Zarabia 8 tysięcy, pracuje 7 godzin dziennie, z czego 5 gra na komputerze. „Mam tego dość”

No właśnie jestem chyba w podobnej sytuacji, co Pan opisany w artykule z tą różnicą, że mało zarabiam 😛 i tak na prawdę nie do końca wiem jak ową sytuację zmienić, bo niestety zmiana obecnego zajęcia nie przyniosła jak na razie rezultatu. Może to w sumie jakaś forma uzalania się nad sobą, malkonenctwa czy innego badziewia, ale tkwienie w takmi układzie potrafi być męczące lub wręcz frustrujące. Nie mniej jednak powinienem się cieszyć, że mam jakąś pracę, dostaje punktualnie wypłatę nie mam nadgodzin, fajny zespół i teoretycznie jakieś możliwości rozwoju itd. I w sumie na swój sposób się cieszę, staram się też robić rzeczy wartościowe po pracy, np. uprawiając sport lub inną aktywność, ale czasem bezczynność odbiera chęć robienia czegoś sensownego. Tak czy siak widzę że problem nie tylko mnie dotyczy, ale to pewnei wina rozkapryszenia i rozpieszczenia, w pracy, domu, szkole itd. Jak znajdę jakieś rozwiązanie to pewnie o tym napisze o ile ktoś to bedzie chciał przeczytać 😀

Człowiek zawsze znajdzie dziurę w całym. Większość z nas ciągle narzeka, że za dużo pracuje lub zbyt mało zarabia. Są jednak ludzie w całkowicie odwrotnej sytuacji. Maciek jest informatykiem w dużej firmie, świetnie zarabia i nie przemęcza się. Pomimo to, czuje się sfrustrowany, bo praca nie daje mu satysfakcji. Pieniądze szczęścia nie dają?

Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy
Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy • Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Każdy z nas pracuje, by zarobić. Zazwyczaj jak najwięcej, jak najszybciej i jak najłatwiej. Okazuje się, że teoretycznie wymarzona praca może być powodem do frustracji, a nawet wpędzić w depresję. Nie każdy bowiem oczekuje od swojej pracy jedynie dużych zarobków.

Maciej ma 27 lat. Mieszka w Warszawie ze swoją dziewczyną. Nie należy do tych, którzy muszą się o cokolwiek w życiu martwić. Regularnie chodzi na siłownię, obiady je głównie w restauracjach i lubi kupować markowe ciuchy. Nie jest jednak w stanie powiedzieć samemu sobie, że jest szczęśliwy.

Maciek – informatyk

Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscy. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się Tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic

– Nie mogę być zadowolony ze swojego życia – mówi lekko znudzonym głosem Maciek. Jest informatykiem. Jego miesięczne zarobki przekraczają osiem tysięcy złotych „do ręki”. Nie wie, co to nadgodziny, a przez większość czasu w pracy szuka sobie zajęcia. – Przychodzę tam dzień w dzień, a jedyne co muszę zrobić to odebrać dwa telefony i sprawdzić maila. Pracuję w zespole. Oznacza to, że muszę czekać, aż ktoś zrobi swoją część projektu, który aktualnie się „procesuje”. Dopóki ktoś nie zrobi swojej roboty, ja po prostu nie mam co robić – stwierdza Maciek.

Bywają tygodnie, gdy Maciek musi dać z siebie nieco więcej. Jednak nigdy nie było tak, aby poczuł w pracy jakiekolwiek „ciśnienie”. Pięćdziesiąt złotych na godzinę, to dla większości Polaków stawka marzeń. – Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscu. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic – mówi rozżalony informatyk.

Praca jak salon gier

Zbyt lekka praca rozleniwia. Maciej zdaje sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę powinien się cieszyć. W końcu dobrze zarabia i może sobie pozwolić praktycznie na wszystko. Tyle tylko, że jeszcze rok temu jego życie wyglądało zupełnie inaczej. – W poprzedniej pracy, gdy zaczynałem, zarabiałem trzy razy mniej, a pracowałem czasem 16 godzin dziennie. Pomimo to, byłem zadowolony, bo po przyjściu do domu miałem poczucie, że coś zrobiłem – wspomina.

Teraz trudno o satysfakcję. Maciek powinien być w pracy osiem godzin. Wie jednak, że oznaczają one osiem godzin bezczynności, dlatego nawet nie próbuje przychodzić do pracy na czas. Po godzinnym spóźnieniu, z którego nikt go nie rozlicza, zasiada do komputera. Sposobem na walkę z nudą jest przede wszystkim gra na komputerze. Szczerze przyznaje, że zajmuje mu to nawet pięć godzin dziennie. W międzyczasie, zdarza mu się obejrzeć film na YouTub’ie.

Maciej myśli o zmianie pracy. – Trudno jest znaleźć pracę, gdzie zarobki byłyby na podobnym poziomie. Rozglądam się jednak za ofertami, gdzie pieniądze są dużo mniejsze. Miałbym jednak gwarancję, że dalej będę się rozwijał. Być może wracałbym również do domu w znacznie lepszym nastroju – mówi Maciek.

Informatykom poprzewracało się w głowach

Sytuacja Maćka nie dziwi Marka z Chorzowa, również informatyka. Jak twierdzi, często się zdarza, że w wielu korporacjach „pracują” tego typu osoby. – Nikt nie wie, co robią, widnieją głównie jako nazwisko w Excelu. Takie osoby po prostu wegetują, pobierają pensję, a ich zadania wykonują inne osoby. Często robią to świadomie i dostosowują się do tego stanu rzeczy – mówi Marek.

Takie wegetowanie nie przynosi jednak korzyści na dłuższą metę. – Istnieje ryzyko, że ktoś wreszcie zauważy w swojej tabelce, że dany pracownik nie jest mu potrzebny. Gdy ktoś przez rok praktycznie nic nie robił, to później trudno będzie mu wrócić do normalnego trybu pracy – ostrzega Marek.

Jak twierdzi, sam jest w odwrotnej sytuacji. O ile praca daje mu satysfakcję, nie może powiedzieć tego samego o zarobkach. – Zarabiam cztery tysiące na rękę. Cieszę się z tego co mam, bo są ludzie, którzy mają mniej. Jednak czasem chcę sobie kupić coś, na co po prostu mnie nie stać. Na szczęście informatyk w Polsce nie musi szukać pracy – mówi z nadzieją na poprawę swojej sytuacji informatyk z Chorzowa.

Marek przyznaje jednocześnie, że polskim informatykom nieco poprzewracało się w głowach. – Zarabiamy kokosy – mówi szczerze. Podkreśla jednak, że należy szukać takiej oferty, która zapewnia rozwój. W przeciwnym razie można szybko narobić sobie tyłów. – Nawet, jeśli zarabiasz 10 tysięcy, ale po roku stwierdzisz, że projekt idzie na dno, lepiej poszukać czegoś nowego. Nie warto się pod czymś takim podpisywać – radzi Marek.

Kuba: Mało zarabiam i dobrze mi z tym

Są jeszcze ludzie, którzy wybierają pracę dającą satysfakcję. Kuba jest menedżerem projektu w jednej z warszawskich agencji reklamowych. Jest odpowiedzialny między innymi za kontakt klientami. – Moje zarobki są poniżej moich oczekiwań. Jednak atmosfera w pracy jest niepowtarzalna – mówi Kuba. W poprzedniej pracy zarabiał znacznie więcej, a pomimo to zdecydował się z niej zrezygnować. – To, co działo się w poprzedniej pracy, można nazwać jednie mobbingiem – mówi dwudziestopięcioletni Kuba.

W obecnej pracy ma nie tylko dobrą atmosferę, ale przede wszystkim poczucie bycia potrzebnym. – Każdy lubi być nagradzanym, chwalonym. Czuję, że się realizuję, a jednocześnie to co robię jest doceniane. Często dostaję podziękowania, ustnie lub mailowo – stwierdza Kuba.

Okazuje się, że nie dla wszystkim pieniądze są podstawowym kryterium w wyborze zajęcia. Równie istotną, a jak się okazuje czasem ważniejszą, są dobra atmosfera i możliwość rozwoju. – O ile tylko mamy taką możliwość, to szukamy pracy, w której będziemy mogli się spełniać. Trzeba jedynie przemyśleć swoje priorytety. Chciałbym zarabiać więcej, ale zamierzam do tego dojść krok po kroku.

http://natemat.pl/44479,zarabia-8-tysiecy-pracuje-7-godzin-dziennie-z-czego-5-gra-na-komputerze-mam-tego-dosc

Afganistan przed wojnami

Eh i pomysleć jak by wyglądał teraz bez tych durnych wojen. Myślę, że dobrze jest to również pokazane w filmie „Chłopiec z latawcem” który nie dawno miałem okazję oglądać.
W 1967 roku dr William Podlich postanowił zrobić sobie dwuletnią przerwę w dawaniu wykładów na uniwersytecie stanowym w Arizonie i nawiązał współpracę z UNESCO, w ramach której zaczął uczyć w szkole wyższej dla nauczycieli w Kabulu. W czasie wolnym dr Podlich zajmował się fotografią i to dzięki jemu hobby zawdzięczamy te niezwykłe zdjęcia. Pamiętajmy, że miało to miejsce zaledwie 10 lat przed inwazją ZSRR na Afganistan, przed wyniszczającymi wojnami był to kraj świecki, rozwinięty i dość nowoczesny.

http://joemonster.org/art/25802/Afganistan_przed_wojnami

Młodzi Polacy wpadli w pułapkę ?

Hmm trochę prawdy w tym jest faktycznei teraz za bardzo nie ma subkultur a ludzei wyglądają podobnie i chyba każdy ma, albo chce mieć coraz więcej niepotrzebnych mu do niczego rzeczy, ale coż tak to wygląda i większość jest chyba z tego zadowolona. Szkoda tylko że często pokazują wszędzie dookoła rzeczy, które mają zmieniać życie po zakupie a wcale tak się nie dzieje dość częśto :p ale na tym chyba polega marketing. Tak czy sika chyba warto być tego świadomym bez względu na to czy się temu ulega czy nie 🙂

Nowe pokolenie kupuje wizję człowieka mobilnego, czyli idealnego pracownika w czasach bez etatu. I próbuje się nim stać. Z Andrzejem Bukowskim rozmawia Mira Suchodolska.

Młodzi ludzie wpadli w pułapkę /123RF/PICSEL
Młodzi ludzie wpadli w pułapkę
 

Mira Suchodolska: Ponoć każdy młody człowiek ma duszę rewolucjonisty. Pan też się buntował?
Andrzej Bukowski: Jak każdy nastolatek byłem pełen wewnętrznej niezgody na świat. Zwłaszcza że moja młodość przypadła na specyficzne czasy – to był początek lat 80., festiwal Solidarności. Moi rodzice tym żyli, bez przerwy się w domu dyskutowało, czytało, słuchało. Dojrzewałem w przyspieszonym tempie – także obywatelsko i politycznie. Jestem raczej introwertykiem, nie uzewnętrzniam emocji, ale pamiętam tamtą atmosferę wolności. A potem stan wojenny, wyrzucanie niepokornych nauczycieli z pracy, komisarzy stanu wojennego, którzy przychodzili do nas do szkoły i pletli jakieś propagandowe androny, a myśmy się im odszczekiwali. Na studiach przyszedł czas na roznoszenie ulotek i czytanie bibuły. Moi koledzy mieli powielacz, po akademiku krążyły wydawnictwa podziemne, ale nie traktowaliśmy tego jako wielkiej rewolucji – przeciwstawianie się systemowi było naturalne. Tak jak chodzenie na koncerty Gintrowskiego i Kaczmarskiego.

To proszę spojrzeć na dzisiejszych młodych. Nie mają pracy, nie mają perspektyw, nie stać ich na założenie trwałego związku ani na dzieci. Ale siedzą jak trusie, nawet nie narzekają szczególnie, choć, wydawałoby się, dawno powinni wyjść na ulice. Ci najbardziej zbuntowani po prostu wyjeżdżają za granicę. Jakby im wycięto kawałek mózgu podczas lobotomii.

– Jest taka bardzo ciekawa książka amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta pt. „Korozja charakteru”. Opisuje zjawiska zapoczątkowane w latach 80. ubiegłego wieku, które doprowadziły do tego, że współcześni ludzie, zwłaszcza młodzi, tracą poczucie kontroli nad własnym losem i wpływu na rzeczywistość. Umacniani są w przekonaniu, że nic od nich nie zależy. Kiedy bowiem pracodawca ich nie potrzebuje – są zwalniani, kiedy firma przeprowadza się na drugi koniec kraju, mają do wyboru – albo zmienić miejsce zamieszkania i porzucić przyjaciół, społeczność lokalną, w której już zdążyli zapuścić korzenie, albo stracić pracę. To wyjątkowo destrukcyjne z punktu widzenia tożsamości i więzi międzyludzkich doświadczenie. Oddaje też sedno zmian, jakie zaszły w Polsce (bo u nas pewne procesy z naturalnych przyczyn były opóźnione) w ciągu ostatnich 20 lat. Chodzi o to, w jaki sposób nowy kapitalizm – w którym zachodzi nie tylko globalizacja na wielką skalę, ale przede wszystkim spłaszczanie struktur korporacyjnych – zbudował nowego człowieka, ściśle przystosowanego do jego wymagań.Czyli głupkowatego, bezwolnego konsumenta.
– To zbyt kategoryczne i krzywdzące. Ująłbym to inaczej: mamy czasy, w których królują umowy śmieciowe, kontrakty czasowe, projekty, czy jak tam jeszcze nazywa się te współczesne formy zatrudnienia. Etat stał się anachronizmem, w dodatku niebezpiecznym, bo zagrażającym konkurencyjności gospodarki. Taka sytuacja na rynku pracy wymaga nowego człowieka, który potrafi się w tych zasadach orientować, pogodzi się z nimi. Więc za tą potrzebą stworzenia idealnego pracownika poszła nowa antropologia – wizja człowieka elastycznego, mobilnego, szybko dopasowującego się do zmian, dynamicznego etc. Rozwijającego się, kształtującego samego siebie indywidualisty. A jeśli ktoś taki nie jest – tym gorzej dla niego. To znaczy, że jest niedostosowany, nie daje rady. I młodzi kupili ten sposób myślenia, wpadając tym samym w pułapkę. Pułapka polega na rozbieżności pomiędzy „obietnicami” nowego kapitalizmu a jego realiami. We wszystkich badaniach widać, jak duże jest rozwarstwienie, ale o tym się głośno nie mówi. Nie wypada. Ta nowa antropologia zachwyca się ludźmi, którzy odnieśli sukces, gloryfikuje ich, namawia, żeby być jak oni. Więc wszyscy bardzo się starają, uczą, pracują nad sobą. Ale sukces może odnieść tylko niewielu, reszta ponosi porażkę, bo jest na nią z góry skazana.

