‚Twarde, stare dranie’. Historia pierwszego przejścia grani Mazeno

Ciekawe, że o takich rzeczach nikt nie trąbi, ale może to i lepiej, bo podkreśla jaki to był wyczyn.

Grań Mazeno w Himalajach – 13 kilometrów ostrego jak nóż szlaku, na nim osiem siedmiotysięczników, a na koniec Nanga Parbat (8126 m n.p.m.). Pokonać ją – misja niemożliwa. Aż do wyprawy dwóch wspinaczy, w sumie 113 lat porządnego życia. By sprostać wyzwaniu, nie jedli przez pięć i nie pili przez trzy ostatnie dni wspinaczki.

Fot. archiwum prywatne Sandy’ego Allana

Sandy Allan i Rick Allen po 18 dniach wspinaczki na grani Mazeno i zejściu do bazy Diamir po zdobyciu Nanga Parbat

Mimo że od tej historii minęły już ponad dwa lata i nikt, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, nie ma wątpliwości, że stało się coś niezwykłego, wciąż wiemy mało. Bo jej bohaterowie – Brytyjczycy Sandy Allan i Rick Allen – wolą działać niż gadać. Sączą fragmenty, z których można ułożyć historię jak puzzle. Sandy przesączył nową porcję w Zakopanem, gdzie był gościem 10. Spotkań z Filmem Górskim. Wkrótce ukaże się jego książka o wyprawie.

Ostatnie wyzwanie alpinizmu

Grani Mazeno nie da się z niczym w Himalajach porównać. W niektórych miejscach jest tak wąska, że dwóm osobom trudno byłoby się na niej wyminąć. Zejść w bok też nie ma gdzie, bo po obu stronach do ziemi tylko kilometry powietrza.

Prawdopodobnie ten brak możliwości ucieczki sprawił, że od wyprawy Louisa Audouberta w 1979 roku, do ekspedycji Sandy’ego Allana próbowało ją przejść tylko dziewięć wypraw. Kończyły najdalej na przełęczy Mazeno, czyli tam, gdzie Sandy i Rick zostali sami, bez wody i z paczką herbatników.

Członkowie wypraw zgodnie przyznawali, że po wielokilometrowej wspinaczce brakuje sił, by wejść na szczyt, a później wrócić tą samą drogą. Grań Mazeno przez lata była więc określana jako jedno z ostatnich wielkich wyzwań Himalajów.

Nie chcę walić głową w mur

Sandy miał być producentem whisky, tak jak jego ojciec, ale w górach zakochał się od pierwszego wejrzenia już jako nastolatek – wiadomo, wtedy uczucia są najsilniejsze. Dziś prowadzi klientów w Alpach i Himalajach.

Rick jest nafciarzem, szuka źródeł ropy na całym świecie.

Sandy mawia, że on próbuje zrozumieć górę i się do niej dostosować, a Rick chce ją najpierw okiełznać, a później sobie podporządkować.

Wspólna wyprawa na grań Mazeno chodziła im po głowie od lat. – Tylko że nie chciałem tam pojechać i uderzyć głową w mur jak inni, i jak ja w 1992 roku [w wyprawie Douga Scotta – ds]. Potrzebny nam był plan, a nie mogłem wymyślić strategii. W końcu doszedłem do wniosku, że jeśli ma nam się udać, musimy iść wolno i oszczędzać siły. Tego zabrakło poprzednim wyprawom – mówi Sandy. – Postawiliśmy na cierpliwość: chcieliśmy iść 6-8 godzin, zamiast 10-12, potem szukać dobrego miejsca na rozbicie namiotu.

Pożegnanie z ogniem

Zaczęli 1 lipca 2012 roku w sześcioosobowym składzie. Sandy miał wtedy 56 lat, Rick – 57. O wyprawie dużo się nie mówiło, Wielka Brytania była zajęta przygotowaniami do igrzysk olimpijskich. Ale to było im na rękę, bo nie lubią rozgłosu.

