24 lata temu zginął Jerzy Kukuczka. ”Od śmierci w dolinach zachowaj nas, Panie”

Fajy był z niego gość, ale może gdyby umiał odpuszczać tak jak Kurtyka to by jeszcze żył. Nie mniej jednak miał i tak dużo szczęścia, ze nigdy mu się nic nie stało wcześniej a stracil przecież kilku partnerów.
Jerzy Kukuczka. Graffiti z Katowic
To słowa modlitwy, którą często powtarzał Jerzy Kukuczka. 24 lata temu odpadł od południowej ściany Lhotse. Mimo że dwa lata wcześniej zdobył swój czternasty ośmiotysięcznik, nie przestał szukać wyzwań w najwyższych górach świata. – To byłoby zaprzeczenie wszystkiego, co robiłem do tej pory – tłumaczył.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

Kukuczka jako drugi człowiek w historii zdobył czternaście ośmiotysięczników, czyli Koronę Himalajów i Karakorum. Na 11 wszedł nowymi drogami, 7 zdobył w stylu alpejskim, 3 po raz pierwszy zimą, 1 szczyt samotnie. Zajęło mu to 7 lat, 11 miesięcy i 14 dni. Za swoje osiągnięcia otrzymał srebrny order olimpijski. Zginął 24 października 1989 roku podczas wspinaczki na niepokonanej wtedy południowej ścianie Lhotse.

Rozsądek mówi: daj sobie spokój

W 1964 kolega namówił 16-letniego Jerzego Kukuczkę na wyjazd w skałki. Tak mu się spodobało, że rok później zapisał się do Harcerskiego Klubu Taternickiego w Katowicach. W 1966 roku był już po kursie taternickim.

– W programie było, że kursanci sami mają wynajdywać drogę. Stanęli pod skałką, którą łatwo było obejść po trawie, ale oni uznali, że droga prowadzi inaczej. Zaczęli szturmować, nikt nie mógł wydrzeć. Dopiero Jurek Kukuczka wydarł na rękach, był niesamowicie silny – mówi Janusz Kurczab, znawca górskiego świata, kierownik wypraw w Himalaje, który uczył Kukuczkę wspinaczki.

Przyszedł czas na pierwsze eksploracje w polskich górach. Słowo ”eksploracje” jest tutaj jak najbardziej na miejscu, bo od samego początku Kukuczka w górach był niezwykle ambitny. Nie chciał iść śladami innych. Szukał nowych dróg wspinaczkowych albo innych sposobów, by zapisać się w historii zdobywanego szczytu.

W 1971 roku wraz z Piotrem Skorupą, swoim pierwszym prawdziwym górskim partnerem, postanowił zrobić pierwsze zimowe przejście direttissimy (drogi wspinaczkowej poprowadzonej możliwie blisko linii spadku wierzchołka) Kazalnicy Mięguszowickiej. Podczas wspinaczki Skorupa zginął. Pierwsza górska tragedia wstrząsnęła Kukuczką, który zaczął się zastanawiać nad sensem wspinaczki.

”Dramatyczna rozterka, bo góry ciągną, ale rozsądek mówi: daj sobie spokój… ”- pisał w książce ”Mój pionowy świat”.

Smrodek

Mimo wątpliwości wrócił w góry. W 1974 roku był członkiem ekspedycji, która pojechała na najwyższy szczyt Ameryki Północnej McKinleya. Tutaj zaczęły się problemy.

Kukuczka aklimatyzował się dużo wolniej od swoich partnerów. Chorobowa wysokościowa zaatakowała go już na 4500 m. Mimo osłabienia postanowił atakować.

– Wszyscy mnie przegonili, bo byli w lepszej kondycji. Resztkami sił, z czarnymi plamami przed oczami, doszedłem do szczytu. Grupa zaczynała już wtedy schodzić – opisywał Kukuczka.

Wygramolił się siłą woli. W dodatku odmroził palce i po powrocie do kraju udał się od razu do szpitala. Wypadł z obiegu. Ciągnął się za nim ”smrodek” z McKinleya. Koledzy nie widzieli w nim materiału na wielkiego wspinacza. Jak to możliwe, że jeden z najtwardszych organizmów, jakie kiedykolwiek weszły w góry wysokie, początkowo nie zdradzał swoich cech? Odpowiedzi nigdy nie poznamy, ale być może Kukuczka potrzebował jeszcze większej miłości niż góry. Po powrocie z McKinleya ożenił się z Celiną. Pewny i opanowany na wysokościach bardzo tremował się podczas pierwszych spotkań z przyszłą żoną.

– Przyszedł na oświadczyny ze swoją matką. Był bardzo zdenerwowany i stremowany. Z tego wszystkiego kwiaty, które przyniósł dla mnie, wręczył mojej siostrze – wspomina żona.

Kukuczka odpokutował swoje i w 1977 roku dostał powołanie na wyprawę na Nanga Parbat. Wraz z partnerami zawrócili przed szczytem. Zaczęła się jego trwająca 12 lat droga po najwyższe cele.

”Tkwi we mnie coś takiego, co sprawia, że nie interesuje mnie gra o małe stawki. Dla mnie liczy się jedynie ‚naj’. Tylko to mnie bierze naprawdę”.

Z kominów w Himalaje

Na każdy z 14 ośmiotysięczników chciał wejść w wyjątkowy sposób. Zaczęło się w 1979 roku od Lhotse. Nie udało mu się poprowadzić nowej drogi, więc zdecydował wejść na wierzchołek bez tlenu. Wcześniej na ośmiotysięcznik w taki sposób wszedł tylko Reinhold Messner. Media szybko zresztą wyłapały, że Kukuczka ośmiotysięczniki zdobywa w ekspresowym tempie i imponującym stylu. Kiedy zdobył Lhotse, Reinhold Messner miał miał już na swoim koncie sześć ośmiotysięczników.

Za Włochem stały sława i pieniądze. A Kukuczka, żeby zebrać pieniądze na kolejne wyprawy, musiał kombinować. Robił to, co umiał najlepiej – czyli działał na wysokościach. Jak wielu polskich alpinistów wziął się za malowanie kominów. Wyprawa na Lhotse kosztowała w 1979 roku milion złotych, czyli 200 średnich miesięcznych pensji. Czasami wystarczał jeden komin, kiedy indziej trzeba było pomalować pięć, ale zawsze się udawało. Kukuczka w Himalajach spędzał coraz więcej czasu.

