…albo na Stegnach. To było w mieszkaniu znajomego, wiosna 92. Spotkałem tam Krzyśka Millera, mojego kumpla jeszcze z czasów podziemnego NZS-u. Był już wtedy fotoreporterem „Wyborczej”, miał za sobą wojny i swoją legendę. Krzysiek powiedział, że jedzie do Afganistanu i że nie ma ze sobą piszącego dziennikarza – zwykle jeździł z Wojciechem Jagielskim, ale tak jakoś wyszło, że tym razem on nie mógł. Byliśmy już wtedy po jednej flaszce i Krzysiek mi zaproponował, czy z nim nie pojadę…

Jesteśmy sobie na imprezie, w bloku w Warszawie, a ten mi mówi „skoczmy do Afganistanu”, jakby to był weekend w Zakopcu. A że uwielbiam takie surrealistyczne sytuacje, to mu mówię: proszę bardzo.

Nie pamiętam żadnego pańskiego reportażu z Afganistanu…

Poszedłem następnego dnia rano do naczelnego „Polityki” Jana Bijaka. Kiedy powiedziałem mu, że chcę sobie polecieć do Afganistanu, odpowiedział że Afganistan to nie, bo to już nieciekawe – bardzo zresztą zabawne w kontekście tego, co się stało później – ale, że jeśli chcę spróbować swoich sił, jako reporter „wojenny”, to mogę pojechać do Azji środkowej, albo na Zakaukazie.

Padło na Zakaukazie.
To była dla mnie w pewnym sensie romantyczna wyprawa. Media pokazywały wówczas czarno – biały obraz tego konfliktu: Azerowie to byli ci źli, a Ormianie – dobrzy, uciśnieni. A że akurat ci ostatni dopiero co przebili się przez azerskie pozycje łącząc Karabach z właściwą Armenią, zdecydowałem się polecieć tam.

Romantyzm szybko się skończył…

No tak… Zresztą później za każdym razem, jak byłem świadkiem walk, albo bombardowań, obiecywałem sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobię. A kiedy byłem w południowym Sudanie i siedziałem pod ostrzałem, miałem to uczucie nawet podwójnie – mówiłem sobie, że już nigdy nie wrócę na wojnę i nigdy, przenigdy już nie zapalę trawy (śmiech).

Po co pan jeździł? Dla misji?

Nie lubię w ogóle tego słowa.

Dużo korespondentów wojennych go używa. „Misja pokazywania światu okropieństw wojny” – na przykład.

Wierzę w to, że misję mogła mieć Anna Politkowska, która w swoich reportażach pokazywała wojnę w Czeczenii, narażała się władzom swego kraju, i za swą pracę została zamordowana. Ale jaką misję może mieć dziennikarz z Polski, kraju, który w zasadzie nie interesuje się światem, sprawami międzynarodowymi i niewiele może? Co ten mój mały tekst, fotoreportaż albo film zmieni?

Większość jeździ tam przede wszystkim przeżyć przygodę. Zresztą nie tylko dziennikarze, także pracownicy organizacji humanitarnych. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że ci ostatni są szlachetniejszą grupą, bo przynajmniej niosą pomoc. Ale w sensie mentalnym – chodzi o to samo, zaspokojenie jakiejś głęboko tkwiącej w człowieku potrzeby doświadczeń skrajnych. Przecież pomagać ludziom można też w Bieszczadach albo w Wałbrzychu. Ja nie mówię, że to źle, tylko jestem powściągliwy w używaniu pojęcia „misja”.

„No i jak, Polak? Podobało się? Fajnie na wojnie, co?” – takie pytanie panu zadali panu Ormianie w Karabachu, po tym, jak uciekliście spod azerskiego ostrzału.

Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Nie wypada powiedzieć, że się podobało. Wiadomo, że wojna jest czymś okropnym, straszliwym…

Ale…?

Ostatnio oglądałem świetny film dokumentalny „Wojna Restrepo”. To film dwóch dziennikarzy, którzy ponad rok spędzili z amerykańskimi marines na najbardziej oddalonym posterunku w Afganistanie – właśnie Restrepo. Zresztą jeden z nich, fotograf Tim Hetherington zginął później w Libii. Pokazali absurd sytuacji, w której żołnierze bronią przyczółku, który jak się okazuje, w ogóle nie ma znaczenia.

Utkwiła mi w głowie historia chłopaka, który opowiada do kamery, że jest z hipisowskiej rodziny, że jak był dzieckiem i bawił się pistolecikiem na podwórku, to rodzice strasznie lamentowali, więc jak dorósł to z przekory wstąpił do armii. W którymś momencie on mówi, że to jest straszne, że ma świadomość, że zabija ludzi. I niby nie chce powiedzieć, że to polubił, ale… Takie „ale” zostaje w zawieszeniu.

Żeby było jasne, ja nikogo nie zabiłem, miałem broń w ręku, ale jej nigdy nie użyłem. Natomiast poczułem, że połączenie tego totalnego koszmaru, stresu, adrenaliny…

Potrzeba ekstremalnego przeżycia?

Nie ma nic bardziej skrajnego niż wojna. Są sporty ekstremalne, są gry, ale to wszystko jest w cudzysłowie, tam nie ma nic na serio, to w ogóle są inne proporcje.

Reportaże z pana najnowszej książki czyta się jak relacje z – w sumie – całkiem niezłej zabawy.

No bez przesady, nie wszystkie. W opowieści o „wojnie Ducha Świętego” w Ugandzie, o dzieciach żołnierzach i w wielu innych reportażach za wiele zabawy nie ma. Natomiast faktem jest, że mam ucho wyczulone na absurd, surrealizm i paradoksy. Kiedy pisaliśmy z Anią „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji”, to zastanawialiśmy się, czy nie przesadzamy mieszając tragedię ze śmiechem. Ale jakiś czas przed ukończeniem książki obejrzeliśmy gruziński film „Pokuta”. To najsłynniejszy gruziński film, historia dyktatora – aluzja do Stalina, choć z wyglądu bardziej przypomina Berię – którego ciało po śmierci ktoś wykopuje z grobu. Oglądamy retrospekcje tragicznych wydarzeń, a jednocześnie opowieść jest pełna najczarniejszego, ale bardzo zabawnego poczucia humoru. Więc uznaliśmy, że jeśli najwybitniejszy gruziński reżyser, Tengiz Abuładze może zrobić taki film, to dlaczego, zachowując wszelkie proporcje, my nie możemy tak napisać książki o jego ojczyźnie?

I tak jest też w „Między wariatami”.

No miesza się. No bo jak inaczej to opisać? Jestem w południowym Sudanie w obozie uchodźców, samoloty rządowe bombardują w środku dnia, ktoś ginie. Wieczorem kiedy schodzi adrenalina, spotykamy się w gronie pracowników organizacji pozarządowych, popijamy odłożoną przez kogoś na specjalną okazję whisky i wszyscy się śmieją z chłopaka, młodego Norwega, który w czasie bombardowania został wyrwany z jakiegoś – sądząc po objawach – przyjemnego snu i z pokaźnym, wedle zebranych dziewcząt, wzwodem leciał do okopów. Czuje pani? Koszmar śmierci, przerażenie, ktoś ginie, bomby wzbijają pył, który w nierealny sposób filtruje oślepiające słońce, a tu facet z wzwodem leci przez obóz uchodźców. Wszystko się miesza.

Co było dla pana najważniejsze podczas wypraw w rejony ogarnięte wojną?

Fuks, to, że miałem niebywałego fuksa. Doświadczeni korespondenci wojenni mówią zresztą, że to od niego wszystko zależy. Bo niektórzy mogli siedzieć w Sarajewie latami, a przyjechał ktoś nowy, ledwie wysiadł z transportera i dostał od snajpera kulę w łeb.
Ale ja też nie korzystałem z tego mojego szczęścia zbyt mocno.

Kiedy kilka razy z rzędu mi się udawało, później starałem się na trochę wycofać. Jak poszedłem kiedyś ze znajomym do kasyna w Nairobi i postawiłem jego dwieście dolarów (powiedział, że jak wygram to mu oddam te 200, a jak przegram to trudno), a wygrałem osiemset, nie próbowałem dalej.

Limit szczęścia się kiedyś wyczerpał?

Skoro tu siedzę, to jednak chyba nie! Los nade mną czuwał. Po pierwszym doświadczeniu wojennym, ucieczce spod ostrzału w Karabachu, przebieżce przez pole minowe, parę dni później spotkałem kilku fedainów, ormiańskich partyzantów, którzy tworzyli mały oddział para-komandosów, a tak naprawdę byli rodzajem komanda śmierci. Niezależnie od tego co się działo na froncie, zapuszczali się w góry i tropili azerskich maruderów, szpiegów czy po prostu żołnierzy. No i jeńców nie brali. Zapytałem się czy mogę z nimi pójść w góry, zgodzili się. Umówiliśmy się na następny dzień, że mnie zabiorą i poszli. A ja nagle wpadłem w panikę coteż najlepszego zrobiłem.

Zupełnie nie mogłem spać tej nocy. Męczyło mnie to, ale byłem jeszcze w tym głupim wieku, że nie dopuszczałem do siebie, że taką decyzję mogę przecież zmienić. Wystarczyło im powiedzieć: sorry, rozmyśliłem się, ale durne poczucie honoru mi na to nie pozwalało. Rano czekałem na nich przed hotelem – a właściwie czymś co kiedyś było hotelem, a teraz była w nim tylko etażna, która pobierała opłatę za nocleg – do dziewiątej, dziesiątej. Umierałem z głodu. Powiedziałem tej kobiecie, że idę znaleźć coś do jedzenia (bo oczywiście w hotelu niczego nie było), a jeśli oni się pojawią, to niech poczekają, bo ja zaraz wracam. Minęło nie więcej niż pół godziny. Kiedy wróciłem, staruszka powiedziała, że oni już byli, ale uznali, że nie będą na mnie czekać. Poczułem jakby mi dwutonowiec spadał z serca

Nieprawdopodobna historia.

No mój szwagier skomentował, że łakomstwo uratowało mi życie.

Czasami jednak było naprawdę blisko. Choćby, kiedy omal nie umarł pan na malarię.

A wie pani, właśnie pomyślałem, jak wielką rolę w moim życiu odgrywają święta majowe. Na przyjęciu z okazji 3 maja, które wyprawił nasz ambasador w Kenii poznałem Włodka Krygiera, polskiego operatora pracującego dla niemieckiej telewizji. Gdyby nie to niewinne spotkanie, porcja bankietowego small-talku, to niewiele dni później umarłbym w zawilgoconej budzie. Człowiek uratował mi życie.

A rok wcześniej…

Gdyby nie trzeci maja, to nie dostałbym się do Krajiny, kontrolowanego przez Serbów terytorium formalnie chorwackiego. Zostałem przez nieporozumienie, a raczej dla mnie zrządzenie losu, wzięty za asystenta polskiego generała. Jak później opowiadałem całą tą historię w Warszawie, to znajomy starszy dziennikarz powiedział, że nikt mi w nią nie uwierzy, bo w dziennikarstwie nie liczy się czy coś jest prawdziwe lecz czy prawdopodobne. No to trochę poczekałem i teraz ją opisuję w „Między wariatami.”

Miałem też resztki instynktu samozachowawczego. Kiedy już wpakowałem się w najgorsze szambo, zaczynał działać. Choć czasem w sposób dosyć dziwny: kiedy uciekałem z ormiańskimi towarzyszami niedoli przez pole minowe, to starałem się biec pośrodku licząc na to, że w najgorszym razie pierwszy wyleci na minie, ostatni dostanie kulę w plecy, a ja w środku może się uchowam. Wiem, że nie brzmi to jak fragment poradnika „Jak dożyć spokojnej starości?”, ale chcę powiedzieć, że nie znałem umiaru w pakowaniu się w niebezpieczne miejsca i sytuacje, ale jak już w nie trafiłem, starałem się nie szarżować.

Wyjeżdżając na wojnę stawiał się pan po którejś stronie?

Podczas tego pierwszego wyjazdu sympatyzowałem z Ormianami. I choć nie napisałem niczego, czego później mógłbym się wstydzić, było mi trochę głupio, że dałem się ponieść tym nastrojom – wtedy z nimi była większość polskich i międzynarodowych mediów. Tak samo zresztą jak w czasie konfliktu na Bałkanach prawie wszyscy byli przeciw Serbom. Akurat tę drugą wojnę widziałem nieco inaczej. Może dlatego, że skończyłem historię i pamiętałem o tym, co Chorwacja robiła w czasie II wojny światowej, o sojuszu z Hitlerem, Państwie Chorwackim, o ludobójstwie na Serbach. Po czterdziestu latach sytuacja z perspektywy Serbów wyglądała tak samo: znów walczą z Chorwatami, znów popierają ich Niemcy. Ja oczywiście wiem, że to były lata 90, zupełnie inne Niemcy, niż kiedyś, ale… Skoro w Polsce do dziś Rosja, czy Niemcy budzą obawę, to można sobie wyobrazić, co się działo w Serbii. Mnie nawet o te serbskie sympatie oskarżano w Polsce.