Sandy zapewnia dziś, że gdy po 13 dniach wspinaczki na niebotycznej grani zostaje w plecaku tylko opakowanie herbatników i kilka landrynek, to jeszcze nie jest źle. Powyżej 7000 metrów człowiek i tak niewiele zje. Nie ma tam apetytu, a nawet jak się zmusi, to żołądek i tak wie swoje. Adam Bielecki podczas ataku szczytowego na Broad Peak wymiotował 10-12 razy, bo próbował coś na siłę w siebie wcisnąć. Bez jedzenia można się obyć nawet kilka dni.

Gorzej, jeśli w kieszeni nie ma zapalniczki. Bez ognia nie uruchomisz maszynki do topienia śniegu, czyli się nie napijesz. – Lekarz powiedział mi, że organizm powyżej 7000 metrów potrzebuje 7-8 litrów dziennie, inaczej zaczyna się odwadniać w ekspresowym tempie – mówi Sandy.

Przez dziesięć dni rozkładali namioty, suszyli rzeczy, gotowali, spali i wszystko od początku. Wydaje się, że to nic takiego, ale powyżej 7000 metrów proste zakładanie butów może trwać kilkadziesiąt minut. A w zimie, przy kilkudziesięciostopniowym mrozie przygotowania do opuszczenia namiotu zajmują kilka godzin.

Jedzenia miało im wystarczyć na osiem dni, a gdyby bardzo oszczędzali, to na dziesięć. Ale po dziesięciu dniach doszli dopiero do przełęczy Mazeno, ostatniego punktu wszystkich wcześniejszych wypraw.

To właśnie tam partnerzy Sandy’ego i Ricka – himalaistka z RPA Cathy O’Dowd i trzej Szerpowie – poddali się po 18 godzinach ataku szczytowego. Byli zbyt wyczerpani, by jeszcze raz ruszyć na Nanga Parbat. I zbyt przerażeni wypadkiem, który omal nie skończył się tragicznie: Szerpa Lhakpa Zorok zsunął się zboczem grani, jego kolega Rangdu chciał go złapać, ale przewrócił się i po chwili zsuwali się już obaj. Zatrzymali się po 300 metrach, tuż przed przepaścią. Tego było dla Cathy i Szerpów za wiele.

– Ludzie próbowali przejść tę grań bez skutku. Ale Sandy i Rick to twarde, stare dranie – pisała „na żywo”, żegnając się z nimi na przełęczy. I – całkiem przypadkiem – zabierając jedyną sprawną zapalniczkę.

Zagubieni we mgle

Zostali więc sami na przełęczy z paczką herbatników, ale w dobrym nastroju. Szczyt znajdował się tylko kilometr wyżej. Szacowali, że dotrą tam w jeden dzień, a po jednym-dwóch kolejnych wrócą do bazy. Kilometr do góry, cztery w dół.

– Odpoczęliśmy jeden dzień i ruszyliśmy z Rickiem w górę. Musieliśmy iść naprawdę szybko, więc zostawiliśmy karimaty i z samymi śpiworami zaczęliśmy iść na szczyt – opowiada Sandy.

Był to 14. dzień wspinaczki. Udało im się wejść na 7700 metrów. Czekanami wykopali śnieżną jamę, w której ukryli się przed zimnem nocy.

W okolice wierzchołka dotarli kolejnego dnia o godz. 14, ale mgła była tak gęsta, że nie byli w stanie znaleźć najwyższego punktu. Błąkali się przez trzy i pół godziny świadomi absurdu sytuacji – dwa tygodnie zajęło im rozprawienie się z jednym z ostatnich wyzwań himalaizmu i wciąż byli kilka metrów poniżej wierzchołka. Jeśliby go nie znaleźli, przejście grani Mazeno nie byłoby pełne, a kochające kontrowersje środowisko na pewno wypominałoby im to. Po godz. 17 wiatr zaczął rozganiać chmury. Na szczycie stanęli 15 lipca o godz. 18.12.

Lunatycy

Teraz trzeba było zejść do świata żywych, cztery kilometry poniżej nieba. Pierwszą noc spędzili w tej samej jamie, którą wykopali podczas drogi w górę. Zjedli resztkę herbatników i cukierków, bez sprawnej zapalniczki nie mogli pić. Schodzili coraz wolniej, a Sandy obserwował, jak jego partner z każdym krokiem słabnie. Następnej nocy znów musieli wykopać jamę. Cięli śnieg czekanami z dwóch stron, by spotkać się w połowie drogi. Gdy Sandy skończył swoją część, zauważył, że Rick nawet nie zaczął. – Był nieobecny. Dłubał tylko czekanem w śniegu. Krzyknąłem do niego, chyba zrozumiał, co się dzieje, i z jękiem spytał, czy zmieścimy się w tym, co ja wykopałem – mówi Sandy.

