Jak zostać przeciętniakiem – poradnik

Tak na mi się nasunęło w Nowym Roku. Niestety chyba jestem na dobrej drodze do tego :/

 

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-1

W naszym dzieciństwie, które przypada na lata 70 i 80, nie wypadało wyróżniać się na tle innych. Może po części był winny socjalizm z jego szarością i przekonaniem, by żyć tak jak inni?
Patrzyliśmy na zapracowanych rodziców i wiedzieliśmy, że należy dobrze się uczyć, następnie ukończyć dobrze studia, znaleźć pracę, które zapewni jakieś pieniądze i, wreszcie, ustatkować się przed trzydziestką.

Teraz życie stało się jaskrawsze. Można rozwijać swoje pasje i umiejętności, podróżować po egzotycznych krajach. Można rozwijać nie znaczy że każdy to rozwija.

W komiksie 11 sposobów na zostanie przeciętniakiem zobaczycie model przeciętnego średniostatystycznego mieszkańca naszej planety. Jeżeli znajdziecie w nim którąś ze swoich cech, będziecie wiedzieli, co trzeba zmienić.

 

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-2

1. Akceptuj wszystko co widzisz i słyszysz. 2. Niczego nie podważaj

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-3

3. Zdaj na studia, bo tak „wypada”, a nie dlatego, że masz na to ochotę. 4. Spędzaj w pracy 40 godzin tygodniowo, jednak pracuj produktywnie tylko przez 10 z nich.

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-4

5. Wybierz się parę razy w życiu do jednego z najtańszych, a do tego bezpiecznych i sprawdzonych miejsc (sprawdzonych przez wszystkich znajomych) 6. Weź kredyt, możliwie na jak największą kwotę i spłacaj go przez 40 lat.

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-5

7. Nie próbuj uczyć się języków obcych – Polacy nie gęsi i swój język mają. Poza tym za granicą jest wielu naszych. 8. Myśl o napisaniu książki, ale nigdy tego nie rób.

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-6

9. Pomyśl również o założeniu biznesu, ale nigdy tego nie rób. 10. Nie wyróżniaj się z tłumu.

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-7

11. Czekaj aż życie zrobi ci prezent.

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-8

11 sposobów na zostanie przeciętniakiem-tutaj jest pochowany zupełnie przeciętny człowiek

http://lifehacking.pl/2012/11/23/11-ways-to-be-unremarkably-average/

Reklamy

Białkowe szaleństwo bez granic

Co nieco na temat diety biłkowej, krótko zwięźle i na temat.

Patrząc na ostatnie popularne metody odchudzania oraz rozmawiając z początkującymi biegaczami, dochodzę do wniosku, że ten świat zmierza do samozniszczenia. Zdaję sobie sprawę, że trzeba schudnąć szybko – bo ślub jest za 2 tygodnie, a „kaloryfer“ sam się nie rozbuduje przed wakacjami. Dlaczego tylko wszyscy z uporem twierdzą, że jedynym słusznym sposobem na efektywną utratę wagi i ochronę mięśni, jest suplementacja białkiem, albo zwyczajna dieta bogatobiałkowa?!

Nie będę się tutaj rozpisywać o lobby producentów suplementów dla sportowców, o procentach ze sprzedaży, które dostają trenerzy albo inni magicy na osiedlowej siłowni i obwoźnych straganach. Nie będę również wspominać o wielkim zamieszaniu stworzonym przez niejakiego pana Dukana. W telegraficznym skrócie pragnę Was uświadomić, dlaczego staropolskie „co za dużo to nie zdrowo“ ma przejrzyste odzwierciedlenie w tym temacie.

Każdy z Was doskonale wie, że spożywanie zbyt dużej ilości różnych produktów prowadzić może do problemów zdrowotnych. Te, które widzimy „gołym okiem“ to na przykład zwyczajne przybieranie na wadze. Nie dzieje się to po jednym chipsie czy jednym kawałku ciasta. Jest to proces, nad którym pracujemy przez dłuższy czas. To samo dotyczy przyjmowania poszczególnych składników odżywczych i przekraczania granic wytrzymałości ludzkiego organizmu. W przypadku węglowodanów prostych – ich przewaga w diecie prowadzi najczęściej do powstawania cukrzycy, zaś tłuszczu – do miażdżycy, udaru, wylewu oraz zawału serca. Nie rozumiem zatem jaką racjonalną myślą przewodnią kierują się ludzie, namawiający do spożywania ogromnych ilości białka w diecie oraz jego dodatkowej suplementacji, skoro i jego nadmierna ilość prowadzi do znacznych uszczerbków na zdrowiu.