Więc tym bardziej powinni się wkurzyć i popędzić kota tym, którzy tak im nawijają makaron na uszy.
– Nawet gdyby chcieli, nie są w stanie. Mentalnie, kulturowo, lecz także organizacyjnie. To przesłanie płynie bowiem z wpływowych ośrodków medialnych, które mają dziś w społeczeństwie takie znaczenie, jak kiedyś tradycyjne instytucje – wielopokoleniowa rodzina, kościół czy państwo narodowe. Ono podaje w wątpliwość przydatność tych wartości we współczesnym świecie. Jeśli ma się być elastycznym i dynamicznym, nie można się przecież przywiązywać, tworzyć silnych więzi. Takie wartości, jak lojalność, przynależność, patriotyzm, miłość na całe życie są niepotrzebne, są skutecznie wypierane przez wartości indywidualistyczne. Zwłaszcza że otoczenie jest zmienne, efemeryczne, niewyraźne. I faktycznie, ci młodzi nie tworzą dziś żadnych trwałych struktur. Stanowią zbiór jednostek oderwanych od innych – nie zbiorowość, tylko zbiorowisko. Jeśli już nawiązują jakieś relacje, najczęściej w sieci, są one luźne, nietrwałe. Więc nawet gdyby zaświtała im w głowach myśl o tym, żeby podnieść bunt, nie mają ku temu trwałych struktur organizacyjnych. Nawet gdyby byli się w stanie zorganizować – nie byliby w stanie podtrzymać tych struktur. A poza tym pauperyzacja, zgodnie z tym, co głoszą teoretycy rewolucji, jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym do tego, abyśmy usłyszeli jakieś rewolucyjne „bum”.

Te zagubione jednostki są jednak w stanie się zmobilizować, kiedy skrzykują się w sieci. To dzięki internetowi udało się wywołać arabską wiosnę. Choć mam wrażenie, że tam społeczeństwa są jeszcze w miarę tradycyjne. W tym sensie, że stare więzi są wciąż bardzo silne.
– Jeśli chodzi o Afrykę, to mam poważne wątpliwości co do faktycznych i długofalowych efektów tego przebudzenia. A jeszcze większe do sieciowych niby-rewolucji, jakie odbywały się w ostatnich latach w państwach Zachodu. Te rewolty internetowe mają charakter bardzo nietrwały. Co się dziś dzieje z głośnym jesienią 2011 r. ruchem Occupy Wall Street? Mało kto o nim pamięta. Gdzie są hiszpańscy Oburzeni? Cisza. A o rewolucji młodzieżowej z 1968 r. mówimy do dziś, bo ona zmieniła stare struktury, przeorała świat mieszczańskiej moralności, przyniosła nową mentalność. Dziś, jeśli już młodzi decydują się wyjść na ulice, to na krótko, aby załatwić jakieś pojedyncze sprawy.

Kiedyś, jeszcze za komuny, zauważyłam w jednym ze sklepów tabliczkę, która przyprawiła mnie o paroksyzmy śmiechu: „Załatw sprawę i żegnaj”. Młodzi tak dziś do wszystkiego podchodzą, niezwykle pragmatycznie.
– Nowe czasy potrzebują nie tylko nowych ludzi, lecz także nowej ekonomii, czego wyrazem jest fragmentaryzacja strukturalna i symboliczna.

O nie, proszę powiedzieć to po ludzku.
– Już tłumaczę. W sferze kulturowej chodzi o to, że dziś nie ma jednego czy kilku obowiązujących stylów życia, powiązanych z położeniem ekonomicznym, jak w przypadku starych warstw czy klas. Mamy natomiast do czynienia z niekończącym się mnożeniem stylów i sposobów życia. Są ich setki tysięcy, każdy może nawet zbudować swój indywidualny pomysł na życie. Budując styl życia, tworzy jednocześnie swoją tożsamość społeczną. Dziś my wszyscy – od prostego budowlańca po nauczyciela akademickiego – jesteśmy po prostu dostarczycielami usług. Jak zatem tę tożsamość budować? Sama zasobność portfela to za mało. Więc dzieje się to na podstawie sposobów konsumpcji. Czyli tego, jak spędzamy wolny czas, czego słuchamy, jak się ubieramy. Konsumpcja jest dziś bowiem wyznacznikiem naszej społecznej tożsamości, naszego istnienia w świecie społecznym.

Tysiące indywidualnych stylów, mówi pan, a mnie młodzież przypomina stado ludzików z zestawu Lego: wszyscy tacy sami, w takich samych ciuchach, z takimi samymi gadżetami. Przecież dzisiaj na dobrą sprawę nawet żadnej subkultury młodzieżowej nie ma.
– Kontrkulturę, np. w latach 60. XX w., budowało się w opozycji do kultury dominującej, a dziś takiej nie ma. Jest kultura masowa, bardzo zróżnicowana, a jeśli każdy może znaleźć coś dla siebie, więc i w tej dziedzinie nie ma powodów, aby się buntować. Kiedyś wąskie grupy narzucały styl reszcie. Obecnie nie ma takiej możliwości. Owszem, są wielkie koncerny, które dyktują modę, ale one wsłuchują się w potrzeby rynku, dają ludziom to, czego oni sobie jeszcze dobrze nie uświadamiają, że tego chcą czy potrzebują. To też fragmentowanie: każda maleńka nawet grupa odbiorców ma skrojony pod siebie produkt, wystarczy zerknąć na rosnącą liczbę różnych marek i trendów modowych. Mamy do czynienia z różnicowaniem w nieskończoność, brak jakiegokolwiek wspólnego mianownika. Żyjemy we własnych kapsułkach kulturowych, ale one też są niestałe niczym bańki mydlane. Każdy coś tam lajkuje, przyłącza się do jakiejś grupy na FB czy innym portalu społecznościowym, ale na krótko. Zaraz ją opuszcza i przenosi się dalej. Przy czym ten wpływ odbiorców na dostawców, to niby-odwrócenie zależności też jest pozorne. W gruncie rzeczy konsumenci biorą to, co im się podsunie. To dostarczyciele kontrolują wszystko, co konsumują masy. Może to zabrzmi strasznie marksistowsko, ale sytuacja wygląda tak, że po stronie konsumentów nastąpiła fragmentaryzacja, więc nie są oni w stanie się sprzeciwić, nie mają nic do gadania. Z kolei po stronie dostarczycieli dóbr i usług mamy same monopole i oligopole, przynajmniej w sensie własności, bo nie samych marek. Szanse są nierówne.

Młodzi żyją więc złudzeniami, a są hodowani na farmach fanów jak bezrozumne zwierzęta.
– Ale przecież my, trochę starsi, poddawani jesteśmy i ulegamy tym samym mechanizmom. I oni mają złudzenie wolności, choć faktycznie jej nie ma. Tak samo jak brak im możliwości wyrażenia buntu. Jeśli już bowiem kupili ten przekaz – a kupili – o mobilności i wiecznej zmianie – za wszelką cenę starają się dopasować. Jeżeli się im nie udaje, to przypisują winę sobie. Ale nauczyli się z tym żyć. Chowają swoje dyplomy wyższych uczelni do szuflady i robią kursy na wózki widłowe. Albo wyjeżdżają, bo np. w Anglii są w stanie zarobić na jakie takie życie, choć zwykle nie robią wielkiej kariery. Osiągają standard życia, o którym my mogliśmy kiedyś tylko marzyć. Oczywiście za cenę obniżenia ambicji zawodowych.

Czytałam przed naszą rozmową różnego rodzaju sondaże i sondy, w których pytano młodych, co by ich zirytowało na tyle, że byliby w stanie wyjść na ulice. I wie pan, co mówili? Że najbardziej ich dotykają różne rzeczy dotyczące sieci. Wcześniej ACTA, dziś inwigilacja. Przeciwko temu byliby skorzy protestować. Resztę problemów mają gdzieś, a politykom nie ufają.
– Inwigilacja w sieci czy niemożność darmowego ściągania filmów z internetu dotyczy ich bezpośrednio. To pokolenie nie potrafi zdefiniować dobra wspólnego. Nie żyje we wspólnocie, więc nie czuje z nią związku.

Ale nawet ci niby politycznie zaangażowani są tak naprawdę antyideologiczni, awspólnotowi. Tzw. liberałowie to w moim odczuciu totalni pragmatycy, którzy chcą się jak najlepiej ustawić. Jakieś ideały można zobaczyć jeszcze po prawej stronie, ale w związku z tym, że skupia ona najwięcej biednych, niewykształconych i odrzuconych, często wygadują bzdury, więc są marginalizowani.
– Takie określenia są zbyt radykalne i ogólne. Jest przecież mnóstwo inicjatyw realizowanych przez młodych ludzi, oni organizują mnóstwo akcji charytatywnych, pomocowych, działają w tzw. ruchach miejskich, chcą mieć wpływ na lokalne decyzje polityczne. A że nie angażują się w wielkie hasła i wielką politykę? Po prostu w nie wierzą. Wierzą w coś konkretnego, namacalnego. I to jest moim zdaniem dobre.

Część swoje niezadowolenie demonstruje: to są marsze 11 listopada czy choćby burdy na stadionach. To rozumiem. Ale nie jestem w stanie pojąć młodzieży lewicującej, która chodzi składać kwiaty pod spaloną tęczą.
– Nie chciałbym wkraczać na polityczną ścieżkę i mówić o poglądach. Z socjologicznego punktu widzenia to nie jest lewica w starym stylu, która – historycznie rzecz biorąc – upominała się o takie sprawy, jak warunki pracy i płacy, bezpieczeństwo socjalne. Jak sądzę, ci młodzi lewicowcy pochodzą głównie z wielkich miast, z dobrze sytuowanych rodzin. Im nie brakuje na chleb. Ta lewica, o której pani myśli, już nie istnieje. Ostatnim Mohikaninem jest może Piotr Ikonowicz. Rozbili ją, skompromitowali jej starzy liderzy. Tzw. afera Rywina była tym momentem, który zadecydował o jej zejściu do grobu – ludzie stracili do niej na jakiś czas zaufanie, choć dziś SLD Millera cieszy się już ponad dwudziestoprocentowym zaufaniem. Ale to też ma swój głębszy kontekst. Stara lewica budowała swoją pozycję w oparciu o pracę, obronę warunków życia mas. Kiedy zmienił się rynek, liderzy lewicy musieli zweryfikować swoje stanowiska. Ważniejsze od obrony miejsc pracy jako takich stało się chronienie swojego przemysłu przed obcym. Nowy kapitalizm rozbił starą międzynarodówkę. Zero-jedynkowy układ: lepiej wejść w porozumienie z naszymi kapitalistami, niż układać się z obcymi. To spowodowało utratę wiarygodności. I dziś lewica z kwestii socjalnych przeszła na światopoglądowe, bo to jest bezpieczniejsze. Łatwiej mówić o ochronie środowiska, związkach jednopłciowych, feminizmie niż o kwestiach stosunków pracy. Ekonomia nie sprzedaje się tak dobrze.

Po prostu nie pojmuję, jak ktoś może to kupić. Że młodemu lewicowcowi bliższy jest los walenia niż głodne dzieci z socjalnego osiedla.
– Ale to nie jest do końca alternatywa – może to jest koniunkcja. Może ludzie wrażliwi na los walenia opiekują się także głodnymi dziećmi z osiedla – tego nie wiemy. Nie możemy budować takich opozycji i uogólnień. Jest pani wychowana w starym systemie, w ramach instytucji typu naród, państwo, rodzina. Młodzi nie myślą już w tych kategoriach. Stracili nie tylko poczucie buntu, co jest reakcją przeciwko formom zbiorowym, lecz także rozeznanie w zawiłościach współczesnego świata ekonomii. Nie bardzo nawet wiadomo, przeciw komu lub czemu konkretnie mieliby się buntować. Kto właściwie jest właścicielem firmy, która im płaci grosze? Kapitał przepływa, zmienia właścicieli, trudno go zlokalizować. Państwo wycofało się z roli regulatora kapitału, wciąż daje do zrozumienia, że nic nie może, bo brakuje mu środków w budżecie. Jeśli nie jestem w stanie tego zmienić, bo mnie to przerasta, wolę olać, skoncentrować się na waleniach albo ociepleniu klimatu – tutaj nikt nie wymaga ode mnie faktycznego działania. Łatwiej, a w dodatku nie trzeba wychodzić z domu, wystarczy kliknąć w ikonkę.

Jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem ważna. Ci młodzi to pokolenie chowane w złotych klatkach. Wożone do szkoły i na zajęcia pozalekcyjne, odbierane przez nianie. Nie kopali nawet w piłkę na swoich podwórkach, nie musieli rywalizować, kto jest ważniejszy w stadzie. Ich rodzice, owszem, zmagali się z kapitalizmem, którego nie znali, ale go osiodłali. A swoje młode chronili przed wszelkim złem. Więc gdyby taki chłopak czy dziewczyna wyszli na ulicę, wzięli udział w jakiejś zadymie i, nie daj Boże, dostali pałą, toby chyba umarli z wrażenia.
– Ale pani mówi tylko o młodzieży z domków, a nie z blokowisk. Ci, zapewniam, wiedzą, jak smakuje uderzenie pałką czy rozkwaszony nos. Sprawą dyskusyjną byłoby teraz określenie, których jest więcej. Jednak wydaje mi się, że nie w tym problem. Ważniejsze jest, że ci z lepszych i gorszych domów mają jedną wspólną rzecz: od rzeczywistości mogą uciec w internet. Tam mogą być tym, kim chcą. Zmienić tożsamość, wejść do świata, o którym marzą. Ekran jest bezpieczniejszy niż podwórko z trzepakiem, gdzie leje się prawdziwa krew. Jedna z moich studentek napisała pracę o podwórkach krakowskich. Badała je, dotykała ich. I wyszło jej, że tylko jedno zachowało swoje stare funkcje: miejsca, gdzie dokonuje się prawdziwa socjalizacja, gdzie trzeba walczyć o wpływy, być w czymś realnie lepszym. Pozostałe, nawet jeśli jest na nich zjeżdżalnia i trzepie się wciąż dywany, przestały być enklawami, na których młodzi ludzie mogą społecznie dorastać. Jeśli nawet tam się bawią, to pod czujnym okiem rodziców. Więc jedyną przestrzenią wolności jest dla nich środowisko sieciowe. A to już nie to samo.

Więc się obawiają starcia z rzeczywistością. I potem mówią, tak jak ci złapani w sondach ulicznych, że buntowanie się nic nie daje, ba, nie opłaca się. Jest przeszkodą, niepotrzebnym przystankiem w drodze do kariery zawodowej, którą mają nadzieję zrobić. Buntownicy nie odnoszą przecież sukcesu.
– Oni dali sobie to wmówić, że taka grzeczność, spolegliwość jest lepsza niż płynięcie pod prąd. Pewnie nie wiedzą, że liderzy rewolty z 1968 r. porobili wielkie kariery, co im potem zresztą wyrzucano. Tak samo zresztą jak solidarnościowi dowódcy transformacji z 1989 r. Przecież to oni, w różnych konfiguracjach, są przy władzy. Prawdą jednak jest, że dotyczy to liderów. Reszta jest żywym przykładem na stare porzekadło, że rewolucja pożera swoje dzieci. Niemniej taka ekonomizacja życia, kiedy to zamiast zadawać sobie pytania egzystencjalne, wszystko przelicza się pod względem kosztów i zysków, jest trochę przerażająca. Życie zamienia się w projekt, dla którego piszemy scenariusze, planujemy je, optymalizujemy, a kapłanów zastępują trenerzy, częściej zwani coachami. Następuje pragmatyzacja rozwoju, często prowadząca w ślepą uliczkę. Ale muszę, po prostu muszę znów zrobić tu zastrzeżenie: my na tę młodzież tak najeżdżamy, a przecież nie cała jest taka. To wprawdzie główny trend, ale jest mnóstwo osób zaangażowanych, robiących dobre rzeczy dla innych.

