‚Twarde, stare dranie’. Historia pierwszego przejścia grani Mazeno

Ciekawe, że o takich rzeczach nikt nie trąbi, ale może to i lepiej, bo podkreśla jaki to był wyczyn.

Grań Mazeno w Himalajach – 13 kilometrów ostrego jak nóż szlaku, na nim osiem siedmiotysięczników, a na koniec Nanga Parbat (8126 m n.p.m.). Pokonać ją – misja niemożliwa. Aż do wyprawy dwóch wspinaczy, w sumie 113 lat porządnego życia. By sprostać wyzwaniu, nie jedli przez pięć i nie pili przez trzy ostatnie dni wspinaczki.

Fot. archiwum prywatne Sandy’ego Allana

Sandy Allan i Rick Allen po 18 dniach wspinaczki na grani Mazeno i zejściu do bazy Diamir po zdobyciu Nanga Parbat

Mimo że od tej historii minęły już ponad dwa lata i nikt, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, nie ma wątpliwości, że stało się coś niezwykłego, wciąż wiemy mało. Bo jej bohaterowie – Brytyjczycy Sandy Allan i Rick Allen – wolą działać niż gadać. Sączą fragmenty, z których można ułożyć historię jak puzzle. Sandy przesączył nową porcję w Zakopanem, gdzie był gościem 10. Spotkań z Filmem Górskim. Wkrótce ukaże się jego książka o wyprawie.

Ostatnie wyzwanie alpinizmu

Grani Mazeno nie da się z niczym w Himalajach porównać. W niektórych miejscach jest tak wąska, że dwóm osobom trudno byłoby się na niej wyminąć. Zejść w bok też nie ma gdzie, bo po obu stronach do ziemi tylko kilometry powietrza.

Prawdopodobnie ten brak możliwości ucieczki sprawił, że od wyprawy Louisa Audouberta w 1979 roku, do ekspedycji Sandy’ego Allana próbowało ją przejść tylko dziewięć wypraw. Kończyły najdalej na przełęczy Mazeno, czyli tam, gdzie Sandy i Rick zostali sami, bez wody i z paczką herbatników.

Członkowie wypraw zgodnie przyznawali, że po wielokilometrowej wspinaczce brakuje sił, by wejść na szczyt, a później wrócić tą samą drogą. Grań Mazeno przez lata była więc określana jako jedno z ostatnich wielkich wyzwań Himalajów.

Nie chcę walić głową w mur

Sandy miał być producentem whisky, tak jak jego ojciec, ale w górach zakochał się od pierwszego wejrzenia już jako nastolatek – wiadomo, wtedy uczucia są najsilniejsze. Dziś prowadzi klientów w Alpach i Himalajach.

Rick jest nafciarzem, szuka źródeł ropy na całym świecie.

Sandy mawia, że on próbuje zrozumieć górę i się do niej dostosować, a Rick chce ją najpierw okiełznać, a później sobie podporządkować.

Wspólna wyprawa na grań Mazeno chodziła im po głowie od lat. – Tylko że nie chciałem tam pojechać i uderzyć głową w mur jak inni, i jak ja w 1992 roku [w wyprawie Douga Scotta – ds]. Potrzebny nam był plan, a nie mogłem wymyślić strategii. W końcu doszedłem do wniosku, że jeśli ma nam się udać, musimy iść wolno i oszczędzać siły. Tego zabrakło poprzednim wyprawom – mówi Sandy. – Postawiliśmy na cierpliwość: chcieliśmy iść 6-8 godzin, zamiast 10-12, potem szukać dobrego miejsca na rozbicie namiotu.

Pożegnanie z ogniem

Zaczęli 1 lipca 2012 roku w sześcioosobowym składzie. Sandy miał wtedy 56 lat, Rick – 57. O wyprawie dużo się nie mówiło, Wielka Brytania była zajęta przygotowaniami do igrzysk olimpijskich. Ale to było im na rękę, bo nie lubią rozgłosu.