Kto płacił za te wszystkie wyjazdy?

Za takie typowe wyjazdy reporterskie, na Kaukaz, do byłej Jugosławii, moja ówczesna redakcja czyli „Polityka”. Dostawałem delegacje na dwa tygodnie, ale żyłem bardzo oszczędnie, więc starczało na dwa trzy, razy dłużej, a nikt nie był w stanie zawezwać mnie do domu, bo nie miałem komórki, a wysyłałem teksty, więc w sumie wszyscy byli szczęśliwi. A jak wyjechałem raz na pół roku, a potem na blisko rok do Afryki, to trochę funduszy miałem z redakcji, trochę od rodziców i oszczędności, przyjaciele zrobili nam mnie ściepę, biznesmen, znajomy znajomych dał mi kilkaset dolarów pod warunkiem, że po powrocie zrobię domowy pokaz slajdów dla jego rodziny, no kombinowałem jak koń pod górę. Ale wyjeżdżając na blisko rok do Afryki miałem niewiele ponad dwa tysiące dolarów.

To chyba niewiele.

Żadne pieniądze! A przeżyłem za to osiem miesięcy.

?

Udało mi się trochę jeszcze zarobić w międzyczasie. Spływały małe, bo małe, ale wierszówki z „Polityki”, dwa reportaże wydrukował mi holenderski tygodnik „Vrij Nederland”, kilka – ugandyjskie gazety. No i wygrałem 800 dolarów w kasynie!

Pamiętam, całymi tygodniami miałem taką dniówkę: dolara na nocleg w szemranym hoteliku, dolara na obiad, jakiś ryż z sosem (na śniadanie wychodziłem za miasto zrywać mango); dolara na taką samą kolację, dolara na jakiś bimber, który sprzedawany był w takich saszetkach jak szampon do włosów. No i dolar zostawał na zapas. Dolce vita!

Nie brzmi to jak opowieści o korespondentach zachodnich mediów…

No tak, ale ja dzięki temu pisałem zupełnie inaczej niż oni. Co mógł zobaczyć korespondent, który wpadał na chwilę i mieszkał w eleganckim hotelu? Po tym, jak moje teksty o Afryce ukazały się w tych holenderskich gazetach, napisał do mnie zresztą tamtejszy dziennikarz, którego spotkałem w północnej Ugandzie dokąd wpadł na chwilę. Pogratulował mi artykułów i przyznał, że żałuje, że nie mógł sam spędzić tam więcej czasu., no ale redakcja wymagała by jechał dalej. Coś za coś.

Te pieniądze się jakoś rozliczało?

No jasne, były dwie rodzaje delegacji – pobytowa, chyba 40 dolarów dziennie, które można było po prostu wydać na jedzenie, transport, łapówki i tak dalej, i hotelowa – 80 dolarów. Z tego trzeba się było już rozliczyć. Tu się zresztą przydało się cwaniackie wychowanie w komunizmie.

Jak to?

Hotele w byłym Związku Radzieckim miały zróżnicowane stawki za dobę. Dla Gruzina, jeśli byliśmy w Gruzji noc kosztowała powiedzmy dolara, dla mieszkańców innych republik byłego Sojuzu – dwa dolary, a dla obcokrajowca, w tym Polaka, na sto dolarów. No więc dawało się etażnej w łapę pięć dolarów, płaciło się za noc jak Rosjanin, a dostawało prawdziwy rachunek. Tym sposobem w kieszeni zostawała kupa kasy. Dzięki czemu mogłem tam zostawać tak długo. A i tak kiedy wróciłem do redakcji, grzecznie wpłaciłem to, co mi zostało. Usłyszałem wtedy od kolegi, że jestem idiotą.

A jak wyglądało przygotowanie do wyjazdu?

No nigdy nie zawadzi przypomnieć, że od czytania. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Trzy czwarte sukcesu to mieć najpierw sporo w głowie zanim się ruszy w teren. No i kontakty. A z tymi różnie kombinowałem. Na przykład kiedyś poznałem Angielkę pracującą w ambasadzie brytyjskiej. Zakolegowaliśmy się, trochę imprezowaliśmy razem i kiedy jechałem do Turcji napisać o Kurdach, powiedziała, że jej kumpel ze studiów pracuje w konsulacie w Stambule. Ten chłopak dał mi namiar na swego przyjaciela, korespondenta tygodnika „The Economist”, on na znajomego profesora w Ankarze, ten na swoich doktorantów…. Itp. Itd. Łańcuszek świętego Marcina. A wszystko się zaczęło od tego, że na jakiejś imprezie zgadałem się z sympatyczną Suzanne. Zawsze, jeśli tylko się dało, starałem się mieć takie pół-prywatne wejścia. To działa cuda w terenie.

Z tym się zresztą wiąże taka żenująca w sumie dla mnie historia, którą zresztą opisałem w „Gaumardżos!”. Jechałem na Południowy Kaukaz, po raz pierwszy jako reporter w gorące miejsce i jak gdyby nigdy nic zadzwoniłem do Wyborczej, poprosiłem Wojciecha Jagielskiego, wówczas już bardzo znanego reportera specjalizującego się w Kaukazie. Przedstawiłem się grzecznie i spytałem czy by mi nie dał jakichś namiarów. A on dał. Znajomi go nawet pytali czemu nie pogonił bezczela, kiedy im opowiadał tę hucpiarską anegdotę. Potem się zakolegowaliśmy, ale nigdy nie odważyłem się poprosić go ponownie o jakikolwiek namiar (śmiech). No i na Afrykę dostałem kontakty od Kapuścińskiego.

Jaki był dla młodego reportera?

Ujmująco uroczy, delikatny w obyciu, słuchający, ciekawy, albo świetnie udający zaciekawienie tym co młody człowiek ma do powiedzenia. To było nawet komiczne gdy mnie pierwszy raz zaprosił do swej pracowni na strychu i pyta czy palę. Mówię, że tak. A on czy mam papierosy. Ja, że niestety nie, bo myślałem, że chce się poczęstować, a okazuje się, że on nie pali, tylko chce mi sprawić przyjemność, więc szuka zamelinowanych czyichś papierosów, częstuje mnie i pamiętam, jak dzisiaj, podtyka takie popielniczki jeżyki, co jak matrioszki chowały się coraz większe i niemal mnie prosi, żebym mu w tej jego świątyni zdrowo nasmrodził. Ale jak się powiedziało coś o Afryce z czym się nie zgadzał, to natychmiast przestawał być urokliwym Rysiem i zapalały mu się ognie w oczach (śmiech).

W ogóle trafiłem do niego tak, że któregoś ranka, nie miałem jeszcze komórki, zadzwonił stacjonarny, obudził mnie, a w słuchawce słyszę: „Dzień dobry panu, mówi Ryszard Kapuściński. Słyszałem, że wybiera się pan znowu do Afryki. Czytałem pańskie reportaże i mi się podobały. Może znajdzie pan chwilę przed wyjazdem i zajrzy do mnie?” No myślałem, że zejdę. Pewnie tak poczułby się proboszcz ze wsi pod Łomżą jakby do niego zadzwonił Franciszek zapraszając na pogawędkę do Watykanu.

Kiedy przestałem jeździć po świecie, to Kapuściński czasem mnie pytał, dlaczego.

O to samo i ja chciałam zapytać. Co się stało?

W sumie prozaicznie – źródełko w „Polityce” powoli zaczęło wysychać. Delegacje stawały się coraz krótsze, mogłem sobie polecieć na parę dni. A co to za robota? Mnie w każdym razie nie bawiło takie wpaść – wypaść. Więc pisałem coraz więcej tekstów na tematy, które mnie niespecjalnie interesowały i coraz bardziej się irytowałem . Myślałem nawet jak każdy sfrustrowany dziennikarz o otwarciu knajpy. Aż tu dostałem propozycję prowadzenia pierwszego w Polsce programu z gatunku reality show czyli „Agenta”. Pomyślałem, że skoro nie mogę poszaleć po świecie, to pojadę po drugiej bandzie i pobawię się w szołbiznes. No i nie zapominajmy o próżności.

(Śmiech).

No i znowu pani się śmieje. (śmiech) A po co człowiek świeci gębą w telewizji? No raczej nie dlatego, że obsesyjnie łaknie anonimowości. Istotne też było, że po raz pierwszy w życiu zarobiłem na coś więcej, niż opłacenie mieszkania i przetrwanie do pierwszego na długach. „Agent” pociągnął propozycję z Playboya, myślałem, że zrobię sobie taką trzyletnią przerwę, a zrobiło się z tego dziewięć lat.

Nie brakowało wyjazdów?

No brakowało, ale przy okazji po 12 latach w Polityce miałem totalną blokadę na pisanie. Klasyk, jak widziałem migający kursor, to gotów byłem szczoteczką do zębów kibel wyczyścić, byle odwlec pisanie.To też był jeden z powodów przyjęcia propozycji zostania naczelnym „Playboya”. Teraz to ja miałem innym zlecać pisanie. Ale minęło parę lat, teraz to bezproblemowe życie zaczęło mnie nudzić, wróciłem po długiej przerwie do Gruzji, raz, drugi, trzeci. Zacząłem tam jeździć, żeby uciec od tego światka tutaj. Najpierw sam, potem z Anką. I nagle coś się zmieniło. Napisaliśmy książkę, znowu zaczęło mnie kręcić pisanie, Tomek Lis zaproponował pisanie felietonów, zacząłem zupełnie się odklejać od tej „Playboyowej” rzeczywistości.

A w przyszłości?

Dobra… Jak to powiem publicznie, to ktoś będzie mnie przynajmniej trzymał za słowo. Chcę napisać kolejną książkę, ale tym razem nie zbiór reportaży, opowieści, tylko jedną rozbudowaną historię. Jeszcze nie wiem, o czym – na razie obłożyłem się książkami, mam kupkę afrykańską, kupkę żydowską , kupkę polską. Szukam czegoś takiego jak historia porwania samolotu w Gruzji w latach 80., którą opisałem w „Gaumardżos!” Siódemka młodych ludzi z dobrych, a czasem wpływowych rodzin, postanowiła porwać samolot, żeby uciec z komunistycznego raju, zwanego Związkiem Radzieckim. Wśród nich był aktor Gega Kobachidze, ledwie 22-letni, ale już wielka gwiazda w Gruzji. Miał śliczną dziewczynę, studentkę Akademii sztuk Pięknych, 19-letnią Tinę Petwiaszwili. Mieli wszystko, byli królami życia, a zrobili to co zrobili. A ja się zastanawiałem co musiało siedzieć w ich głowach.

Wszystko skończyło się tragicznie. Zginęli przypadkowi ludzie, zginęła część porywaczy, resztę w tym Gegę rozstrzelano, przeżyła tylko Tina skazana na wieloletnie więzienie. Rodziny do dzisiaj szukają grobów. Byli trochę starsi ode mnie, nie mogłem przestać o nich myśleć. W tej opowieści jest wszystko: burzliwa historia kraju, wyraziści bohaterowie, miłość, nadzieja, śmierć, sprzeczne racje, nierozwiązywalny konflikt wartości. Czegoś takiego szukam.

Czyli Meller zatoczył koło.

Coś tak jakby. Ale na wojnę już bym nie pojechał. Mam rodzinę, dziecko i chyba wyczerpałem limit fuksa w tej kategorii na jedno życie.

http://natemat.pl/76269,marcin-meller-na-wojnie-mialem-niebywalego-fuksa

Reklamy

„Trzęsę portkami przed maratonami” – czyli porady – od wyboru celu do debiutu w maratonie

swietny poradnik jak przeżyć to dość wymagające wydarzenie i jak się przygotować. Dodatkowo świetne patenty i rozwiązania większości problemów dla takich żółtodziobów jak ja 😛
 
Może jeszcze nie w głowie Ci królewski dystans, dopiero przymierzasz się do sprecyzowania celu, a może właśnie jesteś w fazie jego realizacji? Zanim postawisz pierwszy krok na trasie maratońskiej, zapoznaj się z radami bardziej doświadczonych biegaczy. Co prawda każda osoba jest inna, stosuje swoje metody medytacji, preparacji, przygotowania, ale niezależnie od stopnia zaawansowania – ogólne zasady higieny przedmaratońskiej są takie same dla każdego.