Obojętna, zadowolona większość nadaje ton. Kiedy czasem oglądam jakiś blok reklamowy, mam wrażenie, że społeczeństwo składa się z młodych kobiet i mężczyzn o twarzach rozjaśnionych uśmiechami, przybijających sobie piątki.
– I wszyscy mają być tacy jak oni. Ten przekaz to pewnego rodzaju przemoc symboliczna, ale działa. I o to chodzi. Po co koncernom buntownicy w podartych spodniach? Robiłem kiedyś badania rynkowe i wyszło z nich, że kobiety do 25. roku życia kupują nowe płaszcze raz, dwa razy do roku, a starsze co kilka lat. Więc nic dziwnego, że na młodzież idzie zmasowana siła przekazu tej nowej ideologii.

Mówiliśmy o wielkich koncernach, o politykach. Zastanawiam się, jaka jest tutaj rola szkoły.
– Szkoła powinna uczyć aktywności i takiego obywatelskiego patriotyzmu, który każe pytać siebie „co ja jestem w stanie zrobić dla ojczyzny”, wpajać podejście pozwalające łączyć indywidualizm z pracą dla wspólnoty obywatelskiej. A że robi to coraz słabiej, to inna historia. Też dała się zarazić nową ideologią, teraz wyznaje kształcenie merytoryczne, ważniejsze niż normy są punkty w testach, nie ma pieniędzy, brakuje czasu.

Więc znikąd nadziei? Przybijmy piątkę, zjedzmy batonik i pooglądajmy telewizję na pocieszenie. Zapomnijmy o sprawie.
– Nie przesadzajmy, to krytyka zaczyna proces destrukcji. A to nasza powinność – ludzi mediów i ludzi nauki – aby rozumieć pewne zjawiska, dociekać ich podstaw, ukrytych założeń i ujawniać te procesy innym. Poza tym dwadzieścia lat, które minęły od naszej transformacji, choć w życiu jednego człowieka to dużo, w historii to zaledwie mgnienie oka. I ja bym stawiał nie na to, tylko na następne pokolenie, zapewne romantyków, które zbuntuje się przeciwko zastanemu światu swoich pragmatycznych rodziców.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Andrzej Bukowski – dr hab. socjologii, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się socjologią władzy i polityki, zagadnieniami demokracji lokalnej. Interesuje go socjologia miasta, ruchów i ideologii miejskich. Jest autorem m.in. książki „Region tradycyjny w unitarnym państwie w dobie globalizacji. Przypadek Małopolski”. Obecnie bierze udział w projekcie w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego „BRing. Nauki społeczne dla gospodarki”, realizowanym przez Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie

Czytaj więcej na http://praca.interia.pl/news-mlodzi-polacy-wpadli-w-pulapke,nId,1066325?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Janusz Kaniewski: już zaprojektowaliśmy przyszłość

Niezły gość nie dość że zrobił taką karierę to jeszcze opowiada o takich rzeczach które mi się w głowie nie mieszczą 😛 koniec motoryzacji, dlaczego nie wprowadza się świateł laserowych i inne nowinki :D. Warto poczytać.
Janusz Kaniewski i jego projekt futurystycznej szpilki z klocków LEGO. Janusz Kaniewski i jego projekt futurystycznej szpilki z klocków LEGO. (Materiały prasowe wydawnictwa Bosz)

Współtworzy nowe modele Ferrari, inspiracji szukając np. w rosyjskiej mafii. Wie, kiedy skończy się era samochodów i co będzie potem. Wymyśla buty, w których Hermann Maier zdobywa tytuł mistrza świata. Projektuje stadion dla satrapy i lodowe organy dla Watykanu. I żyje na co dzień w 2028 albo 2033 r.

PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK SIĘ SKOŃCZY ERA SAMOCHODU

Dariusz Fedor: – Daję Panu siedem dni, żeby zmienił Pan świat. Od czego Pan zaczyna?

Janusz Kaniewski*: – Może nie zabrzmi to zbyt politycznie poprawnie, ale szukam mądrych kobiet, a facetów odsuwam trochę od władzy

To łatwizna. Ja pytam o co innego: ma Pan pieniędzy w bród, pełnię władzy…

– W siedem dni nie dam rady. Potrzebuję lat. Stawiam wszystko na edukację. Bo co z tego, że my teraz sobie coś powymyślamy, porobimy plany długofalowe, skoro nasze idee w życie będą wprowadzać i tak ci, których jeszcze nie ma albo którzy dopiero poszli do przedszkola. Ważne jest to, jakie pomysły my teraz im zaszczepimy.

Designer to ktoś, kto ma takie pomysły?

– To na pewno nie ktoś taki, kto się lansuje po klubach – bo takie, zdaje się, jest powszechne wyobrażenie w Polsce. Designer to wizjoner. Ktoś, kto już wie, że np. kończy się era samochodów. A to oznacza, że wszystko trzeba na nowo przemyśleć – np. w urbanistyce, bo ulice takie, jakie są teraz, już nie będą potrzebne. W organizacji przestrzeni, bo inaczej będzie funkcjonować całe miasto. Kto uwzględni nie tylko nowe potrzeby, ale też zmiany w mentalności. Dlatego moim ulubionym serwisem jest Kwejk.pl. Ja z niego już teraz wiem, jaki będzie świat niedalekiej przyszłości, kim będą moi sąsiedzi, z którymi będę mieszkał, kiedy już będę stary i pierdołowaty…

To w którym roku Pan zawodowo żyje?

– Ja myślę jakieś 15-20 lat do przodu, czyli w pracy mam teraz lata 2028-2033 mniej więcej. I tak żyję od dawna. Jak w 2007 r. projektowałem jeden z najpopularniejszych w Europie samochodów japońskich (proszę wybaczyć, nazwy ujawnić nie mogę), to jednocześnie robiliśmy lifting całej rodziny tej marki na lata 2016-2018.

Czy to znaczy, że Pan już wie, jak ów „jeden z najpopularniejszych w Europie samochodów japońskich” będzie wyglądał w 2016 r.?

– Tak.

To proszę go opisać specjalnie dla czytelników „Logo”.

(Długie milczenie) – To auto będzie… będzie wyglądać tak jak dziś.

…i?

– Wie Pan, wszystkie firmy samochodowe mają już rozpisany scenariusz, jak które auto będzie wyglądać aż do końca ery samochodowej. Ale ja już więcej powiedzieć nie mogę.

Aha, czyli na pewno wiemy tyle, że w 2016 r. ten model jeszcze jest. A rodzaj napędu? Silnik? Hybryda? Elektryka? Może jakaś zimna fuzja?

– Nie, silnik lepszy, owszem, ale wciąż spalinowy.

Dlaczego?

– Bo dopóki jest ropa, nic się zmieni. Tylko ceny paliwa będą rosły. A skoro najlepiej się zarabia na największych, paliwożernych autach, to nikt się nie wychyli, żeby to zmienić. Firmy śledzą nowinki, skupują patenty i chowają je pod dywan, na czarną godzinę.

A czarna godzina kiedy?

– 2030-35 rok.

Wtedy skończy się ropa?

– Skończy się ropa i skończy się stal. I skończy się historia samochodu w formie, w jakiej go znamy. Zwiastuny schyłku już są: to wyścig, kto będzie bardziej arogancki i kto komu podkupi markę. Bo to, co się ostanie, to będzie marka. Nie przedmiot, nie fabryka. Fabryki to by się każdy najchętniej pozbył. Właśnie marka. Bo pod marką można produkować telefony, zegarki, model. Cokolwiek.

To dlatego Chińczycy kupują Saaba?

– Tak.

Hindusi Land Rovera i Jaguara?

– I wszystkie inne angielskie marki.

Jakie marki się ostaną?

– W Europie?

Tak. Fiat? Volkswagen, Audi, BMW? Renault? Rolls-Royce? Volvo?

– Nie, Rolls to poleci na pewno. Może Volkswagen, Alfa Romeo – jeśli będzie połączona z Maserati, są takie plany. Natomiast te najbardziej luksusowe to raczej nie.

Skoro coraz mniej tej stali i ropy i wszystko coraz droższe, to może pora na inne materiały?

– A po co? Przecież najwięcej i tak zarabia się na tradycyjnych. Dlatego najbardziej opłaca się projektować i produkować jak najdrożej. Ot, weźmy taki reflektor samochodowy. 20 lat temu kosztował równowartość 20 euro, teraz – 400 euro.

To ile będzie kosztował za 20 lat?

– O, dużo więcej.

I cały czas będzie potrzebny?

– Tak.

A postęp? Długowieczne światła ledowe już są.

– To nie takie proste. U nas pojawiły się już ledowe, ale na rynkach wschodzących, które teraz napędzają motoryzację – Chiny, Indie, Brazylia itp. – hitem są dopiero halogeny. Technologie muszą zrobić kółeczko wokół świata, zaliczyć wszystkie regiony i dopiero jak znudzą się wszędzie, można wprowadzać nowe. Dopóki tam są halogeny, nikt nie obniży ceny ledowych. A po drodze są jeszcze ksenony…

Audi ma np. w pełni gotową technologię świateł laserowych, tylko co z tego? I tak ich nie wypuści, dopóki nie zamortyzują się ledowe u nas, a ksenony i halogeny w Bangladeszu.

Dla mnie to pomyślna wiadomość – mam dobry samochód, nie chciałbym się szybko go pozbywać – a części zamienne do niego długo jeszcze będą.

– Ja też mam 25-letniego mercedesa i bardzo dobrze mi służy.

A jeśli znienacka pojawi się jakiś geniusz czy wariat, który powyciąga niezwykłe technologie z sejfów, te, które miały być ujawnione za 30 lat, i zacznie się nowy świat? Taka czarna godzina – teraz? Jakie te nowinki będą? Jak to będzie wyglądało?

– OK, zacznę od przestrzeni. W Europie obecnie wyceniany jest metr kwadratowy, a nie metr sześcienny. Można więc zbudować wóz Drzymały i codziennie przestawiać go w inne miejsce. Ale przyjdzie czas, gdy zacznie być wyceniana przestrzeń. Wtedy transport przeniesie się na wysokość pierwszej-drugiej kondygnacji. Bo najcenniejszej przestrzeni – na poziomie 0 – tej prawdziwej, na przemieszczanie się będzie szkoda.

Będą napowietrzne taksówki? Jak w „Piątym elemencie”?

– Nie, to bez sensu. Sens mają ruchome chodniki. One suną z prędkością 5-7 km na godz. i to jest prędkość zbliżona do tej, z jaką teraz, w korkach, jadą po mieście samochody. Taki będzie transport zbiorowy. Ta zmiana będzie rozłożona w czasie, stanie się tak jak z transportem wodnym. Jeszcze 100 lat temu obowiązywał cały ten etos: kapitan z brodą i fajką, nabrzeża, knajpy, burdele. A teraz – anonimowe pływające miasta, na nich bardziej anonimowi robotnicy niż marynarze. I – jako uzupełnienie tego transportu zbiorowego – luksusowe jachty. Z samochodami będzie tak samo. Transport zbiorowy – szybkie koleje nad- i podziemne, ruchome chodniki w metropoliach, i dla nielicznych – luksus podróżowania indywidualnego.

Czyli? Ferrari? Będą jeszcze?

– Będą, ale nie będą musiały jeździć. Będą takimi rzeźbami. W zeszłym roku w trzech europejskich uczelniach: Istituto Europeo di Design w Turynie, Royal College of Art w Londynie, Fachhochschule w Pforzheim, przeprowadzono symulację rozdzielenia projektów. Konkluzja była następująca: marka samochodowa nie musi produkować fizycznie jeżdżącego auta. Jeden z projektów był taki: ktoś z Bliskiego Wschodu kupuje markę Bentley i produkuje bentleya, który nie jeździ, tylko jest kominkiem w kształcie samochodu.

To kuriozum dla pięciu osób.

– Nie, to zadziała! Jaką mam przyjemność z posiadania ferrari, którym przyjadę i nie mam gdzie zaparkować? Przyjemność to kluczyki od ferrari – za 100 tys. euro, numerowane. Mogę wejść do drogiego baru w Tokio, położyć je na ladzie obok ładnej laski i powiedzieć do barmana: „Proszę to, co zwykle”. Ona na mnie poleci tylko dlatego, że mam te kluczyki.

A nie trzeba jej potem pokazać ferrari?

– Nie, bierzemy taksówkę.

Tylko po co te kluczyki za 100 tys., skoro kupi Pan takie same u Chińczyka za pięć?

– Mądrą rzecz powiedział mi kiedyś facet z London School of Economics, że najwięcej zarabia się na zarządzaniu ryzykiem. Jeśli ktoś sprzeda mi pewność, że ta laska na mnie poleci, to ja kupię tę pewność za każde pieniądze. Nie trzeba produkować całego tego hardware’u, wystarczy software, przyjemność.

A czy potrafiłby Pan odmówić sobie przyjemności zasiadania za kierownicą ferrari?

– Ja nie, bo jestem z takiego pokolenia, ale dzisiejsi 12-latkowie… Ci z wirtualu… Mamy z projektantami z kilku krajów, którzy zajmują się kształceniem studentów, takie nieformalne stowarzyszenie pod nazwą Extreme Mobility. Są tam m.in.: Chris Bangle, który projektował dla BMW, Mark Robinson, znany z Lancii, i Paolo Trevisan, szef studia Pininfarina Extra. Co roku spotykamy się i analizujemy najciekawsze pomysły naszych studentów. Stąd te wizje i transportu miejskiego, i roli marek. 20 lat do przodu. Ciekawe, że pojawia się coraz więcej projektów służących oddzieleniu się od społeczeństwa. W zeszłym roku student zaprojektował audi, ale nie samochód, tylko miejsce. Audi to jest marka arogancka, mówiąca: ja jestem lepszy niż ty. On tę przyjemność bycia lepszym chciał dać w ten sposób, że stworzył miejsce, w którym nie ma zasięgu telefonu, nie ma internetu, nikt mnie tam nie znajdzie, ja sobie kupuję godzinę takiego komfortu, że jestem nieosiągalny. Zatem transport zbiorowy dla wszystkich, a dla bogatych ferrari, bentleye itd.

Jeżdżące czy kominki?

– I takie, i takie. A jak dać tym niezamożnym możliwość podrożowania bez oglądania i wąchania innych ludzi? Nie wiem.

Janusz Kaniewski
Jedna z wizji Janusza Kaniewskiego dla komunikacji indywidualnej za 20 lat.
Fot. wydawnictwo Bosz

PRZESZŁOŚĆ, CZYLI PO CO SATRAPIE DWA STADIONY

Pininfarina i ferrari – to dla mnie dwa słowa klucze do określenia Pana osoby. Jaką szkołę trzeba skończyć, żeby znaleźć się w klubie projektantów ferrari?

– Kluczem jest konsekwencja. Kiedyś sobie wymyśliłem, że będę tam pracował, i bardzo konsekwetnie do tego dążyłem.

To sięgnijmy głębiej. Pamięta Pan swoją pierwszą zabawkę?

– Pewnie, model Fiata 125. Moje pierwsze wspomnienie też jest samochodowe. Miałem ze trzy lata. Bawiłem się z siostrą i rozbiłem sobie głowę. Do szpitala byłem wieziony samochodem – to był duży fiat 125p. Siedziałem u taty na kolanach i z bardzo bliska patrzyłem na detale: grzybek do otwierania drzwi, korbkę do opuszczania szyby, pikowaną tapicerkę z dermy. Wiśniowy duży fiat – to moje pierwsze wspomnienie. Nie mama, nie tata, ale ten fragment samochodu. Z rok później narysowałem pierwsze auto.