Wiosną 1980 roku południowym filarem zdobył Mount Everest z Andrzejem Czokiem. Akcję górską musieli rozpocząć nielegalnie, bo nepalskie Ministerstwo Turystyki postanowiło ukarać polskich wspinaczy za brak informacji o pierwszym zimowym wejściu na Mount Everest, którego kilka miesięcy wcześniej dokonali Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Polacy oczywiście próbowali poinformować Nepalczyków, ale trafili na ich święto narodowe i nikt nie podniósł słuchawki. Świat dowiedział się o sukcesie z innego źródła, czego Nepalczycy nie mogli przeboleć. Kiedy kierownik wyprawy Andrzej Zawada przyniósł w końcu zgodę, Kukuczka z kolegami byli w drodze do obozu III. Po wyczerpującej i ryzykownej akcji doszli na szczyt.

”Wszystko, co człowiek robi na najwyższej górze, jest (…) potwornie prozaiczne, rzeczowe, kosztuje ogromnie dużo wysiłku. A przez wszystko to wyprane z jakiejkolwiek euforii myślenie: Everest jak Everest. Taka sama góra, taki sam śnieżny nawis jak na innych…”

Dream team

Kolejne trzy lata sprawiły, że o Kukuczce w świecie mówiło się coraz więcej. W 1981 zdobył samotnie, nową drogą Makalu. Rok później wszystkie trzy wierzchołki Broad Peaka, które pokonał pięknym trawersem z Wojciechem Kurtyką.

– Nie wiem, czy istniały jakieś rzeczy, które nas łączyły. Można powiedzieć, że wszystko nas dzieliło. Dla mnie góry były fascynacją estetyczną. Dla Jurka było to wyzwanie innego rodzaju, żadnego nawiedzenia mistycznego. To było wielkie zadanie, które sobie dawał. Wnosił to, co było w nim najwartościowsze. Ogromną wytrwałość i dążenie do dojścia do celu – wspomina go Kurtyka.

Razem stworzyli jeden z najmocniejszych zespołów w historii. W 1983 w ciągu miesiąca zdobyli Gaszerbruma II i Gaszerbruma I. Obu wejść dokonali nowymi drogami w stylu alpejskim. Rok później udali się pod owianą mitem niemożliwej do zdobycia ”świetlistą ścianę” Gaszerbruma IV. Jej charakterystyka sprawia, że prawie niewykonalne jest cofnięcie się. Albo się ją zdobywa albo umiera próbując. Gdy zbliżali się do ściany, Kurtyka zrezygnował.

– Namawiałem go do tego dwa lata, ale kiedy stanęliśmy pod ścianą czułem niepokój. Doszedłem do wniosku, że to szaleństwo. Jurek spójrz, gdzie są te chmury. Jurek nie chciał odpuścić. Trudno było go odwieść. Parł do przodu jak typowa osoba spod znaku barana. Będzie parła tak długo, aż przeszkodę skruszy, chyba że wcześniej skręci sobie kark – mówił Kurtyka.

Pod ”świetlistą ścianą” ich dream team się rozpadł. Kukuczka pod Gaszerbruma IV już nigdy nie wrócił. Kurtyka pojawił się tam rok później z Robertem Schauerem. Przez dwa dni byli uwięzieni w półce skalnej z powodu załamania pogody. Na grań szczytową wyszli ledwo żywi i nie podjęli próby wejścia na wierzchołek. Ścianę jednak pokonali, jako pierwsi w historii, a ich wyczyn magazyn ”Climbing” uznał za największe osiągnięcie himalaizmu w XX wieku.

Mister Golonko

Kukuczka miał jedną wielką słabość – słabość do jedzenia.

– Jurek to nie był typ sportowca. To był himalaista, który śmiejąc się w oczy Kurtyce zajadał całą puszkę golonki i mówił, że jak zje coś tłustego, to jest mu dobrze. Nikt z mistrzów skały by takiej diety nie wytrzymał, skręcali się na sam widok – wspomina himalaista Ludwik Wilczyński.

– Mieliśmy nieopisane konserwy, a tylko Kukuczka czuł przez blachę, gdzie jest golonka, a gdzie szynka. Przylgnęła do niego ksywka, mister golonko – opowiada Artur Hajzer.

Sam Kukuczka do swojej sylwetki miał dystans.

”- To ty jesteś ten Kukuczka? Wcale nie wyglądasz na alpinistę… Markus, szwajcarski przewodnik, patrzy przy tym nie tyle w moje oczy, co znacznie niżej, tam, gdzie pod paskiem rysuje mi się niezbyt sportowy brzuch. (…) Są ważniejsze sprawy, niż uwaga Szwajcara. Macham ręką. – Pogadamy na ośmiu tysiącach metrów – mruczę do siebie. Bo co będę sobie takimi aluzjami zawracał głowę.”

Celina Kukuczka: W domu nie było gór, w domu było życie rodzinne, synowie, rodzina. Mówiło się o górach bardzo rzadko. Miał wielu znajomych. Dom był otwarty, lubił się cieszyć życiem, lubił towarzystwo, lubił organizować imprezy.

Andrzej Popowicz, taternik, himalaista: Jurek rodziny nigdy nie zaniedbywał. Jego rodzina miała wszystko, co potrzeba. Jego żona akceptowała to [co robił], a synowie, którzy byli mali, tym bardziej to akceptowali. Trzeba było widzieć ich zabawy ze sprzętem porozkładanym w domu Kukuczków.

Wyścig z Messnerem

Na początku 1985 roku Kukuczka miał już siedem zdobytych ośmiotysięczników. Zajęło mu to pięć lat. Reinhold Messner miał 11, na które wchodził 15 lat. Do dziś mówi się o ich wyścigu po Koronę Himalajów i Karakorum. Ale czy oni naprawdę się ze sobą ścigali?