Z Rickiem było jeszcze gorzej następnego dnia. Zasypiał na stoku, siniały mu zmrożone palce. – Puszczałem go przodem na wypadek, gdyby zasłabł albo się przewrócił. Byliśmy związani i gdyby coś się stało, to mógłbym go złapać – mówił Sandy.

Dwóch słaniających się wspinaczy dostrzegli Czesi Marek Holecek i Zdenek Hruby poniżej obozu II, na wysokości ok. 5900 metrów. – Nie jedliśmy od trzech dni, a nie piliśmy od pięciu. Gdy poczęstowali nas herbatą, to Rick próbował coś do nich wymamrotać. A po kilku łykach zwymiotował – mówi Sandy.

19 lipca, po 18 dniach wspinaczki, usiedli w bazie Diamir na plastikowych krzesłach i napili się herbaty.

Kilka tysięcy kilometrów dalej Brytyjczycy, niegdyś zakochani w himalaizmie, rozpoczynali ostatni przedolimpijski tydzień, wyczyn dwóch podstarzałych himalaistów długo czekał na opisanie. Za pierwsze przejście grani Mazeno Sandy i Rick otrzymali Złote Czekany, najbardziej prestiżową nagrodę we wspinaczkowym świecie.

Śledź autora na Twitterze @deszczep

Reklamy

24 lata temu zginął Jerzy Kukuczka. ”Od śmierci w dolinach zachowaj nas, Panie”

Fajy był z niego gość, ale może gdyby umiał odpuszczać tak jak Kurtyka to by jeszcze żył. Nie mniej jednak miał i tak dużo szczęścia, ze nigdy mu się nic nie stało wcześniej a stracil przecież kilku partnerów.
Jerzy Kukuczka. Graffiti z Katowic
To słowa modlitwy, którą często powtarzał Jerzy Kukuczka. 24 lata temu odpadł od południowej ściany Lhotse. Mimo że dwa lata wcześniej zdobył swój czternasty ośmiotysięcznik, nie przestał szukać wyzwań w najwyższych górach świata. – To byłoby zaprzeczenie wszystkiego, co robiłem do tej pory – tłumaczył.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

Kukuczka jako drugi człowiek w historii zdobył czternaście ośmiotysięczników, czyli Koronę Himalajów i Karakorum. Na 11 wszedł nowymi drogami, 7 zdobył w stylu alpejskim, 3 po raz pierwszy zimą, 1 szczyt samotnie. Zajęło mu to 7 lat, 11 miesięcy i 14 dni. Za swoje osiągnięcia otrzymał srebrny order olimpijski. Zginął 24 października 1989 roku podczas wspinaczki na niepokonanej wtedy południowej ścianie Lhotse.

Rozsądek mówi: daj sobie spokój

W 1964 kolega namówił 16-letniego Jerzego Kukuczkę na wyjazd w skałki. Tak mu się spodobało, że rok później zapisał się do Harcerskiego Klubu Taternickiego w Katowicach. W 1966 roku był już po kursie taternickim.

– W programie było, że kursanci sami mają wynajdywać drogę. Stanęli pod skałką, którą łatwo było obejść po trawie, ale oni uznali, że droga prowadzi inaczej. Zaczęli szturmować, nikt nie mógł wydrzeć. Dopiero Jurek Kukuczka wydarł na rękach, był niesamowicie silny – mówi Janusz Kurczab, znawca górskiego świata, kierownik wypraw w Himalaje, który uczył Kukuczkę wspinaczki.

Przyszedł czas na pierwsze eksploracje w polskich górach. Słowo ”eksploracje” jest tutaj jak najbardziej na miejscu, bo od samego początku Kukuczka w górach był niezwykle ambitny. Nie chciał iść śladami innych. Szukał nowych dróg wspinaczkowych albo innych sposobów, by zapisać się w historii zdobywanego szczytu.