Prawda jest taka, że około 80% z Was po przejrzeniu swojego codziennego jadłospisu dojdzie do wniosku, że przekracza swoje dzienne zapotrzebowanie na białko (łatwo to przeliczyć – osoba mało aktywna potrzebuje około 0,8 g białka na każdy kilogram swojego ciała, sportowcy uprawiający sport wytrzymałościowy 1,2-1,4 g/kg masy ciała, kulturyści natomiast nie powinni przekraczać dawki 2 g/kg m.c.). Dorzucając kolejną pulę aminokwasów pochodzących z napojów białkowych oraz batoników, dodatkowo obciążacie już przytłoczony ilością białka organizm. Efektów nie poczujecie w dniu następnym. Nie będzie to również tydzień, ani miesiąc (oczywiście tylko wtedy jeśli jesteście zdrowi na samym początku. Osoby z chorobami bądź ukrytymi defektami nerek szybciej się przekonają, że przekraczanie limitów nie było dobrym pomysłem, a przeszczep to nie to o czym marzyli). W tym wypadku Carpe diem należy odsunąć na bok i pomyśleć o swojej przyszłości. Oto jak zakończyć się może taka cudotwórcza terapia białkowa:

  • w przypadku kobiet należy spodziewać się zwiększonej łamliwości kości (osteopenii oraz osteoporozy). Nadmiar białka wypłukuje z kości jego główny budulec – wapń, przez co w ich strukturze pojawiają się zwyczajne dziury,
  • nerki i wątroba biorące udział w metabolizmie białka są dodatkowo obciążone jego zwiększoną ilością – czyli zwyczajnie zużywają się szybciej,
  • dieta wysokobiałkowa zazwyczaj uboga jest w błonnik, który naturalnie przeciwdziała zaparciom. Trudności z wypróżnianiem są czynnikiem zwiększającym ryzyko rozwoju nowotworu jelita grubego,
  • wraz z białkiem w produktach będących jego źródłem zwiększa się również ilość spożywanych puryn odpowiedzialnych za rozwój dny moczanowej i artretyzmu,
  • podnosi się prawdopodobieństwo rozwoju miażdżycy, która nie jest jedynie wypadkową diety bogatej w tłuszcze,
  • człowiek narażony jest na niedobory innych, wypieranych przez białko, składników pokarmowych potrzebnych mu do przeżycia i aktywności fizycznej.

Mam nadzieję, że po uświadomieniu sobie konsekwencji ślepej wiary w wątpliwego pochodzenia artykuły w internecie oraz w dobre intencje pana namawiającego na zakup pięciu kilogramów waniliowego proszku, będziecie podchodzić do wszystkiego z rezerwą.

Źródło.

Historia M.G. – Blog Alexa

Fajna historyja może też trzeba coś takeigo zrobić 😛

Historia M.G. – Blog Alexa.

 

