Tomek Michniewicz: ‚Podróże są świetnym sposobem na ucieczkę od życia, ale średnim na życie’

Niezły wywiad, w końcu ktoś powiedziął myślę, że w miarę obiektywnie o tym jak wygląda życie podróżnika, które najczęściej nie jest wiecznymi wakacjami, bo ja np. miałem takie wyobrażenie. Ciekawe porównanie Polski do innych krajów, może być ciekawa książka 🙂

O różnicy między wycieczką a podróżą, egocentryzmie właściwym podróżnikom, Kościele i wyzwaniach współczesności, które są identyczne na całym świecie, a różnią się jedynie metody radzenia sobie z nimi – mówi Tomek Michniewicz, który przez ostatnie 13 lat odwiedził 52 kraje.

„Zaczyna się jak film, ale wydarzyło się naprawdę” – czytam na okładce twojej nowej książki „Swoją drogą”. Dodajmy, że trochę jak film Woody’ego Allena, bo jest sylwester, jedziesz Marszałkowską, opowiadasz taksówkarzowi o swojej pracy i słyszysz, że każdy by się z tobą zamienił.

– To była bezpośrednia inspiracja. Te słowa – „Ale ci zazdroszczę, ale bym się z tobą zamienił” – słyszę co trzy dni. Jutro lecę na Karaiby. Bardzo mnie ucieszyło, że na powitanie powiedziałaś: – Pewnie nie jedziesz na wakacje. Właśnie o to chodzi, moja praca to nie są wakacje.

Zabrałeś trzy bliskie osoby – przyjaciela, żonę i tatę – w „trzy podróże po inne życie” i o tym napisałeś. Marcina do plemienia Baka żyjącego w dżungli w Kamerunie, Mariannę do praktycznie niedostępnej turystycznie Arabii Saudyjskiej, a tatę bluesmana do Nowego Orleanu. To im chciałeś pokazać, że to nie są wakacje?

– Nie. Na początku była to próba znalezienia niebanalnej konstrukcji dla książki. Tylko tyle. Stwierdziłem, że jeśli tyle osób mi mówi, że zazdrości mi mojego życia, to znaczy, że mam w nim coś, czego im brakuje. No to proszę bardzo, pożyjcie nim przez chwilę, wejdźcie w moje buty. Zobaczcie, czy po drugiej stronie płotu trawa rzeczywiście jest bardziej zielona.

Dopiero w trakcie realizacji tego przedsięwzięcia boleśnie się przekonałem, że to chyba jednak oni mają te rzeczy, których mi brakuje. Lustro, które im podstawiałem, okazało się lustrem dla mnie. Emocjonalnie było to bardzo trudne doświadczenie.

Co konkretnie?

– Idziesz jakąś życiową ścieżką i w pewnym momencie się dowiadujesz, że to jest piękna droga, fascynująca, ale prowadzi do naprawdę niefajnego celu. Zacząłem studiować biografie podróżników, odkrywców, ludzi, których uznajemy za wyczynowców. I zobaczyłem, że trudno wśród nich znaleźć kogoś, kto miał szczęśliwy finał. Śmiertelny wypadek, bankructwo, rozwód, samotność, nienawiść ze strony własnych dzieci – to była cena. Oni szli dokładnie tą samą drogą, co ja. I też im się bardzo podobała.

Wystraszyło cię to?

– Strasznie. Bardzo mnie to przeraziło. Że kiedyś wrócę do domu, a tam będą puste ściany, bo moja żona będzie już mieszkała z kimś innym. I będę miał 65 lat, i kufer pełen pięknych zdjęć z różnych miejsc świata i ekstrawspomnień, tylko nie będzie komu ich opowiadać. Po powrocie miałem więcej pytań niż przed wylotem.

Podróże są sposobem na ucieczkę od dorosłych decyzji?

– Świetnym na ucieczkę od życia, ale średnim na życie. Trudnym, niewdzięcznym i kosztownym. I najczęściej te koszty się przerzuca na kogoś innego, na swoich bliskich. Za każdym razem, gdy wyjeżdżasz, twoi najbliżsi albo się o ciebie boją, bo nie mają od ciebie żadnych wiadomości, albo cię przy nich po prostu nie ma. Jesteśmy strasznymi egocentrykami. Stawiamy swoje pasje i zadowolenie nad dobro wszystkich innych. Bo moja żona, gdy mnie nie ma w Polsce i robię różne fascynujące rzeczy, może mieć gorszy dzień w pracy. Wraca do domu i nie ma z kim pogadać. Nie chcę tak.

Ciekawe. To jaki masz pomysł?

– Nie mam. Mam wielki znak zapytania, co ja mam zrobić w tym swoim życiu.

Swoją drogą… zakręt.

– No. Czuję się jak Marty McFly z „Powrotu do przyszłości”, który musi dzisiaj zrobić pewne rzeczy, bo wie, co go czeka za jakiś czas. Poświęcić teraz to, kim jestem i co robię, swoje aktualne szczęście w imię siebie za paręnaście lat.

Temat dziecka wisi w tej książce.

– Marianna nie naciska, ale chciałaby mieć dzieci. To jest dla mnie oczywiste, gadaliśmy o tym wiele razy.

A ty „chciałbyś chcieć”.

– Może od tamtej pory trochę bardziej nawet już chcę, coraz bliżej mi do tej decyzji. Tylko w życiu podróżnika decyzja o dzieciach wiąże się z o wiele większą zmianą niż u statystycznego Kowalskiego. Jeśli masz pracę od 9 do 17 i ona nie jest uzależniona od tego, że cię nie ma w domu, jest o wiele łatwiej wszystko zorganizować. Najgorsze jest podjęcie decyzji o odkreśleniu całej swojej przeszłości. Musiałabyś zacząć od zera.

W pewnym sensie tak.

– Nie „w pewnym sensie”. Musisz zacząć od zera.

Dzieci przecież dorastają.

– Wyobrażasz sobie, że nagle zniknę z rynku na cztery lata? I co?

I powrócisz z wielką pompą. Tak się dzisiaj robi.

– A za co będę żył przez te cztery lata, jeszcze to mi powiedz. To jest bardzo trudna decyzja – zostawić wszystko, co osiągnąłeś.

Tomek Michniewicz w Kamerunie u plemienia Baka. Zdjęcie z archiwum prywatnego Tomka MichniewiczaTomek Michniewicz w Kamerunie u plemienia Baka. Zdjęcie z archiwum prywatnego Tomka Michniewicza

Przyjaciele ci mówią: – Jak już będziesz miał to dziecko, wszystko inne przestanie być ważne. A ty wtedy odpowiadasz: – No dobra, ale z czego wy zrezygnowaliście, żeby siedzieć z dzieckiem w domu?

– Jeśli na siedem wieczorów w tygodniu dwa spędzałaś w kinie albo knajpie, a teraz jeden, to różnica nie jest wielka. Ale jeśli całe twoje przychody, kariera i wszystko, co robisz, wiąże się z nieobecnością w domu, a teraz masz być w domu, to to jest diametralna zmiana.

Posiadanie znajomych z dziećmi to wielka presja dla bezdzietnych, sama zaczynam to dostrzegać. Nawet jak wiesz, że twoje życie jest bardzo dobre, cały czas się boisz, że może dokonujesz złych wyborów.

– Pojawia się frustracja. W dodatku sami ją sobie wmuszamy, patrząc, jak kierują swoim życiem inni. Jeśli wszyscy coś robią, to pewnie ten wybór jest dobry. Na pewno jest mnóstwo szczęśliwych ludzi, którzy żyją do końca życia bez dzieci, ale podejrzewam, że jest też mnóstwo nieszczęśliwych. I w drugą stronę.

Jak się w tym połapać?

– Skończyły się czasy, kiedy był jasny system społeczny, rodziłaś się w rodzinie i wiedziałaś, jak twoje życie ma wyglądać. Potem stwierdziliśmy, że to nie może tak być, że rodzina decyduje. A teraz, mając po 30 lat, sami dochodzimy do tego, że może to nie było takie głupie, żeby nam rodzice mówili, co jest dobre, a co złe. To jest koszt indywidualizmu i wolności osobistej, z którego sobie nie zdajemy sprawy.

W naszym świecie chyba w ogóle trudno jest ocenić, czy to, co mam, jest bardzo dobre, średnie, czy właściwie słabe.

– W Polsce jesteśmy pierwszym od dwustu lat pokoleniem, które nie ma z czym walczyć. Nie ma okupanta, komunizmu, systemu, który nas ciemięży i musimy go lać po gębie. Nie ma też jasnych drogowskazów: to jest dobre, a to złe. Możemy wszystko. Tylko że z tą wolnością łączy się pewna doza samotności, niemożności realizacji. Jeśli masz do dyspozycji wszystko, to nie masz nic. Jeśli sama sobie nie dasz kierunku, nikt ci go nie da. A jak masz do wyboru trylion opcji, to jest klęska urodzaju.

A jak myślisz, czy to naprawdę jest tak, że my możemy z tego wybierać? Bo ja czasem mam wrażenie, że raczej musimy wszystko chcieć.

– Wszystko, czyli co?

Być człowiekiem sukcesu, mieć niezwykły związek, fantastyczną pracę, podróże. Nie ma miejsca na bycie zwyczajnym.

– W takich czasach żyjemy, kultura to wymusza. Premiuje się sukces, a w Polsce równocześnie ten sukces umniejsza.

W jaki sposób umniejsza?

– Najłatwiej pokazać to przez porównanie: w kulturze anglosaskiej, w Stanach, Australii, osoba, która odnosi sukces, jest godna podziwu. U nas od razu pojawia się zawistna krytyka. Osiągaj sukcesy, a potem i tak ściągniemy cię do swojego poziomu. To się odbywa na każdym poziomie, od ulicy, przez rodzinę, po urzędników państwowych. I jest frustrujące.

Twój przyjaciel Marcin zauważył to samo w Kamerunie – tam w pewnych społecznościach lepiej się nie wyróżniać, bo może ci grozić realne niebezpieczeństwo.