W 1971 roku wraz z Piotrem Skorupą, swoim pierwszym prawdziwym górskim partnerem, postanowił zrobić pierwsze zimowe przejście direttissimy (drogi wspinaczkowej poprowadzonej możliwie blisko linii spadku wierzchołka) Kazalnicy Mięguszowickiej. Podczas wspinaczki Skorupa zginął. Pierwsza górska tragedia wstrząsnęła Kukuczką, który zaczął się zastanawiać nad sensem wspinaczki.

”Dramatyczna rozterka, bo góry ciągną, ale rozsądek mówi: daj sobie spokój… ”- pisał w książce ”Mój pionowy świat”.

Smrodek

Mimo wątpliwości wrócił w góry. W 1974 roku był członkiem ekspedycji, która pojechała na najwyższy szczyt Ameryki Północnej McKinleya. Tutaj zaczęły się problemy.

Kukuczka aklimatyzował się dużo wolniej od swoich partnerów. Chorobowa wysokościowa zaatakowała go już na 4500 m. Mimo osłabienia postanowił atakować.

– Wszyscy mnie przegonili, bo byli w lepszej kondycji. Resztkami sił, z czarnymi plamami przed oczami, doszedłem do szczytu. Grupa zaczynała już wtedy schodzić – opisywał Kukuczka.

Wygramolił się siłą woli. W dodatku odmroził palce i po powrocie do kraju udał się od razu do szpitala. Wypadł z obiegu. Ciągnął się za nim ”smrodek” z McKinleya. Koledzy nie widzieli w nim materiału na wielkiego wspinacza. Jak to możliwe, że jeden z najtwardszych organizmów, jakie kiedykolwiek weszły w góry wysokie, początkowo nie zdradzał swoich cech? Odpowiedzi nigdy nie poznamy, ale być może Kukuczka potrzebował jeszcze większej miłości niż góry. Po powrocie z McKinleya ożenił się z Celiną. Pewny i opanowany na wysokościach bardzo tremował się podczas pierwszych spotkań z przyszłą żoną.

– Przyszedł na oświadczyny ze swoją matką. Był bardzo zdenerwowany i stremowany. Z tego wszystkiego kwiaty, które przyniósł dla mnie, wręczył mojej siostrze – wspomina żona.

Kukuczka odpokutował swoje i w 1977 roku dostał powołanie na wyprawę na Nanga Parbat. Wraz z partnerami zawrócili przed szczytem. Zaczęła się jego trwająca 12 lat droga po najwyższe cele.

”Tkwi we mnie coś takiego, co sprawia, że nie interesuje mnie gra o małe stawki. Dla mnie liczy się jedynie ‚naj’. Tylko to mnie bierze naprawdę”.

Z kominów w Himalaje

Na każdy z 14 ośmiotysięczników chciał wejść w wyjątkowy sposób. Zaczęło się w 1979 roku od Lhotse. Nie udało mu się poprowadzić nowej drogi, więc zdecydował wejść na wierzchołek bez tlenu. Wcześniej na ośmiotysięcznik w taki sposób wszedł tylko Reinhold Messner. Media szybko zresztą wyłapały, że Kukuczka ośmiotysięczniki zdobywa w ekspresowym tempie i imponującym stylu. Kiedy zdobył Lhotse, Reinhold Messner miał miał już na swoim koncie sześć ośmiotysięczników.

Za Włochem stały sława i pieniądze. A Kukuczka, żeby zebrać pieniądze na kolejne wyprawy, musiał kombinować. Robił to, co umiał najlepiej – czyli działał na wysokościach. Jak wielu polskich alpinistów wziął się za malowanie kominów. Wyprawa na Lhotse kosztowała w 1979 roku milion złotych, czyli 200 średnich miesięcznych pensji. Czasami wystarczał jeden komin, kiedy indziej trzeba było pomalować pięć, ale zawsze się udawało. Kukuczka w Himalajach spędzał coraz więcej czasu.