Nazywam się M.G. i jestem wiernym czytelnikiem Twojego bloga. Piszę ten list ponieważ chciałbym Ci opowiedzieć historię jaka mi się przydarzyła. Może najpierw parę słów o sobie. Mam 25 lat, studiowałem zarządzanie i marketing na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Mimo, że studia skończyłem 2 lata temu wciąż się nie obroniłem (ale  w końcu na czerwiec mam wyznaczony termin obrony : ). W Polsce pracowałem w amerykańskiej firmie brokerskiej gdzie przez rok zdobywałem doświadczenie w pracy korporacyjnej. Choć tak naprawdę to raczej byłem tam jako pomoc biurowa :) W styczniu postanowiłem to wszystko rzucić i wyjechać do Norwegii w poszukiwaniu szczęścia właśnie tam. Wcześniej już trochę jeździłem po świecie w poszukiwaniu pracy ale były to głównie wyjazdy 3-4 miesięczne w czasie wakacji ( USA, Kanada, Cypr, Hiszpania). Nie powiem, te wyjazdy bardzo dużo mi dały. Sprawdza się to o czym tak często piszesz na swoim blogu. Jesteś młody? Jedź w świat zdobywać bezcenne doświadczenie, imaj się każdej pracy jaka Ci się trafi (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku:)
Początki tutaj w Norwegii były naprawdę trudne, nie mogłem znaleźć żadnej pracy, było zimno i ciemno (luty, marzec) a pieniędzy niestety ubywało.ja też niestety nie miałem żadnego doświadczenia w jakiś pracach budowlano-wykończeniowych a właśnie takich pracowników tu potrzebują głównie. Miałem parę momentów zwątpienia, myślałem o powrocie do Polski ale nie chciałem się mimo wszystko poddawać i wracać z opuszczoną głową… W końcu w kwietniu coś się ruszyło, pojawiły się prace sezonowe, głównie sprzątanie ogródków, zamiatanie liści, jakieś malowanie. Nie było tego dużo ale pozwalało na przeżycie. Tydzień temu dostałem propozycję rozdawania ulotek w centrum Oslo dla jednej z firm telekomunikacyjnych.. Praca łatwa miła i przyjemna za w sumie całkiem niezłe pieniądze (ach, te Norweskie stawki :) ) W piątek menager który mnie zatrudnił poprosił żebym przez weekend pomyślał w jaki sposób mógłbym dotrzeć do Polskich klientów tutaj w Norwegii. Wiadomo trochę nas tu jest, więc to łakomy kąsek, szczególnie, że firma wcześniej się nie nastawiała w ogóle na Polaków (wystarczy powiedzieć, że jestem jedynym Polakiem pracującym dla nich w Norwegii) Wczoraj rano jeszcze rozdawałem ulotki, popołudniu natomiast zostałem zaproszony na rozmowę aby przedstawić swoje pomysły. Spodobały mu się na tyle, że przedstawił mnie naszemu CEO i poprosił abym powtórzył mu swoje przemyślenia. Ten natomiast następnie zrobił małą telekonferencję z menagerami od marketingu z Londynu. Przedstawiłem im jeszcze raz swoje pomysły po czym zostałem mianowany…  Polish segment marketing executive na Norwegię… Mam tworzyć a także wprowadzać strategię rozwoju firmy w Polskiej społeczności tutaj w Norwegii. Dostałem swoje biurko,  komputer, telefon i sztab najlepszych marketingowców z Londyńskiego City do pomocy. Dzisiaj miałem pierwszy dzień na nowym stanowisku, cały spędziłem w sumie na konsultacjach z ludźmi z Londynu. Czuję się niesamowicie w tym wszystkim. Zdaję sobie sprawę, że na razie nic nie osiągnąłem, dopiero dostałem szansę, a czy ją wykorzystam zależy już tylko ode mnie… Nie zmienia to chyba jednak faktu, że ta cała historia jest jakby wyjęta z filmu… Taki American Dream… Wczoraj jeszcze rozdawałem ulotki i wyrywałem chwasty a dzisiaj jestem executive menagerem w międzynarodowej korporacji w Oslo. W tym miejscu chciałem CI bardzo podziękować, bo bez czytania Twojego blogu pewnie nigdy bym w siebie nie uwierzył (zawsze miałem z tym problemy). Mam także parę pytań, może bardziej prośbę o poradę…Jak ja mam się w tym wszystkim odnaleźć? Albo inaczej bo ku mojemu zdziwieniu właśnie się świetnie odnajduję w zaistniałej sytuacji :) Może jakieś porady na czym mam się skupić, czego unikać? Bo przyznam, że troszkę mam obaw, ale w sumie bardziej to wszystko traktuję jako ogromne wyzwanie i przygodę! Bo w sumie do stracenia nie mam nic a do zyskania naprawdę dużo. Cholera, nigdy nie byłem tak pewien siebie, nie czułem się tak dobrze jak w tej firmie. Trochę się rozpisałem ale chciałem się Tobą podzielić moją historią, w którą dalej chyba do końca nie wierzę :) Może się rano obudzę i znowu będę domki malował? :) I na koniec: Sky is the limit!
Pozdrawiam,
M.G