Ameryki raczej się już w tym temacie nie odkryje, ponieważ historia biegu maratońskiego sięga aż 490 roku p.n.e. Było dużo czasu na próby i błędy, aby w końcu każdy trenujący biegacz doszedł do bardzo podobnych wniosków.

Prześledźmy sytuację od samego zalążka i przypomnijmy podstawowe wskazówki. Następnie sam pomyśl i przecedź je przez swoje wyobrażenia. Rad ich wiele, a każda niewątpliwie na swój sposób cenna.

PIĘKNY STRACH

– Cześć, jak się czujesz? – powiedziałam z lekkim uniesieniem kącika ust.

 – Słyszę Twoje serce. Czyżby to na mój widok?– szepnęłam mu do ucha. Wiedziałam jednak, że przyczyna takiego stanu rzeczy leży zupełnie gdzie indziej. Droczyłam się, bo w końcu zobaczyłam jego prawdziwe oblicze. Zobaczyłam strach.

– Nie martw się, to będzie najpiękniejszy dzień Twojego życia. Zapamiętasz go na zawsze. – uśmiechnęłam się najszczerzej jak tylko mogłam.

– Będę Ci kibicowała. Wierzę w Ciebie.

Strach przed pierwszym maratonem potrafi pokonać nawet najsilniejszego mężczyznę. Nie inaczej jest z biegaczkami. Ja również przepełniona byłam obawą.

Co jednak najważniejsze – strach to najbardziej naturalna emocja, która spotyka nie tylko debiutantów. Ponieważ biegacze to grupa sportowców, którzy całe serce wkładają w swoją pasję – nic dziwnego, że tak długo oczekiwany, królewski dystans napawa lękiem. Czy podołam?

Tak – podołasz i jak zostało powiedziane – będzie to jeden z najpiękniejszych dni Twojego życia!

Maraton ma w sobie niewyobrażalną energię. Kusi jak śpiew syren, ale nie zabija. Niezależnie od sytuacji na trasie i rodzaju finiszu, daje moc do pokonywania własnych słabości. Pokazuje człowiekowi jak wiele siły w nim tkwi, nawet gdy pozornie wydaje się, że już jej zabrakło. To doskonałe odbicie życia.

Przyjmij zatem strach z całym dobrodziejstwem inwentarza, weź pod pachę jak starego przyjaciela i razem ruszcie po nowe wyzwania. Buzująca adrenalina; uczucia, których nie masz szansy doświadczyć w powielanym codziennie schemacie życia; euforia pomieszana z nieopisanym uczuciem oczekiwania; ekscytacja, niewiedza i podniecenie. Ciesz się, że tkwi w Tobie tyle emocji.

Czekałeś na ten dzień tyle czasu i w końcu Twoje marzenia się ziszczą. Doceń siebie i drogę, którą przebyłeś, aby stanąć na linii startu!

Bogdan Nowak, maratończyk Gwardii Olsztyn na przebiegnięcie 67.756 kilometrów potrzebował 11 lat. Potem… biegł dalej.

„(…) Do Gwardii i lekkiej atletyki trafiłem przypadkowo. Tak jak każdy młody człowiek chciałem robić coś ciekawego. Zajął się mną trener Zdzisław Majchrowicz. Przymierzałem się do skoku w dal. Miałem nawet niezłą technikę, ale brakowało mi predyspozycji do tej konkurencji. Nie robiłem postępów. Trener Majchrowicz dał mi jednak rzetelne przygotowanie ogólne, bez kłopotów więc przemianowałem się na biegacza w grupie Kazimierza Podolaka i rozpocząłem trening przeszkodowca. Tu było już lepiej i wiedziałem, że mogę osiągnąć lepsze rezultaty, niż w skoku w dal.

W roku 1976 kolega klubowy, Henryk Więzik startujący w maratonach namówił mnie do udziału w biegu na 42km 195m. Przygotowania rozpocząłem na 2 miesiące przed startem, bo do tej pory najdłuższy dystans, jaki pokonałem na zawodach, wynosił 5km. Wiedziałem, że udział w maratonie to dla mnie duże ryzyko, ale coś mnie korciło i chciałem spróbować. Bardzo zależało mi na ukończeniu maratonu. Chciałem się bowiem przekonać czy podołam. Zależało mi także na udowodnieniu, że startując w maratonie, znajdę swoja najlepszą konkurencję.

Linię mety wyznaczającą koniec maratonu pamiętam do dziś. Znalazłszy się za nią, płakałem, bo nareszcie skończyła się gehenna. Kiedy skończyłem, Henryk Więzik poklepał mnie po ramieniu. W tym geście było wszystko, nie trzeba było słów. Mimo to powiedziałem sobie, że nigdy więcej nie pobiegnę maratonu. Wieczorem na wspólnej kolacji, kiedy już odpocząłem, coraz bardziej skłaniałem się do zmiany podjętej decyzji. Po powrocie do Olsztyna wiedziałem, że z maratonów nie zrezygnuję.”

(Bogdan Nowak)

FAZA POCZĄTKOWA. CEL I PRZYGOTOWANIA.

  • Postaw sobie jasny cel – przebiegnę maraton.

Mnie osobiście, od czasu postawienia pierwszego, biegowego kroku zajęło to 12 lat. W żadnym wypadku nie jest to okres konieczny do przepracowania, aby ukończyć królewski dystans! Po prostu skupiona byłam na innych potrzebach. Każdy ma swoją ścieżkę.

Nie sugeruj się zatem innymi, wsłuchaj się w siebie i patrz przez pryzmat swojej historii biegowej. Jeżeli trwa ona dłuższy czas, a w głowie majaczy wielka chęć zmierzenia się z legendarnym dystansem, jesteś ciekawy, co w nim magicznego, to po prostu nie czekaj i zrób to! Podejmij wyzwanie, a nie pożałujesz!

  • Wybierz termin maratonu. Oceń realnie swoje możliwości.

Może będzie to już tegoroczny, a może ten planowany za kilka lat? Nigdy nie jest za późno. Pamiętaj – droga do celu jest najpiękniejszą, więc nie załamuj się, gdy Twój zlokalizowany będzie w dalszej przyszłości. Najważniejsze to mieć marzenie i do niego dążyć.

Zmieni ono i przearanżuje całe Twoje życie, ale gdy przebiegniesz linię mety, będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W końcu poczujesz co znaczą słowa – jestem z siebie dumny. Potem zapragniesz więcej, ale to dopiero potem.

Od czego zacząć, jak ocenić swój poziom? Nie potrafisz tego zrobić? Poproś doświadczonych kolegów. Nie masz ich? Zorientuj się czy w Twoim mieście działają grupy biegowe. Na pewno znajdzie się osoba, która doradzi, w jaki czas powinieneś celować. Takie spotkanie może być także początkiem dobrych znajomości, a te w świecie biegowym są niezwykle cenne. Wspólne treningi to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, wsparcie, a następnie możliwość współdzielenia radości. Warto schować skrępowanie w kieszeń i wyjść do ludzi. Samotność długodystansowca nie oznacza alienacji.

„Maratończycy to specyficzna grupa sportowców. Każdy z nas wie, ile wysiłku kosztuje bieg i przygotowanie do pokonania dystansu.Młodym zawodnikiem startującym po raz pierwszy w tej próbie wszyscy się opiekują. Udzielają rad, wskazówek, żeby tylko ukończył bieg.”

(Bogdan Nowak)

JAK UMIEJĘTNIE STAWIAĆ SOBIE CELE

  • Gdy sprecyzujesz już cel – zacznij przygotowania.

Najlepiej trenować z gotowym planem treningowym. Ten, dobrze skomponowany, przeprowadzi Cię płynnie przez wszystkie niezbędne elementy, a w dniu startu będziesz czuł, że wykonałeś kawał dobrej roboty i na pewno dasz sobie radę.

Prawda – każdy biegacz ma swoje obowiązki, jak praca czy rodzina, ale ma także swój czas wolny. Może ciężko będzie na początku przearanżować życie i znaleźć wolną godzinę dziennie na trening, ale na pewno uszczkniesz ją kilka razy w tygodniu. To w zupełności wystarczy. Jeżeli jednak myślisz o maratonie, na pewno jesteś na tyle już doświadczonym biegaczem, że doskonale wiesz jak bieganie porządkuje życie i nadaje mu rytm.

Warto cały czas mieć przed oczami cel – maraton.  

PLANY TRENINGOWE

  • Rejestruj treningi i prowadź dzienniczek biegowy.

Taka analiza to przede wszystkim monitorowanie postępów oraz doskonała mobilizacja. Unaocznienie tego, ile pracy wkładasz w przygotowania czy idą one według planu, czy konsekwentnie go realizujesz i czy przypadkiem nie opuszczasz obowiązkowych zajęć. Po latach będziesz mógł do niego wrócić i przeanalizować dobre i złe strony zastosowanych metod treningowych.

Mój Tata skrupulatnie notował swoje biegi w szarych zeszytach. Tabelka od linijki i wpisywane długopisem daty, znaczki, kilometry, starty, uwagi, podsumowania. Ja korzystam z dobrodziejstw techniki i coraz bardziej popularnych dzienników internetowych.

DZIENNICZEK TRENINGOWY

  • Przez cały okres przygotowawczy zwiększaj swoją świadomość biegacza.

Czym ona jest? To Twój kapitał – wiedza i doświadczenie. Zabawa rozpoczyna się od znalezienia puzzli będących elementem biegowej układanki, aby następnie przystąpić do mozolnego składania ich w całość.

Na świadomość biegacza składają się takie elementy jak: prawidłowa technika biegu, rozgrzewka, rozciąganie, dieta, regeneracja, wzmacnianie, siła biegowa, sprawność, itd. Czytaj, rozmawiaj, słuchaj i czerp wiedzę garściami. Ona naprawdę się przydaje.

Bądź testerem dla samego siebie i szukaj takich rad, które wcielone w Twój trening sprawią, że będziesz nie tylko mądrzejszym, ale przede wszystkim mocniejszym, szybszym i zdrowszym biegaczem. Wprowadzaj je w życie i bądź cierpliwy – to wielka cnota biegacza.

RÓŻNE OBLICZA CIERPLIWOŚCI

  • Testuj odzież i obuwie.

Niezależnie jak dużo czasu zostało do maratonu, próbuj w czym najlepiej Ci się biega, co dobrze leży, co nie uwiera, co dobrze oddycha, co jest wygodne. Skomponowanie idealnego stroju na królewski dystans to potem bardzo duży komfort na trasie. Teraz masz na to czas.

Warto wiedzieć, że buty powinny być lekko większe, co zapobiegnie ewentualnemu odgnieceniu i schodzeniu paznokci u stóp. Odzież natomiast powinna być tak dobrana, abyś na starcie czuł lekki chłód. W trakcie biegu ciało błyskawicznie się rozgrzeje.

  • Jeżeli korzystasz ze sprzętu elektronicznego – ucz się jego obsługi.

Zegarki z GPSem, pulsometry czy nawet telefon z wgraną aplikacją biegową – potrafią bardzo pomóc w trakcie codziennych treningów, wskazując parametry Twojego biegu.

Przez całe swoje życie biegałam bez zegarka, ale miałam także inne cele biegowe. Delektowałam się przyrodą i nie w głowie były mi starty w zawodach. Kiedy jednak zaczęłam kierować się wskazówkami planu treningowego, szybko się okazało, że takie urządzenia są niezwykle pomocne. Na początkowym etapie nie są koniecznością, ale im dalej w las, tym dobrze się w nie zaopatrzyć.

Wybierając się na zawody proponuję na dobre kilka, a nawet kilkanaście minut przed startem włączyć funkcję szukania GPS. Jeżeli zamierzasz biec na tempo i ściśle jego przestrzegać, wówczas brak sygnału może porządnie podnieść poziom adrenaliny, zwłaszcza gdy słyszysz już odliczanie do strzału startera. Dnia poprzedniego pamiętaj – naładuj zegarek, aby wyczerpująca się bateria również nie wywołała niepotrzebnego stresu.

  • Testuj żele energetyczne.

Nie wszyscy, ale spora ilość biegaczy korzysta podczas maratonu z zastrzyków energetycznych w postaci żeli. Przyzwyczajaj do nich organizm podczas długich wybiegań. Zdarzają się różne reakcje organizmów na ich skład, dlatego szukaj tych najlepszych dla siebie. Pamiętaj jednak, że eksperymenty w dniu startu nie są wskazane i testowanie nowości zostaw na zwykły trening.