Wiosną 1980 roku południowym filarem zdobył Mount Everest z Andrzejem Czokiem. Akcję górską musieli rozpocząć nielegalnie, bo nepalskie Ministerstwo Turystyki postanowiło ukarać polskich wspinaczy za brak informacji o pierwszym zimowym wejściu na Mount Everest, którego kilka miesięcy wcześniej dokonali Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Polacy oczywiście próbowali poinformować Nepalczyków, ale trafili na ich święto narodowe i nikt nie podniósł słuchawki. Świat dowiedział się o sukcesie z innego źródła, czego Nepalczycy nie mogli przeboleć. Kiedy kierownik wyprawy Andrzej Zawada przyniósł w końcu zgodę, Kukuczka z kolegami byli w drodze do obozu III. Po wyczerpującej i ryzykownej akcji doszli na szczyt.

”Wszystko, co człowiek robi na najwyższej górze, jest (…) potwornie prozaiczne, rzeczowe, kosztuje ogromnie dużo wysiłku. A przez wszystko to wyprane z jakiejkolwiek euforii myślenie: Everest jak Everest. Taka sama góra, taki sam śnieżny nawis jak na innych…”

Dream team

Kolejne trzy lata sprawiły, że o Kukuczce w świecie mówiło się coraz więcej. W 1981 zdobył samotnie, nową drogą Makalu. Rok później wszystkie trzy wierzchołki Broad Peaka, które pokonał pięknym trawersem z Wojciechem Kurtyką.

– Nie wiem, czy istniały jakieś rzeczy, które nas łączyły. Można powiedzieć, że wszystko nas dzieliło. Dla mnie góry były fascynacją estetyczną. Dla Jurka było to wyzwanie innego rodzaju, żadnego nawiedzenia mistycznego. To było wielkie zadanie, które sobie dawał. Wnosił to, co było w nim najwartościowsze. Ogromną wytrwałość i dążenie do dojścia do celu – wspomina go Kurtyka.

Razem stworzyli jeden z najmocniejszych zespołów w historii. W 1983 w ciągu miesiąca zdobyli Gaszerbruma II i Gaszerbruma I. Obu wejść dokonali nowymi drogami w stylu alpejskim. Rok później udali się pod owianą mitem niemożliwej do zdobycia ”świetlistą ścianę” Gaszerbruma IV. Jej charakterystyka sprawia, że prawie niewykonalne jest cofnięcie się. Albo się ją zdobywa albo umiera próbując. Gdy zbliżali się do ściany, Kurtyka zrezygnował.

– Namawiałem go do tego dwa lata, ale kiedy stanęliśmy pod ścianą czułem niepokój. Doszedłem do wniosku, że to szaleństwo. Jurek spójrz, gdzie są te chmury. Jurek nie chciał odpuścić. Trudno było go odwieść. Parł do przodu jak typowa osoba spod znaku barana. Będzie parła tak długo, aż przeszkodę skruszy, chyba że wcześniej skręci sobie kark – mówił Kurtyka.

Pod ”świetlistą ścianą” ich dream team się rozpadł. Kukuczka pod Gaszerbruma IV już nigdy nie wrócił. Kurtyka pojawił się tam rok później z Robertem Schauerem. Przez dwa dni byli uwięzieni w półce skalnej z powodu załamania pogody. Na grań szczytową wyszli ledwo żywi i nie podjęli próby wejścia na wierzchołek. Ścianę jednak pokonali, jako pierwsi w historii, a ich wyczyn magazyn ”Climbing” uznał za największe osiągnięcie himalaizmu w XX wieku.

Mister Golonko

Kukuczka miał jedną wielką słabość – słabość do jedzenia.

– Jurek to nie był typ sportowca. To był himalaista, który śmiejąc się w oczy Kurtyce zajadał całą puszkę golonki i mówił, że jak zje coś tłustego, to jest mu dobrze. Nikt z mistrzów skały by takiej diety nie wytrzymał, skręcali się na sam widok – wspomina himalaista Ludwik Wilczyński.

– Mieliśmy nieopisane konserwy, a tylko Kukuczka czuł przez blachę, gdzie jest golonka, a gdzie szynka. Przylgnęła do niego ksywka, mister golonko – opowiada Artur Hajzer.

Sam Kukuczka do swojej sylwetki miał dystans.