Sandy zapewnia dziś, że gdy po 13 dniach wspinaczki na niebotycznej grani zostaje w plecaku tylko opakowanie herbatników i kilka landrynek, to jeszcze nie jest źle. Powyżej 7000 metrów człowiek i tak niewiele zje. Nie ma tam apetytu, a nawet jak się zmusi, to żołądek i tak wie swoje. Adam Bielecki podczas ataku szczytowego na Broad Peak wymiotował 10-12 razy, bo próbował coś na siłę w siebie wcisnąć. Bez jedzenia można się obyć nawet kilka dni.

Gorzej, jeśli w kieszeni nie ma zapalniczki. Bez ognia nie uruchomisz maszynki do topienia śniegu, czyli się nie napijesz. – Lekarz powiedział mi, że organizm powyżej 7000 metrów potrzebuje 7-8 litrów dziennie, inaczej zaczyna się odwadniać w ekspresowym tempie – mówi Sandy.

Przez dziesięć dni rozkładali namioty, suszyli rzeczy, gotowali, spali i wszystko od początku. Wydaje się, że to nic takiego, ale powyżej 7000 metrów proste zakładanie butów może trwać kilkadziesiąt minut. A w zimie, przy kilkudziesięciostopniowym mrozie przygotowania do opuszczenia namiotu zajmują kilka godzin.

Jedzenia miało im wystarczyć na osiem dni, a gdyby bardzo oszczędzali, to na dziesięć. Ale po dziesięciu dniach doszli dopiero do przełęczy Mazeno, ostatniego punktu wszystkich wcześniejszych wypraw.

To właśnie tam partnerzy Sandy’ego i Ricka – himalaistka z RPA Cathy O’Dowd i trzej Szerpowie – poddali się po 18 godzinach ataku szczytowego. Byli zbyt wyczerpani, by jeszcze raz ruszyć na Nanga Parbat. I zbyt przerażeni wypadkiem, który omal nie skończył się tragicznie: Szerpa Lhakpa Zorok zsunął się zboczem grani, jego kolega Rangdu chciał go złapać, ale przewrócił się i po chwili zsuwali się już obaj. Zatrzymali się po 300 metrach, tuż przed przepaścią. Tego było dla Cathy i Szerpów za wiele.

– Ludzie próbowali przejść tę grań bez skutku. Ale Sandy i Rick to twarde, stare dranie – pisała „na żywo”, żegnając się z nimi na przełęczy. I – całkiem przypadkiem – zabierając jedyną sprawną zapalniczkę.

Zagubieni we mgle

Zostali więc sami na przełęczy z paczką herbatników, ale w dobrym nastroju. Szczyt znajdował się tylko kilometr wyżej. Szacowali, że dotrą tam w jeden dzień, a po jednym-dwóch kolejnych wrócą do bazy. Kilometr do góry, cztery w dół.

– Odpoczęliśmy jeden dzień i ruszyliśmy z Rickiem w górę. Musieliśmy iść naprawdę szybko, więc zostawiliśmy karimaty i z samymi śpiworami zaczęliśmy iść na szczyt – opowiada Sandy.

Był to 14. dzień wspinaczki. Udało im się wejść na 7700 metrów. Czekanami wykopali śnieżną jamę, w której ukryli się przed zimnem nocy.

W okolice wierzchołka dotarli kolejnego dnia o godz. 14, ale mgła była tak gęsta, że nie byli w stanie znaleźć najwyższego punktu. Błąkali się przez trzy i pół godziny świadomi absurdu sytuacji – dwa tygodnie zajęło im rozprawienie się z jednym z ostatnich wyzwań himalaizmu i wciąż byli kilka metrów poniżej wierzchołka. Jeśliby go nie znaleźli, przejście grani Mazeno nie byłoby pełne, a kochające kontrowersje środowisko na pewno wypominałoby im to. Po godz. 17 wiatr zaczął rozganiać chmury. Na szczycie stanęli 15 lipca o godz. 18.12.