Pierwszy projekt?

– Można tak powiedzieć. Bo to był przekrój samochodu: w środku siedzą ludzie, na zewnątrz deszcz, w środku nie pada. Jak miałem 5-6 lat, poszedłem z tatą na wystawę. Stał tam samochód… Wiele lat później odszukałem informację jaki: to było volvo 480. Chyba wtedy poczułem, że chcę być projektantem. Od tamtej pory konsekwentnie uczyłem się przedmiotów ścisłych, rysowałem samochody, nie uczyłem się niczego innego. Później liceum – językowe, by się nauczyć języków, by móc wyjechać, potem architektura w Warszawie.

Po dwóch latach, jak się nauczyłem wszystkiego, co mi było potrzebne – budownictwa np. nie potrzebowałem – poszedłem na chwilę na wzornictwo przemysłowe, by się upewnić, że w Polsce nie da się projektować tego, co mnie interesuje (po miesiącu już wiedziałem, że się nie da). Złożyłem papiery do trzech szkół: w Szwajcarii, we Włoszech i w Stanach. Wybrałem Włochy. Był rok 1997, gdy znalazłem się w Turynie – nie po to, by sobie tak postudiować. Postanowiłem, że zrobię wszystko, by przez dwa lata ludzie z Pininfariny mnie zauważyli.

I zauważyli?

– I zauważyli, i wzięli.

Tzn. chodził Pan tam za nimi, stukał do drzwi?

– Nie.

Tak po prostu? „Chciałem, żeby mnie zauważyli, i mnie zauważyli”. No, ale jakim cudem?!

– Bo ja jestem potwornie uparty. Założyłem sobie, że będę najlepszy na roku i byłem. Mój wykładowca był jednocześnie szefem studia w Pininfarinie, zaproponował mi staż, po stażu dostałem propozycję pracy. I zaczęło się. Robiłem tam przedziwne rzeczy, bo Pininfarina to nie tylko ferrari. Np. stadion dla pewnego północnoafrykańskiego państwa, w którym do niedawna rządy sprawował dość popularny w Europie, a we Włoszech zwłaszcza, dyktator. A tak naprawdę – dwa stadiony. Jeden na 60 tysięcy, oficjalnie zamówiony przez to państwo, przez satrapę. I drugi prywatnie, przez jego syna, który grał wtedy w piłkę w Perugii.

I potrzebował mieć swój stadion, żeby się miał gdzie pokazać?

– Tak, na 20 tysięcy widzów. Architektem był Francesco Ossola, który projektował stadion dla Juventusu. Ja robiłem wizualizację. Dzień przed prezentacją, właściwie noc przed prezentacją, na którą Ossola leciał do Afryki, uświadomiłem sobie, że jeszcze mi czegoś brakuje. Jakiegoś aspektu patriotyczno-romantycznego. W nocy pojechałem na dworzec kolejowy w Turynie, gdzie się kręcili różni imigranci arabscy. I ściągnąłem z internetu ileś tekstów, które miały krótkie wersy, wyglądały mi więc na poezję. Bo pomyślałem, że na okładkę tej wizualizacji dam wiersz.

Po arabsku, którego – jak rozumiem – Pan nie znał.

– Kompletnie. Zaczepiłem pod dworcem jakiegoś chłopaka i poprosiłem, żeby tłumaczył. Pierwszy to była instrukcja obsługi pralki. Drugi – kontrakt małżeński: ojciec sprzedawał córkę jakiemuś tam panu młodemu. A trzeci to był prawdziwy wiersz, z orłem latającym nad pustynią i tak dalej. Chłopak mi to przetłumaczył za dwa opakowania szlugów, później jeszcze po drugiej stronie dworca kazałem to przetłumaczyć jakiejś babce, żeby się upewnić, że mnie nie wkręca, i o 7 rano Ossola z tym poleciał. Prezentacja się spodobała i oni ten stadion postanowili robić. Ale jak opowiedziałem Paolowi Pininfarinie o mojej nocnej akcji, to tylko westchnął: „Boże, Kaniewski, z tobą to po prostu się nie da wytrzymać”.

Kto to dla Pana jest Pininfarina?

– Potęgę rodu Pininfarinów stworzył dziadek Paola, Battista. On się jeszcze nazywał Farina.

Farina czyli mąka?

– Tak. A pinin to po piemoncku junior. Battista założył firmę i dorobił się majątku i renomy. Gdy jego syn Sergio przejął firmę, to się mówiło, że on jest pinin Farina, czyli Farina junior. Sergio to dla mnie mistrz. On był najzdolniejszy. W pewnym momencie stał się bardziej sławny niż Battista i zwrócił się do prezydenta Włoch o zmianę nazwiska. O zezwolenie na dopisanie tego pinin do Farina. I tak pojawiło się nazwisko Pininfarina.

Miał troje dzieci: Paolo zajmował się projektami nietypowymi, jak te afrykańskie stadiony. Albo jeszcze bardziej od czapy: lodowe organy na Antarktydzie dla Watykanu na dwutysiąclecie chrześcijaństwa. Ten plan, choć był całkiem zaawansowany, w końcu nie został realizowany. Andrea prowadził część samochodową. A Lorenza, wnuczka Battisty, córka Sergia, siostra Paola, to był kwiatek do kożucha. Andrea zginął w wypadku samochodowym jakieś pięć lat temu. Jechał skuterem i wpadł pod samochód. Sergio umarł w zeszłym roku, no i Paolo prowadzi teraz całą firmę.Materiały prasowe wydawnictwa Bosz
Na zdjęciu Ferrari 458 Italia. Janusz Kaniewski zaprojektował już wnętrze dla jego następcy, który trafi do sprzedaży w 2016 r. Fot. wydawnictwo Bosz

TERAŹNIEJSZOŚĆ, CZYLI AGRESJA AUTA

Jakbym teraz wsiadł do nowego ferrari, tobym dotknął czegoś „design by Kaniewski”?

– Nie, teraz nie. Dopiero w 2016 roku, bo ja robię następcę modelu 458, jego wnętrze. To jeszcze trzy lata.

Dobra, zbiorę pieniądze. A co to znaczy „robię wnętrze”?

– Projektuję kierownicę, deskę rozdzielczą, fotele, boczki.

Materiały, kolory?

– No i kształt przede wszystkim.

Kierownica, to wiadomo, jaki będzie miała kształt. A reszta?

– Chyba… Musiałbym

(mierzymy się wzrokiem)

– OK, powiem. Inspiracją jest ruska mafia. Lufy pistoletów skierowane w kierowcę.

Nie!

– Naprawdę!

Jak to?!

– Przysięgam!

Dobra, czyli Ferrari 2016 roku jest robione pod ruską mafię?

– Tak. Bo to największy rynek jest. Rosja. I Chiny.

Ale zaraz, moment. Jak te lufy są skierowane? Z kierownicy?

– Nie, to są wyloty powietrza.

A! I one mierzą w kierowcę?

– Tak.

No to perwersja. Polubią to? Polubią.

– Ci ludzie, którzy teraz mają po 20 lat i są bandytami, w 2016 roku będą próbowali się legitymizować, zakładać legalne interesy…

No tak, bo dzieci. A te dzieci trzeba będzie kształcić w dobrych szkołach.

– …ale wspomnienia będą mieli.

Sentyment?

– Tak, sentyment. Takie założenie przyjąłem.

Fajnie, czyli lufy w kierowcę i co jeszcze? Kolor jaki?

– Czarny i srebrny. Ale generalnie bardzo mało materiałów. Opięta skóra, tak jak kurtka…

…na bicepsach?

– Tak. I na muskularnej klacie. Dosyć toporny design i arogancki względem pasażera. Zdecydowanie wszystko skierowano na kierowcę. Laska, która siedzi obok kierowcy, nic nie dostanie.

Czyli co? Ma gorszy fotel? Nawiewu nie ma?

– Właśnie ten nawiew jest biedniejszy, taka po prostu pusta dziura.

Ale za to pewnie jakoś tak siedzi, żeby nogi miała pod brodą, żeby… Już sobie wyobrażam, jak ta laska długonoga tam siada. A w takim samochodzie to z nogami nie bardzo wiadomo, co zrobić.

– Nie, to jest tak pomyślane, jakby jej tam właściwie nie było. Zdecydowanie orientacja na kierowcę.

Z zewnątrz też jej nie widać specjalnie? Kierowca – pan i władca – a ona u podnóżka?

– Tak. Słowem kluczem do tego projektu była arogancja. Mieliśmy wewnętrzną prezentację i wygrał projekt, który się konkretnie nazywał „Ruska mafia”. Zresztą prawdopodobnie Porsche Cayenne było robione z podobnym założeniem. Myśmy analizowali jego wnętrze, jak tam są porozkładane elementy, i właśnie te nawiewy są skierowane na człowieka w sposób, który podobnie się kojarzy.

To ciekawe, bo ten samochód jest odbierany jako kobiecy i kupowany chyba raczej głównie dla kobiet.

– Bo kobiety nie kupują kobiecych samochodów. Nie cierpią wręcz samochodów zaprojektowanych dla kobiet. Był taki prototyp Volvo, zaprojektowany przez kobiety dla kobiet, w ogóle nie wyszedł poza fazę prototypu. Na badaniach wyszło, że kobiety go nie chcą. Kobietom podobają się męskie samochody.

Duże, silne, ryczące?

– Duże, masywne, agresywne, aroganckie.

Co się jeszcze w samochodach liczy?

– Wyraz twarzy, czyli przód. Robiłem je w dwóch poprzednich Ferrari: w obecnym 458 Italia i w Californii.

Wzoru dla wyrazu twarzy też Pan szukał na Wschodzie?

– Nie, tu działa inny mechanizm. Około 40 proc. decyzji o kupnie samochodu ludzie podejmują na podstawie tego, jak samochód na nich patrzy. To się wydaje naiwnym antropomorfizowaniem, ale działa.

Czyli jak się samochód projektuje, to się myśli przede wszystkim o czym? O aerodynamice? Powiedzmy, że teraz, przy tym stoliku, wymyślamy zupełnie nowy samochód. Od czego zaczynamy?

– Najpierw się projektuje właśnie wyraz twarzy, czyli to, jak ten samochód będzie patrzył.

Musi nawiązać kontakt?

– I to kontakt długotrwały. Bo to nie może być tak, że klient kupi tylko ten jeden samochód. Ja muszę zbudować lojalność z marką. Czyli młodemu człowiekowi firma Mercedes-Benz sprzedaje smarta, troszkę starszemu sprzedaję klasę A, jeszcze starszemu klasę B, C, R i docelowo, jak będzie miał 60 lat, to mu sprzeda eSkę.

A jakie wyrazy twarzy mają najlepsze wzięcie?

– Agresywne, niestety.

U nas, czy wszędzie?

– Nie, wszędzie. Wzorem są bmw, audi… Kia np. świetnie to rozgrywa. A Chińczycy już podkupują projektantów, inżynierów z BMW tylko po to, żeby się nauczyć tak projektować.

Nauczyć się tej agresji?

– Tak. Że źrenice przycięte są od góry, takie spojrzenie spode łba, horyzontalne linie. Japońskie auta mają to bardzo wyraźne.

Kontakt wzrokowy już nawiązany, co dalej?

– Później się projektuje bryłę. Ale to jest jakby mniej ważny element. I można go pominąć, na przykład kupić sobie gotowy projekt.

I tutaj ma znaczenie ta aerodynamika i ta powierzchnia, i kubatura

– Tak, przy czym aerodynamika i bezpieczeństwo to są tematy tylko marketingowe. Jak Pan pamięta, w latach 90. była moda na pokazywanie, ile auto ma gwiazdek NCAP, ile poduszek powietrznych i tak dalej. To był niezły trik reklamowy. Chodziło w nim nie o bezpieczeństwo, tylko oczywiście o sprzedaż.

Poziom bezpieczeństwa nie miał znaczenia?

– Na sprzedaż bezpośrednio nie przekłada się. Co innego moda. Trzeba wykreować modę na bezpieczeństwo i wtedy jest OK. Wcześniej był współczynnik cx – aerodynamika – i wszystkie firmy się chwaliły, kto ma lepszy. 0,29, 0,30, 0,28.

I miało to wpływ na sprzedaż?

– Tylko poprzez marketing. I to jest marketing, ale żeby było śmieszniej, na użytek nawet nie facetów, którzy kupują samochody, bo to głównie faceci kupują, ale na użytek ich żon, które de facto decydują o budżecie domowym. Zdradzę Panu, jaka tu jest strategia. Na przykładzie właśnie reflektorów. Otóż laboratorium zrobiło nam superplastik, który nie matowieje. Czyli można nim zastąpić szkło w reflektorach. I można zmontować reflektor w taki sposób, żeby dało się go naprawić. Nie wymienić, tylko naprawić.

Idziemy z tym do działu marketingu, a tam nam mówią: „Chyba zwariowaliście. Właśnie o to chodzi, że plastik ma zmatowieć, żeby klient miał ochotę go wymienić. I ma się nie dać naprawić, tylko trzeba wymieniać cały reflektor za 400 euro. Zamiast zajmować się głupotami, wymyślaniem nowych materiałów, zajmijcie się tym, jaki trik sprzedać żonie naszego klienta, żeby facet, który chce sobie kupić błyskotkę za 400 euro, mógł wytłumaczyć racjonalność tego wyboru”.

Po kilku tygodniach faceci z laboratorium Boscha wracają i mówią: „Wymyśliliśmy coś takiego: jak samochód hamuje, to przód mu lekko nurkuje, czyli strumień światła się skraca. Dołożymy jeszcze jeden silniczek, dzięki temu będzie się unosił”. Zero funkcjonalności, ale dwa silniczki to już jest 80 euro, super.

I to podnosi sprzedaż?

– Podnosi. Facet może w knajpie kolegom opowiedzieć, że ma taki bajer, a żonie, że „kochanie, kosztowało drogo, ale wiesz…  To jest bezpieczeństwo, jak hamuje – się nie skraca”.

Ściema?

– Ściema. Byłem przy tym, jak w laboratorium General Electric Plastics – jednym z najważniejszych miejsc na świecie – chemicy zrobili plastik do iPoda, który odrzucono, i zastosowali go do Smarta. Apple go nie chciał, wolał lustrzaną powierzchnię. Czemu? Żeby ludzie ją brudzili paluchami i czyścili o spodnie. A od tego się drapała. Po roku telefon był do wyrzucenia. I nikt nie miał pretensji do Apple’a, tylko do siebie, bo to przecież ja podrapałem.

To już wiem, dlaczego on był taki ładny z tyłu. A samochód przyjazny? Uśmiechnięty? Istnieje?

– Passé, nie ma już.

Były takie auta?

– Pewnie. Twingo. Ale to był samochód, który robiła kobieta, Anne Asensio. Nie uchowała się w Renault, a szkoda, bo to była bardzo mądra baba, która mogłaby naprawdę sporo namieszać w samochodach. Jej Twingo było kompletnie poza kanonem, trochę tak jak Fiat Uno kiedyś. Po 10 latach produkowania klienci w dalszym ciągu nie chcieli nic innego, tylko ono się cały czas dobrze sprzedawało.

No dobrze, a te Mini Morrisy, Fiat 500?

– Było, minęło. W latach 90. się skończyło.

To ja już wiem, kto jest odpowiedzialny za agresję na polskich drogach. Projektanci.