– Dla mnie to jest lekcja, jaką wynoszę z podróżowania. Że wyzwania współczesności są identyczne na całym świecie, a tylko metody radzenia sobie z nimi są różne. Zawsze kto inny zyskuje, a kto inny traci. Ale pozycjonowanie się na „my” – wykształcona, bogata Europa i „oni” – dzicy, gdzieś tam na Południu – to jest zupełny absurd.

Dlatego zaproponowałeś swojej żonie, przyjacielowi i tacie konkretne miejsca? Bałeś się, że nie będą umieli się zdecydować?

– Nie. Sami oddali inicjatywę w moje ręce, z tatą sprawa była oczywista. Wszystko odbywało się w ciągu jednej rozmowy. Zaczynali od „dokąd lecimy”, a bardzo szybko dochodzili do „czego mi brakuje w życiu”.

Motywem przewodnim wszystkich trzech podróży było to, żeby coś w życiu zmienić.

– Albo przynajmniej przyjrzeć się swojemu życiu z dystansu. Ocenić, czy w ogóle warto coś zmieniać. Cała trójka była mocno niezadowolona ze swojego życia, w jakimś aspekcie. A podczas podróżowania masz tak duży dystans do tego, co się dzieje na miejscu, że naprawdę łatwo te rzeczy ocenić.

Problemy, którymi żyjemy, są względne?

– Tak. Żyjemy nimi, bo tak wybieramy. Więc chciałem dać im dystans, którego mogę doświadczać, żeby sami określili, z czym się warto mierzyć, a co można olać.

A nie bałeś się, że oni się zawiodą podczas tych wyjazdów? Że nie znajdą tego, czego szukają? Bo początki były raczej trudne. Marcin w dżungli chyba się zwyczajnie nudził, do tego nie mógł zrozumieć, że Baka, u których gościliście, nie znają kategorii turysty, że nikt się wami nie interesował – przyjechali, to są. Z kolei Marianna nienawidziła swojej abai, swojej roli, w którą została wtłoczona.

– Wydawało mi się, że nie miałem założeń, jak będą reagować. Potem się okazało, że jednak miałem, ojciec mi to uświadomił. Na końcu książki mówi, że oczekiwałem od niego odegrania pewnej roli. A on tam nie jechał jako bohater mojej książki, tylko jako człowiek, mój ojciec.

W lesie deszczowym w Kamerunie u plemienia Baka. Fot. Tomek MichniewiczW lesie deszczowym w Kamerunie u plemienia Baka. Fot. Tomek Michniewicz

On jest w tej książce trochę jak chór grecki, doświadczony, przenikliwy, czasem wątpiący.

– Trochę tak. Ale wracając do pytania, nie, nie bałem się, że się zawiodą, bo niczego im nie obiecywałem. Powiedziałem: – Polecimy tu i tu, to będzie wyglądało tak i tak, wchodzisz w to czy nie? Czy im się podobało, to już ich sprawa.

Wyprawa do dżungli była już raczej ekspedycją, zresztą nominowaną do Kolosów (najważniejsza nagroda podróżnicza w Polsce – przyp. red.), była trudna. I po paru dniach, jak dojeżdżasz na miejsce, to już jesteś tak wypompowana, że ci się nie chce. Do tego Marcin ostatnie osiem lat spędził za biurkiem, okazjonalnie gdzieś wypadał. Więc musiał się zderzyć nie tylko z Afryką, ale też ze swoimi wyobrażeniami z dawnych czasów, z sobą samym. Tym, że już jest grubszy, starszy, ma mniej siły, już mu się nie chce różnych rzeczy.

Marcin w drodze do dżungli. Fot. Tomek MichniewiczMarcin w drodze do dżungli. Fot. Tomek Michniewicz

Wraz z upływem czasu i Marcin, i Marianna jednak bardzo się zmienili. Marianna doszła do wniosku, że abaja, która na Zachodzie jest symbolem ucisku arabskich kobiet, w pewnym sensie daje ogromną wolność. Odkryła, że pod abają może wszystko.

– Albo nie musi nic, jeśli takie ma życzenie.

Początkowo mnie to zdziwiło. Potem dotarło, jak mało interesujemy się światem. I jak rzadko bierzemy pod uwagę inny punkt widzenia.

– Bo my jesteśmy bardzo ekspansywną cywilizacją, która przez tysiąc lat wojen cywilizacyjnych się nie nauczyła, że na świat można patrzeć inaczej. Teraz mamy nowy oręż – globalizację. Nasza kultura za pośrednictwem mediów rozpełzła się po całym świecie i wydaje się uniwersalna. Ale tylko nam się tak wydaje. Jak siedzisz w Teheranie, Dubaju, Rijadzie i patrzysz na MTV, tam to jest absurd, kuriozum. Ludzie siedzą w knajpach i mówią: „Tak nie może świat wyglądać, to musi być jakiś teatr. Niemożliwe, żeby ta dziewczyna z gołym biustem biegała po scenie i chciała to robić. To chyba niewolnica seksualna. Jak oni wykorzystują kobiety”. Patrzą na nas w sposób, w który my patrzymy na nich: „Jezu, jak wy wykorzystujecie kobiety”. „Nie, to wy wykorzystujecie kobiety!”.

Różnice kulturowe zawsze są dwubiegunowe, masz linię siły i dwa wektory. I jeśli ktoś ci się wydaje zbyt rubaszny, ty będziesz mu się wydawała zbyt chłodna. Nie ma normalności, punktu zero. Bo co to jest norma?

Marianna w abaji i Saudyjki. Fot. Tomek MichniewiczMarianna w abaji i Saudyjki. Fot. Tomek Michniewicz

No właśnie, co to jest norma?

– Wiesz co, mam za sobą 10-12 lat podróżowania i jeśli się  czegoś nauczyłem o świecie, to tego, że żadna norma nie istnieje. Są miejsca na świecie, gdzie pracuje się dwa dni w tygodniu, a odpoczywa pięć. Lepiej, gorzej? Inaczej. Podróżowanie opiera się na tym, że widzisz, że rzeczy mogą wyglądać inaczej, przywozisz rozwiązania i aplikujesz do swojego życia. Nie musisz zmieniać świata, ale najbliższe otoczenie możesz zmienić od ręki. W mikroskali podróże zmieniają świat. To w globalnej psują.

Masz na myśli masową turystykę?

– No tak.

Ale jednak po coś ta norma jest nam potrzebna…

– … dla dobrego samopoczucia.

No nie. Przecież nie tylko Europejczycy mają normę, wszyscy jakąś mają. Norma porządkuje świat, sprawia, że jest nam łatwiej się rozeznać. Tak jak stereotypy.

– Oczywiście. I to nie stanowi problemu, dopóki nikt z zewnątrz nie każe ci zmieniać twojej normy. Popatrz, jak Europa się burzy, gdy mniejszości muzułmańskie chcą stawiać meczety w Paryżu. To, co się teraz dzieje w Paryżu, to pokłosie wieloletniej francuskiej polityki kolonialnej i postkolonialnej. Francja zostawiła swoje byłe kolonie w Afryce na pusto, ostatni gasi światło. Wywieźli wszystko, od specjalistów po żarówki i trzasnęli drzwiami. Dzisiaj płaci za to cenę.

To nie zmienia faktu, że są mniejszości narodowe, które żyją w sposób, który moim zdaniem z każdego punktu widzenia jest niemoralny, bo krzywdzi ludzi. I chcą żyć dokładnie tak samo za granicą.

– Owszem. Np. obrzezanie kobiet – tego się nie da tłumaczyć kulturą. Jeśli kobieta nie chce być obrzezana, to nie powinna być. To, że jej matka podejmuje taką decyzję – bo to matki robią swoim córkom w imię ich przyszłego szczęścia, bo inaczej nikt ich nie weźmie za żony – jest krzywdzeniem tych córek.

Teraz jest efekt trzeciego pokolenia imigrantów. Pierwsze pokolenie w danym kraju walczy o status, drugie już się rodzi w tym kraju, uznaje za swój i przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza, a trzecie zaczyna szukać swoich korzeni. Ale to nigdy nie będzie wyglądało tak, że gość wróci spod Paryża do Senegalu. On będzie chciał mieć kawałek Senegalu u siebie pod Paryżem. Tego problemu Zachód jeszcze nie rozwiązał, bo w ogóle pierwszy raz się z nim styka. I jeśli nadal będziemy tworzyć enklawy, zamykać mniejszości w gettach, będzie coraz gorzej. To nie dotyczy tylko państw kolonialnych. Wiesz, ile mamy Wietnamczyków w Warszawie?

Sporo.

– Sporo. Pojedź do Raszyna, to jest „Little Hanoi”. A nigdy nie powiesz o gościu, który jest z Wietnamu i idzie ulicą w Warszawie: – O, to jest warszawiak. Powiesz: – To jest Wietnamczyk w Warszawie. Nie trzeba wyjeżdżać do Afryki. Jedź do Raszyna, mówię ci, zobaczysz, jakie tam są historie.

Wróćmy do książki. Twoi bohaterowie muszą się sprawdzić w miejscach, w których nie ma żadnych znanych im zasad, albo są zasady, których nie akceptują. Baka mają dziesięć określeń na teraźniejszość, a tylko jedno na przyszłość – „jutro”. Przecież dla nas ciągłe myślenie o przyszłości to jest absolutny azymut. Marianna też miała zaprzeczenie swojego życia – piękna, wyzwolona, realizująca się kobieta w Arabii Saudyjskiej musiała to wszystko ukryć.

– Bardzo się cieszę, że pojechaliśmy w miejsca niewycieczkowe. Jest olbrzymia różnica między wycieczką a podróżą. W trakcie wycieczki wystawiasz się na kontakt ze światem tylko w takim zakresie, który jest dla ciebie akceptowalny w danym momencie. A podczas podróży, czy ci się podoba kultura, czy nie, jesteś w niej. Dla Europejki życie w Arabii Saudyjskiej to więzienie, nie ma dwóch zdań. Nawet jeśli dostajesz mnóstwo pieniędzy od firmy, która cię tam zatrudni, będziesz głęboko nieszczęśliwa.