ŻELE ENERGETYCZNE

  • Ogranicz spożywanie alkoholu.

Opinie na temat wpływu alkoholu na organizm sportowca są różne i choć mówi się, że piwo to dobry izotonik, to jednak zwraca się uwagę na te bezalkoholowe wersje. Wysokoprocentowe trunki po prostu się odradza.

PIWO DLA BIEGACZA

  • Rzuć palenie. Palący biegacz nie wzbudza zaufania nawet do samego siebie.
  • Bierz udział w zawodach na krótszych dystansach.

Zanim wystartujesz w maratonie, zmierz się z innymi dystansami. Potraktuj je jak test sprawdzający Twoje przygotowania. Biegi na 10km czy półmaratony to bardzo dobra lekcja, realna ocena stanu wytrenowania oraz możliwa weryfikacja postawionego celu. Dodatkowo, biorąc udział w zawodach, na własnej skórze przekonasz się, co jest dla Ciebie najkorzystniejsze: jaki rodzaj rozgrzewki, jakie masz potrzeby przedstartowe, jak reagujesz na stres, obecność innych biegaczy, atmosferę.

Pamiętaj – nawet najgorszy start jest najlepszym treningiem.

FAZA ŚRODKOWA. PRZED MARATONEM.

  • Nie zapomnij zarejestrować się na bieg.

Rejestracja może odbyć się internetowo bądź osobiście w biurze zawodów. Oczywiście w dobie dzisiejszej technologii opcja pierwsza jest sprawniejsza, choć druga także jest korzystna zwłaszcza, gdy decydujesz się na bieg na chwilę przed jego startem. Oczywiście tu dystans maratoński odradzam.

W trakcie rejestracji będziesz musiał podać dane z dowodu, rozmiar koszulki jaką chcesz otrzymać oraz przede wszystkim będziesz musiał uiścić opłatę startową.

BIEGACZ WYMAGAJĄCA BESTIA

Praktycznie każdy bieg ma swoją stronę www, gdzie znajdziesz wszystkie niezbędne informacje. Przeczytaj regulamin, plan zawodów, godziny otwarcia biura zawodów, gdzie będziesz musiał się udać po odbiór pakietu startowego.

  • Ostatni tydzień przed maratonem wyluzuj.

Zmniejsz długość pokonywanych dystansów, ale ich nie zeruj. Całkowite odpuszczenie biegów nie jest wskazane, ponieważ dobrze jest podtrzymać napięcie mięśniowe. Nie forsuj się jednak, gdyż na budowanie formy jest już za późno.

Pamiętaj, aby zachować zasadę – lepiej zrobić jeden trening za mało, niż za dużo.

  • W każdej chwili kumuluj energię – odpoczywaj! Wysypiaj się i regeneruj.
  • Odżywiaj się z głową.

Dieta to osobny i bardzo pojemny temat. Nie wystarczy zmiana nawyków żywieniowych zastosowana na tydzień przed startem.

„Złota zasada”

Złota zasada biegaczy brzmi – porcja węglowodanów przed treningiem, to dawka energii potrzebnej do jego przebiegu. Porcja węglowodanów plus białek po odbytym wysiłku, to dawka potrzebna do uzupełnienia zużytych zapasów. Odbudowanie glikogenu w mięśniach i w wątrobie jest konieczne, aby odbyć kolejny trening na takim samym poziomie intensywności co poprzedni. Koło się zamyka i nieustannie kręci.

Ta zasada ma także kolosalne znaczenie po maratonie. Pierwsze minuty po przebiegnięciu linii mety decydują jak szybko zregeneruje się Twój organizm. Zadbaj o dostarczenie odpowiednich składników w szczególności, gdy nie w planie Ci roztrenowanie.

CO JEŚĆ I PIĆ

„Ostatni tydzień przed maratonem”

Skupiając się jednak na okresie przed zawodami – spożywaj wówczas jak największe ilości węglowodanów. Często stosowanym przez maratończyków zabiegiem jest zabawa stosunkiem białek do węglowodanów i węglowodanów do białek. Do połowy tygodnia poprzedzającego start maksymalnie ogranicz spożywanie węglowodanów, tak aby organizm całkowicie wykorzystał gilkogen zgromadzony w mięśniach i wątrobie, a następnie odwróć proporcje i spożywaj praktycznie same węglowodany. Złakniony organizm będzie je kumulował, co zapewni Ci więcej siły i energii w trakcie biegu. Wypróbowane – działa.

„Intensywne przygotowania do każdego biegu maratońskiego rozpoczynałem 8 tygodni przed startem. Stosując odpowiednią dietę węglowodanową i białkową w tygodniu pokonywałem ponad 200 kilometrów, a dwa tygodnie przed imprezą niewiele poniżej 200. W czasie diety, kiedy na przykład nie jadłem chleba, czułem wszędzie jego zapach.”

(Bogdan Nowak)

„Kolacja maratończyka”

Odbierając pakiet startowy znajdziesz w nim najczęściej dwie karteczki. Na jednej będzie napisane „pasta party”, a na drugiej „posiłek regeneracyjny”. Niektórzy biegacze wyznają zasadę spożywania przed maratonem tylko i wyłącznie swoich posiłków, aby nie narazić się na sensacje żołądkowe, ale duża grupa korzysta z przygotowanych dań makaronowych zapewnionych przez organizatora biegu. Pasta party odbywa się często w miasteczku biegowym, na dzień przed startem, w godzinach ok. 18:00 / 19:00.

Ilu biegaczy tyle diet, ale na pewno kolacja powinna obfitować w węglowodany, do których możesz dodać już białko – gdy stosowałeś dietę „zmian proporcji białkowo/węglowodanowych”.

„Śniadanie maratończyka”

Jest koniecznością. To, na jak długo przed startem spożyjesz ostatni posiłek jest bardzo indywidualną kwestią. Okres przygotowawczy i zawody na mniejszych dystansach mają być właśnie dla Ciebie testerem przed wielkim maratonem. Musisz wyczuć swój organizm.

Zanim zjesz śniadanie polecam wypić kawę. Uwielbiam ją na co dzień, a w dniu maratonu mała czarna prócz przyjemności z delektowania i wyciszenia przy tej czynności przedstartowych nerwów, pomaga mi stanąć później na linii startu bez zbędnego obciążenia.

Niektórzy sportowcy są tak zestresowani, że jedzą jedynie chleb z dżemem czy miodem. Inni spożywają Müsli, płatki owsiane czy normalne kanapki. Także pora śniadań jest kwestią indywidualną, ale zazwyczaj zjedz na kilka godzin przed maratonem. Jest to czas, w którym z pewnością staniesz na linii startu naładowany energią, ale nie z pełnym żołądkiem.

„W trakcie biegu”

Odżywianie dotyczy się także samego biegu. Jak już zostało wspomniane – uczestnicy kupują żele energetyczne. Mają one konsystencję dżemu i są bardzo słodkie. W zależności od firmy – najczęściej należy je popijać. Plusem żeli jest ich szybka wchłanialność, a przez to kop energetyczny. Nie obciążają one żołądka, który odnosi się wrażenie – kurczy się w trakcie wysiłku. Jest to ich przewaga nad batonami energetycznymi. Z tych także korzystają biegacze, przy czym należy mieć świadomość, że tu proces przeżuwania może trwać dłużej, a klejąca konsystencja utrudnić oddychanie. Z mojego doświadczenia wynika, że batony energetyczne to idealna przekąska, ale na długie wybiegania.

Mój pierwszy maraton przebiegłam „zasadą gry komputerowej” – moim celem były banany serwowane na punktach odżywczych trasy. Gryz na każdym był koniecznością. Teraz korzystam z żeli, a na punktach staram się tracić jak najmniej czasu. Znaleźć tam można jednak prócz bananów kostki czekolady, ciastka, kostki cukru czy cząstki pomarańczy, a nawet arbuza.

„Po maratonie”

Posiłek regeneracyjny jest daniem pakietowym serwowanym po zakończonym biegu. Tu sytuacja wygląda różnie i do tej pory nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak często na stole gości grochówka. Polecam jednak zaopatrzyć się w mieszankę węglowodanowo-białkową, która szybko uzupełni ich straty w organizmie. Po takim zastrzyku, gdy trochę ochłoniesz – zjedz pełnowartościowy posiłek i uzupełniaj płyny wraz z minerałami.

  • Dużo Pij! Ale ważne – kiedy.

Przygotowanie pod długotrwały wysiłek fizyczny, to nie tylko przyjmowanie napojów podczas zawodów, ale przede wszystkim zbudowanie solidnej bazy na długo przed biegiem. Zapewni to bezpieczny poziom nawodnienia komórek ciała. Co zyskasz? Spożywanie już niewielkiej ilości płynów przed zawodami, a w trakcie ich trwania uzupełnianie strat w ilości ok. 150ml na każde 20minut biegu, zachowa prawidłowy bilans wodny, jednocześnie bez konieczności odczuwania potrzeby skorzystania z toalety.

Niemniej, gdy poczujesz taką potrzebę, nie ma nic gorszego niż wstrzymywanie. Nie ma również nić gorszego dla maratończyka walczącego o życiówkę, gdy musi zejść w ustronne miejsce, tracąc przy tym cenne sekundy.

ŚMIERDZĄCY TEMAT

Rozstawione na trasach punkty wodne i odżywcze mają na celu ochronę przed odwodnieniem, dlatego tak ważne jest wypijanie kilku łyków napoju na każdym z nich. Otrzymasz plastikowy kubeczek od wolontariuszy wypełniony do około połowy wodą lub napojem izotonicznym. Możesz przejść do marszu i spokojnie się napić bądź nie przerywając biegu chwycić kubek, zgnieść go tak, aby utworzył się dziubek i wypić kilka łyków. Nie oblejesz się i jest szansa, że więcej płynu trafi do Twoich ust.

Możesz także chwycić dwa kubki, co nie zostanie potraktowane jak zachłanność, zawartością jednego się napoić, a drugi wylać na głowę.

W trakcie upalnych zawodów Organizatorzy stosują czasami kurtyny wodne, przez które przebiegają uczestnicy. Woda chłodzi rozgrzane ciało i przynosi orzeźwienie. Korzystaj z nich i nie przejmuj się, że będziesz wyglądał jak mokry szczur. W trakcie maratonu niewiele jest osób, które przejmują się swoim wyglądem – oni walczą o przetrwanie, no chyba że dobrze się przygotowali i postawili racjonalny cel. Ale przecież i Ty do tego dążysz, prawda?

  • Jeżeli biegniesz w obcym mieście – poznaj je chociażby palcem na mapie.

Idealnym rozwiązaniem jest przyjazd do miasta goszczącego na dzień przed zawodami. Zaoszczędzi to sporo nerwów w dniu startu, tym bardziej, że większość maratonów rusza ok. 09:00 / 10:00 rano. Dobrze mieć poranek tylko dla siebie.

Najlepiej, abyś o wiele wcześniej miał już zarezerwowany nocleg, ponieważ lokalizacje blisko miejsca startu rozchodzą się jak świeże bułeczki. Prześledź trasę do biura zawodów, na linię startu, zorientuj się, gdzie zlokalizowane są strefy depozytu, przebieralnie. Wydrukuj regulamin plus najważniejsze informacje wraz z mapkami i w wolnej chwili poczytaj.

  • Jeżeli udajesz się na zawody samochodem…

 i jesteś w dodatku kierowcą – postaraj się tak zorganizować podróż, aby organizm mógł się obudzić po nużącej jeździe. Tu także idealnym rozwiązaniem jest przyjazd do miasta goszczącego na dzień przed zawodami. Zastane mięśnie, spuchnięte nogi, ich ciężkość, to częsty objawy, które na pewno nie wpłyną pozytywnie na samopoczucie podczas biegu.

Jeżeli możesz, na start wybierz się komunikacją miejską. Nie będziesz stał w korkach, nie będziesz szukał miejsca parkingowego. Często numer startowy jest w dniu maratonu – biletem na przejazd.

  • W przeddzień biegu – prześledź prognozę pogody.

Co prawda na pogodę nie ma się wpływu, ale można się odpowiednio przygotować. Dobierz odpowiedni strój pamiętając, aby spakować także rzeczy, w które ubierzesz się po biegu.

Na start lepiej ubrać się lżej, niż po kilku kilometrach czuć dyskomfort przegrzania. Jeżeli przed startem jest chłodno, a torbę zostawiłeś już w depozycie – zaopatrz się w folię NRC lub zwykły worek na śmieci. Okryj nim ciało, a na kilka minut przed strzałem startera odnieś na pobocze. Służby porządkowe na pewno go zabiorą, a Ty nie stracisz energii na ogrzewanie organizmu i zaoszczędzisz ją na bieg.