– Arogancja. Samochód musi być arogancki.

Samochód kształtuje świadomość?

– No, niestety tak.

h
Nowy fotel projektu Janusza Kaniewskiego, który przez najbliższe dwie dekady będzie produkowany dla superszybkich, europejskich kolei. Fot. wydawnictwo Bosz.

NA CZAS, CZYLI RZEMIEŚLNIK I ARTYSTA

Słucham Pana z narastającym zdumieniem. Bo Pan mówi z dużą pasją o wszystkim. A ja cały czas się zastanawiam, na czym właściwie ta Pańska profesja polega. Artysta to jest przecież taki ktoś, kto zajmuje się tworzeniem. Rzemieślnik to ktoś, kto zajmuje się odtwarzaniem. A Pan jest właściwie artystą, czy rzemieślnikiem?

– W pół drogi. Na tym polega rzadkość tego zawodu.

A może to jest misja?

– Nie, to jest po prostu zawód, którego przez cały ten zasrany PRL nie było i myśmy musieli się go nauczyć od początku. To jest w pół drogi między tym a tym.

Ale to jest tak, że raz się jest bardziej artystą, a raz bardziej rzemieślnikiem, czy też okrakiem idzie Pan przez życie?

– Designer jest jak piekarz. Musi robić dobry chleb na czas.

To ważne: że trzeba być na czas, że trzeba się wstrzelić.

– Tak, mnie nie wolno być artystą, który strzeli focha i powie: „Przepraszam, ale nie miałem natchnienia twórczego”.

Jak przychodzi czas na to właśnie, co trzeba zrobić, to musi być zrobione, bo inaczej traci się i sens, i pieniądze?

– Ogromne pieniądze klienta, który jeszcze będzie się domagał odszkodowania.

Czy w Polsce są perspektywy dla designerów?

– Ogromne. Gdy pięć lat temu przyjechałem do Polski, to się poczułem jak drwal, który wchodzi do lasu i mówi: „Boże, tu jest tyle drzew do zrąbania”.

Jak byłem w Indiach, to zwróciłem uwagę, że tam marki są przeróżne, głównie miejscowe. I dużo sklepów firmy Bata. Zapytałem zaprzyjaźnionego Hindusa, dlaczego akurat Bata? Odpowiedział anegdotą: „Zaraz po odzyskaniu niepodległości przyjechali do nas przedstawiciele wielkich firm obuwniczych, żeby zobaczyć, co mają do zwojowania. Rozejrzeli się i stwierdzili: wszyscy chodzą bez butów, nie mamy tu nic do roboty. I wyjechali. A przedstawiciel Bata się rozejrzał i oświadczył: „O, tu wszyscy chodzą bez butów, mamy masę roboty”. Trochę tak w tej naszej Polsce teraz jest, że wszyscy chodzą bez butów. Pan się bierze do roboty, panie Kaniewski!

*Janusz Kaniewski – Urodził się 30 marca 1974 r. w Warszawie. Ukończył wydział projektowania środków transportu w Istituto Europeo di Design w Turynie. W latach 1999-2001 pracował w studiu Pininfarina w Cambiano, z którym współpracuje do dziś. Od 2003 projektuje dla Ferrari, a także dla Lancii, Alfa Romeo, Citroena, Suzuki i Hondy.

Jest współautorem aktualnego logo koncernu Fiat, opakowań papierosów Marlboro i butów   narciarskich Lange, zaprojektował m.in. Stację Benzynową Roku 2012: Orlen, Grunwaldzka 76 w Gdańsku, szklankę piwa Żywiec, a także fotele kolejowe do wielu linii europejskich.

W 2011 r. drugi w rankingu najbardziej innowacyjnych przedsiębiorców w Polsce („Forbes”).

Janusz Kaniewski, design

Nakładem prestiżowego wydawnictwa Bosz ukazał się 18 października album zatytułowany „Janusz Kaniewski. Design. Wykłady i rozmowy o projektowaniu przyszłości”.

http://www.logo24.pl/Logo24/1,125389,15000239.html

Samotnia

Bardzo fajne schronisko w Karkonoszach i na szczęście udało się zachować dotychczasowy klimat kot ni był niech się koniecznie wybierze

Nie dadzą rady, chyba że podniosą ceny, zakażą turystom przynoszenia jedzenia i będą kasować za wszystko, nawet za wrzątek i pamiątkową pieczątkę. A tego zrobić nie mogą. Wyroku na Samotnię więc nie podpiszą, trzeba się będzie ze schroniska wynieść. A może jednak jakoś dadzą radę?
Zaduch można przywlec na górę, lecz nie jest to łatwe. Z reguły wydobywa się z zamkniętych jeszcze na dole plecaków. Magda przywozi go trochę swoim terenowym autem. Żeby było go jak najmniej, wsiadając na dole, zamyka drzwi i okna oraz wyłącza klimatyzację. Na górze pod schroniskiem, gdy gasi silnik, otwiera szybkim ruchem drzwi. W twarz uderza ostre górskie powietrze, kręci się od niego w głowie. Zaduch ulatuje, rozcieńcza się, wkrótce nie ma po nim śladu. Nie on tu rządzi. Dopiero wtedy człowiek uświadamia sobie, czym do tej pory oddychał. To uczucie uwolnienia jest groźne. Można się od niego uzależnić.

1.

– Miała jechać moja siostra, ale złamała nogę, więc pojechałam ja. Nie chciałyśmy, by nam przepadło skierowanie na ten obóz. Strasznie trudno było je zdobyć – mówi Sylwia Siemaszko. – Kto wie, jak by się to wszystko potoczyło, gdyby nie ten przypadek.

Jest rok 1961, Sylwia mieszka w Poznaniu, ale każdą wolną chwilę spędza w górach. Najbliżej są Karkonosze. Tamtej zimy w zastępstwie kontuzjowanej siostry przyjeżdża na obóz narciarski do schroniska Pod Łabskim Szczytem. Jednym z GOPR-owców jest tu Waldek Siemaszko. Zaprzyjaźniają się, spędzają ze sobą coraz więcej czasu.

– Gdy obóz się skończył, zaprosiłam go do Poznania. Ale on bez tych gór i GOPR-u nie mógł żyć. Więc przyjechał parę razy, ale w końcu to ja zaczęłam przyjeżdżać tu. Któregoś razu zostałam.

Przez kilka pierwszych lat mieszkają w Cieplicach, potem opiekują się schroniskiem w Szklarskiej Porębie. W końcu dostają propozycję objęcia któregoś ze schronisk w górach. Decydują się na Samotnię. W 1966 roku przeprowadzają się nad Mały Staw. Mają szczęście, bo rok później schronisko na Polanie Bronka Czecha doszczętnie spłonie i nigdy nie zostanie odbudowane.

Samotnia jest w fatalnym stanie i wymaga remontu. Waldek staje na głowie, wśród znajomych załatwia blachę, gont i cement. Zmienia ogrzewanie na olejowe, buduje ekologiczną oczyszczalnię ścieków. Cudem udaje mu się załatwić kanadyjski skuter śnieżny. Uwija się jak w ukropie od rana do nocy. Sylwia pracuje w biurze, dogląda kuchni, pilnuje porządku. W tym czasie rodzi się Magda.

W 1968 roku w pobliskim Białym Jarze schodzi jedna z największych udokumentowanych lawin w polskich górach. Waldemar Siemaszko jako jeden z pierwszych ratowników dociera na miejsce. Spod zwałów śniegu wyciągają 17 ciał. Dwa następne znajdą dopiero wiosną.

Sylwia Siemaszko: – Po Białym Jarze opętało go to, zaczął się douczać, pojechał do Davos na specjalne szkolenie. Kilka razy dziennie sprawdzał śnieg, temperaturę, wilgotność. Od tamtej tragedii to on był w karkonoskim GOPR-ze odpowiedzialny za wydawanie komunikatów lawinowych. Przez cały ten czas w rejonie Karpacza nikt nie zginął w lawinie.

2.

Kronika Samotni to trzy duże, oprawione w sztuczną skórę zeszyty. Gdzieś między wierszykami uczniów o Samotni a peanami zakładowych wycieczek są też wpisy Waldemara Siemaszki. Zawsze tym samym charakterem pisma, oddzielone od innych czerwoną kreską. Lakoniczne. Proste:

7 stycznia 1970 – do schroniska dojeżdżają tylko ciągniki.

14 stycznia 1970 – lawina w rejonie Wielkiego Żlebu. Przez 9 godzin przebywał pod śniegiem M.P. z Nowego Dworu.

4 maja 1970 – zeszła lawina w Białym Jarze.

6 lipca 1970 – wypadek małżeństwa K.

I tak do 1994 roku. Potem już tylko duże czarno-białe zdjęcie i wycinek z gazety: „Zginął człowiek legenda”.

Sylwia Siemaszko: – To było w tłusty czwartek, jechali na dół UAZ-em, droga była oblodzona. Kawałek za Wangiem pod koła wjechało im dziecko na plastikowym jabłuszku. Boguś, nasz kierowca, odbił w lewo, auto spadło z kilkumetrowego nasypu. Nikomu właściwie nic się nie stało, tylko Waldek złamał nos.

Lekarka, która przyjeżdża karetką do wypadku, jest pijana, nie jest w stanie pomóc w prostym urazie. Waldemar Siemaszko dławi się własną krwią. Sprawa rozchodzi się po kościach, winnych nie ma. Zaduch.

3.

Na pogrzebie przemawia Jerzy Pokój – przyjaciel Waldemara Siemaszki, ówczesny naczelnik karkonoskiej grupy GOPR-u, a potem przez kilka lat prezes spółki Sudeckie Hotele i Schroniska PTTK, radny sejmiku dolnośląskiego i „szeryf” karpackiego Western City.

– Rodzina zawsze może na nas liczyć.

Jerzy Pokój dziś:

– Ja w sprawie Samotni nie chciałbym zabierać głosu, bo to nie moja sprawa. Kończyła się jedna umowa, zaczęła druga. Trudno się dziwić, że właściciel obiektu chce na nim zarobić, postawić trochę bardziej na komercję. Osobiście żałuję, bo uważam, że góry to jest system wychowawczy, który kształtuje człowieka. Ale może tamta rzeczywistość się skończyła, już nie wróci, trzeba szukać rozwiązań na nowe czasy.

– Kiedy ostatnio był pan w Samotni? – pytam.

– Czasu brakuje, praca mnie pochłonęła. Od 12 lat nie wchodziłem na górę.

Znowu zaduch.

4.

Dukt z Karpacza na grań Karkonoszy jest wyłożony kamieniami. Samochód z terenowym zawieszeniem pokonuje go bez problemu. Magda Siemaszko-Arcimowicz kieruje pewnie i zabawia rozmową trzyletnią Marysię. Skręcamy z głównego szlaku i wjeżdżamy na drogę prowadzącą bezpośrednio do Samotni. Auto podskakuje na wertepach. Mijamy „sybirek”, niewielki pagórek nazwany tak ze względu na silne wiatry wiejące tu zimą. Gdzieś w dole jest „kanada”, niedostępna dla turystów dolinka porośnięta tundrową roślinnością. Wreszcie zza zakrętu wyłania się schronisko.

– Zanim rodzice dostali spółdzielcze mieszkanie w Karpaczu, mieszkaliśmy tutaj. Zimą jeździłam do szkoły na nartach, wracałam na skuterze śnieżnym z pracownikiem schroniska albo ojcem. Latem było trochę łatwiej.

Czasy liceum spędziła już w Karpaczu, na studia wyjechała do Poznania.

– Turystyka i rekreacja na AWF-ie – wyjaśnia – ale nie po to, by prowadzić Samotnię. Ciągnął mnie świat, posiedziałam trochę w Azji.

Pamięta takie momenty: rodzice w progu Samotni machają jej na pożegnanie, a ona rusza na dół z plecakiem i uczuciem ulgi. Albo oślepiające światło na szosie wiodącej z Karpacza w doliny i świat. A za plecami burzowe chmury nad Samotnią i całymi Karkonoszami.

– Cieszyłam się, że wyjeżdżam. Przez Samotnię rodzice nie mieli na nic czasu, na mnie też. To miejsce wciąga jak czarna dziura.

Gdy Waldemar Siemaszko ginie, wdowa i córka stają przed dylematem, co dalej.

– Ja chciałam zrezygnować, ale w Magdę coś wstąpiło. Zapaliła się do tego, mówiła, że trzeba kontynuować dzieło Waldka. Przekonała mnie – mówi Sylwia Siemaszko.

Obie podejmują się prowadzenia schroniska dalej. Chcą, by nadal odbywały się tu imprezy górskie, którym początek dał stary Siemaszko. Organizują festiwale, przeglądy filmów górskich. Zapraszają też Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Pieniądze do puszek zbierają najwybitniejsi polscy himalaiści. Zimą odbywa się narciarski Memoriał Waldemara Siemaszki, latem jest organizowany jeden z najbardziej spektakularnych biegów górskich – Lawina. Schronisko tętni życiem.

– Okazało się, że jestem z tym miejscem zrośnięta, ono mnie pochłonęło, przejęło kontrolę nad całym moim życiem – mówi Magda. – To, o co miałam pretensję do rodziców, stało się teraz moim udziałem. Miałam już swój dom w Karpaczu, ale i tak większość życia spędzałam tu, u góry. Tak już zostało. Nie za bardzo wiedziałam, jak się przed tym obronić.

5.

Lądek-Zdrój, rok 1999. Festiwal Filmów Górskich. Sala kinoteatru nabita do ostatniego widza. Fotograf Marek Arcimowicz musi przejść z jednego końca balkonu na drugi. Nie chce mu się biegać dookoła. Przerzuca przez ramię torbę, chwyta statyw i przechodzi po balustradzie. Sala zamiera, przemawiający właśnie na scenie dyrektor przeglądu, alpinista Zbigniew Piotrowicz milknie w pół słowa. – Bałem się, że cię zdmuchnę – mówi do mikrofonu, gdy Arcimowicz jest już bezpieczny.

Marek dzisiaj: – Chwilę wcześniej rzuciła mnie żona. Nie wytrzymała moich ciągłych wyjazdów. Bo ja od małego chciałem podróżować. Gdy miałem sześć lat, dostałem globus. I zobaczyłem, jak małą kreseczką jest największa podróż, jaką odbyłem w życiu – z rodzinnego Wałbrzycha do Augustowa, gdzie mieszkała ciotka. Chciałem poznać całą resztę. A Wałbrzych był dobrym pretekstem do ucieczki. Dużo czasu spędzałem w Indiach, wracałem do Polski tylko na czas monsunów. Za którymś z kolei powrotem okazało się, że żona ma już kogoś innego. Pojechałem w Alpy, zrobiłem kilka trudnych tras wspinaczkowych. Właściwie na żywca, z kawałkiem liny i kilkoma hakami dla pozoru jakiegoś zabezpieczenia. Potem dużo pracowałem, głównie w reklamie. Bywało, że tylko dwa, trzy dni w miesiącu nie byłem na zdjęciach. Pojawiły się duże pieniądze, różne pokusy.

W tym samym czasie powstaje polska edycja magazynu „National Geographic”. Dla fotografów podróżników to wieża z kości słoniowej. Dla Arcimowicza też. Któregoś dnia odbiera telefon od Dariusza Raczki, ówczesnego naczelnego magazynu. – Chcielibyśmy, żebyś dla nas pracował – słyszy. Wir, w którym żyje, jeszcze bardziej przyspiesza.