”- To ty jesteś ten Kukuczka? Wcale nie wyglądasz na alpinistę… Markus, szwajcarski przewodnik, patrzy przy tym nie tyle w moje oczy, co znacznie niżej, tam, gdzie pod paskiem rysuje mi się niezbyt sportowy brzuch. (…) Są ważniejsze sprawy, niż uwaga Szwajcara. Macham ręką. – Pogadamy na ośmiu tysiącach metrów – mruczę do siebie. Bo co będę sobie takimi aluzjami zawracał głowę.”

Celina Kukuczka: W domu nie było gór, w domu było życie rodzinne, synowie, rodzina. Mówiło się o górach bardzo rzadko. Miał wielu znajomych. Dom był otwarty, lubił się cieszyć życiem, lubił towarzystwo, lubił organizować imprezy.

Andrzej Popowicz, taternik, himalaista: Jurek rodziny nigdy nie zaniedbywał. Jego rodzina miała wszystko, co potrzeba. Jego żona akceptowała to [co robił], a synowie, którzy byli mali, tym bardziej to akceptowali. Trzeba było widzieć ich zabawy ze sprzętem porozkładanym w domu Kukuczków.

Wyścig z Messnerem

Na początku 1985 roku Kukuczka miał już siedem zdobytych ośmiotysięczników. Zajęło mu to pięć lat. Reinhold Messner miał 11, na które wchodził 15 lat. Do dziś mówi się o ich wyścigu po Koronę Himalajów i Karakorum. Ale czy oni naprawdę się ze sobą ścigali?

– To [wyścig] wymyślili zachodni dziennikarze, bo zobaczyli Polaka, który robi nowe drogi albo robi drogi w zimie. Jest nowatorem, odkrywcą. Zabawa rozkręciła się na całego. Zaczęli ze sobą rywalizować – tłumaczy alpinista Ignacy Walenty Nendza, który był z Kukuczką w 1979 roku pod Lhotse.

Kukuczka uwierzył w wyścig i zdecydował się zagrać va banque – w jednym sezonie zimowym zaatakował dwa ośmiotysięczniki. To nie udało się jeszcze nikomu wcześniej. 21 stycznia razem z Andrzejem Czokiem stanął na Dhaulagiri (pierwsze zimowe wejście), a 13 lutego zdobył z Andrzejem Heinrichem Czo Oju (nową drogą). Miał już dziewięć szczytów.

”Jestem wyschnięty, straszliwie wychudły, ale jakoś się ruszam. Ruszam się i myślę. Mam świadomość, że po Czo Oju zacząłem być traktowany jako ten, który goni Reinholda Messnera. Owszem, pogonić go trochę mogę, ale na to, by ten wyścig wygrać, musieliby Reinholda uwięzić w jego alpejskim zamku, a mnie pozwolić robić w Himalajach, co chcę. Nie oznacza to bynajmniej, że składam broń. Co to, to nie.”

Kukuczka pisał, że wchodzenie na ośmiotysięczniki normalnymi drogami nie interesuje go. Wyścig z Messnerem miał mu pomóc w realizacji celu o wiele ambitniejszego – czternastu nowych dróg na czternastu ośmiotysięcznikach.

”Nową drogą albo zimą, kiedy jeszcze nikt tam o tej porze roku jeszcze nie był. To jest stawka warta świeczki. Naprawdę wielka gra”.

Reinhold Messner zdobył Lhotse, swój ostatni, czternasty ośmiotysięcznik 17 października 1986 roku. Później nigdy już nie stanął na szczycie ośmiotysięcznika. W tym czasie Kukuczka przebywał pod Manaslu.

”Czekałem na tę wiadomość, ale teraz, gdy nadeszła, mimo wszystko robi się smutno. Jednak on jest tym pierwszym. Równocześnie odkrywam w sobie odcień pewnej ulgi. Wreszcie ta cała wrzawa wokół naszego ‚wyścigu’ się skończyła. Teraz mogę dążyć do własnego celu”

Ostatni paciorek

Koronę Himalajów i Karakorum skompletował jako drugi człowiek w historii 18 września 1987 r., kiedy wraz z Arturem Hajzerem stanął na szczycie Sziszapangmy.