– To [wyścig] wymyślili zachodni dziennikarze, bo zobaczyli Polaka, który robi nowe drogi albo robi drogi w zimie. Jest nowatorem, odkrywcą. Zabawa rozkręciła się na całego. Zaczęli ze sobą rywalizować – tłumaczy alpinista Ignacy Walenty Nendza, który był z Kukuczką w 1979 roku pod Lhotse.

Kukuczka uwierzył w wyścig i zdecydował się zagrać va banque – w jednym sezonie zimowym zaatakował dwa ośmiotysięczniki. To nie udało się jeszcze nikomu wcześniej. 21 stycznia razem z Andrzejem Czokiem stanął na Dhaulagiri (pierwsze zimowe wejście), a 13 lutego zdobył z Andrzejem Heinrichem Czo Oju (nową drogą). Miał już dziewięć szczytów.

”Jestem wyschnięty, straszliwie wychudły, ale jakoś się ruszam. Ruszam się i myślę. Mam świadomość, że po Czo Oju zacząłem być traktowany jako ten, który goni Reinholda Messnera. Owszem, pogonić go trochę mogę, ale na to, by ten wyścig wygrać, musieliby Reinholda uwięzić w jego alpejskim zamku, a mnie pozwolić robić w Himalajach, co chcę. Nie oznacza to bynajmniej, że składam broń. Co to, to nie.”

Kukuczka pisał, że wchodzenie na ośmiotysięczniki normalnymi drogami nie interesuje go. Wyścig z Messnerem miał mu pomóc w realizacji celu o wiele ambitniejszego – czternastu nowych dróg na czternastu ośmiotysięcznikach.

”Nową drogą albo zimą, kiedy jeszcze nikt tam o tej porze roku jeszcze nie był. To jest stawka warta świeczki. Naprawdę wielka gra”.

Reinhold Messner zdobył Lhotse, swój ostatni, czternasty ośmiotysięcznik 17 października 1986 roku. Później nigdy już nie stanął na szczycie ośmiotysięcznika. W tym czasie Kukuczka przebywał pod Manaslu.

”Czekałem na tę wiadomość, ale teraz, gdy nadeszła, mimo wszystko robi się smutno. Jednak on jest tym pierwszym. Równocześnie odkrywam w sobie odcień pewnej ulgi. Wreszcie ta cała wrzawa wokół naszego ‚wyścigu’ się skończyła. Teraz mogę dążyć do własnego celu”

Ostatni paciorek

Koronę Himalajów i Karakorum skompletował jako drugi człowiek w historii 18 września 1987 r., kiedy wraz z Arturem Hajzerem stanął na szczycie Sziszapangmy.

”Stoję na szczycie ostatniego mojego ośmiotysięcznika. Ostatni paciorek mojego himalajskiego różańca. Stało się… Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości, musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości, proporcjonalnej do tego przeżycia. (…) Jestem tym wszystkim trochę ogłuszony. Człowiek nie jest jednak przygotowany do tego, by w każdych warunkach potrafił się cieszyć”

Kukuczka na 10 ośmiotysięczników wszedł nowymi drogami, 7 zdobył w stylu alpejskim, 4 po raz pierwszy zimą, 1 szczyt samotnie. Zajęło mu to 7 lat, 11 miesięcy i 14 dni. Messnerowi 16 lat i cztery miesiące. Gdy Messner dowiedział się o jego sukcesie, wysłał mu krótką wiadomość: Nie jesteś drugi, jesteś wielki.

– Był ostatnim człowiekiem, którego można było namówić do odwrotu. Był bardzo twardy. Nie przychodziło mu na myśl, że można za szybko zrezygnować – wspomina go Zbigniew Wach, alpinista.

”Czternaście. Czternaście razy osiem… Czy coś się naprawdę skończyło? Nie. Pionowy świat nie kończy się nigdy. Trwa. Czeka. Ja przecież tu jeszcze wrócę… Zaraz… kiedyś już tak myślałem. Kiedy? No jasne! Wtedy, gdy po raz pierwszy przegrałem z Nangą. To było dawno, bardzo dawno… Całe czternaście najwyższych gór temu. Co jeszcze wtedy, po pierwszej porażce, myślałem sobie? Aha… Że Himalaje też są dla ludzi. I miałem rację.”

Pionowy świat

– Był jak maszyna, parł naprzód. Miał do tego predyspozycje fizyczne i psychiczne – opisuje Kukuczkę Marian Bała, taternik i alpinista.

Kukuczka parł, ale dookoła ginęli jego koledzy. Najmocniej przeżył chyba śmierć Andrzeja Czoka, który zginął w 1986 roku na Kanczendzondze. Pół roku później na K2 od ściany odpadł wspinający się z nim Tadeusz Piotrowski. W końcu w maju 1989 roku lawina zabrała pięciu polskich wspinaczy: Eugeniusza Chrobaka, Mirosława Dąsala, Mirosława Gardzielewskiego, Andrzeja Heinricha i Wacława Otrębę.

– Zachowywał się, jakby śmierć go nie dotyczyła. Zawsze mówił: nie bój się, ja wrócę – opowiada jego żona, Celina. Tak samo powiedział jej, gdy żegnali się przed jego ostatnią wyprawą.

Nie mieli dużo czasu na dworcu, bo Kukuczkę okrążyli koledzy i dziennikarze. Jeden z reporterów zapytał go, dlaczego jeszcze się wspina.

– A dlaczego kończyć, skoro tak dobrze idzie? – usłyszał w odpowiedzi. Pytany przez kolegów tłumaczył, że zaprzestanie byłoby zaprzeczeniem wszystkiego, co robił do tej pory.