Jednym z pierwszych tematów, który ma zrealizować, jest świąteczny materiał o Samotni w Karkonoszach. Jedzie na miejsce, poznaje Sylwię Siemaszko i Magdę. W schronisku spędza całe święta Bożego Narodzenia, potem wyjeżdża do Wrocławia na kilka dni. Ma wrócić na sylwestra. Jest zbyt zmęczony, odsypia wariacki rok, spóźnia się na pociąg do Jeleniej Góry. Dzwoni do Magdy i przeprasza, że nie przyjedzie.

– A ona zaczęła na mnie krzyczeć, że nie ma mowy, że jej znajomi jadą z Wrocławia samochodem i mnie wezmą. Spakowałem się w pół godziny i pojechałem.

Tamtej nocy zaczęli ze sobą tańczyć dopiero o 4 nad ranem, gdy Magda przestała się krzątać wokół imprezy. Skończyli sześć godzin później. Potem on wyjechał. Wrócił 17 stycznia i się oświadczył. Ślub wzięli we wrześniu na Śnieżce. Świadkiem był Dariusz Raczko, naczelny „National Geographic”.

– To, co się wydarzyło, pozwoliło mi wyhamować, rozejrzeć się, sprawdzić azymut i obrać właściwy kierunek – mówi dziś. – Bez Magdy i bez Samotni pewnie bym się wykoleił, tamten wir by mnie wyrzucił albo złamał.

Na jednym z jego ulubionych karkonoskich zdjęć widać wir gwiazd rozmytych w długim czasie ekspozycji i ciemną sylwetę Samotni. Jakby czas pędził wszędzie, a w Samotni nie. Albo jakby schronisko było centrum wszechświata. To pierwsze wrażenie jest prawdziwe, to drugie niezupełnie.

6.

Marek: – Jeszcze przed ślubem powiedziałem Magdzie, że fotografia zawsze będzie pierwsza. Wtedy nie wiedziałem, że ona mogłaby powiedzieć to samo, tylko o Samotni.

Magda: – Jakbym miała wybierać Samotnia albo dom w Karpaczu, tobym się nie zastanawiała ani przez chwilę.

– To znaczy, co byś wybrała? – dopytuję.

– Samotnię – odpowiada.

7.

Koniec maja 2013 roku. Na stronie spółki Sudeckie Hotele i Schroniska PTTK (w imieniu Towarzystwa zarządza ona jego majątkiem) pojawia się informacja o konkursie na nowego dzierżawcę Samotni. Na złożenie dokumentów i biznesplanu jest raptem kilka dni, a zaraz zaczyna się długi weekend. Tuż po nim konkurs ma zostać rozstrzygnięty. Magda jest zdziwiona. W umowie, którą podpisała ze spółką, jest zapis, że to dotychczasowy dzierżawca ma pierwszeństwo w złożeniu oferty na przedłużenie dzierżawy. A ta kończy się dopiero we wrześniu. Dopiero w sytuacji, w której obie strony się nie dogadają, spółka może ogłosić konkurs.

Na gwałt przygotowują dokumenty. Okazuje się, że do konkursu staje jeszcze jeden oferent. To Artur Domański, biznesmen z Karpacza. Należy do niego kilka kontrowersyjnych inwestycji w mieście. Wśród nich góralska gospoda w centrum i jeszcze jedna, w której elementem wystroju są drewniane figury z monstrualnej wielkości genitaliami. Przy głównym deptaku Domański rozkopał zaś naturalną skarpę i postawił wysoki na kilka metrów mur oporowy. W jego cieniu postawił parking z ogródkiem piwnym i karaoke.

W dniu otwarcia kopert z ofertami okazuje się, że Domański przebija propozycję Magdy o dobre kilka tysięcy. Ona proponuje prawie 18 tys. zł miesięcznie za możliwość pozostania w Samotni, on chce przejąć obiekt, wpłacając do kasy spółki prawie 23 tys.

Magda: – To wbrew jakiejkolwiek logice, bo nie da się zachować dotychczasowego charakteru i klimatu Samotni, płacąc taki haracz spółce.

Domański nie komentuje sprawy, nie rozmawia z mediami. Zaduch gęstnieje.

8.

Ostatnio w Samotni pojawia się więcej tych, którzy boją się, że zaduch dotrze na górę. Z Poznania przyjechała Marta, nauczycielka. W czasach studenckich dorabiała tu za barem. Gdy tylko dowiedziała się o problemach nad Małym Stawem, wyprawiła własne dzieciaki na kolonie, wsiadła do samochodu i przyjechała. Z tego wszystkiego zapomniała zatrzasnąć bagażnika. Stoi tam otwarty na dole. Ona sama zamierza spędzić tu tydzień.

Jest też Jacek Jaśko, artysta z Kopańca pod Jelenią Górą. W Samotni spędził pół życia, drugie pół – w pobliskiej Strzesze Akademickiej, którą prowadzili jego rodzice. Przyjechał posiedzieć, „bo potem nie wiadomo, co będzie”.

– Próbowałem stąd uciekać, mieszkałem we Wrocławiu, w Poznaniu. Ale zawsze wracałem. To miejsce to jest oś, wokół której zbudowałem sobie cały świat. I teraz tę oś ktoś próbuje mi zabrać. Takich jak ja jest więcej.

Ci, którzy do Samotni nie mogli przyjechać, zaczęli pisać listy. Wszystkie do Zarządu Głównego PTTK. Było ich tyle, że zapchały skrzynki mailowe towarzystwa. Ludzie domagają się w nich sprawiedliwego potraktowania dotychczasowych dzierżawców.

– Bo to, co się dzieje, to jest skandal – mówi mi Beata, turystka z Torunia. Ona też list wysłała, a teraz zabrała męża i przyjechała zobaczyć na własne oczy, czy Samotnia aby na pewno jest bezpieczna. – Jak będzie trzeba, przykujemy się łańcuchami – deklaruje.

Na Facebooku ratować Samotnię chce już 12 tys. ludzi. Petycję w tej sprawie podpisał minister kultury Bogdan Zdrojewski, posłowie i senatorowie od prawa do lewa, marszałek województwa dolnośląskiego Rafał Jurkowlaniec. Ze zdjęciem schroniska fotografowali się w proteście aktorzy i celebryci. Murem za Siemaszkami stanęło środowisko polskich himalaistów. Gdy sprawą zainteresowały się media, zarząd PTTK zmiękł. Nakazał władzom spółki dogadanie się z Siemaszkami. Zgodnie z obowiązującą do września umową mogą oni przedstawić ofertę konkurencyjną wobec tych, które złożyli inni przedsiębiorcy.

Jacek Jaśko: – Ale to oznacza, że muszą zaproponować sztucznie wywindowany czynsz, na który nie będzie ich stać. To, czego dziś chce spółka od rodziny Siemaszków, to jest wyrok z odroczeniem wykonania. Bo za tę dzierżawę schroniska utrzymać nie sposób. W końcu ktoś je przejmie i przerobi na komercyjną budę, taką jak na Śnieżce.

Magda biega więc po schronisku z błędnym wzrokiem i myśli. Bywa tak, że wychodzi ze swojego pokoju z postanowieniem, że wyrok podpisze. Byleby się już to wszystko skończyło. Potem schodzi po schodach i o ile na półpiętrze jeszcze się waha, to na samym dole ma już tę pewność, że wyrok to wyrok, podpisać nie może. Ale potem musi przejść obok pianina w jadalni i nad tym pianinem wisi zdjęcie taty. Magda myśli przy nim, że podpisać jednak musi i że jakoś dadzą radę, tak jak zawsze dawali. Idzie więc do biura, lecz po drodze nasiąka zwątpieniem. Tam nad stertą papierów siedzi mama Magdy. Palcem brudnym od atramentu pokazuje rzędy cyfr. Nie dadzą rady, chyba że podniosą ceny, zakażą turystom przynoszenia jedzenia i będą kasować za wszystko, nawet za wrzątek i pamiątkową pieczątkę. A tego zrobić nie mogą. Postanawia więc wyroku nie podpisywać, trzeba się będzie z Samotni wynieść. Wychodzi z biura, siada przed schroniskiem, patrzy na staw. A może jednak jakoś dadzą radę?

9.

Prezes Zarządu Głównego PTTK Lech Drożdżyński:

– Sprawa Samotni to jest sprawa spółki Sudeckie Hotele i Schroniska PTTK. To ona wybiera dzierżawcę. Nam nic do tego.

– Przecież jesteście jedynym właścicielem spółki, obiekt też jest wasz. Nie macie wpływu na to, kto będzie waszym schroniskiem zarządzał i na jakich zasadach?

– Spółka jest w tym zakresie autonomiczna, mamy związane ręce. Rada nadzorcza przedstawia nam tylko nowego dzierżawcę i to wszystko.

– Nie boi się pan, że komercyjna stawka za dzierżawę zmusi Magdę Siemaszko i jej matkę do podniesienia cen albo odejścia ze schroniska po kilku miesiącach? Mogą nie dać rady płacić aż tyle.

– Nie. Skoro znalazł się ktoś, kto jest gotów płacić więcej, to znaczy, że według jego biznesplanu jest to możliwe.

– Kiedy ostatnio był pan w Samotni?

– W ubiegłym roku. W tym roku tylko przechodziłem obok.

10.

Czym różni się świat w Samotni od tego na dole?

Marek: – Góry wyzwalają pokorę, im wyższe, tym większą. Ale już tych 1200 metrów, na których leży Samotnia, wystarcza, by ludzie stali się nieco bardziej wycofani. Mniej w nich awanturnictwa i pieniactwa. Jest jakieś misterium w tym wszystkim, przychodzą tu trochę jak pielgrzymi.

Jacek Jaśko: – U góry jest mniej udawania, kłamania, pozorów. Łatwiej tu stwierdzić, że ktoś jest palantem albo chujem. Bo widzisz, że gdy ty jesteś w potrzebie, on się po prostu odwraca plecami i już nie ma złudzeń. Pomagasz – jesteś dobry; nie pomagasz – jesteś mniej dobry. Ludzie to czują, więc się bardziej starają, wiedzą, że są wobec tej prawdy bezbronni, że to, co uchodziło im płazem tam na dole, tutaj nie przejdzie. Dlatego tu ludzie zachowują się przyzwoicie. Przyzwoiciej.

Sylwia Siemaszko: – W 2003 roku zeszła lawina nad stawem, akurat trwało szkolenie ratowników. Przysypało kilku chłopaków. Jeden młody ratownik z Karpacza zginął, kilku innych zostało ciężko rannych. W schronisku była akurat para lekarzy z Bydgoszczy, pomagali, jak mogli, ale potrzebowali leków. Zrobili listę. To była niedziela, wszystko zamknięte. Poprosiłam znajomego, żeby podwiózł wszystkie lekarstwa pod świątynię Wang i dał GOPR-owcom na skuterze. Tak miało być najszybciej. Powiedział mi: „Pani sobie chyba żartuje. W niedzielę? Przyjedźcie sobie po to sami”. Wie pan, ja, szczerze mówiąc, do dziś nie rozumiem tego, co przez ten telefon usłyszałam.

11.

Spółka Sudeckie Hotele i Schroniska PTTK zarządza 24 obiektami w całych Sudetach. Swój dochód ma odprowadzać na działalność misyjną PTTK. W 2011 roku spółka wydała na wynagrodzenie dla swoich pięciu pracowników 392 tys. zł. Sam prezes Grzegorz Błaszczyk otrzymał za swoją pracę 159 tys. W tym samym roku na cele statutowe PTTK spółka odprowadziła 35 tys. zł. Jak było w 2012 roku, nie do końca wiadomo, bo dane spółki w Krajowym Rejestrze Sądowym nie są jeszcze skompletowane.

– Spółka ma jeden cel: zarobić jak najwięcej. Nic innego się nie liczy. Tylko że schroniska górskie nigdy nie będą przynosiły zbyt wielkiego dochodu, bo ich prowadzenie jest niezmiernie kosztowne. Gromadzenie przez spółkę kapitału miałoby sens, gdyby realizowała ona swoje zadanie – wspierała dzierżawców i schroniska tam, gdzie jest mniej turystów. Ale o tym nie ma mowy – mówi mi jeden z przewodników sudeckich związanych z Karpaczem. – Chodzę po górach, rozmawiam z dzierżawcami. Oni nie mają żadnej stabilności, w każdej chwili spółka może przekreślić dorobek ich życia i wyrzucić na bruk. Walczą więc o przetrwanie i siedzą cicho albo odchodzą. Na organizowanie imprez dla turystów i dbanie o atmosferę nie ma już często czasu i środków. Zaczął rządzić rynek, misja została oddana spółce, a spółka zarabia forsę. I tak to się kręci.

Chcę zapytać prezesa Błaszczyka, czy nie boi się, że wysokie dzierżawy w schroniskach nie spowodują, że z gór wycofają się ludzie, którym zależy na czymś więcej niż pieniądze. Nie znajduje czasu na rozmowę. W telewizji powie tylko:

– Konkurs na dzierżawę Samotni pokazuje wartość rynkową tego obiektu. Oprócz szczytnych celów ważne są względy finansowe, które Samotnia dla PTTK musi wygenerować.

Zaduch.

12.

Jacek Jaśko: – Ja w górach dostałem pewien wzorzec osobowy. I wiem, że on może być nieprzystawalny do tego, co jest na dole, że to może jest wielka iluzja, w której my wszyscy się tu zanurzyliśmy. Dlatego w górach nie da się żyć, ale trzeba tam co jakiś czas wracać. Bo one przypominają, gdzie jest pion, a gdzie poziom. Co jest naprawdę ważne. Na dole wszystko postawione jest na głowie, odwrócone. Coś, co jest złe, wydaje się dobre, ale w rzeczywistości takie nie jest.

Po powrocie do Warszawy dzwonię do Magdy i pytam, który świat jest prawdziwy – ten na dole czy ten w górach?

– Ten na dole. My tu żyjemy w bańce, wiem o tym. Ludzie nie są tacy, jakimi stają się w Samotni. To górskie powietrze potrafi człowieka trochę otumanić.

– Podpisałaś tę umowę?

– Podpisałam.

Hajer, nie do zajechania

Bardzo fajny gość, wczoraj wróciłem ze spotkania z nim i zamierzam przeczytać jego książki a poniżej wywiad i pare ciekawych informacji o nim i jego przygodach 😛
Mieczysław Bieniek

W Sin­ga­pu­rze bu­do­wał kre­ma­to­ria, w In­do­ne­zji był ry­ba­kiem, w In­diach po­moc­ni­kiem mle­cza­rza, a wszę­dzie tam, gdzie po­ja­wia­ły się kło­po­ty – ge­ne­ra­łem na wa­ka­cjach. Tak na­praw­dę to eme­ry­to­wa­ny gór­nik strza­ło­wy z Ka­to­wic. Mie­czy­sław Bie­niek. Hajer, nie do za­je­cha­nia.

Anna Czer­wiń­ska, hi­ma­la­ist­ka: – Pierw­sze spo­tka­nie z Miet­kiem pa­mię­tam jak przez mgłę. Je­stem w In­diach, w ho­te­lu cze­kam na po­łą­cze­nie te­le­fo­nicz­ne do Pol­ski, a tu jakiś facet użala się nad sobą – że chory, słaby, nie ma pie­nię­dzy, nie zna ję­zy­ka, kraju. Weź się w garść chło­pie, prze­stań się mazać – po­wie­dzia­łam mu. Po­zbie­rał się. Nie­sa­mo­wi­ty gość. Ze swoją cho­ro­bą mógł­by sie­dzieć w kap­ciach przed te­le­wi­zo­rem, a on goni za świa­tem.