Tylko teraz: czy to, że my w tamtej rzeczywistości czujemy się nieszczęśliwi, daje nam uprawnienie, żeby mówić, że tamta rzeczywistość jest be? Bo jak gadasz z tymi Saudyjkami, to one nie są nieszczęśliwe, tylko szczęśliwe. Na sto kobiet, z którymi porozmawiasz, osiemdziesiąt ci powie, że owszem, są jakieś detale, które by zmieniły, chciałyby prowadzić samochód, robić to, tamto, to by im ułatwiło życie. Ale nie muszą pracować, bo to mąż musi dostarczyć pieniądze, ani nie muszą podejmować żadnych decyzji, bo mąż podejmuje, za to mogą korzystać z wolności, wolnego czasu. Jeśli chcą pracować i zarabiają, to ich pieniądze są tylko ich. I teraz kto ma prawo oceniać, co jest właściwe, a co nie?

Jeśli rozszerzymy perspektywę, zawsze możemy powiedzieć: – No OK, ale one nie znają innej rzeczywistości, bo wychowały się w takiej i takie są.

– A czy my znamy inną rzeczywistość? Czy my się wychowaliśmy kiedykolwiek z innymi wartościami na pierwszym miejscu? Nie.

To nie jest wybór między wolnością kobiety a zniewoleniem, tylko między indywidualizmem a wspólnotą. To mogą być równorzędne wartości. Spójrz, jak bardzo jesteśmy samotni. To nasze parcie na indywidualny sukces, ta wolność osobista itd. To się nierozerwalnie wiąże z poczuciem osamotnienia. Bo zapewniam, nieważne, jaką masz rodzinę, ona w niczym nie przypomina rodziny arabskiej. To jest ściana, monolit. A my jesteśmy jednostkami, które przebywają ze sobą TYLKO w zakresie, który nam odpowiada.

Bardzo ostrożnie formułowałbym takie sądy, że my wiemy lepiej. Bo i kolonizacja, i poczynania białego człowieka w Ameryce Południowej pokazały, że jak tylko mamy okazję, zachowujemy się jak wirus, który wszystko wyniszcza i zostawia zgliszcza. Teraz jesteśmy pewnie już w trakcie wojny między chrześcijaństwem i islamem. Obie kultury, religie bardzo ekspansywne i sobie przeciwstawne.

Arabia Saudyjska. Fot. Tomek MichniewiczArabia Saudyjska. Fot. Tomek Michniewicz

Nie chodzi o religię, tylko rozdźwięk: indywidualizm – wspólnotowość?

– W krajach muzułmańskich islam równa się państwowość. Co więcej, nam się wydaje, że w Europie jest inaczej. A jest dokładnie tak samo. Polska w wielu przejawach jest państwem wyznaniowym. Bo decyduje religia. O tym, jak są zbudowane przepisy prawa, jak wygląda edukacja w szkołach, służba zdrowia. Jesteśmy normalnym państwem wyznaniowym. Tylko ponieważ to jest katolicyzm, odwieczne polskie wyznanie, to nam się wydaje, że tak powinno być. Musielibyśmy spojrzeć np. z Grenlandii, żeby dostrzec, że nie ma wielkiej różnicy między Polską i Iranem.

Te fundamentalizmy widać zwłaszcza ostatnio: sprawa Chazana, nawet joga…

– … demoniczny relaks. „Golgota Picnic”. To, co się działo wokół „Do Damaszku…”. Chcesz mieć grób na Powązkach, państwowym cmentarzu, płacisz księdzu. Kościół jest de facto olbrzymim konsorcjum międzynarodowym z siedzibą w obcym kraju, który w Polsce generuje ogromne zyski i nie płaci podatków. Czyli robi dokładnie to samo, co Apple, Starbucks, różne wielkie koncerny. Czym to się różni? Dziewięćdziesiąt procent Polaków określa się mianem katolików, mimo że w ogóle nie wie, o czym mówi. Badania CBOS-u: czy jesteś katolikiem – tak, czy wierzysz w Jezusa Chrystusa – nie. To jak to?

W świecie bez kierunkowskazów trzeba mieć jakąś kotwicę, gdzieś należeć. To daje siłę.

– Dojrzała demokracja rozumie, że można mieć różne punkty widzenia i nawet być katolikiem, a mimo to w pewnych aspektach swojego życia nie kierować się religią. Trafiasz na stół operacyjny, bo jakiś tłumok trzasnął cię na przejściu dla pieszych, a chirurg to świadek Jehowy i nie przeprowadzi transfuzji. „To gdzie mogę znaleźć chirurga, który może to zrobić?”. „Nigdzie, ja jestem jedynym w tym szpitalu”.

W Arabii Saudyjskiej policja religijna zablokowała drogę uczennicom uciekającym z płonącego budynku, bo nie były odpowiednio zasłonięte przed stojącymi przed szkołą mężczyznami. Podobne?

– Ja w ogóle nie widzę różnicy między tą sprawą, a lekarzem, który odmówił wykonania zabiegu chirurgicznego, mimo wszelkich ku temu wskazań, z powodu swoich przekonań. I jestem w stanie zrozumieć te przekonania, ale ani on, ani szpital nie spełniły swego moralnego obowiązku. W przysiędze Hipokratesa nie ma: Zgodnie z moim sumieniem będę leczył albo nie leczył. Tylko: Zrobię wszystko dla dobra swojego pacjenta.

Często mam wrażenie, że tu chodzi głównie o pokazanie władzy, o kontrolę.

– Oczywiście, że tak. Kościół katolicki jest organizacją bardzo rynkową: inwestuje, zarabia, nie płaci podatków. Hierarchiczny. Bardzo oldschoolowa korporacja.

W XVII wieku na każdym galeonie i statku handlowym, który płynął z Nowego Świata do Hiszpanii – a przez Atlantyk przepłynęło ich 17 tysięcy – był transport przeznaczony dla Kościoła katolickiego. Np. 30 ton złota. I czy w ciągu ostatnich 50 oświeconych, nowoczesnych lat któryś z papieży zaproponował: – Słuchajcie, zgrzeszyliśmy, musimy teraz to odpokutować. Oddajemy wszystko Peru, Kolumbii i Ekwadorowi. Bierzcie, przepraszamy i prosimy o wybaczenie? Nie. Zamiast tego mamy: – Było jak było, nie wracajmy do tego. I tak, poczucie władzy i stabilizacji finansowej wydaje się ważniejsze niż szczęście i dobro owieczek.

Dla mnie osobiście jest to postawa nieakceptowalna w przypadku instytucji roszczącej sobie prawo do ferowania wyroków moralnych. I nie wiem, jak można przestudiować historię kościoła katolickiego i z czystym sumieniem powiedzieć: – Tak, to jest wspaniała instytucja, chcę być jej częścią, pod względem etycznym nie mam jej nic do zarzucenia.

Czego jeszcze nie lubisz w Polsce?

– Lubię Polskę. Tu jest wbrew pozorom lepiej, niż nam się wydaje. Polacy mają tendencję do utyskiwania, narzekania, ja się z tym nie zgadzam. Najgorsze w Polsce jest to, że utyskujemy i narzekamy. I to dobrze widać, jak się skądś wraca, jacy my jesteśmy smutni i marudni. Kiedy ostatni raz jechałaś z kimś windą i prowadziłaś na tyle interesującą rozmowę, że chciałabyś pojechać dalej?

Myślę, że nie mamy jeszcze takich wysokich budynków…

(śmiech) Racja, to jeszcze raz na parter! To jest to, co kocham w Azji, w Afryce. Że tak łatwo jest nawiązać kontakt. I nie jest to komunikacja fatyczna, pitu-pitu, byle zapełnić czas, tylko normalna wymiana poglądów, emocji. W Stanach jeśli idziesz naprzeciwko kogoś i się widzicie, to do standardu należy przywitanie się. A u nas – oczy się spotkają i od razu w ziemię. Jesteśmy strasznie zamknięci w sobie.

Tylko pytanie, czy jest z tym coraz gorzej, czy coraz lepiej. Młodzi ludzie łatwo nawiązują kontakty.

– Bardzo dużo zmieniła emigracja na Wyspy i z powrotem. Pamiętam, co się zaczęło dziać w parkach w Warszawie, gdy wróciła pierwsza fala.

Leżenie na trawie.

– Tak. Przedtem musiałaś chodzić po ścieżce. Pojechaliśmy do Anglii i nagle się okazało, że park to jest fajne miejsce do piknikowania, wypoczynku, zabaw. Że w Łazienkach, Parku Saskim czy gdziekolwiek można sobie poleżeć na trawie i nic się nie dzieje. Podejrzewam, że takich trawników mentalnych jest bardzo dużo.

Więcej trawników mentalnych! Mimo wszystko nie wydajesz się bezkrytycznym piewcą egzotycznych kultur.

– I nie jestem. Raczej reprezentantem nieistniejącego okrągłego stołu wszystkich kultur. My robimy tak, a my tak, zobaczmy, kto ma najlepsze rozwiązanie. Nie uważam też, że tylko biali zrobili krzywdę światu, a wszyscy inni próbowali po nas sprzątać. W Afryce jest mnóstwo rzeczy, których nie akceptuję i które robią Afrykanie Afrykanom.

Mówisz np. o czarach?

– To wydaje się hardkorowe, bo w Afryce Centralnej efekty czarów są bardzo namacalne, ludzie giną, są maltretowani. Ale jeśli pojedziesz na południe, np. do RPA, i zobaczysz, co się dzieje w slumsach pod Johannesburgiem, to jest większy problem niż czary. Pogromy czarnych imigrantów przez biednych czarnych z RPA, AIDS, utożsamienie wirusa HIV z magią i leczenie HIV przez gwałcenie białych kobiet.

Albo kilkumiesięcznych dzieci.

– Tak, wiara, że seks z dziewicą leczy HIV albo przed nim zabezpiecza. Jeśli prezydent kraju mówi, że nie ma HIV, ponieważ po stosunku z prostytutką wziął prysznic, to o czym my tu mówimy. Myślę, że w każdym miejscu na świecie jest mnóstwo rzeczy, które są nieakceptowalne. Ale ja w podróży nie jestem od tego, żeby ich nawracać i to – uważam – jest potężna różnica. Czy gdyby prezydent Zimbabwe przyjechał do Polski i powiedział: – Ej, źle robicie, zmieńcie to, byłbym zadowolony? Nie.