W 1989 roku wybrał południową ścianą Lhotse, do której przymierzał się już wcześniej. Niezdobytą. Niełatwo było znaleźć mu partnera. Zgodził się dopiero świetny technicznie, specjalizujący się w dużych ścianach Ryszard Pawłowski. Pogoda nie rozpieszczała ich podczas akcji górskiej, ale 24 października podczas ataku szczytowego była świetna. Zagotowali trochę wody, zjedli po batoniku i zaczęli się wspinać. Prowadził Kukuczka. Używali jednej liny, żeby było szybciej. Pawłowski tak wspomina ostatnie chwile tej wspinaczki:

– Jurek był jakieś 70 metrów nade mną. Wykonał dwa szybkie ruchy i kiedy wydawało mi się, że dotknął śnieżnej grani, zupełnie niespodziewanie zaczął się osuwać. Początkowo wolno, ale z każdym ułamkiem sekundy szybciej. Wszystko co mogłem zrobić, to się skulić w sobie, nie słyszałem żadnego krzyku Jurka, odgłosu. Prawdopodobnie on nie spodziewał się, że lot będzie taki długi. Lina nade mną na jakimś ostrym fragmencie skały się przerwała. Wszystko co widziałem, to Jurka spadającego do kotła, do podstawy ściany – opowiada Pawłowski.

Więcej o południowej ścianie Lhotse i ataku szczytowym można przeczytać tutaj >>

***

Celina Kukuczka: Wojtek, nasz młodszy syn, obudził się o czwartej nad ranem. Obudził ciocię: ciociu, śniło mi się, że jeździłem z tatą windą, nie chciała się zatrzymać, a tata naciskał alarm i krzyczał alarm, alarm. Chodził w góry, by przeżyć inny, lepszy świat. Kiedy z nich wracał, był innym, lepszym człowiekiem. Góry uczyły go pokory. Zdawałam sobie później z tego sprawę, że najważniejsze dla niego są góry. Nie starałam się odebrać mu tego, co dla niego było najważniejsze.

Krzysztof Wielicki: Wspinanie się z Jurkiem dawało jakieś poczucie bezpieczeństwa. Może wynikało to z jego upartości. Jurek przeważnie wspinał się tak długo na wyprawie, aż szczyt zdobyto. Jurek mówił: szczyt zapłacony, to musi być zdobyty. Ludzie lubili z Jurkiem jeździć, bo wiedzieli, że mają szansę wejść, bo Jurek na pewno wejdzie.

Wojciech Kurtyka: Są pewni ludzie, do których śmierć nie pasuje. W moim intuicyjnym przeczuciu, nie przychodziło mi na myśl, że Jurek tak może skończyć. Chociaż przesłanki były strasznie mocne.

Simone Moro: Urzekła mnie historia Kukuczki, ”biednego” człowieka z kraju, gdzie góry są niskie. Pokazał, że może wspinać się tak samo dobrze, jak alpiniści z górskich państw. Ba, był jednym z najlepszych na świecie. To przykuło moją uwagę, bo jego droga była podobna do mojej. Urodziłem się w ubogiej rodzinie, miałem dwóch braci. Za oknem nie widziałem potężnych gór, w pobliżu były szczyty zbliżone wysokością do tych, które macie w Tatrach. Kukuczka i inni polscy wspinacze pokazali mi drogę. Nie musiałem mieć pieniędzy, nie musiałem wychowywać się w wysokich Alpach. Pasją zaraziłem się więc od Kukuczki, a od Messnera nauczyłem się jak organizować wyprawy i rozmawiać z ludźmi. Zacząłem się wspinać i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że alpinizm, który uprawiał Messner, odchodzi do przeszłości. Mogłem robić to, co on, ale podążałbym tylko za nim. Nie chciałem tego, nie chciałem być wiecznie drugi. Zacząłem się więc zastanawiać, na czym ma polegać nowy alpinizm. I odpowiedź przyszła z Polski. Zacząłem wspinać się w zimie.

Jerzy Kukuczka: Wreszcie najwspanialszy moment w każdej wspinaczce. Chwila, kiedy od szczytu dzieli mnie już tylko kilka kroków, kiedy wiem, że już nic nie stanie mi na przeszkodzie, kiedy wiem, że zwyciężyłem… Zwyciężyłem nie górę czy pogodę, lecz przede wszystkim siebie, swoją słabość i swój strach. Kiedy mogę już podziękować górze, że i tym razem była dla mnie łaskawa. Tych chwil nie oddam nikomu za żadne skarby i jeżeli muszę w drodze do szczytu pokonywać przeszkody i ocierać się o nigdy nie określoną granicę między kalkulowanym ryzykiem, a ryzykanctwem, to trudno, zgadzam się. Zgadzam się na walkę, ze wszystkimi niebezpieczeństwami, które na mnie czyhają. Zgadzam się na wiatry, które tygodniami biją w ściany namiotów i doprowadzają do granicy szaleństwa. Zgadzam się na drogi prowadzone na granicy wytrzymałości. Zgadzam się na walkę. Nagroda, którą otrzymuję za te trudy, jest niebotycznie wielka. Jest nią radość życia.

Cytaty pochodzą z książki Jerzego Kukuczki ”Mój pionowy świat”, nagrań serii ”Himalaiści” wyprodukowanej przez Discovery oraz materiałów własnych.

Dominik Szczepański

http://off.sport.pl/off/51,111379,14833298.html?i=3

Reklamy

Bardzo ciekawy gość z brytyjskiego „Mam talent” – Jack Carroll

Kurde gość niby ma ciężke życie no bo na pewno nie jest mu lekko a ma więcej poczucia humoru, dystansu i pogody życia niż niejedna zdrowa osoba ot chociażby, ja 😛 Nie mniej jednak myślę, że warto się od takich ludzi uczyć, zwłaszcza że niektóre problemy nie są tak duże jak się nam wydaje.

O jeden klik od sukcesu, czyli strony, które mogą napędzić Twoją karierę. Zapraszamy do zgłaszania pomysłów

Taki artykuł znalazłem gdzieś w sieci myślę , że warty uwagi, zwłaszcz strony, o których w nim mowa.

Niezależnie od tego, czy właśnie szukasz pracy, rozglądasz się za stażem, kończysz studia, myślisz nad założeniem własnej firmy, czy po prostu chcesz zadbać o swój rozwój zawodowy, w internecie znajdziesz setki stron, które mogą Ci pomóc. Postanowiliśmy z pomocą naszych blogerów i Waszą stworzyć listę tych najciekawszych.