Lunatycy

Teraz trzeba było zejść do świata żywych, cztery kilometry poniżej nieba. Pierwszą noc spędzili w tej samej jamie, którą wykopali podczas drogi w górę. Zjedli resztkę herbatników i cukierków, bez sprawnej zapalniczki nie mogli pić. Schodzili coraz wolniej, a Sandy obserwował, jak jego partner z każdym krokiem słabnie. Następnej nocy znów musieli wykopać jamę. Cięli śnieg czekanami z dwóch stron, by spotkać się w połowie drogi. Gdy Sandy skończył swoją część, zauważył, że Rick nawet nie zaczął. – Był nieobecny. Dłubał tylko czekanem w śniegu. Krzyknąłem do niego, chyba zrozumiał, co się dzieje, i z jękiem spytał, czy zmieścimy się w tym, co ja wykopałem – mówi Sandy.

Z Rickiem było jeszcze gorzej następnego dnia. Zasypiał na stoku, siniały mu zmrożone palce. – Puszczałem go przodem na wypadek, gdyby zasłabł albo się przewrócił. Byliśmy związani i gdyby coś się stało, to mógłbym go złapać – mówił Sandy.

Dwóch słaniających się wspinaczy dostrzegli Czesi Marek Holecek i Zdenek Hruby poniżej obozu II, na wysokości ok. 5900 metrów. – Nie jedliśmy od trzech dni, a nie piliśmy od pięciu. Gdy poczęstowali nas herbatą, to Rick próbował coś do nich wymamrotać. A po kilku łykach zwymiotował – mówi Sandy.

19 lipca, po 18 dniach wspinaczki, usiedli w bazie Diamir na plastikowych krzesłach i napili się herbaty.

Kilka tysięcy kilometrów dalej Brytyjczycy, niegdyś zakochani w himalaizmie, rozpoczynali ostatni przedolimpijski tydzień, wyczyn dwóch podstarzałych himalaistów długo czekał na opisanie. Za pierwsze przejście grani Mazeno Sandy i Rick otrzymali Złote Czekany, najbardziej prestiżową nagrodę we wspinaczkowym świecie.

Śledź autora na Twitterze @deszczep

Ryszard Gajewski o Broad Peaku: Katastrofa moralna w cieniu tragedii

Myślę że warto przeczytać jesłi kogoś intersuje w miarę rozsądna ocena tego co się stało

Cały problem polskiego himalaizmu ukazał się przy Broad Peaku. Nie można kompletować ekipy z grona turystów himalajskich. Żeby atakować ośmiotysięczniki w zimie kalendarzowej trzeba spędzić w górach wiele lat. I nie można zostawiać partnera. Bielecki i Małek mają to na sumieniu – mówi himalaista, TOPR-owiec i przewodnik górski Ryszard Gajewski.

 

Ryszard Gajewski o Broad Peaku: Katastrofa moralna w cieniu tragedii.

Steve House: Pierwszej miłości nie zapomina się nigdy!

Ciekawy gość aż sobie wrzucę cały wywiad na wszelki wypadek a może kupię książkę.

Wchodzimy w związki z górami. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale tak było z Nanga Parbat. Pojechałem tam, gdy miałem 19 lat i zaniemówiłem. To jak z pierwszą miłością, której nigdy się nie zapomina – opowiada amerykański alpinista Steve House.

Reinhold Messner powiedział o nim: „współcześnie najlepszy wspinacz wysokościowy”.

Wspinaczkowy życiorys tego amerykańskiego alpinisty mógłby posłużyć za niezły scenariusz filmowy. Jako 19-latek stanął przed potężną ścianą ośmiotysięcznika Nanga Parbat (skłamał wtedy, że ma 21 lat, żeby załapać się na klubową wyprawę). Był najmłodszy, więc pierwszy do klarowania lin, noszenia sprzętu, ale w górach najwyższych się zakochał. Ściana Rupal stała się jego marzeniem, celem, obsesją. Kilkanaście lat później zdobył tę ponad 4-kliometrową ścianę w stylu alpejskim. Za to przejście, wspólnie z Vincem Andersonem, otrzymali prestiżową nagrodę Złotego Czekana (2005 r.), ale jego górski świat się załamał. Wszyscy pytali: „Co dalej?”, a on nie wiedział, co odpowiedzieć, bo żaden cel nie był już tak pociągający.