Mroczna Afryka. Fot. Tomek MichniewiczMroczna Afryka. Fot. Tomek Michniewicz

To jak mądrze pomagać? Dać temu dziecku z kraju rozwijającego się dolara, czy nie dawać? One łapią za serce.

– Odpowiedz sobie na pytanie: czy jego ojciec by chciał, żebyś mu dała jakieś pieniądze? Jeśli to zrobisz, ten ośmioletni dzieciak pokaże swojemu ojcu, że w jeden dzień zarobił tyle, ile ojciec w trzy tygodnie. Pewnie myślisz, że za te 20 dolarów naprawi sobie dziurę w zębie albo kupi piórnik do szkoły. Nie, 20 dolarów zaraz poleci na colę, chipsy i podrabianą komórkę. A co z jego ojcem? Jaką będzie miał potem pozycję, autorytet w rodzinie? Zafundujesz dziecku tylko ułudę lepszego życia, jednocześnie niszcząc jego relację z rodzicami. Zawsze trzeba patrzeć szerzej.

Pomoc musi byś systemowa, taka jednostkowa, emocjonalna to nie pomoc, tylko zagłuszanie naszych negatywnych emocji związanych z danym miejscem. Mam taką zasadę, że daję tylko wtedy, gdy nie jestem o coś proszony.

Choćby to był papieros?

– Obojętne. Natomiast jeśli mieszkam u kogoś, najpierw jest relacja z tym człowiekiem, odczuwam wdzięczność, chcę mu pomóc i widzę, jak to można zrobić z głową, to to robię. Ale wożę ze sobą baloniki, które nie są prezentem, tylko można się razem pobawić. Dla dzieciaków pod każdą szerokością geograficzną rewelacja.

Wróćmy jeszcze do zmieniania życia. To, jak wiele osób potrzebuje zmiany, pokazuje twój konkurs. Ogłosiłeś, że zabierzesz dowolną osobą w dowolne miejsce, jeśli tylko dobrze to uzasadni. I przyszło trzy tysiące zgłoszeń. Co ludzie tam pisali?

– Głównie, że nie są szczęśliwi w swoim życiu.

Podawali powody?

– Bardzo różne. Ale nie skłamię, jeśli powiem, że osiemdziesiąt procent tych zgłoszeń to było: Nie mam celu w życiu, brakuje mi sensu, rutyna mnie zżera, chodzę do pracy, w sumie niczego mi nie brakuje, ale wszystkiego mi brakuje. I podpis – „Ola, lat 22”, „Janek, lat 23”. Obraz współczesnego młodego pokolenia, które zżera bezcelowość i brak poczucia sensu.

Nuda?

– Wracamy do początku. Nie ma jasnych drogowskazów, które by mówiły, na co poświęcać czas, energię i pieniądze. Sami musimy je znaleźć. A jak je znaleźć, gdy mamy wszystko do wyboru.

W projekcie „Mars One” można było zgłosić się na ochotnika do zespołu, który założy pierwszą ludzką osadę na Marsie i nigdy nie wróci na Ziemię. Przejrzałam listę osób, które aplikowały. Mnóstwo ludzi ledwo po dwudziestym roku życia, przed trzydziestką.

– I pytanie: czy to jest ich niefrasobliwość, czy już rezygnacja? Tu miałem podobne wrażenia. Ale było też dużo dojrzałych zgłoszeń. Darek Sieradzki, którego wybraliśmy, jest tego najlepszym przykładem. Pracuje w firmie wydobywającej ropę, ma żonę, dziecko, kredyt, dom w budowie. I widzi, że praca, którą wykonuje, jest moralnie co najmniej dwuznaczna. Zastanawia się, czy coś zmienić i jak. To jest bardzo dojrzałe. Co więcej, pewnie Polska będzie różnymi kanałami patrzeć, jakie decyzje podejmie. Sam jestem bardzo ciekaw.

No właśnie. Zupełnie czym innym jest zmieniać się niejako przy okazji, a czym innym na oczach masowej publiczności. Na nim ciąży już ogromna odpowiedzialność i zastanawiam się, jak sobie z tym poradzi.

– Wiem, że Darek brał pod uwagę, że przez udział w tym projekcie może zostać zwolniony z pracy. Ale może to jest jego celem. Ja nie wiem. Ten projekt nie jest po to, żeby pan Tomek mu powiedział ex post: – Tak, musisz skończyć tę straszną dewastację i zająć się uprawą ekogrządek. Zabiorę go w parę miejsc. Zobaczy, co branża, w której pracuje, robi ze światem. I będzie mógł podejmować decyzje sam.

Wybrałeś już miejsca?

– Tak, ale najpierw muszę przekonać odpowiednich ludzi, żeby nas tam wpuszczono. Prawie na pewno będzie to Park Narodowy Wirunga w Demokratycznej Republice Konga. Żyją w nim goryle górskie i nizinne, połać nieskażonej przyrody. Rok temu ledwo oparł się zakusom olbrzymiej firmy naftowej. Udało się odeprzeć dopiero pierwszy atak. Chciałbym, żeby Darek zobaczył, że to nie jest tak, że masz ugór albo skalistą pustynię, gdzie i tak się nic nie dzieje i pal sześć ekologię. Nie, jest gigantyczny las deszczowy, pełen zwierząt. Wszystko zostanie zaorane, wszystko idzie pod nóż.

Od razu wiedziałeś, że to będzie Darek?

– Byłem jednym z czterech jurorów, nie miałem ważniejszej pozycji. Każdy z nas mógł przyznać 1, 2 lub 3 punkty. Darek zdobył 12 głosów.

Wyróżniłeś jeszcze Karolinę Lachotę; to już nie było planowane.

– Historia Karoliny bardzo nas wzruszyła. Dziewczyna odzyskała wzrok, ale co roku musi przechodzić jedną, dwie operacje. I nigdy nie wiesz, kiedy coś pójdzie źle. Od samego początku zastrzegaliśmy, że nie będzie rozdziału na niepełnosprawnych i pełnosprawnych, żadnej taryfy ulgowej. Pracowałem z niepełnosprawnymi ludźmi i jeszcze żaden z nich mi nie powiedział, że chciałby być traktowany inaczej niż zdrowy człowiek. Więc miała wygrać historia. Karolina jest taka szczęśliwa w swoim życiu, energetyczna. Widzi swoje ograniczenia, ale nie uważa, że to dramat. Po prostu każdy ma swoje problemy. Musi grać kartami, które dostała, przechodzić kolejne operacje, trudno. Inni mają alergie, też coś z tym muszą robić. Jest niesamowicie silną osobą. Więc moi sponsorzy z Allegro powiedzieli: my stawiamy, weź ją gdzie chcesz, byle zobaczyła coś spektakularnego.

Gdzie ją zabierzesz?

– Jeszcze nie wiem. Może na Spitsbergen na zorze polarne albo na wielkie migracje do Afryki, albo w Himalaje. Bo to musi być coś z przytupem, „Top 10” widoków. Coś, co sprawia, że szczęka spada ci na ziemię.

To może to jest tajemnica szczęścia, starać się wygrać tyle, ile się ma, tymi kartami, które się dostało?

– I nie chcieć więcej. Ja tak uważam.

 

Tomek Michniewicz. Podróżnik, dziennikarz, fotograf, autor nagradzanych i bestsellerowych książek reporterskich „Samsara” i „Gorączka”. Organizator wypraw do dżungli, na pustynie i do afrykańskiego buszu. W podróży spędza często połowę roku, przez ostatnie 13 lat odwiedził 52 kraje, kilkanaście z nich wielokrotnie. Jest autorem audycji „Reszta świata” w radiowej Jedynce, „Trójka przekracza granice” w Trójce oraz programu „Inny świat” w telewizji TTW.

Paulina Dudek. Szefowa działu Podróże w portalu Gazeta.pl. Redaktorka i dziennikarka, od święta copywriterka. Uważa, że najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny są dobre buty trekkingowe, smartfon i eyeliner. Zakochana w Birmie i Szwajcarii. Nikomu nie pozwoli zburzyć Pałacu Kultury. 

Tomek Michniewicz: ‚Podróże są świetnym sposobem na ucieczkę od życia, ale średnim na życie’.

Hajer, nie do zajechania

Bardzo fajny gość, wczoraj wróciłem ze spotkania z nim i zamierzam przeczytać jego książki a poniżej wywiad i pare ciekawych informacji o nim i jego przygodach 😛
Mieczysław Bieniek

W Sin­ga­pu­rze bu­do­wał kre­ma­to­ria, w In­do­ne­zji był ry­ba­kiem, w In­diach po­moc­ni­kiem mle­cza­rza, a wszę­dzie tam, gdzie po­ja­wia­ły się kło­po­ty – ge­ne­ra­łem na wa­ka­cjach. Tak na­praw­dę to eme­ry­to­wa­ny gór­nik strza­ło­wy z Ka­to­wic. Mie­czy­sław Bie­niek. Hajer, nie do za­je­cha­nia.

Anna Czer­wiń­ska, hi­ma­la­ist­ka: – Pierw­sze spo­tka­nie z Miet­kiem pa­mię­tam jak przez mgłę. Je­stem w In­diach, w ho­te­lu cze­kam na po­łą­cze­nie te­le­fo­nicz­ne do Pol­ski, a tu jakiś facet użala się nad sobą – że chory, słaby, nie ma pie­nię­dzy, nie zna ję­zy­ka, kraju. Weź się w garść chło­pie, prze­stań się mazać – po­wie­dzia­łam mu. Po­zbie­rał się. Nie­sa­mo­wi­ty gość. Ze swoją cho­ro­bą mógł­by sie­dzieć w kap­ciach przed te­le­wi­zo­rem, a on goni za świa­tem.