  • Odbierz pakiet startowy.

Tu, w zależności od rangi imprezy, jest to reklamówka z logo sponsora, choć bywają także plecaczki, torby czy worki. Wiadomo, że solidniejsza rzecz przetrwa dłużej, a im bardziej poręczna i funkcjonalna, tym reklama dla firmy długo-trwalsza, bo biegacze chętnie chwalą się na imprezach gadżetami okraszonymi nazwami obco brzmiących biegów. To samo dotyczy koszulek, jakie można znaleźć w pakiecie. W środku mamy także numer startowy, agrafki, czipy, kartki na posiłki i wiele ulotek bądź mniejszych prezentów przekazanych od partnerów i firm wspierających: izotoniki, batony, środki chemiczne. Wszystko zależy od tego, kto współpracuje z organizatorem.

Pakiet należy się każdemu uczestnikowi po dokonaniu opłaty startowej. Odbierz go w biurze zawodów. Uprzednio zorientuj się, jaki przydzielono Ci numer startowy, a następnie udaj się do stanowiska obsługującego ten właśnie przedział cyfr. Informację o numerze albo otrzymałeś wcześniej na maila podczas rejestracji, albo sprawdź listę wywieszoną na ścianie w biurze zawodów.

Wolontariusze poinstruują Cię, co znajduje się w pakiecie, a niejednokrotnie poproszą o przyłożenie czipa do ekranu komputera, aby sprawdzić czy wyświetlające się dane należą do Ciebie.

Dużym uznaniem cieszą się wśród biegaczy koszulki danego biegu. Ta pierwsza, z nazwą maratonu, w którym debiutujesz jest niezwykłą pamiątką.

  • W dniu startu zwróć uwagę na buty.

To, w jakim obuwiu przebiegniesz maraton, ma bardzo duże znaczenie. Sprawdź to podczas swoich przygotowań.

Po rozgrzewce popraw sznurowadła raz jeszcze. Zrób najlepiej supeł, abyś nie musiał stawać i zawiązywać rozwiązanych butów w trakcie biegu. Nic tak nie wybija z rytmu jak sznurowadła i potrzeba skorzystania z toi-toia.

Zabezpiecz końcówki, aby nie latały na wszystkie strony. Nie zawiązuj butów jednak zbyt ciasno, aby puchnące stopy miały szansę na komfortową pracę. 

Przed startem pamiętaj o zamontowaniu czipa. Jest to najczęściej, mówiąc obrazowo, plastikowy żeton z otworami do przeplecenia przez nie sznurowadeł. Czip to bardzo ważny element, który pozwoli na sklasyfikowanie Ciebie w tabeli wyników. Na stronie partnera biegu – firmy zajmującej się profesjonalnym pomiarem czasu, przedstawione zostanie tempo Twojego biegu na poszczególnych odcinkach trasy oraz wynik końcowy netto i brutto.

Jak to się dzieje? Na trasie zawodów rozłożone zostają maty, które sczytują dzięki czipowi Twoje dane. Na maratonie dzieje się tak zwykle od momentu startu co 5km, aż do linii mety.

Uwaga – po zakończonym biegu czip musisz zwrócić, wrzucając go do specjalnych pojemników.

Co dobrze wiedzieć – czas netto jest wynikiem od momentu przekroczenia przez Ciebie linii startu do momentu przekroczenia linii mety, natomiast czas brutto od momentu wystrzału startera. Czasy te będą dla Ciebie ważne, gdy wystartujesz w maratonie, w którym liczba uczestników sięga tysięcy. Wówczas może się okazać, że dawno już padł strzał, a ty nadal stoisz i czekasz na przebiegnięcie linii startu, ponieważ zrobił się korek.

  • Numer startowy.

Powracając do kwestii czipów. Występują nie tylko te mocowane do sznurowadeł. Bardzo często spotkać można specjalne blaszki domontowane do rewersu numeru startowego. Numeru raczej nie zapomnisz na start. Przypnij go agrafkami z przodu koszulki tak, aby był widoczny dla organizatorów oraz… aparatów dokumentujących bieg. Po maratonie będziesz mógł się odnaleźć na zdjęciach, po numerze właśnie. 

Uwaga: numeru nie musisz nikomu oddawać. To Twoja pamiątka.

  • Zabezpiecz się kobieto, zabezpiecz się mężczyzno.

Większość rad jest uniwersalna, jednak jest kilka różnic pomiędzy biegaczkami, a biegaczami.

Panie biegnące w trakcie dni menstruacyjnych nie mają lekko. Pomijając gorsze samopoczucie w tych dniach, dochodzi jeszcze zwyczajnie kwestia komfortu.

KOBIECY OKRES

Nic z tym fantem się jednak nie uczyni i należy go zaakceptować. W strefie miasteczka biegowego przygotowane są toalety, z których możesz skorzystać do ostatnich minut przed startem. Zaopatrz się w chusteczki nawilżane oraz pakiet tamponów. Niewątpliwie jest to korzystniejsza opcja niż podpaska, dlaczego – biegaczki już wiedzą. Jeżeli chcesz dodatkowo zabezpieczyć się psychicznie – wybierz taki kolor stroju startowego, który zatuszuje ewentualne niespodzianki.

Spora grupa biegaczek zastanawia się także nad kwestią makijażu.

Maraton to pot, łzy, woda, zmęczenie, wiatr, itd. Naprawdę warto pomyśleć czy makijaż jest konieczny. Na pewno skorzystaj z dobrego kremu czy ewentualnie podkładu. Ten i tak jednak spłynie, a na twarzy porobią się strugi i zacieki, niezależnie jak dobrej będzie firmy.

Rzęsy najlepiej przeciągnij wodoodpornym tuszem, jeżeli nie zamierzasz trzeć oczu w trakcie biegu – ale tego debiutując przecież nie wiesz, prawda?

Długie włosy najlepiej związać w kucyk lub mocny kok. Zdarzają się panie biegające w rozpuszczonych włosach, ale ja osobiście preferuję wersję związaną.  

Panowie natomiast powinni zadbać o brodawki sutkowe. Pot w połączeniu z koszulką, po kilkunastu kilometrach biegu zamienia się w sztywną tarkę i skutecznie ściera delikatną skórę. Krwawe plamy na koszulce to częsty widok, ale co gorsza zapewne i bolący. Przetestuj plastry, które nie będą się odklejały podczas biegu. W niektórych sklepach można się także zaopatrzyć w nakładki na sutki.

Panie nie mają takich problemów, ponieważ biustonosze skutecznie chronią piersi. Jest jednak jedna uwaga. Biustonosz powinien być tak dobrany, aby podtrzymywał i chronił biust. Zapewniają to modele sportowe. Te koronkowe czy z fiszbinami nie nadają się na start, ponieważ powodują obtarcia.

Obie grupy biegaczy powinny także zadbać o stopy. Nie obcinaj paznokci na dzień przed startem, bo ewentualne drobne rany czy wrastające paznokcie będą katuszami w trakcie biegu. Możesz zabezpieczyć także stopy smarując je kremem typu „second skin”.

  • Co to jest depozyt.

W pakiecie startowym znajdziesz worek oraz naklejkę z Twoim numerem startowym. Jest to worek na depozyt. Gdy będziesz jechał na start będziesz miał ze sobą „prywatne ubranie”, dokumenty, telefon czy rzeczy na bieg. Po przebraniu się w ubiór startowy schowaj wszystko do worka, a następnie oddaj go wolontariuszom w specjalnych strefach numerycznych. Po biegu właśnie po nich łatwiej będzie odnaleźć Twoją własność.

  • Obierz taktykę.

W momencie przypływu adrenaliny, kiedy czuje się „tu i teraz”, niestety wielu biegaczy popełnia podstawowy, kardynalny błąd. Za szybko, za bardzo. Pamiętać należy bowiem, że nie ten kto szybko zaczyna, równie szybko kończy. Umiejętność powściągliwości i samokontrola na początkowych kilometrach, skupienie energii i nie pozwolenie sobie na rywalizację od linii startu – zaprocentuje w drugiej połowie dystansu. Dowiedziono, że tempo nawet kilka sekund na kilometr szybsze niż to planowane, a zgodne z uśrednionym tempem adekwatnym danemu wynikowi na mecie, może zaprzepaścić cały okres przygotowań.

Pamiętaj – wielcy biegną pół dystansu na hamulcu, aby potem móc pokazać, na co ich stać.

STRATEGIE NA MARATON

„Powodzenie w biegu maratońskim zależy moim zdaniem od trzech czynników. Trzeba w odpowiedni sposób pokierować przygotowaniami, żeby szczytem formy trafić właśnie w określonym dniu. Ważna jest też trasa, na której rozgrywany jest bieg oraz warunku atmosferyczne. Jeżeli wszystko odpowiada zawodnikowi, można spodziewać się dobrego wyniku.”

(Bogdan Nowak)

  • Zrób rozgrzewkę.

Na około 30 – 45 minut przed startem rozgrzej się. Potruchtaj, zrób kilka szybszych odcinków. Przygotuj ciało. Nie przesadzaj jednak. Masz się pobudzić do pracy, ale nie zmęczyć.

  • Skorzystaj z toalety.

Nerwy i stres przedstartowy sprawiają, że biegacze odczuwają częstszą potrzebę skorzystania z toalety. Z drugiej strony chcą stanąć na linii startu z pustym pęcherzem, dlatego zanim to nastąpi stoją w długich kolejkach do toi-toi. Zrób to samo, przy czym weź pod uwagę zakładkę czasową dzielącą Cię do godziny zero. Tu także chodzi o Twój komfort psychiczny.

Jeżeli nie walczysz o życiówkę i nie liczysz minut – toalety będziesz miał usytuowane na trasie. Tu kolejki będą mniejsze. Mężczyźni często korzystają z przydrożnych drzew – Paniom tę wersję odradzam.

  • Patrz na siebie i niczego nie zmieniaj w ostatniej chwili.

Emocje potrafią porwać tłumy, ale podczas maratonu bądź wierny sobie. Nie testuj nowości, bo kolega proponuje, nie porównuj się z innymi biegaczami, bo na trasie każdy walczy sam. Przygotuj się psychicznie przed i nie daj się zbić z tropu. Ufaj sobie.

FAZA KOŃCOWA. PO MARATONIE.

  • Po biegu bądź z siebie dumny.

Pokonanie dystansu maratońskiego to wielkie święto i chociaż możesz w głowie powtarzać słowa „nigdy więcej” – zobaczysz, następnego dnia zmienisz zdanie i zapragniesz powalczyć o nową życiówkę.

„Sukces sportowy ma dla mnie różny wymiar. Na przykład bardzo cenię sobie jedenaste miejsce w mistrzostwach Polski w 1982 roku, podczas których uzyskałem najlepszy swój rezultat 2:16,41, niż drugą lokatę podczas Maratonu Pokoju, rok później. Do mnie należy rekord okręgu w maratonie. Ma on dla mnie dużą wartość, bowiem w swoim czasie ten, który pobiłem był rekordem Polski.”

(Bogdan Nowak)

Na zakończenie chciałabym życzyć Ci cudownych chwil podczas Twojego pierwszego maratonu. Wiem, z jakim pokładem emocji się to wiąże i wiem również, że to jedno z większych wydarzeń życia.

Trzymam kciuki, życzę powodzenia i mam nadzieję, że powyższe rady się przydadzą.

Gdy będziesz już po maratonie – podziel się wrażeniami i swoimi spostrzeżeniami.

Napisz: malgorzata.nowak@treningbiegacza.pl

Fragmenty cytatów pochodzą z wywiadu przeprowadzonego z moim tatą Bogdanem Nowak dla Gazety Olsztyńskiej, z dnia 12.03.1986.

Fotografie pochodzą z rodzinnego archiwum.

https://treningbiegacza.pl/adidas/kobiety-o-bieganiu/item/1154-trzese-portkami-przed-maratonami

 

„Lekarze powiedzieli, że mam iść do domu i czekać na śmierć”

Dobry gość można brać przykład, porażką jest że żeby dostać diagnozę stan zdrowotny musi się pogorszyć, ale cóż w końcu to polska służba zdrowia :/

Rafał nie posłuchał lekarzy. Walczy o Życie i Marzenia. Jak sam mówi – przez duże Ż i duże M. Nie poddaje się mimo że choroba z którą walczy jest śmiertelna i nieuleczalna.