”Stoję na szczycie ostatniego mojego ośmiotysięcznika. Ostatni paciorek mojego himalajskiego różańca. Stało się… Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości, musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości, proporcjonalnej do tego przeżycia. (…) Jestem tym wszystkim trochę ogłuszony. Człowiek nie jest jednak przygotowany do tego, by w każdych warunkach potrafił się cieszyć”

Kukuczka na 10 ośmiotysięczników wszedł nowymi drogami, 7 zdobył w stylu alpejskim, 4 po raz pierwszy zimą, 1 szczyt samotnie. Zajęło mu to 7 lat, 11 miesięcy i 14 dni. Messnerowi 16 lat i cztery miesiące. Gdy Messner dowiedział się o jego sukcesie, wysłał mu krótką wiadomość: Nie jesteś drugi, jesteś wielki.

– Był ostatnim człowiekiem, którego można było namówić do odwrotu. Był bardzo twardy. Nie przychodziło mu na myśl, że można za szybko zrezygnować – wspomina go Zbigniew Wach, alpinista.

”Czternaście. Czternaście razy osiem… Czy coś się naprawdę skończyło? Nie. Pionowy świat nie kończy się nigdy. Trwa. Czeka. Ja przecież tu jeszcze wrócę… Zaraz… kiedyś już tak myślałem. Kiedy? No jasne! Wtedy, gdy po raz pierwszy przegrałem z Nangą. To było dawno, bardzo dawno… Całe czternaście najwyższych gór temu. Co jeszcze wtedy, po pierwszej porażce, myślałem sobie? Aha… Że Himalaje też są dla ludzi. I miałem rację.”

Pionowy świat

– Był jak maszyna, parł naprzód. Miał do tego predyspozycje fizyczne i psychiczne – opisuje Kukuczkę Marian Bała, taternik i alpinista.

Kukuczka parł, ale dookoła ginęli jego koledzy. Najmocniej przeżył chyba śmierć Andrzeja Czoka, który zginął w 1986 roku na Kanczendzondze. Pół roku później na K2 od ściany odpadł wspinający się z nim Tadeusz Piotrowski. W końcu w maju 1989 roku lawina zabrała pięciu polskich wspinaczy: Eugeniusza Chrobaka, Mirosława Dąsala, Mirosława Gardzielewskiego, Andrzeja Heinricha i Wacława Otrębę.

– Zachowywał się, jakby śmierć go nie dotyczyła. Zawsze mówił: nie bój się, ja wrócę – opowiada jego żona, Celina. Tak samo powiedział jej, gdy żegnali się przed jego ostatnią wyprawą.

Nie mieli dużo czasu na dworcu, bo Kukuczkę okrążyli koledzy i dziennikarze. Jeden z reporterów zapytał go, dlaczego jeszcze się wspina.

– A dlaczego kończyć, skoro tak dobrze idzie? – usłyszał w odpowiedzi. Pytany przez kolegów tłumaczył, że zaprzestanie byłoby zaprzeczeniem wszystkiego, co robił do tej pory.

W 1989 roku wybrał południową ścianą Lhotse, do której przymierzał się już wcześniej. Niezdobytą. Niełatwo było znaleźć mu partnera. Zgodził się dopiero świetny technicznie, specjalizujący się w dużych ścianach Ryszard Pawłowski. Pogoda nie rozpieszczała ich podczas akcji górskiej, ale 24 października podczas ataku szczytowego była świetna. Zagotowali trochę wody, zjedli po batoniku i zaczęli się wspinać. Prowadził Kukuczka. Używali jednej liny, żeby było szybciej. Pawłowski tak wspomina ostatnie chwile tej wspinaczki:

– Jurek był jakieś 70 metrów nade mną. Wykonał dwa szybkie ruchy i kiedy wydawało mi się, że dotknął śnieżnej grani, zupełnie niespodziewanie zaczął się osuwać. Początkowo wolno, ale z każdym ułamkiem sekundy szybciej. Wszystko co mogłem zrobić, to się skulić w sobie, nie słyszałem żadnego krzyku Jurka, odgłosu. Prawdopodobnie on nie spodziewał się, że lot będzie taki długi. Lina nade mną na jakimś ostrym fragmencie skały się przerwała. Wszystko co widziałem, to Jurka spadającego do kotła, do podstawy ściany – opowiada Pawłowski.