W swojej książce „Beyond The Mountain” pisze, że dobrnął do martwego punktu i zaczął spadać w dół. Opisuje koszmarny poranek, kiedy budzi się w motelu, w głowie huczy, a na podłodze leży pusta butelka po whisky i pusty portfel. Pieniądze zarobione dzień wcześniej na prelekcji, wychodząc zabrała kobieta, którą poznał przed kilkoma godzinami.

Gdy już udało mu się pozbierać i zaczął osiągać kolejne ambitne cele (pierwsze wejście na K7 West, nowa droga na północnej ścianie Mount Alberta), zdarzył się wypadek: w czasie wspinaczki Amerykanin spadł 28 metrów w dół, a połamane żebra uszkodziły wewnętrzne narządy. Po długiej rehabilitacji udało mu się wrócić do wspinania i pracy przewodnika górskiego, ale nie tylko – stworzył program „Alpine Mentors”, by przekazać młodszym to, czego sam uczył się przez lata.

Barbara Suchy: Dlaczego się wspinasz?

Steve House:
Jest dużo możliwości odpowiedzi na to pytanie. Jest też mnóstwo powodów. Czasem to tylko chęć bycia w górach, spędzenia czasu ze znajomymi, a czasem potrzeba zrobienia czegoś dla siebie, zdobycia nowych doświadczeń.

Pytam, bo często mówisz o wspinaczce dla samego siebie i krytykujesz komercyjne podejście w tym sporcie. Ukułeś nawet określenie „business climbing”. Czy naprawdę uważasz, że da się realizować poważne cele wspinaczkowe bez komercji?

To, o co chodziło mi mówiąc o „business climbing” to ekspedycje, w których jedynym celem jest stworzenie pewnej historii. Sformułowanie przyszło mi do głowy, gdy patrzyłem na działania amerykańskiej ekspedycji w Pakistanie w 1999 r. Na żywo w radio nadawali raporty z bazy. To były też początki internetu, więc posługując się modemem satelitarnym, wysyłali na bieżąco relacje do sieci. Miałem wrażenie, że to wszystko nie jest szczere. Ich wspinaczka była dobra, ale przedstawili ją, jakby to było największe wydarzenie ostatnich lat. Potem oczywiście pojawiło się tłumaczenie: „Musieliśmy to zrobić, bo potrzebowaliśmy pieniędzy”. Wiem, że ekspedycja kosztuje, ale oni zebrali ponad 100 tys. dolarów! A na taką wyprawę wystarczyłoby 5 tys. To było kilkanaście lat temu, ale to podejście u wielu wspinaczy się nie zmieniło.

Ty nigdy nie stanąłeś przed koniecznością zdobywania w ten sposób sponsorów?

Chyba nigdy nie przekroczyłem tej granicy. Jeśli nie mogę czegoś zrealizować w małym zespole, z niewielkim budżetem, po prostu to odpuszczam.

Reinhold Messner powiedział o tobie: „współcześnie najlepszy wspinacz wysokościowy”. Czujesz się najlepszy?

Właściwie to nie. Zwłaszcza po moim wypadku, nie jestem już tak silny, jak byłem. Ale myślę, że chodziło mu przede wszystkim o to, że moje wspinaczki były ważne dla tego sportu. Obaj dzielimy to samo przekonanie, w jakim kierunku powinien iść współczesny alpinizm: wyprawy na lekko, w niewielkich, ale dobrze przygotowanych, ekipach, krótkie akcje górskie.

Styl alpejski, który tak mocno propagujesz. A inne wspinaczki? Są nic nie warte?