Rafał Zieliński walczy ze śmiertelną chorobą
Rafał Zieliński walczy ze śmiertelną chorobą • Federico Caponi

SLA, czyli inaczej mówiąc stwardnienie zanikowe boczne to strasznie rzadka i bezlitosna choroba. Polega na tym, ze chory traci władze w mięśniach. Dość trafnie jej okrucieństwo opisał jeden z portali:

„Przebieg SLA i jej objawy przypominają sadystyczne znęcanie się nad człowiekiem. Paskudna i okrutna choroba unicestwia organizm, który po ostatnie dni zachowuje pełną świadomość. Dotknięty schorzeniem widzi jak mięśnie stopniowo zanikają. Czuje jak życie powoli, oddech po oddechu, się z niego ulatnia. Podejrzewa, że z tego nie wyjdzie, że koniec jest bliski, choć on przez długi czas nie chce nadejść. To precyzyjny i rozłożony na kilkanaście miesięcy wyrok śmierci”

Dodajmy, że koniec choroby zazwyczaj wygląda tak, że pracy odmawiają mięśnie klatki piersiowej i chory się dusi. Od początku choroby do jej końca jest się więźniem swojego ciała.

31-letni Rafał opowiada mi o tym wszystkim bez emocji i strachu. To urodzony fighter, podróżnik i organizator wielu imprez. Pierwsze objawy choroby pojawiły się u niego w październiku zeszłego roku. Zaczęło się od drgania mięśni w nodze – parę miesięcy później nie mógł już normalnie chodzić. Już wtedy mógł coś podejrzewać, bo na SLA w wieku 44 lat zmarł jego ojciec. Nie dopuszczał tego jednak do siebie.

Spotykamy się u niego w domu. Inaczej byłoby to niemożliwe. Jeszcze rok temu regularnie biegał na siłowni. Teraz bez asysty swojej dziewczyny nie może wyjść z domu.

Bałeś się?

Nie. Pamiętam, że byłem wkurzony, gdy dostałem potwierdzenie od lekarza. Zapytałem się go co mogę teraz zrobić. A wiesz co on powiedział?

?

Że nic.

Nic?

Tak – nic. No nie do końca. Przepisał mi Rilutek – lek, który przedłuża życie o trzy miesiące ale jednocześnie dokumentnie niszczy wątrobę. Na marginesie dodam, że jest drogi. Leczenie nim kosztuje 700zl miesięcznie. Miałem więc pójść do domu, brać ten lek, zacząć słabnąć i czekać na śmierć.

Naprawdę lekarz który zajmuje się SLA nic ci nie doradził?

Doradził tylko, żebym nie dał się nabrać żadnym naciągaczom. No a ja sie wkurzyłem. No bo jak to mam nic nie robić? Wiedziałem już, że Hawking żyje z tym 40 lat. Wiem, że są co najmniej dwie osoby, którym udało się z tego wyjść. Jestem młody, czuje się silny a on mi mówi, że mam nic nie robić. Mówi, że jedni polecają witaminy a drudzy mówią, że mogą zaszkodzić. Jedni zalecają ruch a drudzy mówią, że może tylko pogorszyć sytuacje. Lekarz nie miał mi nic do doradzenia, więc machnąłem na niego ręką. Pamiętam, że po tej wizycie u lekarza usiedliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać racjonalnie co robić dalej.

Z rodziną?

Tak – dokładnie mówiąc z bratem, który bardzo mnie wspiera we wszystkim. Podobnie jak moja mama, choć wiem jak ciężkie to dla niej chwile. Czułem się silny. Może ktoś inny pojechałby w świat i przeimprezował resztę swojego życia i pieniędzy ale tO nie w moim stylu – ja postanowiłem podjąć walkę. Racjonalną walkę. Przede wszystkim postanowiliśmy zrobić konkretny research. I najważniejsze – znaleźć kogoś komu udało się pokonać tę chorobę

Rafał Zieliński
Rafał Zieliński•Federico Caponi

Znaleźliście?

Dwie osoby. Nie udało mi się z nimi skontaktować. Przeczytałem jednak książkę jednego z nich – Dzieli się w niej radami. Twierdzi, że tak naprawdę pomogło mu zdrowe odżywianie. Jest przeciwnikiem jakichkolwiek sztucznych rzeczy. Do tego stopnia, że wyrywał sobie niektóre zęby bo miał w nich wypełnienia starego typu, które zatruwają organizm. Generalnie jednak zalecał zdrowe odżywianie.

Zastosowałeś się do tych zaleceń?

Tak – częściowo tak. Wiesz ja juz dotychczas zdrowo się odżywiałem ale wyeliminowałem ze swojej diety cukier, gluten, sól, mięso, nabiał, jakiekolwiek złe rzeczy. Nawet mleczko kokosowe. Stosuję dużo medytacji i wizualizacji. Cały czas miałem i mam też taką strategię że będę próbował wszelkich możliwych rozwiązań, które nie szkodzą. Byłem u pięciu bienergoterapeutów. Takich prawdziwych – weryfikowalnych, z realnym doświadczeniem. Byłem u szeptunek. Cały czas liczę na to że mój zdrowy tryb życia i zdrowe odżywianie przyniesie skutek. Choroba jednak postępuje w błyskawicznym tempie..

Błyskawicznym?

W październiku zeszłego roku drgały mi mięsnie. Teraz szuram nogami po podłodze i nie mógłbym bez swojej dziewczyny wyjść z domu. W lipcu postanowiłem odejść z pracy i poświecić wszystkie siły i uwagę na walkę z chorobą. Nic to nie pomogło. Od tego czasu różnica w moim zdrowiu jest makabryczna. Wtedy nie miałem żadnych problemów z rękoma. Teraz juz mam nie mogę ich utrzymać dłużej w górze. Przy takim postępie za rok mogę pić mus jabłkowy przez rurkę.

Ten postęp.. to są nagłe skoki czy płynna zmiana?

To jest promil, po promilu. Gdyby obserwować to z dnia na dzień to są to niezauważalne zmiany. Jednak powoli, powoli tak jak kapiąca woda w kranie z każdym dniem ubywa ci sił. Tak jakby ktoś powoli przekręcał ci potencjometr. Życie wycieka z Ciebie kropla po kropli. Jednocześnie umysł pozostaje bez zmian. Jesteś więźniem swojego słabnącego ciała. Czasami gdy siedzę sobie ze znajomymi i jest fajna atmosfera to mam takie chwile, że zapominam o tej chorobie. Dopóki nie próbuję wstać… Nie mam jednak zamiaru czekać z założonymi rękami na dalszy postęp choroby

Rafał Zieliński
Rafał Zieliński•Federico Caponi

Jaką masz teraz strategię?

Teraz najważniejsza bo najbardziej kosztowna jest dla mnie kuracja komórkami macierzystymi. Chcę wykonać taki zabieg w Izraelu, w październiku tego roku. W prywatnej klinice.

Rozumiem, ze w Polsce nie robi się tego typu operacji?

Robi się! Przeprowadzane są w Olsztynie. Wiesz kto był pierwszym pacjentem?

Kto?

Niemiec (śmiech). Ja niestety nie mogę się na nie w tym roku dostać.

Dlaczego?

Bo nie miałem oficjalnej diagnozy. I to mimo, że już w maju lekarz powiedział mi że to co mam to jest SLA. W moim przypadku dodatkowym potwierdzeniem jest fakt, że na SLA zmarł mój ojciec. Lekarze w Polsce myślą jednak procedurami. Jeśli chcesz się dostać na kurację w Olsztynie to musisz mieć diagnozę lekarza stwierdzającą SLA.

No ale Tobie lekarz już w maju powiedział że masz sla, dlaczego nie chciał dać diagnozy?

Tutaj też jest procedura. Lekarz, żeby wydać diagnozę musi stwierdzić zmiany w trzech różnych grupach mięśni. Mówiąc w skrócie – musi być gorzej, żeby dostać diagnozę. Tak mi powiedział lekarz. A ja się go zapytałem co wtedy mi to da? On jednak powiedział, ze takie są procedury i nie ma o czym rozmawiać.

Z tego co wiem diagnozę już jednak dostałeś tak?

Tak – udało mi się uzyskać ją dwa tygodnie temu. Ale było już za późno na dostanie się do Olsztyna na kurację komórkami macierzystymi.

Musisz więc czekać na następny rok?

Musiałbym, ale ja postanowiłem nie tracić czasu. Zacząłem szukać prywatnych klinik, które przeprowadzają takie zabiegi. Znalazłem sporo, sprawdzałem każdą z nich dokładnie. Patrzyłem czy lekarzy którzy tam pracują są znani, czy te kliniki nie mieszczą się gdzieś w jakiś garażach. Potem zacząłem wysyłać maile. Tylko z jednego miejsca dostałem rozsądną i wyczerpującą odpowiedź. To jest klinika z Izraela. Opisali dokładnie co i jak zrobią. Niestety kosztuje to fortunę

Jak dużo?

Jedna kuracja 200 tysięcy złotych. Niestety razem z rodziną nie mamy takich oszczędności.

Federico Caponi

Rozumiem też że może nie skończyć się na jednej kuracji?

Tak, może być potrzebna kolejna w razie niepowodzenia ale ja nie mogę czekać na to aż w przyszłym roku przyjmą mnie do Olsztyna, bo wtedy choroba może już spustoszyć mój organizm i nawet jeśli ją zatrzymam to na jakim etapie? Nie mogę pozwolić na to, żeby coś tak absurdalnego jak pieniądze decydowało o moim być albo nie być. Zaczęliśmy więc zbierać pieniądze, odpaliłem stronę internetową (wbrewsla.pl), kanał na facebooku. Robię co mogę – walczę o swoje marzenia i życie a wiesz co dodaje mi sił?

Rodzina? Brat?

Tak – też, oczywiście. Najbardziej jednak dodaje mi sił, to że ja mam plany. Wiesz jest jedna rzecz bardzo słaba w związku z całą tą chorobą. Ja przez półtora roku planowałem podróż życia. Roczną podróż dookoła świata. Udało mi się porozumieć z pracodawcą i w lipcu tego roku miałem ruszyć. Teraz byłbym w Chinach po podróży koleją syberyjską. Sylwestra miałem spędzić w Australii a potem ruszyć do Ameryki Południowej. To miała być taka podróż, dzięki której odkryłbym siebie tak naprawdę.

Rafał Zieliński
Rafał Zieliński•Federico Caponi

Wygląda na to, że teraz odkrywasz siebie poprzez chorobę. Dała Ci coś? Inne spojrzenie na życie?

Nie miałem czegoś takiego. Wiesz ja już wcześniej czerpałem sporo z życia. Prowadziłem bardzo aktywny tryb życia, byłem świadomy tego jak ważne są chwile i to że trzeba siebie nagradzać. Choroba nie objawiła mi żadnych prawd życiowych. Nie. Może zweryfikowała niektóych przyjaciół.

Odsunęli się?

Niektórzy tak. Może myślą, że nie chcą mi przeszkadzać, że skoro nie dzwonię po pomoc to znaczy, że nie ma co mi przeszkadzać. No ale w czym ktoś miałby mi przeszkadzać? (śmiech). Wielu przyjaciół jednak zachowuje się świetnie. Np kumpel z pracy z którym po prostu cały czas jest sobą i traktuje mnie tak jak dawniej. To jest świetne. Bo wiesz ja w środku w ogóle się nie zmieniłem. I swoich marzeń nie odkładam na półkę. Choć pojawiły się nowe. Ostatnio moja dziewczyna spytała się mnie co zrobię jak wyzdrowieje.

Co odpowiedziałeś?

Że po prostu bym biegał, wszędzie bym biegał teraz.

Tak po prostu?

Tak – jak Forrest (śmiech). Po prostu bym biegał.

TOMASZ CZUKIEWSKI

14 października Rafał zamierza polecieć do Izraela by poddać się kuracji z wykorzystaniem komórek macierzystych. Jedna kuracja kosztuje ok 200 tysięcy złotych

Znajomi Rafała zbierają pieniądze na ten cel. Każdy może pomóc kierując się instrukcjami, które znajdują się na tej stronie internetowej – wbrewsla.pl

Na stronie wbrewsla można też znaleźć sporo informacji o Rafale, SLA i transplantacji komórek macierzystych.