REKLAMA

Paweł Wy­so­czań­ski, re­ży­ser w roz­mo­wie z „Ga­ze­tą Wy­bor­czą”: – Po­zna­łem go pod­czas ca­stin­gu do filmu Ro­ber­ta Gliń­skie­go „Benek”. Wszedł facet ubra­ny we fla­ne­lo­wą ko­szu­lę, za­cho­wu­ją­cy się i mó­wią­cy jak gór­nik i za­czy­na mi opo­wia­dać, że w Papui Nowej Gwi­nei wy­da­rzy­ło się to, a w La­osie i Chi­nach wi­dział coś in­ne­go. Gdy go usły­sza­łem, od razu po­my­śla­łem, że byłby ge­nial­nym bo­ha­te­rem filmu o mi­to­ma­nie, bo kom­plet­nie nie wie­rzy­łem w te jego po­dró­że. Aż nagle Mie­ciu za­czął wy­cią­gać zdję­cia z róż­nych stron świa­ta. Wie­dzia­łem, że mam go­to­wy ma­te­riał na film.

Roman Go­łę­dow­ski, wy­daw­ca ksią­żek gór­skich i po­dróż­ni­czych: – Po­zna­li­śmy się w Bu­ko­wi­nie, na „Dniach Laj­to­wych”. Ktoś mi po­wie­dział, że jest taki gość, co barw­nie opo­wia­da. Rze­czy­wi­ście, sku­piał wokół sie­bie masę za­słu­cha­nych w jego opo­wie­ści ludzi. Dali się wcią­gnąć w świat jego sza­lo­nych przy­gód. Mie­tek ma dar opo­wia­da­nia. Można po­wie­dzieć, że po tylu la­tach spę­dzo­nych pod zie­mią, wy­szedł na po­wierzch­nię i wciąż widzi świat pełny ko­lo­rów. To w nim jest fa­scy­nu­ją­ce.

Na gra­ni­cy dwóch świa­tów

Hi­sto­ria Mie­czy­sła­wa Bień­ka za­czy­na się szaro, wręcz czar­no, bo pod zie­mią. Nagle hi­sto­ria prze­no­si się do ga­bi­ne­tów le­kar­skich i szpi­ta­li, gdzie Bie­niek sły­szy dia­gno­zę, tak samo czar­ną, jak wę­giel, który wy­do­by­wał.

– Nie sły­szy pan na jedno ucho, nie widzi na jedno oko, ma pan py­li­cę. Nie na­da­je się pan już do pracy.

Dla gór­ni­ka taka dia­gno­za brzmi jak wyrok.

– I tak się po­czu­łem, jakby świat osu­nął mi się spod nóg, jakby prze­stał ist­nieć. Bu­dzisz się cza­sem w środ­ku nocy zlany potem, ścia­ny się na cie­bie walą, przy­po­mi­na­ją się twa­rze kum­pli, któ­rzy już nie wy­je­cha­li na po­wierzch­nię, ale ko­pal­nia to cały twój świat. Nagle do­wia­du­jesz się, że dla cie­bie już za­mknię­ty, od­le­gły. Że już nie zje­dziesz na dół, nie bę­dzie fe­dro­wał. Szok – wspo­mi­na Bie­niek.

Zanim runął jego do­tych­cza­so­wy świat, ru­nę­ła ścia­na w ko­pal­ni „Wie­czo­rek”, gdzie pra­co­wał przez dwa­dzie­ścia sie­dem lat, jako gór­nik strza­ło­wy. Do­stał w tył głowy, nie­przy­tom­ne­go prze­wieź­li go do szpi­ta­la. Ock­nął się po sze­ściu dniach. Nie­wie­le pa­mię­tał.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Dzie­więć mie­się­cy do­cho­dził do sie­bie. Do­znał za­pa­le­nia nerwu krzy­żo­we­go, czę­ścio­wo stra­cił wzrok i słuch. O po­wro­cie do daw­ne­go życia nie było już mowy.

Nowe życie za­czę­ło się przy ulicz­nej re­kla­mie bi­le­tów lot­ni­czych. Kupił bilet do Indii. Żonie po­wie­dział, że je­dzie na kilka dni w góry, prze­my­śleć parę spraw, na­brać ener­gii, od­po­cząć. Spa­ko­wał bo­che­nek chle­ba, jedną kon­ser­wę, kilka zupek w prosz­ku i po­le­ciał do Delhi. Jak wa­riat.

Mieczysław Bieniek

– Sam na miej­scu po­my­śla­łem, chło­pie, aleś ty głupi, już stąd nie wró­cisz. Nie wie­dzia­łem co mam robić, nie zna­łem ani słowa po an­giel­sku, nic wła­ści­wie nie wie­dzia­łem o In­diach. Byłem prze­ra­żo­ny i kom­plet­nie za­gu­bio­ny.

Kilka dni za­ję­ło mu oswa­ja­nie się z In­dia­mi. Do­pie­ro potem za­dzwo­nił do żony. Nie uwie­rzy­ła. My­śla­ła, że pije, gdzieś z kum­pla­mi w go­łęb­ni­ku. Naj­pierw gro­zi­ła, potem pro­si­ła, tłu­ma­czy­ła, żeby nie pił, bo prze­cież bie­rze le­kar­stwa. Do­pie­ro, kiedy w słu­chaw­ce usły­sza­ła ja­kie­goś Hin­du­sa, któ­re­go Mie­tek za­cią­gnął do te­le­fo­nicz­nej budki i kazał mówić, dała wiarę mę­żo­wi.

– Jezus Maria – za­la­men­to­wa­ła do słu­chaw­ki. Miet­ka zo­ba­czy­ła do­pie­ro za pół roku.

Ko­czo­wał na dwor­cach, wśród miej­sco­wych że­bra­ków. Co­kol­wiek jadł, gdzie­kol­wiek spał. Schudł szes­na­ście ki­lo­gra­mów. Wresz­cie wy­pa­trzy­li go Po­la­cy. Za­bra­li do Anny Czer­wiń­skiej, aku­rat prze­by­wa­ją­cej w Delhi. Po­sta­wi­ła go na nogi, ka­za­ła prze­stać się mazać.

– Jak już tu je­steś, wy­ko­rzy­staj czas, zo­bacz coś, a nie uża­laj się nad sobą – po­wie­dzia­ła i we­pchnę­ła Miet­ka do grupy pol­skich tu­ry­stów zwie­dza­ją­cych kraj. Mógł z nimi iść, ale mu­siał uczyć się an­giel­skie­go. Kilku słó­wek dzien­nie.

To był kla­sycz­ny pro­gram wy­ciecz­ki dla za­gra­nicz­nych tu­ry­stów, z obo­wiąz­ko­wą wi­zy­tą w Tadż Mahal. Po kilku ty­go­dniach urlo­po­wi­cze wra­ca­li do Pol­ski, ale Miet­ko­wi było mało. Ru­szył dalej, już w sa­mot­ną po­dróż. W Hi­ma­la­je, do Kal­ku­ty.

Do kraju wró­cił po sze­ściu mie­sią­cach, bo jego bilet aku­rat tra­cił waż­ność. W Pol­sce wy­trzy­mał tylko trzy mie­sią­ce. I znów ru­szył w świat.

– Indie były dla mnie te­ra­pią. Na­bra­łem pew­no­ści sie­bie, od­zy­ska­łem chęć do życia. W schro­ni­skach, które za­kła­da­ła Matka Te­re­sa zo­ba­czy­łem, jak nie­wie­le po­trze­ba, żeby pomóc innym, jak ważne jest, żeby choć odro­bi­nę po­da­ro­wać z sie­bie. Trzy­ma­łem umie­ra­ją­cych za rękę. Oni mó­wi­li coś do mnie, ja do nich, zu­peł­nie się nie ro­zu­mie­li­śmy. I mnie, i im, było jed­nak jakoś lżej – wspo­mi­na.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Po­dróż za jeden uśmiech

Indie były po­cząt­kiem jego włó­czę­gi. Gór­ni­cza od­pra­wa szyb­ko się roz­pły­nę­ła, ale Mie­tek nie za­mie­rzał sie­dzieć w kap­ciach przed te­le­wi­zo­rem. Jak bra­ko­wa­ło mu na bilet, je­chał au­to­sto­pem. Na wy­lo­tów­ce z Ka­to­wic łapał oka­zję do Bej­ru­tu.

Mieczysław Bieniek

Kie­row­cy pu­ka­li się w czoło, ale któ­ryś z kolei wresz­cie sta­wał i pod­wo­ził Miet­ka choć­by kilka ki­lo­me­trów. On nie trzy­mał się sztyw­no planu po­dró­ży, nie po­dró­żo­wał z mapą, czę­sto „tra­cił czas”. Choć­by w Ki­jo­wie, gdzie za­ba­lo­wał całą noc na we­se­lu przy­pad­ko­wo po­zna­nych ludzi.

– Po­sze­dłem zo­ba­czyć cer­kiew, a tam ślub. Ro­bi­łem zdję­cia, w końcu pod­sze­dłem do panny mło­dej i dałem jej wi­do­ków­ki z mo­je­go Ni­ki­szow­ca, ży­czy­łem szczę­ścia. Nie po­zwo­li­li mi już odejść. Wpa­ko­wa­li do sa­mo­cho­du, za­bra­li na we­se­le – opo­wia­da.

– Ta­kich ludzi spo­ty­ka­łem bez liku. Uj­gur­kę, która po­ma­ga­ła mi prze­je­chać z Ka­zach­sta­nu do Chin. Ku­pi­ła mi nawet bilet, zu­peł­nie bez­in­te­re­sow­nie, czy Hin­du­sa, któ­re­go po­czę­sto­wa­łem ka­wał­kiem ba­to­ni­ka, a on za­brał mnie do swo­jej ro­dzin­nej wio­ski, trak­to­wał jak swo­je­go – do­da­je.

Do dziś ob­je­chał ponad sie­dem­dzie­siąt państw świa­ta. Był w Azji – w In­diach, Chi­nach, Sin­ga­pu­rze, Bir­mie, La­osie. Był w Afry­ce – w Su­da­nie, Etio­pii. Teraz ru­szył do Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej – Bo­li­wii, Ko­lum­bii, Ekwa­do­ru. Ni­g­dzie nie rusza się bez zdję­cia, na któ­rym stoi wy­prę­żo­ny jak stru­na w ga­lo­wym mun­du­rze gór­ni­czym z czako na gło­wie. Fo­to­gra­fia dzia­ła jak wy­trych. Po­zwo­li­ła mu do­stać się do sa­me­go Da­laj­la­my.