REKLAMA

Paweł Wy­so­czań­ski, re­ży­ser w roz­mo­wie z „Ga­ze­tą Wy­bor­czą”: – Po­zna­łem go pod­czas ca­stin­gu do filmu Ro­ber­ta Gliń­skie­go „Benek”. Wszedł facet ubra­ny we fla­ne­lo­wą ko­szu­lę, za­cho­wu­ją­cy się i mó­wią­cy jak gór­nik i za­czy­na mi opo­wia­dać, że w Papui Nowej Gwi­nei wy­da­rzy­ło się to, a w La­osie i Chi­nach wi­dział coś in­ne­go. Gdy go usły­sza­łem, od razu po­my­śla­łem, że byłby ge­nial­nym bo­ha­te­rem filmu o mi­to­ma­nie, bo kom­plet­nie nie wie­rzy­łem w te jego po­dró­że. Aż nagle Mie­ciu za­czął wy­cią­gać zdję­cia z róż­nych stron świa­ta. Wie­dzia­łem, że mam go­to­wy ma­te­riał na film.

Roman Go­łę­dow­ski, wy­daw­ca ksią­żek gór­skich i po­dróż­ni­czych: – Po­zna­li­śmy się w Bu­ko­wi­nie, na „Dniach Laj­to­wych”. Ktoś mi po­wie­dział, że jest taki gość, co barw­nie opo­wia­da. Rze­czy­wi­ście, sku­piał wokół sie­bie masę za­słu­cha­nych w jego opo­wie­ści ludzi. Dali się wcią­gnąć w świat jego sza­lo­nych przy­gód. Mie­tek ma dar opo­wia­da­nia. Można po­wie­dzieć, że po tylu la­tach spę­dzo­nych pod zie­mią, wy­szedł na po­wierzch­nię i wciąż widzi świat pełny ko­lo­rów. To w nim jest fa­scy­nu­ją­ce.

Na gra­ni­cy dwóch świa­tów

Hi­sto­ria Mie­czy­sła­wa Bień­ka za­czy­na się szaro, wręcz czar­no, bo pod zie­mią. Nagle hi­sto­ria prze­no­si się do ga­bi­ne­tów le­kar­skich i szpi­ta­li, gdzie Bie­niek sły­szy dia­gno­zę, tak samo czar­ną, jak wę­giel, który wy­do­by­wał.

– Nie sły­szy pan na jedno ucho, nie widzi na jedno oko, ma pan py­li­cę. Nie na­da­je się pan już do pracy.

Dla gór­ni­ka taka dia­gno­za brzmi jak wyrok.

– I tak się po­czu­łem, jakby świat osu­nął mi się spod nóg, jakby prze­stał ist­nieć. Bu­dzisz się cza­sem w środ­ku nocy zlany potem, ścia­ny się na cie­bie walą, przy­po­mi­na­ją się twa­rze kum­pli, któ­rzy już nie wy­je­cha­li na po­wierzch­nię, ale ko­pal­nia to cały twój świat. Nagle do­wia­du­jesz się, że dla cie­bie już za­mknię­ty, od­le­gły. Że już nie zje­dziesz na dół, nie bę­dzie fe­dro­wał. Szok – wspo­mi­na Bie­niek.

Zanim runął jego do­tych­cza­so­wy świat, ru­nę­ła ścia­na w ko­pal­ni „Wie­czo­rek”, gdzie pra­co­wał przez dwa­dzie­ścia sie­dem lat, jako gór­nik strza­ło­wy. Do­stał w tył głowy, nie­przy­tom­ne­go prze­wieź­li go do szpi­ta­la. Ock­nął się po sze­ściu dniach. Nie­wie­le pa­mię­tał.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Dzie­więć mie­się­cy do­cho­dził do sie­bie. Do­znał za­pa­le­nia nerwu krzy­żo­we­go, czę­ścio­wo stra­cił wzrok i słuch. O po­wro­cie do daw­ne­go życia nie było już mowy.

Nowe życie za­czę­ło się przy ulicz­nej re­kla­mie bi­le­tów lot­ni­czych. Kupił bilet do Indii. Żonie po­wie­dział, że je­dzie na kilka dni w góry, prze­my­śleć parę spraw, na­brać ener­gii, od­po­cząć. Spa­ko­wał bo­che­nek chle­ba, jedną kon­ser­wę, kilka zupek w prosz­ku i po­le­ciał do Delhi. Jak wa­riat.

Mieczysław Bieniek

– Sam na miej­scu po­my­śla­łem, chło­pie, aleś ty głupi, już stąd nie wró­cisz. Nie wie­dzia­łem co mam robić, nie zna­łem ani słowa po an­giel­sku, nic wła­ści­wie nie wie­dzia­łem o In­diach. Byłem prze­ra­żo­ny i kom­plet­nie za­gu­bio­ny.

Kilka dni za­ję­ło mu oswa­ja­nie się z In­dia­mi. Do­pie­ro potem za­dzwo­nił do żony. Nie uwie­rzy­ła. My­śla­ła, że pije, gdzieś z kum­pla­mi w go­łęb­ni­ku. Naj­pierw gro­zi­ła, potem pro­si­ła, tłu­ma­czy­ła, żeby nie pił, bo prze­cież bie­rze le­kar­stwa. Do­pie­ro, kiedy w słu­chaw­ce usły­sza­ła ja­kie­goś Hin­du­sa, któ­re­go Mie­tek za­cią­gnął do te­le­fo­nicz­nej budki i kazał mówić, dała wiarę mę­żo­wi.

– Jezus Maria – za­la­men­to­wa­ła do słu­chaw­ki. Miet­ka zo­ba­czy­ła do­pie­ro za pół roku.

Ko­czo­wał na dwor­cach, wśród miej­sco­wych że­bra­ków. Co­kol­wiek jadł, gdzie­kol­wiek spał. Schudł szes­na­ście ki­lo­gra­mów. Wresz­cie wy­pa­trzy­li go Po­la­cy. Za­bra­li do Anny Czer­wiń­skiej, aku­rat prze­by­wa­ją­cej w Delhi. Po­sta­wi­ła go na nogi, ka­za­ła prze­stać się mazać.

– Jak już tu je­steś, wy­ko­rzy­staj czas, zo­bacz coś, a nie uża­laj się nad sobą – po­wie­dzia­ła i we­pchnę­ła Miet­ka do grupy pol­skich tu­ry­stów zwie­dza­ją­cych kraj. Mógł z nimi iść, ale mu­siał uczyć się an­giel­skie­go. Kilku słó­wek dzien­nie.

To był kla­sycz­ny pro­gram wy­ciecz­ki dla za­gra­nicz­nych tu­ry­stów, z obo­wiąz­ko­wą wi­zy­tą w Tadż Mahal. Po kilku ty­go­dniach urlo­po­wi­cze wra­ca­li do Pol­ski, ale Miet­ko­wi było mało. Ru­szył dalej, już w sa­mot­ną po­dróż. W Hi­ma­la­je, do Kal­ku­ty.

Do kraju wró­cił po sze­ściu mie­sią­cach, bo jego bilet aku­rat tra­cił waż­ność. W Pol­sce wy­trzy­mał tylko trzy mie­sią­ce. I znów ru­szył w świat.

– Indie były dla mnie te­ra­pią. Na­bra­łem pew­no­ści sie­bie, od­zy­ska­łem chęć do życia. W schro­ni­skach, które za­kła­da­ła Matka Te­re­sa zo­ba­czy­łem, jak nie­wie­le po­trze­ba, żeby pomóc innym, jak ważne jest, żeby choć odro­bi­nę po­da­ro­wać z sie­bie. Trzy­ma­łem umie­ra­ją­cych za rękę. Oni mó­wi­li coś do mnie, ja do nich, zu­peł­nie się nie ro­zu­mie­li­śmy. I mnie, i im, było jed­nak jakoś lżej – wspo­mi­na.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Po­dróż za jeden uśmiech

Indie były po­cząt­kiem jego włó­czę­gi. Gór­ni­cza od­pra­wa szyb­ko się roz­pły­nę­ła, ale Mie­tek nie za­mie­rzał sie­dzieć w kap­ciach przed te­le­wi­zo­rem. Jak bra­ko­wa­ło mu na bilet, je­chał au­to­sto­pem. Na wy­lo­tów­ce z Ka­to­wic łapał oka­zję do Bej­ru­tu.

Mieczysław Bieniek

Kie­row­cy pu­ka­li się w czoło, ale któ­ryś z kolei wresz­cie sta­wał i pod­wo­ził Miet­ka choć­by kilka ki­lo­me­trów. On nie trzy­mał się sztyw­no planu po­dró­ży, nie po­dró­żo­wał z mapą, czę­sto „tra­cił czas”. Choć­by w Ki­jo­wie, gdzie za­ba­lo­wał całą noc na we­se­lu przy­pad­ko­wo po­zna­nych ludzi.

– Po­sze­dłem zo­ba­czyć cer­kiew, a tam ślub. Ro­bi­łem zdję­cia, w końcu pod­sze­dłem do panny mło­dej i dałem jej wi­do­ków­ki z mo­je­go Ni­ki­szow­ca, ży­czy­łem szczę­ścia. Nie po­zwo­li­li mi już odejść. Wpa­ko­wa­li do sa­mo­cho­du, za­bra­li na we­se­le – opo­wia­da.

– Ta­kich ludzi spo­ty­ka­łem bez liku. Uj­gur­kę, która po­ma­ga­ła mi prze­je­chać z Ka­zach­sta­nu do Chin. Ku­pi­ła mi nawet bilet, zu­peł­nie bez­in­te­re­sow­nie, czy Hin­du­sa, któ­re­go po­czę­sto­wa­łem ka­wał­kiem ba­to­ni­ka, a on za­brał mnie do swo­jej ro­dzin­nej wio­ski, trak­to­wał jak swo­je­go – do­da­je.

Do dziś ob­je­chał ponad sie­dem­dzie­siąt państw świa­ta. Był w Azji – w In­diach, Chi­nach, Sin­ga­pu­rze, Bir­mie, La­osie. Był w Afry­ce – w Su­da­nie, Etio­pii. Teraz ru­szył do Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej – Bo­li­wii, Ko­lum­bii, Ekwa­do­ru. Ni­g­dzie nie rusza się bez zdję­cia, na któ­rym stoi wy­prę­żo­ny jak stru­na w ga­lo­wym mun­du­rze gór­ni­czym z czako na gło­wie. Fo­to­gra­fia dzia­ła jak wy­trych. Po­zwo­li­ła mu do­stać się do sa­me­go Da­laj­la­my.

– Wma­wiam wszyst­kim, że je­stem „very im­por­tant per­son” i po­ka­zu­je zdję­cie. Me­da­le na mun­du­rze otwie­ra­ją drzwi – śmie­je się Mie­tek.

Gór­nik w trum­nie

Z Da­laj­la­mą było tak…

Mie­tek koń­czył aku­rat pięć­dzie­siąt lat. Na Ślą­sku mówią wtedy, że facet dożył wieku Abra­ha­ma i po­wi­nien to jakoś uczcić, zwłasz­cza, jeśli pra­co­wał pod zie­mią. Gór­ni­cy spra­sza­ją ro­dzi­nę, albo wy­jeż­dża­ją do Rzymu, po­mo­dlić się nad gro­bem świę­te­go Pio­tra.

Mie­tek ro­dzi­ny nie spra­szał, bo „zje­dzą, wy­pi­ją i jesz­cze dupę ob­ro­bią”, do Rzymu też nie po­je­chał, bo to z kolei wy­da­ło mu się ba­nal­ne. Za­ma­rzył o spo­tka­niu z Da­laj­la­mą.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Po­trze­bo­wał pie­nię­dzy na wy­pra­wę. W lo­kal­nej ga­ze­cie prze­czy­tał o ca­stin­gu do „Benka” Ro­ber­ta Gliń­skie­go. Szu­ka­li gór­ni­ka do trum­ny. Mie­tek za­ło­żył fla­ne­lo­wą ko­szu­le, za­pu­ścił za­rost i po­szedł na ca­sting.

Mieczysław Bieniek

Tam po­znał Pawła Wy­so­czań­skie­go, który naj­pierw wziął Miet­ka za mi­to­ma­na, a potem po­sta­no­wił na­krę­cić o nim film. Tak po­wstał do­ku­ment „W dro­dze” o po­dró­ży, którą Mie­tek i Paweł wspól­nie od­by­li do Da­laj­la­my.

– Na fil­mie klnę jak szewc, gadam po ślą­sku. Na pre­mie­rze my­śla­łem, że spalę się ze wsty­du. Ale film się skoń­czył, a na sali roz­le­ga­ją się brawa. Lu­dzie chcą, żebym opo­wia­dał o swo­ich po­dró­żach, przy­go­dach. To­tal­ne za­sko­cze­nie, ale gadam.

Anna Czer­wiń­ska: – Takie spo­tka­nia go na­krę­ca­ją, dają mu au­ten­tycz­ną ra­dość. Lu­dzie go słu­cha­ją, a on kwit­nie, pro­mie­nie­je. Tylko strasz­nie prze­kli­na. Mówię mu cza­sem „Mie­ciu nie prze­kli­naj”, ale on twier­dzi, że bez tego, ta opo­wieść bę­dzie sucha, zu­peł­nie inna. I klnie jak szewc (śmiech).

Na jed­nym z ta­kich spo­tkań Bie­niek po­zna­je Ro­ma­na Go­łę­dow­skie­go, wy­daw­cę ksią­żek po­dróż­ni­czych. Mie­tek cza­ru­je go swo­imi opo­wie­ścia­mi. Pa­no­wie na­wią­zu­ją współ­pra­cę. Po­wsta­je książ­ka „Hajer je­dzie do Da­laj­la­my”.

Bie­niek pisze pro­stym ję­zy­kiem:

Po­mkną­łem w stro­nę gra­ni­cy in­dyj­skiej, w kie­run­ku Am­rit­sa­ru. Ra­do­sny wcho­dzę na od­pra­wę pa­ki­stań­ską, a za mną para sko­śno­okich. Cel­nik ze­brał nasze pasz­por­ty i spy­tał, czy ma my coś do ocle­nia albo ja­kieś pie­nią­dze do wy­mia­ny.

– Nie mam – od­rze­kłem sta­now­czo.

– A coś jesz­cze?

– Nie mam.

Chcie­li­śmy już iść na stro­nę in­dyj­ską, ale we­zwa­li nas z po­wro­tem. Stał tam długi stół. Sie­dział za nim inny koleś, który od razu spy­tał:

– Co masz?

– Nic – od­po­wie­dzia­łem.

Na ścia­nie wi­sia­ły listy rze­czy za­bro­nio­nych, a ja mia­łem tylko srebr­ne ozdo­by dla ko­biet i ja­kieś inne dro­bia­zgi, tak na pa­miąt­kę. Zu­peł­ne bzde­ty. Cel­nik wy­glą­dał na za­sko­czo­ne­go.

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

– Wy­cią­gaj wszyst­ko – roz­ka­zał twar­do.

Grze­ba­li, grze­ba­li, aż w końcu zna­leź­li moje ta­blet­ki.

– A to co? – py­ta­ją po­dejrz­li­wie.

– Me­dy­ka­men­ty – od­po­wia­dam spo­koj­nie.