Przygotowujemy listę stron, które mogą pomóc odnieś zawodowy[url=http://shutr.bz/1bItQAJ] sukces[/url].
Przygotowujemy listę stron, które mogą pomóc odnieś zawodowy sukces. • Fot. Shutterstock.com

Magazyn “Forbes” przed kilkoma dniami opublikował autorską listę “100 stron internetowych dla Twojej kariery”. Tak piszą o niej jej autorzy:

„Forbes”

Naszym celem było stworzyć praktyczny przewodnik po najbardziej ciekawych i angażujących stronach. Mamy nadzieję, że udało się nam zgromadzić przekrojową listę miejsc dla stażystów, osób szukających pracy, profesjonalistów, emerytów i wszystkich innych, którzy chcą rozpocząć, przyspieszyć lub odmienić swoją karierę. CZYTAJ WIĘCEJ

Choć listę przygotowali dziennikarze, pomysły i “kandydatury” przesyłali czytelnicy “Forbesa” i użytkownicy internetowego portalu tego magazynu. Postanowiliśmy z podobną prośbą zwrócić się do Was i wspólnie stworzyć analogiczne zestawienie, uwzględniające jednak polskie realia. Być może nasza lista nie będzie tak okazała, jak ta przygotowana przez “Forbesa”, ale z całą pewnością może stać się wartościową bazą wiedzy dla wszystkich, którzy poważnie myślą o swojej karierze.

Na początek przedstawiamy kilka własnych propozycji i możliwych kierunków poszukiwań, a także pytamy o zdanie kilkoro naszych blogerów.

Kilka pomysłów na początek
Wydaje się, że żadne zestawienie nie może pominąć takich, zupełnie podstawowych stron, jak praca.pl, pracuj.pl, tablica.pl, czy GazetaPraca.pl. To tam codziennie znaleźć można setki ogłoszeń o pracę z różnych branż.

Sporo ciekawych zasobów jest też na stronach Urzędów Pracy. I wbrew pozorom nie chodzi tylko o oferty pracy dla niewykwalifikowanych robotników: powinni tam zajrzeć także ci z Was, którzy nie mając pracy, myślą o założeniu własnej firmy. Np. warszawski Urząd Pracy prowadzi obecnie program, w ramach którego przyznaje przyszłym przedsiębiorcom jednorazową kwotę na “podjęcie działalności”. Może być to nawet sześciokrotność przeciętnego wynagrodzenia.

Innym kierunkiem Waszych poszukiwań mogą być też blogi poświęcone pracy, karierze, rekrutacji. Ze swojej strony gorąco polecamy przede wszystkim publikowane w naTemat wpisy Violetty Rymszewicz oraz Igi i Maćka Liziniewiczów.

Wszystkich studentów i świeżo upieczonych absolwentów zainteresować może też portal, o którym pisaliśmy już kiedyś w naTemat, czyli nieparzekawy.pl, który służyć ma poszukiwaniu najciekawszych staży i praktyk na polskim rynku.

Przy rozważaniach na temat przyszłej pracy przydatne mogą okazać się także różnego rodzaju rankingi dotyczące pracodawców, jak np. greatplacetowork.pl

Z kolei wszyscy, którzy myślą o otworzeniu własnej firmy powinni zajrzeć na przejdznaswoje.pl, akademiaparp.gov.pl czy web.gov.pl.

Blogerzy radzą
Adam Opaliński, autor artykułów i opracowań poświęconych problematyce zarządzania, HR, restrukturyzacji i rozwoju biznesu, podkreśla, że ważniejsze od praktycznych, technicznych poradników pisania CV, są strony, które pomogą nam strategicznie zarządzać swoją karierą i nauczą, jak budować wizerunek.

– Moim zdaniem ciekawe byłyby też strony informujące o tym, co się aktualnie dzieje na rynku pracy: w jakich miastach jest praca, które branże zatrudniają, itd. To na pewno pożyteczne informacje, a przyznam, że żadna tego typu strona nie przychodzi mi do głowy – mówi Opaliński. A może Wy wiecie, gdzie w internecie szukać takich informacji?

Z kolei Konrada Traczyka z Hashrank.pl zapytaliśmy o to, jaką rolę w planowaniu kariery odgrywają portale społecznościowe i czy je także powinniśmy dodać do naszej listy. – W mediach czy marketingu korzystanie z Facebooka, Golden Line czy Linkedin to już absolutna konieczność. Nieposiadanie kont na tych portalach to poważny błąd – ocenia Traczyk.

Traczyk sugeruje, że z powodu powszechnego korzystania z serwisów społecznościowych w celu szukania pracy, dobrym sposobem, aby się wyróżnić, jest prowadzenie bloga: – Ta metoda budowania wizerunku jest znacznie lepsza, niż najbardziej nawet widowiskowe i kreatywne, ale jednorazowe akcje – ocenia Traczyk.

Paweł Lipiec, miłośnik sieci i e-commerce, poleca z kolei liczne strony przydatne tym, którzy widzą siebie jako startupowców. – Te najbardziej oczywiste miejsca w sieci to np Startuptv.pl i MamStartup.pl – mówi Lipiec. Poleca też portal mambiznes.pl oraz bloga like-a-geek.pl. – Można na nim znaleźć praktyczne porady o tajnikach prowadzenia firmy – zachęca Lipiec. Poleca też wydawany co miesiąc przez Gdański Inkubator Przedsiębiorczości, elektroniczny magazyn “E-profit”.

Konsultantka, coach i blogerka naTemat Violetta Rymszewicz, która prowadzi także stronę rymszewicz.eu, również przedstawiła nam swoje typy. Wśród nich poświęcone pracy i karierze strony jobmob.co.il i blogging4jobs.com, a także blog o karierze w branży tłumaczeń.

W rozmowie z naTemat Rymszewicz przypomniała też, że myśląc o rozwoju zawodowym nie można zapominać o językach obcych, dlatego poleciła nam takie strony, jak dictionary.reference.com, edufind.com czy naukę angielskiego z BBC.

A jakie są Wasze sugestie stron ważnych dla wszystkich, którzy chcą rozwijać swoją karierę? Zapraszamy do umieszczania pomysłów w komentarzach. Jeśli zbierzemy ich wystarczająco dużo, postaramy się stworzyć polską wersję listy opracowanej przez “Forbesa”.