– Wma­wiam wszyst­kim, że je­stem „very im­por­tant per­son” i po­ka­zu­je zdję­cie. Me­da­le na mun­du­rze otwie­ra­ją drzwi – śmie­je się Mie­tek.

Gór­nik w trum­nie

Z Da­laj­la­mą było tak…

Mie­tek koń­czył aku­rat pięć­dzie­siąt lat. Na Ślą­sku mówią wtedy, że facet dożył wieku Abra­ha­ma i po­wi­nien to jakoś uczcić, zwłasz­cza, jeśli pra­co­wał pod zie­mią. Gór­ni­cy spra­sza­ją ro­dzi­nę, albo wy­jeż­dża­ją do Rzymu, po­mo­dlić się nad gro­bem świę­te­go Pio­tra.

Mie­tek ro­dzi­ny nie spra­szał, bo „zje­dzą, wy­pi­ją i jesz­cze dupę ob­ro­bią”, do Rzymu też nie po­je­chał, bo to z kolei wy­da­ło mu się ba­nal­ne. Za­ma­rzył o spo­tka­niu z Da­laj­la­mą.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Po­trze­bo­wał pie­nię­dzy na wy­pra­wę. W lo­kal­nej ga­ze­cie prze­czy­tał o ca­stin­gu do „Benka” Ro­ber­ta Gliń­skie­go. Szu­ka­li gór­ni­ka do trum­ny. Mie­tek za­ło­żył fla­ne­lo­wą ko­szu­le, za­pu­ścił za­rost i po­szedł na ca­sting.

Mieczysław Bieniek

Tam po­znał Pawła Wy­so­czań­skie­go, który naj­pierw wziął Miet­ka za mi­to­ma­na, a potem po­sta­no­wił na­krę­cić o nim film. Tak po­wstał do­ku­ment „W dro­dze” o po­dró­ży, którą Mie­tek i Paweł wspól­nie od­by­li do Da­laj­la­my.

– Na fil­mie klnę jak szewc, gadam po ślą­sku. Na pre­mie­rze my­śla­łem, że spalę się ze wsty­du. Ale film się skoń­czył, a na sali roz­le­ga­ją się brawa. Lu­dzie chcą, żebym opo­wia­dał o swo­ich po­dró­żach, przy­go­dach. To­tal­ne za­sko­cze­nie, ale gadam.

Anna Czer­wiń­ska: – Takie spo­tka­nia go na­krę­ca­ją, dają mu au­ten­tycz­ną ra­dość. Lu­dzie go słu­cha­ją, a on kwit­nie, pro­mie­nie­je. Tylko strasz­nie prze­kli­na. Mówię mu cza­sem „Mie­ciu nie prze­kli­naj”, ale on twier­dzi, że bez tego, ta opo­wieść bę­dzie sucha, zu­peł­nie inna. I klnie jak szewc (śmiech).

Na jed­nym z ta­kich spo­tkań Bie­niek po­zna­je Ro­ma­na Go­łę­dow­skie­go, wy­daw­cę ksią­żek po­dróż­ni­czych. Mie­tek cza­ru­je go swo­imi opo­wie­ścia­mi. Pa­no­wie na­wią­zu­ją współ­pra­cę. Po­wsta­je książ­ka „Hajer je­dzie do Da­laj­la­my”.

Bie­niek pisze pro­stym ję­zy­kiem:

Po­mkną­łem w stro­nę gra­ni­cy in­dyj­skiej, w kie­run­ku Am­rit­sa­ru. Ra­do­sny wcho­dzę na od­pra­wę pa­ki­stań­ską, a za mną para sko­śno­okich. Cel­nik ze­brał nasze pasz­por­ty i spy­tał, czy ma my coś do ocle­nia albo ja­kieś pie­nią­dze do wy­mia­ny.

– Nie mam – od­rze­kłem sta­now­czo.

– A coś jesz­cze?

– Nie mam.

Chcie­li­śmy już iść na stro­nę in­dyj­ską, ale we­zwa­li nas z po­wro­tem. Stał tam długi stół. Sie­dział za nim inny koleś, który od razu spy­tał:

– Co masz?

– Nic – od­po­wie­dzia­łem.

Na ścia­nie wi­sia­ły listy rze­czy za­bro­nio­nych, a ja mia­łem tylko srebr­ne ozdo­by dla ko­biet i ja­kieś inne dro­bia­zgi, tak na pa­miąt­kę. Zu­peł­ne bzde­ty. Cel­nik wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

– Wy­cią­gaj wszyst­ko – roz­ka­zał twar­do.

Grze­ba­li, grze­ba­li, aż w końcu zna­leź­li moje ta­blet­ki.

– A to co? – py­ta­ją po­dejrz­li­wie.

– Me­dy­ka­men­ty – od­po­wia­dam spo­koj­nie.

Mieczysław Bieniek

– Na co? – py­ta­ją dalej.

– Na głowę.

Potem cel­nik wy­cza­ił biały pro­szek – za­syp­kę do nóg, na grzy­bi­cę.

Od razu wsa­dził w to palec i po­li­zał.

– To na grzy­bi­cę, na nogi… – rze­kłem spo­koj­nie.

– Tfu! – splu­nął z obrzy­dze­niem. – Nie mo­głeś po­wie­dzieć wcze­śniej?! – wrza­snął.

Potem wpadł mu w oko szwaj­car­ski scy­zo­ryk, więc otwo­rzył szu­fla­dę i wrzu­cił go do niej. Kiedy już wszyst­ko wy­be­be­szył z mo­je­go ple­ca­ka, kazał mi pod­nieść ręce do góry. Zro­bi­łem to, a wtedy on wy­ma­cał mój pas z pie­niędz­mi, który mia­łem na bio­drach. Od razu krzyk­nął:

– Co to jest?!

– Pie­nią­dze – od­po­wia­dam.

– Pokaż!

Roz­pią­łem spodnie, a po­nie­waż po tylu mie­sią­cach włó­czę­gi wy­chu­dłem, więc spodnie zsu­nę­ły mi się aż na kost­ki. Wy­cią­gną­łem z maj­tek pas z pie­niędz­mi, on je prze­li­cza, po czym bie­rze 100 do­la­rów i wrzu­ca sobie do szu­fla­dy. Na co ja, już lekko wku­rzo­ny, pytam:

– Czego ty wła­ści­wie szu­kasz?

– Bomby.

Wtedy bez za­sta­no­wie­nia ścią­gną­łem majt­ki do kolan, dźwi­gną­łem ręce do góry i oświad­czy­łem spo­koj­nie:

– Nie mam.

Oczy­wi­ście nie do końca zda­wa­łem sobie spra­wę, co robię. A prze­cież ro­ze­bra­łem się do ro­so­łu na gra­ni­cy w mu­zuł­mań­skim kraju!

(Cy­to­wa­ny frag­ment po­cho­dzi z książ­ki Mie­czy­sła­wa Bień­ka „Hajer je­dzie do Da­laj­la­my”, która w ubie­głym roku uka­za­ła się na­kła­dem wy­daw­nic­twa An­na­pur­na. W tym roku to samo wy­daw­nic­two ma wy­pu­ścić na rynek ko­lej­ną książ­kę Bień­ka, m.​in. o In­diach i Ban­gla­de­szu.)

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Nie­któ­rzy nie uwie­rzy­li, za­rzu­ci­li Bień­ko­wi fan­ta­zjo­wa­nie, ko­lo­ry­zo­wa­nie, mi­to­ma­nie. Pod­cho­dzi do tego spo­koj­nie i bez emo­cji.

Mieczysław Bieniek

I za­sy­pu­je ko­lej­ny­mi przy­go­da­mi – jak przez przy­pa­dek spa­lił drew­nia­ną budę, która oka­za­ła się być punk­tem gra­nicz­nym mię­dzy Pa­ki­sta­nem a Afga­ni­sta­nem, albo jak przed am­ba­sa­do­rem Su­da­nu w Egip­cie od­gry­wał ko­le­gę ze stu­diów, po to tylko, żeby do­stać wizę, albo jak w Bir­mie wrę­czał ła­pów­ki wy­co­fa­ny­mi z obie­gu bank­no­ta­mi z Lu­dwi­kiem Wa­ryń­skim lub Ka­ro­lem Świer­czew­skim, po to, żeby do­stać się do ko­pal­ni ru­bi­nów, albo jak w Ban­gla­de­szu wma­wiał cze­ka­ją­cym na ła­pów­kę po­gra­nicz­ni­kom, że jest ge­ne­ra­łem Woj­ska Pol­skie­go na wa­ka­cjach. Długo można wy­mie­niać.

Sto do­la­rów

Nie zmy­ślam, tylko sobie radzę, tak jak po­tra­fię naj­le­piej. Wszyst­kie­go pró­bu­je. Jak miej­sco­wi idą sa­dzić ryż – je­stem rol­ni­kiem, jak łowią ryby – je­stem ry­ba­kiem, jak w La­osie kar­czu­ją las – wsia­dam na sło­nia i idę z nimi wy­ci­nać drze­wa – opo­wia­da.

– Kiedy myślę o po­dró­ży? Jak mam odło­żo­ne sto do­la­rów, to mie­siąc do­bre­go życia. Bo, ja je­stem hajer, nie do za­je­cha­nia.

http://podroze.onet.pl/ciekawe/hajer-nie-do-zajechania/l009r

Jak zarobić na podróż i przejechać świat za grosze? | Łukasz Supergan – podróże, góry, fotografia

Jeśli nie urodziłeś się w bogatej rodzinie, która zafunduje Ci podróż dokoła świata, musisz sam sfinansować swoją wymarzoną wyprawę. Jak to zrobić? Przede wszystkim zdać sobie sprawę z dwóch faktów: w podróży często wydajemy mniej niż mieszkając w rodzinnym kraju, a pieniądze zaoszczędzić możemy na mnóstwo sposobów. Wystarczy tylko spojrzeć na swoje życie i zapytać siebie: czy naprawdę potrzebuję tego wszystkiego? Cywilizacja w której żyjemy skłania nas często do życia według modelu „szybciej i więcej”, co niekoniecznie oznacza „lepiej”. Dla mnie podróż to nie tylko przedostawanie się z miejsca na miejsce i poznawanie świata. To także okazja do odpowiedzenia sobie na pytanie „co jest mi naprawdę potrzebne?”. Jak się okazuje – niewiele. Wystarczy tyle, ile potrafię unieść na plecach.

za pomocą Jak zarobić na podróż i przejechać świat za grosze? | Łukasz Supergan – podróże, góry, fotografia.