Mentalne strategie na jesienny czas maratonów

Hmm w końcu znalazłem poradnik jak przygotować się i przebiec maraton mentalnie 🙂 Bo przecie wszstko siedzi w głowie 😛

      Różnimy się od innych. Jeśli chcesz coś tam wygrać, biegaj na 100 metrów. Jeśli jednak pragniesz czegoś doświadczyć, pobiegnij w maratonie – Emil Zatopek, Czechy, 4-krotny złoty medalista olimpijski

Już za niecały tydzień rusza Maraton Warszawski (29.09.2013). Zaraz potem kolejne biegi na królewskim dystansie w Poznaniu (13.10.2013), Katowicach (20.10.2013), a także Radomiu i Koszalinie (obydwa 27.10.2013). Frekwencja na biegach ulicznych w Polsce ciągle rośnie. Jest więc spora szansa, że pobiegniesz w którymś z wyżej wymienionych biegów. Super!

Nieważne czy jesteś debiutantem czy weteranem, maraton to nie przelewki. Jeśli jeszcze go nie biegłeś, nie wiesz, co cię czeka. To może i lepiej. Jeśli to twój kolejny maraton, zdajesz sobie już sprawę, że świadomie pakujesz się na kilka godzin do strefy wątpliwego komfortu. W tym przypadku warto posłuchać rady Franka Shortera, złotego medalisty w maratonie z IO w Monachium (1972). Shorter mówi, że aby pobiec kolejny maraton trzeba zapomnieć o poprzednim. Tak można oszukać swój umysł, żeby pozostał w błogiej nieświadomości tego, co nastąpi.

Bez wątpienia do maratonu trzeba być optymalnie przygotowanym fizycznie i psychicznie. Ten, kto pokonał już królewski dystans wie, że bieg maratoński kryje w sobie mnóstwo wyzwań mentalnych. W dzisiejszym artykule prezentuję kilka porad, jak utrzymać koncentrację i zaangażować swoją głowę do ukończenia biegu albo osiągnięcia upragnionego czasu.

Mike Fanelli, amerykański trener biegania z Filadelfii, mówi swoim biegaczom, aby dzielili maraton na trzy części. Pierwszą należy biegać z głową, drugą swoją osobowością, a trzecią – z sercem. Idąc tym tropem, podzieliłem bieg maratoński na trzy segmenty, do każdego dobierając kilka konkretnych porad.

Część pierwsza – od startu do ~15 km – biegamy z głową

Zacznij wolno. Na starcie maratonu najprawdopodobniej będziesz napompowany i bardzo zmotywowany. Jeśli porządnie trenowałeś, dobrze się odżywiałeś i regenerowałeś, będziesz mieć poczucie siły i wielkiej pewności siebie. Będzie ci się chciało biec. To świetnie – jesteś gotowy na wielkie wyzwanie! Mimo tego, nie warto wyrywać się do przodu na samym początku wyścigu. Wielu niedoświadczonych maratończyków przyspiesza już na starcie, co odbija im się czkawką w późniejszej fazie wyścigu. Przebiegnięcie pierwszej części maratonu nieco wolniej jest kluczem do satysfakcjonującego wyniku i dobrego samopoczucia po minięciu linii mety. Dlatego ściągnij wodze. Trzymaj się założonego planu, choćby nie wiem jak bardzo by cię korciło ruszyć „z kopyta”. To zaprocentuje w dalszej części wyścigu.

Biegnij swoje. Jeśli to twój pierwszy maraton, prawdopodobnie wielu biegaczy będzie cię wyprzedzać w pierwszej fazie wyścigu. Być może wyda ci się to deprymujące, szczególnie jeśli jesteś osobą nastawioną na rywalizację. Zupełnie się tym nie przejmuj. Przed tobą jeszcze wiele kilometrów. Biegnij swoim rytmem. Trzymaj się planu. Konsekwencja na długim dystansie jest dużo skuteczniejsza niż nonszalancja. Jeszcze niektórych później przegonisz, biegnąc własnym równomiernym tempem.

Biegnij z zimną głową. Na pierwszych kilometrach będziesz mieć cały czas sporo energii. Będziesz czuć się w miarę świeżo. Do tego będą buzować w tobie emocje związane z biegiem, jego atmosferą oraz kibicami. W trakcie pierwszej części maratonu przydaje się jednak zimna głowa. Spróbuj zachować jak najwięcej energii – fizycznej i mentalnej na dalszą część wyścigu. Spokój jest tutaj twoim największym sprzymierzeńcem. Sposobem na utrzymanie wysokiej koncentracji jest skupienie na technice biegu albo miarowym, rytmicznym oddechu.

Część druga – 15-32 km – biegamy osobowością

Podziel bieg na mniejsze segmenty. Dla mózgu perspektywa przebiegnięcia tylu kilometrów na raz może być odpychająca. Jednak jeśli podzieli się cały maraton na serię odrębnych wyścigów, łatwiej będzie nam to ogarnąć. Dlatego wejdźmy w dialog wewnętrzny i zaproponujmy sobie najpierw bieg na dziesięć  kilometrów, a potem dwa razy po pięć. Można też myśleć o osiąganiu konkretnych punktów na horyzoncie. Na przykład, można powiedzieć sobie: “teraz biegnę do tamtego skrzyżowania”, a jak już się dobiegnie, ustalić nowy, konkretny, widoczny punkt na trasie jako kolejny cel.

Pozostań silnym psychicznie. Twoje przygotowanie mentalne do maratonu będzie poważnie przetestowane właśnie w środkowej części wyścigu. Nie pozwól zdominować się negatywnym myślom czy wątpliwościom. Nie trać wiary! Przypomnij sobie wszystkie godziny ciężkiego treningu i poświęceń, które pozwoliły ci w ogóle wystartować w tym pięknym biegu. Pomyśl sobie, jak wartościowego podjąłeś się doświadczenia. Jak będziesz się czuć, kiedy już przekroczysz linię mety? Wyobraź to sobie!

Wygraj z nudą! Nie ukrywajmy – maraton to monotonia. Biegnąc czterdzieści dwa kilometry, wykonuje się ten sam ruch przez kilka godzin. Co tu zrobić, żeby się nie zanudzić? Z perspektywy psychologii sportu najlepiej jest jak skupiamy uwagę na wykonywanym zadaniu, czyli na przykład prawidłowej technice biegu albo rytmie oddechu. Badania wykazują, że tak robią profesjonalni biegacze. Jednak zdaję sobie sprawę, że większość amatorów biegania preferuje techniki dysocjacyjne, czyli takie, które pozwalają na rozproszenie ich uwagi i zajęcie jej czymś innym. Może to być śpiewanie piosenek, liczenie kibiców na trasie, czy rozmowa z innymi biegaczami. Znajdź swój sposób na monotonię maratonu i nie zawahaj się go użyć.

Część trzecia – 32 km aż do mety – biegamy z sercem

Pokonaj ścianę! O zderzeniu ze „ścianą” podczas maratonu pisałem w dwóch osobnych artykułach pod tytułem „Głową w mur” (tutaj można przeczytać o tym czym jest „ściana” długodystansowca, a tutaj jak przez nią przebiec). Zapraszam do ich lektury!

Ustalaj cele. Maraton kończy się krok po kroku. Dlatego najbardziej sprawdzone są tu cele krótkoterminowe, związane z procesem (np. technika biegu – „robię jeszcze 50 kroków” albo rytm oddechu – „liczę moje oddechy do 100”) albo natychmiastowym wynikiem (np. „biegnę do kolejnej latarni” itp.).

Prowadź dialog wewnętrzny. Na ostatnich kilometrach maratonu, wtedy kiedy jest naprawdę ciężko, warto rozmawiać ze sobą i prowadzić pozytywny dialog wewnętrzny! Tutaj również odsyłam do artykułu, który został już opublikowany na portalu.

Jak widzisz przebiegnięcie maratonu to swego rodzaju sposób „obejścia” naszej głowy. Sposoby już znasz, zatem do dzieła.

Źródło.

https://treningbiegacza.pl/trening/psychologia/item/1151-mentalne-strategie-na-jesienny-czas-maratonow

„Byliśmy fotoreporterami”. Odeszli z zawodu, który wykonuje 40 mln Polaków

Kurde zawsze wydawałao mi się i nie raz czytałem „rób to co lubisz a nigdy więcej nie będziesz musiał iść do pracy” i mozę jakaś prawda w tym jest, ale okazuje się że nie zawsze i nawet praca, która jest pasją może zmęczyć i można ją zmienić na coś innego co daje nam więcej satysfakcji. Ja na razie mam ten problem, że moja praca nie jest moją pasją, ale myślę że wkrótce się to zmieni. Nie mniej myślę że warto przeczytać artykuł i dowiedzieć się jak wygląda fotografia w Polsce.

To nie będzie historia osób, które rzuciły znienawidzoną korporację. Arek, Wojtek i Radek kochali swoja pracę i nigdy nie sądzili, że kiedykolwiek zmienią zawód. Jak mówią, ktoś zadecydował za nich. I choć w Polsce mamy 40 milionów fotografów, oni wybrali inną drogę. To będzie więc opowieść o tym, że można na nowo odnaleźć się na rynku pracy, nawet w dojrzałym już wieku.

"Byliśmy fotoreporterami". Odeszli z zawodu, który wykonuje 40 mln Polaków
„Byliśmy fotoreporterami”. Odeszli z zawodu, który wykonuje 40 mln Polaków • Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Gdy wracałem do redakcji ze spotkania z bohaterami tego artykułu, w mojej głowie było jedno słowo: kompromitacja. Amatorskie zdjęcia, które im zrobiłem, wywołają w najlepszym wypadku uśmiech na ich twarzach. Z drugiej strony pomyślałem, że zdjęcia wykonane przez takiego fotograficznego żółtodzioba jak ja, idealnie pasują do historii o trzech profesjonalistach, którzy odeszli z zawodu.

Dlaczego to zrobili? Trochę nie mieli wyjścia. Zostali postawienie pod ścianą przez swoich pracodawców, którzy pomimo wielu lat współpracy, z większym sentymentem zaczęli spoglądać na słupki w Excelu, niż na warsztat i doświadczenie swoich pracowników. Ci stwierdzili zatem, że muszą na nowo odnaleźć się na rynku, niekoniecznie fotograficznym.

A miało być tak pięknie…
Arek Ścichocki mieszka w podwarszawskiej Falenicy. Jako fotograf pracował w Agorze. Droga do jego domu w niczym nie przypomina miejskiego zgiełku w którym pracował przez ostatnie 20 lat. Jak mówi, fotografią zajmował się od zawsze. – Była to jednocześnie pasja i praca – stwierdza bez wahania. I choć w tym zawodzie nigdy nie było łatwo i każdy musi powalczyć o swoje miejsce w branży, Arek ponad rok temu powiedział „stop”.

Wojtek Surdziel pracował w tej samej firmie co Arek. Nadal utrzymują kontakt, choć nie widują się już tak często. Od czasu do czasu podsyłają sobie zlecenia, gdy zadzwoni klient z prośbą o zrobienie zdjęć. Jednak dziś fotografia jest dla nich jedynie dodatkowym zajęciem i hobby, a nie źródłem utrzymania. – Robię zdjęcia dla przyjemności, a nie dla pieniędzy – mówi Wojtek.

Radek Pasterski, były fotograf „Rzeczpospolitej”, pracował w zawodzie znacznie krócej, niż Wojtek i Arek. Cztery lata to nie jest długi staż w branży. Jednak jak przekonuje, jeszcze niedawno wydawało mu się, że będzie wykonywał ten zawód przez całe życie. Tym większe było jego zdziwienie, gdy na dzień przed świętami Bożego Narodzenia otrzymał wymówienie.

Społecznie użyteczny
Fotografia od zawsze była wielką pasją Arka, lecz nie jedyną. Jeszcze pracując w medialnej korporacji, bardzo interesował się stolarką. – To jeden z najstarszych zawodów, który jest naprawdę pasjonujący – mówi podczas rozmowy w warsztacie. To właśnie stolarka stała się dziś jego głównym zawodem. – Jak jeździłem na plenery fotograficzne to zerkałem na fajne domy, ładne drzwi, obróbki stolarskie – wspomina. Skąd ma wiedzę na temat stolarki? Między innymi z ukończonych kursów, internetu i literatury.

– Kiedyś jeszcze pracowało się w ciemni, a teraz siedzi się tylko przed komputerem i klika myszką. Brakowało mi pracowni, w której mógłbym się schować, postukać raz czy dwa razy w tygodniu. Czasem człowiek po prostu potrzebuje zamknąć się ze swoimi materiałami i popracować manualnie. A obrabianie fotografii przed komputerem chyba nie jest naturalnym sposobem na spędzanie życia – mówi Arek.

Arkadiusz Ścichocki•Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Gdy odwiedziliśmy Arka w jego warsztacie, pracował akurat nad barierką. Od czasu do czasu naprawia też stoły, krzesła i realizuje nietypowe, bardzo indywidualne zamówienia, których nie można kupić w sklepie. – Będąc reporterem można się kręcić trzy dni i niczego fajnego nie zrobić. Jak człowiek jest trochę starszy, to rozumie, że nie ma już tego czasu nie wiadomo ile – mówi.