 

http://natemat.pl/76199,o-jeden-klik-od-sukcesu-czyli-strony-ktore-moga-napedzic-twoja-kariere-zapraszamy-do-zglaszania-pomyslow

Złoto natury czerpane z musli

Hmm mozę znalazłem wreszcie właściwe śniadanie 😀

Trzy osoby z naszej redakcji dostały możliwość „przetestowania” na własnej osobie niezwykłego połączenia ziaren, zbóż, owoców i kwiatów. Wszystko po to, aby biegać jeszcze szybciej, regenerować się jeszcze lepiej i przy okazji zapchać brzuch czymś smacznym, choć to pojęcie względne.

Gosia Nowak

Słowa jak bakalie będą tworzyły mieszankę zdań. Gdzieniegdzie pojawić się mogą ciekawostki jako jędrne owoce, a czasami może zdarzy się błąd w postaci białego cukru, bo ten także niektóre firmy dosypują do całości. W tym artykule zawarta będzie jednak esencja zdrowia i jakości – kilka informacji o Müsli.

ZASIANO ZIARNO

Skąd pomysł na łącznie kilku produktów obfitych w substancje odżywcze i serwowania ich na nasze stoły w postaci wszystkim już znanego Müsli?

Sytuacja rozpoczyna się w malowniczej Szwajcarii, gdzie Maximilianie Bircher – Benner (1867-1939) poświęcił praktykę lekarską na badanie wpływu pożywienia na stan zdrowia swoich pacjentów. Stworzył Centrum Medyczne funkcjonujące do dziś, a gdzie można zaczerpnąć informacji o tym, jak odkrył on znaczne korzyści płynące ze zrównoważonej diety bogatej w surowe warzywa i owoce. W dzisiejszych czasach sytuacja wydaje się oczywistością, jednak to Bircher’owi udało się uzyskać pierwsze efekty terapeutyczne, skupiając się na energii zawartej w żywych komórkach roślinnych. Skojarzył ją z energią światła słonecznego, co w latach późniejszych znalazło potwierdzenie. Udowodniono bowiem, że fotony światła gromadzone są przez żywe komórki. Roślinne akumulatory światła stały się zatem jego kluczem do odzyskania i utrzymania zdrowia u pacjentów.

Stąd wiedzie już prawie prosta droga do dzisiejszego Müsli. Prawie, ponieważ oryginalny przepis doktora zawiera w sobie większy stosunek owoców do ziaren:

  • 1 łyżka płatków owsianych (moczonych przez noc),
  • 1 łyżka soku z cytryny,
  • 1 łyżka mleka skondensowanego,
  • 200 g drobno startych jabłek,
  • ewentualnie 1 łyżka migdałów.

MÜSLI XXI WIEKU

Müsli w rozumieniu człowieka XXI wieku to odwrócenie proporcji Birchera. Główną rolę odgrywa tu mieszanka zbóż. Podawana z mlekiem, jogurtem lub sokiem jest jednym z popularniejszych dań serwowanych na śniadanie.

Müsli zostało docenione i ma swoich zwolenników również w świecie sportu. Zboża, takie jak: owies, pszenica, jęczmień, żyto, orkisz, kukurydza, gryka oraz owoce: suszone, liofilizowane czy świeże, to źródła witamin, mikro- i makroelementów, ale przede wszystkim – węglowodanów. Są one podstawą diety biegacza.

Powinny stanowić 55-65% wszystkich kalorii przez niego spożywanych na co dzień.

ZŁOTA NATURA

Porcja węglowodanów przed treningiem to dawka energii potrzebnej do jego przebiegu. Porcja węglowodanów (plus białek) po odbytym wysiłku, to dawka potrzebna do uzupełnienia zużytych zapasów. Odbudowanie glikogenu w mięśniach i w wątrobie jest konieczne, aby odbyć kolejny trening na takim samym poziomie intensywności co poprzedni. Koło się zamyka i nieustannie kręci. Natura jest mądra, a nieprzetworzone węglowodany to złoto każdego biegacza.

Müsli, prócz porcji zdrowych węgli, niesie za sobą dodatkowe korzyści. Jest lekkostrawne. Niewielu biegaczy pozytywnie wypowiada się o treningu z wypełnionym żołądkiem. Wielu natomiast przyznaje się do posiłku bogatego w węglowodany na godzinę / kilka godzin przed nim.

Energia zawarta w odpowiednio skomponowanej mieszance węglowodanów uwalnia się z różną intensywnością, przez co praca mięśni utrzymywana jest na wysokim poziomie przez odpowiedni  czas. W zależności od stopnia złożoności łańcuchów węglowodanowych, glukoza z nich uwalniana wolniej bądź szybciej będzie transportowana do krwioobiegu. To, w jakiej ilości i jak szybko pojawi się we krwi, ma bezpośredni wpływ na jakość treningu.

Dostarczanie cukrów prostych charakteryzuje się niemal natychmiastową ich absorpcją. Wyłączność tych węglowodanów w pożywieniu jest jednak błędna, gdyż równie szybki wzrost energii ciągnie za sobą równie szybki jej spadek.

Chciałoby się zatem rzec – im dłuższy dystans planuje pokonać biegacz, tym bardziej złożone łańcuchy węglowodanowe powinny być zawarte w poszczególnych składnikach jego pożywienia. Najlepiej byłoby, gdyby charakteryzowały się one różną długością, co zapewni stopniowe uwalnianie glukozy do krwi i jej przemianę w energię.

Ciekawostka dla osób startujących w zawodach, a korzystających z węglowodanowych żeli energetycznych: Maraton pokonuje się na ujemnym bilansie energetycznym. Żeby jak najpóźniej dopuścić do zużywania ważnych zapasów energii (głównie glikogenu mięśniowego), należy zjeść żel energetyczny na ok. 15 min przed rozgrzewką. Nigdy nie jedz go na 25-30 min przed startem, gdy nie stosujesz rozgrzewki. Po zjedzeniu bogatego w węglowodany pokarmu, błyskawicznie zwiększa się cukier we krwi. Gdy organizm wykryje, że nie następuje wysiłek fizyczny, wydziela się insulina zbijająca cukier. Czynność ta występuje po 25-30 minutach od momentu zjedzenia żelu i braku odpowiedniej dawki ruchu.