Jak przetrwać na dworcu w Delhi

Dobre jak ktos palnuje z Delhi sie wydostać bez samolotu 😛 ja niestety nie wiedziałem o tym wczesniej :/

W Polsce, czy to w Gdańsku, Krakowie czy Kraśniku, każdy poradzi sobie na dworcu kolejowym. W Europie Zachodniej z początku na stacji jest trochę nieswojo, ale zaraz pomoże miły przechodzień albo pani z okienka. To samo w wielu krajach, do których ludzie podróżują dosyć często. Nawet w chaotycznych Indiach idzie sobie poradzić z kupnem biletu na dworcu, mimo organizacyjnego rozgardiaszu i braku poczucia pewności czy to aby na pewno dobry bilet. Ale nie w stolicy, nie w Delhi. Tam trzeba się trochę poszarpać, a niekiedy nawet nie ma innego wyjścia, jak wyciągnąć bilet wprost z paszczy lwa.

Jak przetrwać na dworcu w Delhi | Peron4 – podróże, kultura, styl życia.

Life is good, czyli mój sposób na szczęście

Ciekawe recepty na szczęście i z większością się zgadzam 🙂

Oto one (kolejnośćprzypadkowa, a te dla mnie najważniejsze są pogrubione):

1. Nie warto marnować energii i angażować się w sprawy, na które nie mamy żadnego wpływu, bo to prowadzi do niepotrzebnej frustracji.

2. Nie ma sensu porównywać się z innymi ludźmi i zazdrościć im. Warto jednak inspirować się innymi.

3. Irytujące sytuacje czy irytujących ludzi trzeba albo usunąć ze swojego życia, albo nauczyć się te elementy ignorować.

4. Jasno określona granica między pracą, a życiem osobistym jest niezbędnym warunkiem do osiągnięcia szczęścia i radości z życia.

5. Pracę, która jest nudna, albo której po prostu się nie lubi trzeba zmienić. Nie warto marnować 1/3 każdej doby na coś, do czego ma się negatywny stosunek.

6. Warto mieć pasje i zainteresowania, które wykraczają poza pracę, najbliższych znajomych i rodzinę.

7. Poziom stresu i kłopotów rośnie wraz z ilością posiadanych przedmiotów.

8. Nie ma sensu na siłę utrzymywać pewnych znajomości.

9. Żyć powinno się dla siebie i najważniejszych dla siebie ludzi, a nie dla postronnych obserwatorów. To co myślą o nas sąsiedzi, ciotki czy kumple z pracy powinno być tylko i wyłącznie ich opinią, a nie siłą napędową naszego działania.

10. Obwinianie innych za własne problem i niepowodzenia to pójście na łatwiznę, które w dodatku nie niesie za sobą żadnych pozytywnych efektów.

11. Każdy jest kowalem własnego losu.

12. Lepiej spróbować i ponieść porażkę, niż nie spróbować i żałować tego do końca życia.

13. Kiedy brakuje czasu najlepiej przestać oglądać telewizję i bezmyślnie siedzieć na internecie.

14. W im więcej rzeczy naraz człowiek się angażuje, tym mniej z tych rzeczy dobrze mu wychodzi.

15. Warto od czasu do czasu zrobić coś zupełnie nowego.

16. Próbując czegoś nowego, warto dać z siebie 100%. Wtedy szansa, że się uda jest zdecydowanie wyższa.

17. Jasno określone cele nadają życiu sens.

18. Odrobina egoizmu jest niezbędna do szczęścia.

19. Czytanie książek pobudza wyobraźnię.

20. Najtańsze wersje różnych rzeczy zazwyczaj najszybciej się psują. Dlatego czasem warto wydać trochę więcej pieniędzy i kupić wersję droższą. 

21. Narzekanie jest bez sensu.

22. Kupowanie rzeczy, na które nas nie stać i branie kredytów, których nie jesteśmy w stanie spłacić na rzeczy, które nie są nam wcale potrzebne jest głupie i powoduje niepotrzebny stres.

23. Podróżowanie poszerza horyzonty.

24. Każda podróż jest o wiele bardziej wartościowa niż najdroższy i najbardziej wypasiony gadżet. Bo ekscytacja z gadżetu mija po kilku dniach, a radość jaką daje podróż pozostaje bardzo długo.

25. Samodzielne myślenie przynosi o wiele lepsze efekty niż ślepa wiara we wszystko co piszą w gazetach i mówią w tv.

26. Posiadanie planu pomaga w osiągnięciu celu.

27. Ocenianie ludzi, o których nic się nie wie jest nie w porządku.

28. Warto realizować marzenia, albo przynajmniej podejmować próby ich realizacji.

29. Ci którzy osiągnęli w życiu sukces prawie zawsze bardzo ciężko na niego pracowali. Szczęście rzadko kiedy miało cokolwiek wspólnego z tym sukcesem.

30. Człowiek jest z natury leniwy, ale warto z tym walczyć, bo wstanie sprzed telewizora i zrobienie czegoś pożytecznego daje ogromną radość i satysfakcję.

31. Negatywne myślenie jest samodestrukcyjne.

32. Kiedy marzy się o wielkiej zmianie, ale boi się ryzyka, warto zapytać się siebie jaka jest nagorsza rzecz jaka może się zdarzyć. Zazwyczaj okaże się, że sytuacja nie jest jednak aż tak straszna.

33. Zły dzień/tydzień/rok może zdarzyć się każdemu. Na szczęście przed nami jest jeszcze cała reszta życia.

34. Walczenie z własnymi słabościami czyni z nas lepszych ludzi.

35. Ci, którzy dużo marudzą i narzekają, rzadko cokolwiek osiągają.

36. Ludzie boją się zmian, ale ci, którzy mimo wszystko się na nie decydują, prawie nigdy tego nie żałują.

37. Zbyt duża pewność siebie potrafi być zgubna. Warto mieć do siebie dystans.

38. Czas jest bezcenny. Straconego czasu nie da się odzyskać.

39. Lekarstwem na nudę jest ciekawość.

40. Na szczęście składają sie małe radości i małe przyjemności, a nie tylko wielkie osiągnięcia.

Life is good, czyli mój sposób na szczęście | Careerbreak.

Steve House: Pierwszej miłości nie zapomina się nigdy!

Ciekawy gość aż sobie wrzucę cały wywiad na wszelki wypadek a może kupię książkę.

Wchodzimy w związki z górami. Wiem, że to brzmi śmiesznie, ale tak było z Nanga Parbat. Pojechałem tam, gdy miałem 19 lat i zaniemówiłem. To jak z pierwszą miłością, której nigdy się nie zapomina – opowiada amerykański alpinista Steve House.

Reinhold Messner powiedział o nim: „współcześnie najlepszy wspinacz wysokościowy”.

Wspinaczkowy życiorys tego amerykańskiego alpinisty mógłby posłużyć za niezły scenariusz filmowy. Jako 19-latek stanął przed potężną ścianą ośmiotysięcznika Nanga Parbat (skłamał wtedy, że ma 21 lat, żeby załapać się na klubową wyprawę). Był najmłodszy, więc pierwszy do klarowania lin, noszenia sprzętu, ale w górach najwyższych się zakochał. Ściana Rupal stała się jego marzeniem, celem, obsesją. Kilkanaście lat później zdobył tę ponad 4-kliometrową ścianę w stylu alpejskim. Za to przejście, wspólnie z Vincem Andersonem, otrzymali prestiżową nagrodę Złotego Czekana (2005 r.), ale jego górski świat się załamał. Wszyscy pytali: „Co dalej?”, a on nie wiedział, co odpowiedzieć, bo żaden cel nie był już tak pociągający.

W swojej książce „Beyond The Mountain” pisze, że dobrnął do martwego punktu i zaczął spadać w dół. Opisuje koszmarny poranek, kiedy budzi się w motelu, w głowie huczy, a na podłodze leży pusta butelka po whisky i pusty portfel. Pieniądze zarobione dzień wcześniej na prelekcji, wychodząc zabrała kobieta, którą poznał przed kilkoma godzinami.

Gdy już udało mu się pozbierać i zaczął osiągać kolejne ambitne cele (pierwsze wejście na K7 West, nowa droga na północnej ścianie Mount Alberta), zdarzył się wypadek: w czasie wspinaczki Amerykanin spadł 28 metrów w dół, a połamane żebra uszkodziły wewnętrzne narządy. Po długiej rehabilitacji udało mu się wrócić do wspinania i pracy przewodnika górskiego, ale nie tylko – stworzył program „Alpine Mentors”, by przekazać młodszym to, czego sam uczył się przez lata.

Barbara Suchy: Dlaczego się wspinasz?

Steve House:
Jest dużo możliwości odpowiedzi na to pytanie. Jest też mnóstwo powodów. Czasem to tylko chęć bycia w górach, spędzenia czasu ze znajomymi, a czasem potrzeba zrobienia czegoś dla siebie, zdobycia nowych doświadczeń.

Pytam, bo często mówisz o wspinaczce dla samego siebie i krytykujesz komercyjne podejście w tym sporcie. Ukułeś nawet określenie „business climbing”. Czy naprawdę uważasz, że da się realizować poważne cele wspinaczkowe bez komercji?