Mieczysław Bieniek

– Na co? – py­ta­ją dalej.

– Na głowę.

Potem cel­nik wy­cza­ił biały pro­szek – za­syp­kę do nóg, na grzy­bi­cę.

Od razu wsa­dził w to palec i po­li­zał.

– To na grzy­bi­cę, na nogi… – rze­kłem spo­koj­nie.

– Tfu! – splu­nął z obrzy­dze­niem. – Nie mo­głeś po­wie­dzieć wcze­śniej?! – wrza­snął.

Potem wpadł mu w oko szwaj­car­ski scy­zo­ryk, więc otwo­rzył szu­fla­dę i wrzu­cił go do niej. Kiedy już wszyst­ko wy­be­be­szył z mo­je­go ple­ca­ka, kazał mi pod­nieść ręce do góry. Zro­bi­łem to, a wtedy on wy­ma­cał mój pas z pie­niędz­mi, który mia­łem na bio­drach. Od razu krzyk­nął:

– Co to jest?!

– Pie­nią­dze – od­po­wia­dam.

– Pokaż!

Roz­pią­łem spodnie, a po­nie­waż po tylu mie­sią­cach włó­czę­gi wy­chu­dłem, więc spodnie zsu­nę­ły mi się aż na kost­ki. Wy­cią­gną­łem z maj­tek pas z pie­niędz­mi, on je prze­li­cza, po czym bie­rze 100 do­la­rów i wrzu­ca sobie do szu­fla­dy. Na co ja, już lekko wku­rzo­ny, pytam:

– Czego ty wła­ści­wie szu­kasz?

– Bomby.

Wtedy bez za­sta­no­wie­nia ścią­gną­łem majt­ki do kolan, dźwi­gną­łem ręce do góry i oświad­czy­łem spo­koj­nie:

– Nie mam.

Oczy­wi­ście nie do końca zda­wa­łem sobie spra­wę, co robię. A prze­cież ro­ze­bra­łem się do ro­so­łu na gra­ni­cy w mu­zuł­mań­skim kraju!

(Cy­to­wa­ny frag­ment po­cho­dzi z książ­ki Mie­czy­sła­wa Bień­ka „Hajer je­dzie do Da­laj­la­my”, która w ubie­głym roku uka­za­ła się na­kła­dem wy­daw­nic­twa An­na­pur­na. W tym roku to samo wy­daw­nic­two ma wy­pu­ścić na rynek ko­lej­ną książ­kę Bień­ka, m.​in. o In­diach i Ban­gla­de­szu.)

Prze­czy­taj rów­nież: Jak hajer zo­stał księ­dzem

Nie­któ­rzy nie uwie­rzy­li, za­rzu­ci­li Bień­ko­wi fan­ta­zjo­wa­nie, ko­lo­ry­zo­wa­nie, mi­to­ma­nie. Pod­cho­dzi do tego spo­koj­nie i bez emo­cji.

Mieczysław Bieniek

I za­sy­pu­je ko­lej­ny­mi przy­go­da­mi – jak przez przy­pa­dek spa­lił drew­nia­ną budę, która oka­za­ła się być punk­tem gra­nicz­nym mię­dzy Pa­ki­sta­nem a Afga­ni­sta­nem, albo jak przed am­ba­sa­do­rem Su­da­nu w Egip­cie od­gry­wał ko­le­gę ze stu­diów, po to tylko, żeby do­stać wizę, albo jak w Bir­mie wrę­czał ła­pów­ki wy­co­fa­ny­mi z obie­gu bank­no­ta­mi z Lu­dwi­kiem Wa­ryń­skim lub Ka­ro­lem Świer­czew­skim, po to, żeby do­stać się do ko­pal­ni ru­bi­nów, albo jak w Ban­gla­de­szu wma­wiał cze­ka­ją­cym na ła­pów­kę po­gra­nicz­ni­kom, że jest ge­ne­ra­łem Woj­ska Pol­skie­go na wa­ka­cjach. Długo można wy­mie­niać.

Sto do­la­rów

Nie zmy­ślam, tylko sobie radzę, tak jak po­tra­fię naj­le­piej. Wszyst­kie­go pró­bu­je. Jak miej­sco­wi idą sa­dzić ryż – je­stem rol­ni­kiem, jak łowią ryby – je­stem ry­ba­kiem, jak w La­osie kar­czu­ją las – wsia­dam na sło­nia i idę z nimi wy­ci­nać drze­wa – opo­wia­da.

– Kiedy myślę o po­dró­ży? Jak mam odło­żo­ne sto do­la­rów, to mie­siąc do­bre­go życia. Bo, ja je­stem hajer, nie do za­je­cha­nia.

http://podroze.onet.pl/ciekawe/hajer-nie-do-zajechania/l009r

Maraton – miłość, zgubne rachowanie i ucieczka z bieżni

Żeby nie być monotematycznym nie bedę komentwał wczorajszych wydarzeń w Warszawie :D, za to podzielę ciekawym artykulikiem o maratonie, który faktycznei staje się coraz bardziej popularny mimo że istnieje wiele innych dystansów, na których też można odnosić sukcesy, ale nie każdy o tym  wie lub pamięta.
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektórzy zawodnicy, pomimo całkiem dobrych wyników na krótszych dystansach, nie osiągają adekwatnych rezultatów w maratonie? Czy to tylko kwestia wrodzonego braku predyspozycji wytrzymałościowych, a może jakaś cecha charakteru, która ich ogranicza? Jedno jest pewne – z tego typu problemem boryka się wielu biegaczy, którzy bez wyśrubowanej życiówki na królewskim dystansie czują się po prostu gorsi. Gdzie zatem leży problem? I co z zawodowcami, którzy coraz częściej porzucają średnie dystanse dla maratonu?

Maraton wyznacznikiem sportowej klasy

Przez ostatnie lata popularność maratonu gwałtowanie wzrosła. Ten dystans stał się niejako towarem, po który sięga coraz więcej aktywnych Polaków. Maratony biegają przedstawiciele praktycznie wszystkich grup społecznych i choć łączy ich sportowa pasja, to wyniki skutecznie dzielą. Od dawna biegasz? Biegłeś maraton? Jaki miałeś czas? Tego typu pytania stały się już nieodłącznym elementem nawiązywania sportowych relacji. Dokładnie – czas w maratonie stał się swoistym sacrum, wyznacznikiem sportowego poziomu i ambicji. Na przeciętnym amatorze rezultaty z 5, 10 czy 15 km to tylko cyfry, o których można wspomnieć, ale które nigdy nie będą najbardziej istotne. Doświadczyłem tego osobiście, gdy mówiłem niektórym osobom o swoich rekordach życiowych z 1500 m (3:59) i 3000 m (9:04). Te wyniki (choć dla mnie do dziś najbardziej wartościowe) mało u kogo wywoływały większe poruszenie. Sytuacja się zmieniała, gdy zaczynałem mówić o maratonie (zawsze na końcu o nim wspominałem, bo ówczesna życiówka 3:05 była dla mnie źródłem niemałego wstydu). Wtedy słyszałem słowa uznania i podziwu dla wyniku, który przecież w konfrontacji z pozostałymi wypadał naprawdę blado. A jednak maraton ma w sobie to coś, co powoduje, że jest obiektem największego pożądania.

Banalne błędy doświadczonych debiutantów

I tutaj często pojawia się problem, jak trenować i co robić, by dobre wyniki z krótszych dystansów odbiły się na znakomitym rezultacie w maratonie. Jednym z podstawowych błędów popełnianych przez debiutantów jest fałszywe przekonanie o tym, iż wystarczy wypracować sobie odpowiednie wyniki na dystansach do półmaratonu włącznie, a wtedy sam maraton pójdzie już gładko. W masowe użycie wchodzą wtedy wszechwiedzące kalkulatory, tabelki i przeliczniki, które napełniają optymizmem na dobry rezultat na mecie. W praktyce rzadko się to jednak sprawdza, a wynik bywa źródłem wielkiego rozczarowania. Jak się okazuje, wielu nawet całkiem dobrym zawodnikom zdarza się przeszarżować w debiucie. Znam przypadek zawodnika, który z rekordem życiowym 1:15 w półmaratonie, nie był w stanie nawet 3h złamać i swój pierwszy maraton pokonał w 3:04. Dlaczego? Zaufał bezkrytycznie kalkulatorowi, który ,,kazał’’ mu pobiec na 2:39. Zapytany o to czy robił wcześniej długie wybiegania, odpowiedział, że kilka trzydziestek pobiegł po 4:15min/km. No właśnie, zaledwie kilka tak ważnych treningów, w dodatku w tempie, które różniło się od zakładanego na zawodach aż o 37 sekund. Przewidywane przez niego 2:39 wymagało średniej 3:47min/km – tempa, którego on po prostu nie znał. Z perspektywy czasu można uznać, że rozsądniej by było, gdyby w debiucie założył sobie bardziej realny wynik, np. 2:45 lub po prostu solidniej się do tego biegu przygotował. ,,Ścigacze’’ mają bowiem pewną przypadłość, która objawia się często zbytnią, zakorzenioną w umyśle pewnością siebie, co bywa zgubne w skutkach. Kluczowe w tym przypadku wydaje się więc spokojne budowanie wytrzymałości poprzez wybieganie odpowiedniej ilości kilometrów, najlepiej z końcówkami w tempie startowym zamiast ruszania w maratoński wir z pełnego pędu, spontanicznie i szaleńczo. Taka szarża prawie zawsze skutkuje kryzysem i to jakim! Kolega ostatnie kilometry zamiast po 3:47 min/km pokonywał po… 6min/km!

Objętość kluczem do sukcesu w maratonie

Nie łudźmy się – plany treningowe, które nie przewidują jednego 30-35 km wybiegania w tygodniu raczej nie zbudują wystarczającej wytrzymałości oraz nie nauczą organizmu odpowiedniego reagowania w zetknięciu z początkami najtrudniejszych kilometrów. I choćbyś posiadał niewiadomo jak dobre rezultaty na krótszych dystansach, maraton to zawsze zupełnie inna bajka. I tylko odpowiednia baza wytrzymałościowa będzie w stanie nauczyć cię pokonania całego biegu bez większych strat prędkości na końcówce. W przeciwnym razie męczarnie po zetknięciu ze ścianą będziesz pamiętać baaardzo długo.

Maraton vs średnie dystanse (1:0)

Maraton tym się różni od innych dystansów, że o wiele łatwiej się od niego uzależnić. Dla większości biegaczy już po pierwszym starcie staje się on niczym aromatyczna kawa o poranku. Można bez niego żyć, ale co to za życie bez tej kilkugodzinnej dawki ,,przyjemnego’’ wysiłku. Dodatkową robotę wykonują media wszelakimi kampaniami reklamowymi, kuszeniem bicia kolejnych rekordów frekwencji i budzeniem w człowieku przekonania, że jeśli już się jest biegaczem czy biegaczką, to ten słynny maraton wypada po prostu zaliczyć, by w tym sporcie być kimś. I trochę smutne jest to, że przez taki stan rzeczy gdzieś w cieniu całej tej masy drepczących maratończyków trenują nasi średniodystansowcy, jak np. Mateusz Demczyszak czy Bartosz Nowicki. Dla wielu amatorów biegania to nazwiska zupełnie nic nie mówiące, a co ciekawe wysokie miejsca tych zawodników na Mistrzostwach Europy przegrywają w konfrontacji z sukcesami naszych maratończyków, którzy raz po raz zajmują czołowe lokaty w maratonach mniejszej rangi, na których akurat nie było czarnoskórych zawodników. Tak było chociażby w zeszłym roku, kiedy to Bartosz Nowicki zajął 5. miejsce na Mistrzostwach Europy w biegu na 1500m. Osiągnięcie dla wielu nieznaczące praktycznie nic, choć z punktu widzenia sportowej klasy większe niż wygranie, np. Maratonu Warszawskiego. I takie niestety są obecnie realia, a skutki coraz bardziej opłakane – wielu młodych zawodników, którzy mogliby nieźle namieszać na średnich dystansach ucieka w świat maratonów. W świat, w którym bez względu na wynik czują się docenieni i potrzebni. I jak się tak głębiej zastanowić, to trudno się temu dziwić, bo jakąż to można mieć motywację, gdy na każdych zawodach zajmuje się odległe miejsce? Gdy zaczynałem trenować, miałem kolegę, który legitymował się przyzwoitym czasem na 3000 m – 8:35, czasem, który jednak nie pozwalał mu na osiąganie większych sukcesów. Porzucił ten dystans i zaczął biegać maratony, w granicach 2:30-2:35. Te wyniki w świecie długich dystansów również niewiele znaczą, ale pozwoliły mu na wygranie wielu maratonów mniejszej rangi, dając jednocześnie pewność siebie i prawdziwą radość z biegania. Teraz ma 33 lata i dalej biega, zajmując niezłe lokaty. A gdyby dalej tkwił uparcie w szlifowaniu swoich 3000 m? Być może znajdowałby się już poza światem sportu, sfrustrowany brakiem osiągnięć, podobnie jak setki, jeśli nie tysiące, byłych biegaczy na podobnych dystansach. I tu się właśnie ujawnia prawdziwe piękno amatorskiego biegania maratonów – określenie były biegacz praktycznie tutaj nie istnieje, a zakończenie biegania często pokrywa się z wydarciem swojej ostatniej kartki z kalendarza…

I powracając jeszcze do zawodowców, coraz więcej jest wśród nich zawodników, którzy bieganie na dystansach 1500, 3000 czy 5000 m traktują jedynie jako preludium do rozpoczęcia kariery w maratonie. Nawet słynny Kenenisa Bekele myśli już o maratońskim debiucie i szczerze; nie mogę się tego dnia doczekać. Jednak zawodnicy tego pokroju przeważnie bez problemów pokonują królewski dystans, ponieważ mają solidnie zbudowaną bazę wytrzymałościową – nawet jeśli trenowali pod średnie dystanse, to w tygodniu pokonywali więcej kilometrów niż większość maratończyków – amatorów. Niemniej jednak i w tym przypadku wszystko jest kwestią punktu odniesienia – 2:05 w przypadku Bekele byłoby porażką dla rekordzisty świata na czterech krótszych dystansach.

Bliskie spotkanie już wkrótce

Jak to wszystko będzie dalej przebiegać – pokażą najbliższe lata. Z tego tekstu można wysnuć pewne wnioski, przeanalizować przebieg własnej kariery i przede wszystkim zastanowić się czy twoje starty w maratonie mają sens. Nie wierzę jednak, abym kogokolwiek odwiódł od biegania na dystansie 42,195 km, bo kombinacja tych 5 cyfr to kod do zupełnie innego świata. Dlatego sam, będąc w owym świecie już ponad 11 lat, zachęcam wszystkich do zapamiętania z tego tekstu dwóch najistotniejszych rzeczy; że objętość jest kluczem do sukcesu w maratonie oraz, że oprócz maratonu istnieją jeszcze krótsze dystanse stadionowe, które zawodowo trenuje sporo mniej znanych zawodników, ale robiących to naprawdę z sercem. Pamiętajmy o nich, bo patrząc na obecną tendencję, być może już wkrótce staną z nami na starcie maratonu. I znikną nam szybko z pola widzenia napędzani walką o zwycięstwo na najważniejszym dystansie na świecie.

http://treningbiegacza.pl/adidas/adidas-trening/item/1183-maraton-milosc-zgubne-rachowanie-i-ucieczka-z-biezni