MÜSLI TAK JAK CHCESZ

Dobre Müsli dobiera się zatem w ten sposób, aby ich komponenty stanowiły kompletną całość. Godną polecenia jest firma http://musli.takjakchcesz.pl/. Proponuje ona gotowe mieszanki skomponowane przez biegaczy i dietetyków, ale także pozostawia pole kreacji dla osób chcących samemu poeksperymentować. Firmę założyły osoby czynnie uprawiające sport, a proponowane zestawy zostały przetestowane w różnych momentach treningowych. Przykładem są:

MÜSLI „PO TRENINGU”

Składniki: amarantus z miodem, sezam, płatki 6 zbóż, ananas kandyzowany, jabłko liofilizowane (kostka), czerwona porzeczka liofilizowana, aloes kandyzowany.

MÜSLI „NA START”

Składniki: pszenica w miodzie preparowana, płatki kukurydziane w miodzie, jagody goji, chia, rodzynki, pyłek kwiatowy.

MÜSLI „ULTRAMARATON”

Składniki: płatki 6 zbóż, orzechy brazylijskie, żurawina, płatki kukurydziane w miodzie, orzechy nerkowca, morwa biała BIO.

Prócz gotowych propozycji firma zachęca do stworzenia własnego Müsli, co następuje w trzech krokach: wyboru mieszanki podstawowej, wyboru dodatków oraz złożenia internetowego zamówienia. Pokaźna baza składników oraz szybkość w otrzymaniu przesyłki, to zapewne duże plusy działalności.

Pojawiają się głosy, iż przygotowanie Müsli może odbyć się w zaciszu domowym, po uprzednim zaopatrzeniu się w poszczególne jego składniki, bez konieczności korzystania z pomocy osób trzecich oraz po znacznie niższych kosztach. Owszem, nie sposób z tymi argumentami się nie zgodzić. Jednak Müsli Tak Jak Chcesz można porównać do dobrej, tematycznej restauracji, gdzie serwują potrawy najwyższej jakości. Można ugotować domowy obiad, a można również wyskoczyć na miasto i delektować się zaserwowanym i idealnie skomponowanym daniem. Można również zakupić towar z supermarketowej półki, zawierający w swym składzie: cukier, olej palmowy, mąkę, ekstrakty, syrop glukozowo-fruktozowy, środki spulchniające, sól, emulgatory i substancje zapobiegające zbrylaniu. Wybór należy do każdego z osobna.

Ania Jakieła

Mama od zawsze mi powtarzała, że śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Musi być zatem wartościowe pod każdym względem! Dodatkowo, na co dzień mając pod ręką świetnego dietetyka, nabywam wiedzę, która pozwala mi odpowiednio dobierać składniki w posiłkach (choć czasem nie do końca je stosuję :P) Dietetyk zasypuje nowinkami, zaskakuje, a czasem nawet szokuje. Wszystko jednak dla naszego dobra i zdrowia.

Skoro ma być zdrowo i wartościowo, a przy tym niekoniecznie nudno, to polecam Wam musli, nie tylko z całego serca, ale i zadowolonego żołądka i podniebienia. Dlaczego? Bo spełniły moje wybredne oczekiwania. Przede wszystkim ujęły mnie naturalnością smaku i urozmaiconymi dodatkami, których z pewnością sama nie szukałabym po sklepach, bo…zwyczajnie nie lubię łazić po sklepach.

Otworzyłam paczkę i byłam naprawdę miło zaskoczona. Jeszcze milej, gdy zaczęłam się jej przyglądać.

Po pierwsze: Gustowne opakowanie. Wielka tuba zasypana płatkami po same brzegi (1,7 l.) Na etykiecie opakowania producent przedstawia nam datę zmieszania płatków, jak i datę ważności – 3 miesiące! (od daty zmieszania) Sklepowe płatki pewnie miałyby z rok albo nawet i 2 lata ważności i pół kilo powietrza w opakowaniu. Krótka data przydatności ewidentnie pokazuje, że płatki nie zawierają żadnych konserwantów ani innego rodzaju chemicznych składników, mających na celu przedłużenie żywotności produktów. Już jest ogromny plus, który rozochocił mnie do testowania produktu.

Do testów otrzymałam 3 rodzaje:

„Przed startem”– pszenica w miodzie preparowana, płatki kukurydziane w miodzie, jagody goji, chia, rodzynki, pyłek kwiatowy. Ten ostatni element bardzo mnie zaskoczył. Chia również, choć obiło mi się już o uszy jako nasiona szałwii hiszpańskiej.

Pyłek kwiatowy był dla mnie nowością i okazuje się, że jego wartości są bardzo cenne. Przede wszystkim ze względu na właściwości odżywcze i terapeutyczne, które wynikają z bardzo bogatego składu chemicznego – zidentyfikowano w nim ponad 250 różnych związków chemicznych! Należą do nich: węglowodany, tłuszcze, białka, składniki mineralne, witaminy, rutyna, olejki eteryczne, fitocydy (substancje działające grzybo- i bakteriobójczo, wytwarzane przez rośliny), hormony, enzymy, kwasy organiczne, stymulatory wzrostu.

Ponadto jest bogaty w wiele składników mineralnych: makroelementów i mikroelementów, zawiera m.in.: potas, fosfor, wapń, magnez, sód, krzem, mangan, żelazo, miedź, cynk, jod i selen. Zidentyfikowano w nim witaminy A, B1, B2, B3, E, C, B6, PP, P, D, H, B12, kwas foliowy, inozytol, biotynę, kwas pantotenowy, poza tym 42 enzymy.

To wszystko w połączeniu z płatkami i resztą składników, daje pyszne śniadanie. Słodkie, a co za tym idzie – nie mam ochoty na podjadanie słodyczy już w ciągu dnia! Zdecydowanie kolejny plus 🙂

„Stylowe śniadanie” – płatki 6 zbóż, granola czekoladowa, truskawki liofilizowane krusz, płatki kokosa, orzechy pecan, pszenica w miodzie preparowana, pyłek kwiatowy, zarodki pszenne.