Dzięki nowemu zajęciu Arek czuje, że robi coś pożytecznego. – Zawód który teraz wykonuję jest na pewno bardziej użyteczny i mniej koniunkturalny. Stolarz zawsze będzie potrzebny… A fotograf? Może tak, a może nie – stwierdza.

130 powodów zmiany zawodu
– W tym kraju jest 40 milionów fotografów. Każdy ma smartfona i łatwość fotografowania jest w tej chwili nieprawdopodobna – słyszę od Wojtka Surdziela, którego odwiedziłem w sklepie z winami. Były fotoreporter prowadzi go dopiero od czerwca, ale jak przekonuje, nie boi się o jego powodzenie. –  Włożyłem w to tyle pracy, energii i pieniędzy, że nie wyobrażam sobie sytuacji, że mogłoby mi się nie udać – mówi zdecydowanym głosem.

W części sklepu w której rozmawiamy słychać echo. Na razie znajduje się w nim 130 rodzajów wina, lecz docelowo będzie ich ponad 350. Rozmawiając z Wojtkiem nie mam obaw, czy jego nowa droga życiowa okaże się sukcesem. W jego głosie słyszę bowiem to samo, co kilka godzin wcześniej zauważyłem u Arka. Mam na myśli pasję. – Wino było nią od zawsze, ale szczególnie mocno nabrała znaczenia około trzech lat temu. Pojechałem z przyjaciółmi do Bordeaux i otworzyły mi się oczy – mówi początkujący przedsiębiorca.

Wojciech Surdziel•Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Wojtek rozstał się z firmą półtora roku temu. – Wylądowałem na bruku po 19 latach pracy – mówi. Jak twierdzi, dziś jednak nie myśli o przeszłości, bo przede wszystkim nie ma na to czasu. Własny biznes skupia dziś praktycznie całą jego uwagę. – Jeśli miałem jakieś złości i frustracje, to są one dawno za mną – zapewnia.

Pewnego Razu…
Radek pracował jako fotoreporter znacznie krócej niż pozostali bohaterowie artykułu. Nie oznacza to jednak, że rozstanie z zawodem było dla niego łatwe. Podobnie jak Arek i Wojtek wydawało mu się, że będzie robił zdjęcia do końca życia. – Możesz być fotoreporterem, ale musisz też z czegoś żyć. Być może niektórym fotoreporterom nadal żyje się dobrze, ale u mnie to się skończyło – mówi w remontowanym przez siebie lokalu. Nie ma w nim jeszcze farby na ścianach, ale jest już nazwa – „Pewnego razu”.

Radek zaczyna nową drogę. – Od zawsze marzyłem o tym, aby prowadzić kawiarnię, gościć ludzi, karmić ich i gotować – mówi. I choć w przyszłej knajpie na razie nie ma gości, a jedynie robotnicy, były fotoreporter już dziś opowiada o atmosferze, jaka będzie panowała w lokalu, który będzie prowadził wraz z przyjaciółmi – Zuzą i Maćkiem.

– To jest ryzyko, które ja podejmuję – mówi. – Kiedyś kręciło mnie to, że uczę się fotografii i poznaję coś nowego. Dziś uczę się kawy i to mnie kręci – słyszę od Radka.

Radek Pasterski•Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Po zwolnieniu z pracy Radek próbował robić zdjęcia na zlecenie, ale to wszystko było jakby na pół gwizdka. – Czekałem na telefon, byłem na czyjejś łasce, to nie były stałe pieniądze. Rynek się zmienił, a ja nie chciałem wstawiać zdjęć w komis i robić je po to, aby robić – mówi.

Nie ma powrotu
Każdy z byłych już fotoreporterów wybrał inną branżę. Jednak podczas rozmów okazało się, że naprawdę wiele ich łączy. Chodzi nie tylko pasję do fotografii, której żaden z nich nie rzucił w kąt. Arek od zawsze pasjonował się stolarką. Wojtek kochał wino, lecz dopiero po latach odkrył, że może odegrać w jego życiu większą rolę. Radek marzył o tym, aby kiedyś założyć własną knajpę. Zwolnienia, które dotknęły całą branżę, paradoksalnie pozwoliły im odkryć nowe drogi. Jak mówią zgodnie, drogi w jedną stronę.

– Kiedy trafiłem do firmy, w której pracowałem 20 lat, wydawało mi się że to najlepsze miejsce, w jakim mogłem się znaleźć. Odtrącenie odbija się pewną awersją, czy też dystansem do zawodu. Nie wiem, może niektórzy wrócą. Ja do reporterki na pewno nie wrócę – mówi stolarz Arek Ścichocki.

– Dziwię się kolegom, którzy uważają, że wrócą dobre czasy – dodaje Wojciech Surdziel. – Rynek jest tak zepsuty, że nie chce mi się wierzyć, że wróci świadomość wartości dobrego zdjęcia. Myślę że jest to zaklinanie rzeczywistości przez ludzi, którzy jeszcze ten zawód wykonują. Nie wyobrażam sobie powrotu do zawodu – mówi stanowczo właściciel sklepu z winami.

O możliwość powrotu do zawodu zapytałem również Radka. – A co powiedzieli chłopaki? Bo ja nie wrócę na pewno – usłyszałem. Jestem świadomy tego, jakie są zmiany na rynku. To tak, jakbyś produkował zielone łopaty, a nagle wszyscy chcą kupować czerwone. Nie ma sensu, abyś dalej ciągnął to co robisz. Albo robisz czerwone, albo co innego. Ja wybrałem co innego – mówi współwłaściciel knajpy, której otwarcie planowane jest już za miesiąc.

http://natemat.pl/74829,bylismy-fotoreporterami

„Bullshit job” to praca bezużyteczna dla cywilizacji. Czy przypadkiem jej nie wykonujesz?

Kurde zawsze mi się wydawało że ja taką pracę wykonuję, ale jednak nie jest tak źle, z drugiej strony nie bardzo rozumiem czemu teraz pełno jest takich właśnie prac, ale cóż takie chyba nastały czasy.  Moze się to w końcu zmieni.
Czy twoja [url=http://tinyurl.com/otthxyk]praca[/url] jest bezużyteczna?
Czy twoja praca jest bezużyteczna? • Fot: Shutterstock.com

Pracownicy korporacji prawniczych, członkowie rad nadzorczych, telemarketerzy, lobbyści, pracownicy agencji public relations, adwokaci, oni (wy) wszyscy, a także inni nie wykonują pożytecznej pracy. Według tezy profesora LSE jeśli znikną z powierzchni ziemi to nikt nie będzie po nich płakał. Inaczej jest z pracownikami fizycznymi – pielęgniarkami, pracownikami fabryk, czy nauczycielami. Momentalnie byśmy odczuli ich brak.

– Z pewnością niekorzystnym trendem jest spadek roli „wytwórców”, bo to pracownicy fabryk, pielęgniarki, mechanicy wytwarzają prawdziwy, namacalny produkt, z którego korzystamy i to powinno być wartością. Ale nie mając skutecznego handlowca, który ten produkt sprzeda, marketingowca, który dotrze z informacją o nim do klientów, PR-ca który stworzy odpowiedni wizerunek firmy w oczach klienta, wreszcie firmy HR-wej, która znajdzie odpowiednie osoby do pełnienia tychże ról, to cenna praca wytwórcy produktu okaże się bezcelowa. To dlatego, że nikt go nie kupi – uważa Aneta Bejm, ekspert ds. rekrutacji w firmie Grafton Recruitment.

Z drugiej strony Graeber wykazuje, że najważniejszą pracę wykonuje wykonawca, choć dostaje za to najmniejsze wynagrodzenie z całej tej grupy. Prócz tego jest często pogardzany przez tych, którzy pracują na bezużytecznych stanowiskach. Jako przykłady podaje reakcje tych osób na strajki pracowników komunikacji publicznej, którzy domagają się wyższego wynagrodzenia. Choć to praca tych pierwszych więcej wnosi do społeczeństwa, to ci drudzy (którzy nierzadko lepiej zarabiają) patrzą na nich z pogardą i mówią, że i tak wystarczająco zarabiają.

Można byłoby w nieskończoność wałkować ten temat, jednak postanowiliśmy sprawdzić, czy to co twierdzi Graeber, jest prawdą. Profesor LSE uważa, że sami wykonawcy „bullshit jobów” uważają, że nie raz ich praca jest bez sensu, niczego nie wnosi do życia innych i służy zarabianiu pieniędzy.

Co sądzą wykonawcy „bullshit Jobs”?
Zaczęliśmy od jednego z najbardziej znienawidzonych zawodów, czyli telemarketerów. Zapytaliśmy się jednego z nich, co by się stało, gdyby on i wszyscy jego koledzy nagle zniknęli z powierzchni ziemi. – Chyba by wszyscy świętowali, gdyby nas nie było – uważa Tomek. – Tak naprawdę to połowę produktów, które wciskam ludziom jest albo bezużyteczna, albo można kupić je w sklepach. Poza tym często słyszymy od potencjalnych klientów różne wulgaryzmy. To chyba wskazuje na to, że to nie jest do końca przydatna praca.

Jak się okazuje także pracownicy firm audytorskich potrafią wykonać bezsensowną pracę. Kiedyś głośno było o tym, jak duża korporacja zamówiła u jednej z nich usługę konsultingową, by ostatecznie z niej nie skorzystać. – Audyt zewnętrzny można użyć jako zasłonę dymną przed aferami. Czasami to taki glejt, który mówi, że wszystko u nich jest ok. Niektóre firmy nie potrzebują audytu, potrzebują dokumentu, który poświadczy, że ktoś u nich był. Wtedy wychodzi na to, że praca audytora jest bezsensu – uważa Piotr, który pracował w firmach z „Wielkiej Czwórki” (PwC, E&Y, KPMG, Deloitte).

Może z tego powodu duże korporacje wysyłają na kontrole stażystów? Kilka lat temu, znajomy który był na stażu w jednej z takich firm został wysłany na kontrolę. Osoba, która go szkoliła powiedziała: „Jeśli nic nie rozumiesz, to zrób wrażenie zajętego”. I tak też uczynił, by pod koniec dnia powiedzieć klientom: „mam parę drobnych uwag, ale ogólnie wszystko jest dobrze”. No i jakoś nie wynikły z tego tytułu żadne problemy. Czyli mamy żywy przykład „bullshit job”.

Prawnicy często wykonują bezużyteczną pracę
Wśród wykonawców „bullshit jobów” znaleźli się także prawnicy. Zapytaliśmy się pracownika jednej z wielkich kancelarii co o tym sądzi. – Koniec końców wykonujemy pożyteczną pracę. Widać wartość rzeczywistą naszej usługi. Jednak często, by podbić stawkę firmy stosują takie chwyty, że wykrywają kolejne problemy. Dzięki czemuś takiemu można zarobić więcej pieniędzy – opowiada nasz rozmówca, który pragnie zachować anonimowość.

Co do samych usług prawniczych, to chyba każdy mógłby znaleźć kilka przykładów. Począwszy od wielu pełnomocnictw wydawanych przez notariuszy. Jednak dam inny przykład. Ostatnio znajoma mówiła mi o tym, że ktoś z jej firmy potrzebował zaświadczenia z urzędu. Nie będę się zagłębiał w to, jakie to zaświadczenie. Tymczasem korporacja w której pracuje ma zasadę, że pewne rzeczy zlecają osobom z zewnątrz, by nie marnować czasu pracownikom. Tak też uczynili w tym przypadku i kazano sprawę skierować do kancelarii prawnej. Usługę wyceniono na 2 tysiące złotych. Zszokowana tą wyceną (która jej firma była gotowa zapłacić) dowiedziała się, że można to samemu załatwić od ręki i kosztuje to 30 złotych. Teraz porównajcie wartość tej usługi i cenę do pracy i płacy np. pielęgniarki.

Oczywiście trudno zaprzeczyć, że pewne zawody mają elementy bezużyteczności, jednak czy zgadzacie się z tezą profesora? Powyżej przedstawiłem opinie tylko kilku wybranych osób, które dają ciekawy głos do dyskusji. Jednak czy rzeczywiście prawnicy, pracownicy audytu, i przedstawicieli wielu innych zawodów wykonują tak naprawdę „bullshit jobs”? Sami proszę odpowiedzcie w komentarzach.

http://natemat.pl/74321,bullshit-job-praca-bezuzyteczna-dla-cywilizacji-przypadkiem-jej-nie-wykonujesz