Chcę powiedzieć bardzo jasno: nigdy nie uważałem, że jeden styl jest lepszy od drugiego. Jeśli ktoś chce wylecieć na szczyt helikopterem, w porządku! Dla mnie lot na szczyt byłby pustym doświadczeniem, chyba, że byłbym pilotem [śmiech], ale przecież każdy może zdecydować o tym, co robi. Dla mnie najbardziej wynagradzające, dające najwięcej przeżyć ekspedycje, to takie, w których wszystko jest tak proste, jak to możliwe. Nie chcę mieć w bazie komputerów, internetu, nie chcę wstawiać postów na Facebooka. Idę w góry, żeby być w górach i przeżywać to najpełniej, jak się da. Gdybym chciał grzebać w internecie, zostałbym w domu. Wiele osób wypomina mi: „Jesteś zbyt krytyczny wobec ludzi wspinających się przy użyciu tlenu i poręczówek”, a to nie prawda. Nie chodzi mi o samą wspinaczkę, ale o to, co po sobie pozostawiają. Oczywiście nie zawsze, ale zdecydowanie zbyt często. Na górze zostają liny, całe obozy, śmieci.

Dlatego tak mocno skrytykowałeś w 2004 r. przyznanie rosyjskiej ekipie nagrody Złotego Czekana za zdobycie północnej ściany Jannu?

To był taki przypadek. Na siedmiu tysiącach zostawili wszystko. Wychodzę z założenia, że jeśli masz dość czasu i energii, żeby wynieść cały sprzęt na górę, powinieneś zostawić sobie jeszcze dość czasu i energii, żeby znieść go na dół. Przynajmniej spróbować. A większość ekip nawet się nie stara pozbierać swoich rzeczy. To brak szacunku do gór!

Gdybyś miał opisać, jak wygląda ekspedycja doskonała…

3-4 osoby, które wychodzą w piękne miejsce w górach, gdzie przedtem nie było zbyt wielu ludzi. Lubię wyprawy, na których mogę wspinać na kilka wierzchołków. Tak, jak w czasie naszej ekspedycji na K7 (6934 m n.p.m.) w Dolinie Charakusa. To nie zawsze jest możliwe w przypadku ośmiotysięczników. Jak pojedziesz pod Makalu, możesz się wspinać tylko tam, wokół nie ma nic innego.

Kiedy wybieram górę, kieruję się przede wszystkim tym, czy mi się podoba, patrzę, jaka będzie jakość wspinaczki i czy nie ma na niej zbyt wielu wspinaczy. Gdyby K2 nie było tak potwornie drogie i zatłoczone, też chętnie bym tam pojechał. Ale ośmiotysięczniki z bazami, w których stacjonuje jednocześnie 15 ekspedycji, mnie nie pociągają. Wolę pojechać do doliny, gdzie będziemy jedyną działającą wyprawą.

Tym samym dobrowolnie rezygnujesz z tego, co najwyższe i największe.

Tak, ale nie przejmuję się tym za bardzo. Na świecie jest wiele gór.

A co takiego jest w Ścianie Rupal na Nanga Parbat, że zdominowała twoją wspinaczkową karierę tak bardzo? W Krakowie mówiłeś, że po jej zdobyciu długo nie mogłeś znaleźć sobie innego celu.

Wydaje mi się, że wchodzimy w związki z górami. Wiem, że to brzmi śmiesznie. Ale tak było z Nanga Parbat. Pojechałem tam, gdy miałem 19 lat i zaniemówiłem. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. To jak zakochanie. Potem z każdym rokiem nabierałem doświadczenia i przekonania, że wspinaczka tam byłby możliwa. To coś, co potem ciężko powtórzyć, bo już nigdy nie będę nastolatkiem, po raz pierwszy w Himalajach. To jak z pierwszą miłością, której nigdy się nie zapomina.

Myślałeś, że po jej zdobyciu będzie ci tak ciężko?

Nie miałem pojęcia. Jeden ze starszych ode mnie wspinaczy ze Słowenii powiedział mi: „Po wspinaczce takiej jak ta, będziesz potrzebował co najmniej 5 lat, żeby znów wytyczyć sobie taki ambitny cel”, ale wtedy mu nie wierzyłem. Myślałem, że w moim przypadku na pewno będzie zupełnie inaczej, że mam silną psychikę, motywację.

W swojej książce „Beyond The Mountain” piszesz, że wszyscy wciąż pytali: „Co dalej?”, a ty nie wiedziałeś, co odpowiedzieć. O czym wtedy myślałeś?