To, o co chodziło mi mówiąc o „business climbing” to ekspedycje, w których jedynym celem jest stworzenie pewnej historii. Sformułowanie przyszło mi do głowy, gdy patrzyłem na działania amerykańskiej ekspedycji w Pakistanie w 1999 r. Na żywo w radio nadawali raporty z bazy. To były też początki internetu, więc posługując się modemem satelitarnym, wysyłali na bieżąco relacje do sieci. Miałem wrażenie, że to wszystko nie jest szczere. Ich wspinaczka była dobra, ale przedstawili ją, jakby to było największe wydarzenie ostatnich lat. Potem oczywiście pojawiło się tłumaczenie: „Musieliśmy to zrobić, bo potrzebowaliśmy pieniędzy”. Wiem, że ekspedycja kosztuje, ale oni zebrali ponad 100 tys. dolarów! A na taką wyprawę wystarczyłoby 5 tys. To było kilkanaście lat temu, ale to podejście u wielu wspinaczy się nie zmieniło.

Ty nigdy nie stanąłeś przed koniecznością zdobywania w ten sposób sponsorów?

Chyba nigdy nie przekroczyłem tej granicy. Jeśli nie mogę czegoś zrealizować w małym zespole, z niewielkim budżetem, po prostu to odpuszczam.

Reinhold Messner powiedział o tobie: „współcześnie najlepszy wspinacz wysokościowy”. Czujesz się najlepszy?

Właściwie to nie. Zwłaszcza po moim wypadku, nie jestem już tak silny, jak byłem. Ale myślę, że chodziło mu przede wszystkim o to, że moje wspinaczki były ważne dla tego sportu. Obaj dzielimy to samo przekonanie, w jakim kierunku powinien iść współczesny alpinizm: wyprawy na lekko, w niewielkich, ale dobrze przygotowanych, ekipach, krótkie akcje górskie.

Styl alpejski, który tak mocno propagujesz. A inne wspinaczki? Są nic nie warte?

Chcę powiedzieć bardzo jasno: nigdy nie uważałem, że jeden styl jest lepszy od drugiego. Jeśli ktoś chce wylecieć na szczyt helikopterem, w porządku! Dla mnie lot na szczyt byłby pustym doświadczeniem, chyba, że byłbym pilotem [śmiech], ale przecież każdy może zdecydować o tym, co robi. Dla mnie najbardziej wynagradzające, dające najwięcej przeżyć ekspedycje, to takie, w których wszystko jest tak proste, jak to możliwe. Nie chcę mieć w bazie komputerów, internetu, nie chcę wstawiać postów na Facebooka. Idę w góry, żeby być w górach i przeżywać to najpełniej, jak się da. Gdybym chciał grzebać w internecie, zostałbym w domu. Wiele osób wypomina mi: „Jesteś zbyt krytyczny wobec ludzi wspinających się przy użyciu tlenu i poręczówek”, a to nie prawda. Nie chodzi mi o samą wspinaczkę, ale o to, co po sobie pozostawiają. Oczywiście nie zawsze, ale zdecydowanie zbyt często. Na górze zostają liny, całe obozy, śmieci.

Dlatego tak mocno skrytykowałeś w 2004 r. przyznanie rosyjskiej ekipie nagrody Złotego Czekana za zdobycie północnej ściany Jannu?

To był taki przypadek. Na siedmiu tysiącach zostawili wszystko. Wychodzę z założenia, że jeśli masz dość czasu i energii, żeby wynieść cały sprzęt na górę, powinieneś zostawić sobie jeszcze dość czasu i energii, żeby znieść go na dół. Przynajmniej spróbować. A większość ekip nawet się nie stara pozbierać swoich rzeczy. To brak szacunku do gór!

Gdybyś miał opisać, jak wygląda ekspedycja doskonała…

3-4 osoby, które wychodzą w piękne miejsce w górach, gdzie przedtem nie było zbyt wielu ludzi. Lubię wyprawy, na których mogę wspinać na kilka wierzchołków. Tak, jak w czasie naszej ekspedycji na K7 (6934 m n.p.m.) w Dolinie Charakusa. To nie zawsze jest możliwe w przypadku ośmiotysięczników. Jak pojedziesz pod Makalu, możesz się wspinać tylko tam, wokół nie ma nic innego.

Kiedy wybieram górę, kieruję się przede wszystkim tym, czy mi się podoba, patrzę, jaka będzie jakość wspinaczki i czy nie ma na niej zbyt wielu wspinaczy. Gdyby K2 nie było tak potwornie drogie i zatłoczone, też chętnie bym tam pojechał. Ale ośmiotysięczniki z bazami, w których stacjonuje jednocześnie 15 ekspedycji, mnie nie pociągają. Wolę pojechać do doliny, gdzie będziemy jedyną działającą wyprawą.

Tym samym dobrowolnie rezygnujesz z tego, co najwyższe i największe.

Tak, ale nie przejmuję się tym za bardzo. Na świecie jest wiele gór.

A co takiego jest w Ścianie Rupal na Nanga Parbat, że zdominowała twoją wspinaczkową karierę tak bardzo? W Krakowie mówiłeś, że po jej zdobyciu długo nie mogłeś znaleźć sobie innego celu.

Wydaje mi się, że wchodzimy w związki z górami. Wiem, że to brzmi śmiesznie. Ale tak było z Nanga Parbat. Pojechałem tam, gdy miałem 19 lat i zaniemówiłem. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. To jak zakochanie. Potem z każdym rokiem nabierałem doświadczenia i przekonania, że wspinaczka tam byłby możliwa. To coś, co potem ciężko powtórzyć, bo już nigdy nie będę nastolatkiem, po raz pierwszy w Himalajach. To jak z pierwszą miłością, której nigdy się nie zapomina.

Myślałeś, że po jej zdobyciu będzie ci tak ciężko?

Nie miałem pojęcia. Jeden ze starszych ode mnie wspinaczy ze Słowenii powiedział mi: „Po wspinaczce takiej jak ta, będziesz potrzebował co najmniej 5 lat, żeby znów wytyczyć sobie taki ambitny cel”, ale wtedy mu nie wierzyłem. Myślałem, że w moim przypadku na pewno będzie zupełnie inaczej, że mam silną psychikę, motywację.

W swojej książce „Beyond The Mountain” piszesz, że wszyscy wciąż pytali: „Co dalej?”, a ty nie wiedziałeś, co odpowiedzieć. O czym wtedy myślałeś?

Czułem pewne zdenerwowanie i frustrację. Myślałem sobie: „Hej, właśnie wspiąłem się na Nanga Parbat! Dajcie mi chwilę odpocząć!”, a z drugiej strony tak bardzo próbowałem znaleźć odpowiedź dla siebie i dla innych, że to mnie paraliżowało.

Jesteś bardzo szczery w swoich wspomnieniach. Piszesz o koszmarnym poranku w motelu, o załamaniu. Nie tak wygląda atmosfera sukcesu po zdobyciu jednej z najwyższych gór świata. Po co o tym mówisz?

Dziękuję, to komplement dla mnie. Potrzeba siły, żeby mówić o tym, co prawdziwe. Bo jestem pewien, że nie jestem jedynym, który to wszystko przeżył. Potem wiele osób mówiło mi, że miało podobne odczucia, moment załamania w życiu, ale to ich umocniło. Zawsze starałem się być tą osobą, która mówi to, co wszyscy myślą, ale nikt nie chce powiedzieć.

A potem przyszło kolejne załamanie, kiedy po upadku na Mount Temple wylądowałeś w szpitalu z poważnymi obrażeniami. Myślałeś, że to koniec wspinania?

Oczywiście, nie byłem nawet pewien, czy będę mógł chodzić. Ale przez ból, leki wszystko było jak za mgłą, Wtedy wydawało mi się, że moje myśli są bardzo jasne, ale gdy teraz przeglądam notatki, które robiłem w szpitalu, są jak pisane po pijanemu. Zupełnie nie wiedziałem wtedy, co dalej. Nie chodzi tylko o wspinaczkę dla przyjemności. Z zawodu jestem przewodnikiem górskim, wszystko w moim życiu jest związane ze wspinaczką. Gdy to stracę, co zrobię, z czego będę żyć? Potem zaczął się żmudny proces rehabilitacji, okazało się, że urazy były bardzo poważne, ale gdy już się zagoiły, prawie nie zostało po nich śladu.

Po wszystkim zdecydowałeś się stworzyć też coś dla swoich następców – program „Alpine Mentors”.

Wszystko zależy tak naprawdę od nich. Tworzę pewne ramy, dzielę się doświadczeniami, kontaktuję z innymi mentorami, którzy wspinają się z nimi, ale nic za nich nie robię. To oni sami organizują swoje wyprawy, planują konkretny cel. Ja pomagam im nad tym pracować. Samemu da się zdobyć merytoryczną wiedzę i umiejętności techniczne, ale nie da się nauczyć oceny sytuacji, podejmowania decyzji, bo to pochodzi z doświadczenia. Możesz być świetnie przygotowany, a potem jedziesz w góry i nie wiesz, co w danej sytuacji zrobić. Tego można się dowiedzieć tylko pytając kogoś, kto już przez to przechodził albo podpatrując jego zachowanie w górach. Po to są mentorzy. Tak było ze mną, gdy jako nastolatek pojechałem na Nanga Parbat. Co prawda byłem najmłodszy, do klarowania liny, noszenia sprzętu, ale przez samo bycie tam i obserwowanie innych nauczyłem się bardzo dużo.

Na koniec zadam ci twoje ulubione pytanie: co dalej?

[śmiech]. Teraz już mogę na nie odpowiadać. Po moim wypadku zobaczyłem, że poza wspinaczką jest coś jeszcze. Wcześniej byłem tak skoncentrowany na wspinaniu, że nawet zapłacenie rachunków czy dłuższa rozmowa z kimś były dla mnie strasznym wyzwaniem. To się zmieniło. Wciąż uwielbiam się wspinać, ale myślę też o tym, co mogę dać od siebie innym. W przyszłym roku planuję kolejną wyprawę wspinaczkową, ale chcę mieć też czas dla rodziny. Powoli kończę też książkę o treningu alpinistycznym. To, czego ja uczyłem się przez kilkanaście lat, teraz mogę przekazać kolejnym.

Rozmawiała Barbara Suchy

Steve House: Pierwszej miłości nie zapomina się nigdy!.