I tu troszkę zaczęłam węszyć w opakowaniu. Orzechy pecan? Widzę tu włoskie tylko jakby mniejsze! A jednak. Okazuje się, że są podobne, ale właściwości już mają bardziej urozmaicone. Sterole pochodzenia roślinnego, zawarte w orzechach pecan, wpływają na obniżenie cholesterolu we krwi. Są również bogate w mikroelementy i witaminy: cynk chroni przed infekcjami, witamina E pozwala zachować młodość i chroni przed chorobami nowotworowymi. A witamina A wpływa korzystnie na wzrok, stan włosów, skóry i paznokci. Wychodzi na to, że będę wiecznie piękna, młoda i zdrowa 😀 Żeby tak było musiałabym pewnie zjeść nie jednego tira tych orzechów. Ale każda ilość wskazana. Wszelkie składniki należy dozować w odpowiednich proporcjach, bo co za dużo, to nie zdrowo.

Zaskoczyły mnie też płatki kokosa. Byłam pewna, że będą to zwyczajne wiórki. A są faktycznie duże, smaczne płaty.

Zarodki pszenne? W gąszczu całej mieszanki nie umiałam wyłapać, które to, ale w końcu znalazłam! Takie malutkie żółte ziarenka. Najcenniejsza część ziarna pszenicy. To źródło substancji bioaktywnych, które jest niezbędne dla rozwoju całej rośliny, ma także doskonały wpływ na nasze zdrowie – zawiera cenne wartości odżywcze, takie jak: składniki mineralne (potas, fosfor, magnez i żelazo), witaminy – E, B1, B2, B6, PP, kwas foliowy, białko roślinne i znaczną ilość błonnika pokarmowego. Zarodki pszenne mają z natury lekko słodkawy posmak. Tak więc znów odrobinę słodyczy.

Trzecia mieszanka to „Ultramaraton” – płatki 6 zbóż, orzechy brazylijskie, żurawina, płatki kukurydziane w miodzie, orzechy nerkowca, morwa biała BIO.

Tu nowością była dla mnie morwa biała BIO. Roślina pochodzi z Azji. Medycyna chińska mówi, że owoce morwy białej mają neutralną naturę termiczną. Stosuje się je do leczenie np. cukrzycy. Na co dzień morwę można spotkać jako składnik deserów i sałatek. Od stuleci morwę stosowano do słodzenia jedzenia i napojów, przez wielu używana jest jako zamiennik cukru. A to Ci niespodzianka! Jest pyszna!

Generalnie wszystkie składniki są w odpowiednich ilościach. Nie są to 3 orzechy na krzyż przeplecione 2 rodzynkami i zasypane płatkami (taki efekt spotykamy w sklepowych płatkach musli). Tu wszystkiego jest dużo: smaku, koloru, zapachu, zdrowia i przede wszystkim jakości.

A wiecie co jest najlepsze w tych płatkach? To, że te wszystkie pyłki, ziarenka czy zarodki są tak malutkie, że najwięcej zostaje ich na samym spodzie. Zresztą wszystkie dodatki wyjadam z musli, takie są pyszne. To najlepsza część jedzenia.

I jest tylko jeden minus… przy tak częstym wyjadaniu ich, szybko się kończą! Na szczęście można je zamówić na stronie MUSLI – Tak jak chcesz i kurier przywiezie Ci nowiutkie, pachnące i pysznie smakujące musli do domu!

Zachęcam wszystkich, którzy lubią dbać o zdrowie, jak i tych, którzy szukają dopiero zdrowszej ścieżki żywieniowej.

SMACZNEGO! 🙂

Ewelina Lipińska

Codziennie na śniadanie jem owsiankę. Zależnie od porannego humoru dodaję świeże owoce, dżem lub miód, warunek – pierwszy posiłek musi być na słodko. Któregoś razu postanowiłam odejść od tradycyjnych płatków owsianych i spróbować wariacji Musli – tak jak chcesz. Wybrałam 3 propozycje z gotowych mieszanek:

  • po treningu (składniki: amarantus z miodem, sezam, płatki 6 zbóż, ananas kandyzowany, jabłko liofilizowane (kostka), czerwona porzeczka liofilizowana, aloes kandyzowany),
  • ultramaraton (składniki: płatki 6 zbóż, orzechy brazylijskie, żurawina, płatki kukurydziane w miodzie, orzechy nerkowca, morwa biała BIO),
  • owocowa delikatność(składniki: płatki kukurydziane, truskawki liofilizowane kruszone, czarna porzeczka liofilizowana, jabłko liofilizowane (płatki), czerwona porzeczka liofilizowana).

Mieszanka po treningu, najlepsza spośród testowanych. Główny składnik to amarantus polany miodem – rewelacja. Słodki ananas przełamany kwaskową czerwoną porzeczką jest ciekawym połączeniem niepowodującym mdłości. Kandyzowany aloes, kto miał przyjemność próbować? Ja dopiero przy okazji smakowania mieszanki i szczerze polecam. Mieszanka ta odbiega od tradycyjnego musli i to jest wspaniałe. Wybierając po treningu możesz spróbować zupełnie nowego smaku.

Propozycja ultramaraton przypomina swoim składem tradycyjne musli. Biała morwa, którą próbowałam po raz pierwszy, wzbogaca, wydawać by się mogło, tradycyjne musli. Ilość orzechów brazylijskich pozostawia wiele do życzenia.

Owocowa delikatnośćto idealny wybór dla osób, które uwielbiają płatki kukurydziane i chcą spróbować, jak komponują się z kwaskowym smakiem owoców liofilizowanych. Płatki kukurydziane to główny składnik, czarna i czerwona porzeczka, kawałki jabłka i czerwona, słodka truskawka to idealne dodatki, które pokazują, że zwykłe płatki śniadaniowe nie muszą być takie tradycyjne i nudne.

Otwórz się na nowe smaki i spróbuj. Może wybierzesz inną mieszankę, a może skusisz się na skomponowanie własnego, unikalnego smaku. Na stronie www.musli.takjakchcesz.pl z podanych składników możesz dowolnie komponować zestaw śniadaniowy. Smacznego.