Więcej o południowej ścianie Lhotse i ataku szczytowym można przeczytać tutaj >>

***

Celina Kukuczka: Wojtek, nasz młodszy syn, obudził się o czwartej nad ranem. Obudził ciocię: ciociu, śniło mi się, że jeździłem z tatą windą, nie chciała się zatrzymać, a tata naciskał alarm i krzyczał alarm, alarm. Chodził w góry, by przeżyć inny, lepszy świat. Kiedy z nich wracał, był innym, lepszym człowiekiem. Góry uczyły go pokory. Zdawałam sobie później z tego sprawę, że najważniejsze dla niego są góry. Nie starałam się odebrać mu tego, co dla niego było najważniejsze.

Krzysztof Wielicki: Wspinanie się z Jurkiem dawało jakieś poczucie bezpieczeństwa. Może wynikało to z jego upartości. Jurek przeważnie wspinał się tak długo na wyprawie, aż szczyt zdobyto. Jurek mówił: szczyt zapłacony, to musi być zdobyty. Ludzie lubili z Jurkiem jeździć, bo wiedzieli, że mają szansę wejść, bo Jurek na pewno wejdzie.

Wojciech Kurtyka: Są pewni ludzie, do których śmierć nie pasuje. W moim intuicyjnym przeczuciu, nie przychodziło mi na myśl, że Jurek tak może skończyć. Chociaż przesłanki były strasznie mocne.

Simone Moro: Urzekła mnie historia Kukuczki, ”biednego” człowieka z kraju, gdzie góry są niskie. Pokazał, że może wspinać się tak samo dobrze, jak alpiniści z górskich państw. Ba, był jednym z najlepszych na świecie. To przykuło moją uwagę, bo jego droga była podobna do mojej. Urodziłem się w ubogiej rodzinie, miałem dwóch braci. Za oknem nie widziałem potężnych gór, w pobliżu były szczyty zbliżone wysokością do tych, które macie w Tatrach. Kukuczka i inni polscy wspinacze pokazali mi drogę. Nie musiałem mieć pieniędzy, nie musiałem wychowywać się w wysokich Alpach. Pasją zaraziłem się więc od Kukuczki, a od Messnera nauczyłem się jak organizować wyprawy i rozmawiać z ludźmi. Zacząłem się wspinać i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że alpinizm, który uprawiał Messner, odchodzi do przeszłości. Mogłem robić to, co on, ale podążałbym tylko za nim. Nie chciałem tego, nie chciałem być wiecznie drugi. Zacząłem się więc zastanawiać, na czym ma polegać nowy alpinizm. I odpowiedź przyszła z Polski. Zacząłem wspinać się w zimie.

Jerzy Kukuczka: Wreszcie najwspanialszy moment w każdej wspinaczce. Chwila, kiedy od szczytu dzieli mnie już tylko kilka kroków, kiedy wiem, że już nic nie stanie mi na przeszkodzie, kiedy wiem, że zwyciężyłem… Zwyciężyłem nie górę czy pogodę, lecz przede wszystkim siebie, swoją słabość i swój strach. Kiedy mogę już podziękować górze, że i tym razem była dla mnie łaskawa. Tych chwil nie oddam nikomu za żadne skarby i jeżeli muszę w drodze do szczytu pokonywać przeszkody i ocierać się o nigdy nie określoną granicę między kalkulowanym ryzykiem, a ryzykanctwem, to trudno, zgadzam się. Zgadzam się na walkę, ze wszystkimi niebezpieczeństwami, które na mnie czyhają. Zgadzam się na wiatry, które tygodniami biją w ściany namiotów i doprowadzają do granicy szaleństwa. Zgadzam się na drogi prowadzone na granicy wytrzymałości. Zgadzam się na walkę. Nagroda, którą otrzymuję za te trudy, jest niebotycznie wielka. Jest nią radość życia.

Cytaty pochodzą z książki Jerzego Kukuczki ”Mój pionowy świat”, nagrań serii ”Himalaiści” wyprodukowanej przez Discovery oraz materiałów własnych.

Dominik Szczepański

http://off.sport.pl/off/51,111379,14833298.html?i=3