Czułem pewne zdenerwowanie i frustrację. Myślałem sobie: „Hej, właśnie wspiąłem się na Nanga Parbat! Dajcie mi chwilę odpocząć!”, a z drugiej strony tak bardzo próbowałem znaleźć odpowiedź dla siebie i dla innych, że to mnie paraliżowało.

Jesteś bardzo szczery w swoich wspomnieniach. Piszesz o koszmarnym poranku w motelu, o załamaniu. Nie tak wygląda atmosfera sukcesu po zdobyciu jednej z najwyższych gór świata. Po co o tym mówisz?

Dziękuję, to komplement dla mnie. Potrzeba siły, żeby mówić o tym, co prawdziwe. Bo jestem pewien, że nie jestem jedynym, który to wszystko przeżył. Potem wiele osób mówiło mi, że miało podobne odczucia, moment załamania w życiu, ale to ich umocniło. Zawsze starałem się być tą osobą, która mówi to, co wszyscy myślą, ale nikt nie chce powiedzieć.

A potem przyszło kolejne załamanie, kiedy po upadku na Mount Temple wylądowałeś w szpitalu z poważnymi obrażeniami. Myślałeś, że to koniec wspinania?

Oczywiście, nie byłem nawet pewien, czy będę mógł chodzić. Ale przez ból, leki wszystko było jak za mgłą, Wtedy wydawało mi się, że moje myśli są bardzo jasne, ale gdy teraz przeglądam notatki, które robiłem w szpitalu, są jak pisane po pijanemu. Zupełnie nie wiedziałem wtedy, co dalej. Nie chodzi tylko o wspinaczkę dla przyjemności. Z zawodu jestem przewodnikiem górskim, wszystko w moim życiu jest związane ze wspinaczką. Gdy to stracę, co zrobię, z czego będę żyć? Potem zaczął się żmudny proces rehabilitacji, okazało się, że urazy były bardzo poważne, ale gdy już się zagoiły, prawie nie zostało po nich śladu.

Po wszystkim zdecydowałeś się stworzyć też coś dla swoich następców – program „Alpine Mentors”.

Wszystko zależy tak naprawdę od nich. Tworzę pewne ramy, dzielę się doświadczeniami, kontaktuję z innymi mentorami, którzy wspinają się z nimi, ale nic za nich nie robię. To oni sami organizują swoje wyprawy, planują konkretny cel. Ja pomagam im nad tym pracować. Samemu da się zdobyć merytoryczną wiedzę i umiejętności techniczne, ale nie da się nauczyć oceny sytuacji, podejmowania decyzji, bo to pochodzi z doświadczenia. Możesz być świetnie przygotowany, a potem jedziesz w góry i nie wiesz, co w danej sytuacji zrobić. Tego można się dowiedzieć tylko pytając kogoś, kto już przez to przechodził albo podpatrując jego zachowanie w górach. Po to są mentorzy. Tak było ze mną, gdy jako nastolatek pojechałem na Nanga Parbat. Co prawda byłem najmłodszy, do klarowania liny, noszenia sprzętu, ale przez samo bycie tam i obserwowanie innych nauczyłem się bardzo dużo.

Na koniec zadam ci twoje ulubione pytanie: co dalej?

[śmiech]. Teraz już mogę na nie odpowiadać. Po moim wypadku zobaczyłem, że poza wspinaczką jest coś jeszcze. Wcześniej byłem tak skoncentrowany na wspinaniu, że nawet zapłacenie rachunków czy dłuższa rozmowa z kimś były dla mnie strasznym wyzwaniem. To się zmieniło. Wciąż uwielbiam się wspinać, ale myślę też o tym, co mogę dać od siebie innym. W przyszłym roku planuję kolejną wyprawę wspinaczkową, ale chcę mieć też czas dla rodziny. Powoli kończę też książkę o treningu alpinistycznym. To, czego ja uczyłem się przez kilkanaście lat, teraz mogę przekazać kolejnym.

Rozmawiała Barbara Suchy

Steve House: Pierwszej miłości nie zapomina się nigdy!.