Niszczarka marzeń

Eh chyba też jestem troche wytworem naszego systemu edukacji, ale cóż jakoś sobie w życiu radzę, raz lepiej, raz gorzej.
Konsekwentnie ignorujemy fakt, że nasze dzieci w szkole się nudzą i są nieszczęśliwe. To barbarzyństwo!
Rozmowa z Marzeną Żylińską

Aleksandra Szyłło i Marzena Żylińska, doradczyni minister edukacji, ogladają film o prof. Hütherze i rozmawiają o szkole

„Posłuszeństwo już mieliśmy. Jak w komorach gazowych kończył się gaz, to posłuszni je napełniali” – mówi prof. Gerald Hüther, neurobiolog, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego „Alfabet” Erwina Wagenhofera. Twierdzi, że egzekwowanie od uczniów w szkołach posłuszeństwa i wykonywania poleceń jest szkodliwe.

– W ciągu ostatnich lat neurobiolodzy zrobili ogromny postęp w badaniu mózgu. Po raz pierwszy w historii wiemy, co wspiera, a co hamuje procesy uczenia się. Wcześniej dorośli – nauczyciele, dyrektorzy szkół i rodzice – po prostu zakładali, że wiedzą, jak nauczać. Jedni intuicję mieli lepszą, inni gorszą. Maria Montessori sto lat temu tworzyła we Włoszech szkoły, tak jak gdyby w jednym palcu miała wyniki dzisiejszych badań. Była genialną obserwatorką dzieci. Ale większość szkół wciąż działa jakby na przekór tego, co wiemy o mózgu.

A co wiemy?

– Dzieci uczą się tylko wtedy, kiedy coś je zainteresuje. Nie da się żadnej wiedzy wlać do ich głów pod przymusem. Najlepiej przyswajają wiedzę, gdy są nieznośne: wstają, ruszają się, pytają, komentują, głośno wyrażają emocje.

Lepiej, żeby dziecko było w szkole nieznośne?!

– Każde dziecko ma w sobie wielką naturalną ciekawość otaczającego je świata. Chyba że jest chore, głodne lub ma mocno zaburzone poczucie bezpieczeństwa, brak bliskiej więzi z matką, ojcem i innymi otaczającymi je dorosłymi.

Wystarczy poobserwować, jak niemowlę uczy się siadać, stawać, chodzić. Tyle razy próbuje, aż dopnie swego. Mimo upadków i wysiłku, jaki musi w to włożyć. A jak już nauczy się trochę mówić, potrafi niezmordowanie zadawać kilkaset pytań dziennie: „Co to?”, „A po co to?”, „A dlaczego?”. Dziecko jest zafascynowane światem i robi wszystko, by go odkryć, spróbować, zrozumieć. A teraz zestawmy z tym wyniki badań: 31 proc. uczniów podstawówek i aż 60 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych nudzi się na lekcjach. (Roczny raport społecznego programu „Szkoła bez przemocy”). 48 proc. uczniów w wieku 7-19 lat boi się niektórych lekcji. Co piąty uczeń czuje się w szkole niepewnie i nie na swoim miejscu. Według badaczek pracujących pod kierunkiem prof. Gizy-Poleszczuk najczęściej doznawane w szkole uczucia to „nudzę się” i „boję się niektórych lekcji”.

Dziecko w szkole dostaje komunikat: nikogo tu nie interesuje, co ciebie interesuje. Bądź cicho i słuchaj, musimy gonić z programem. Dziecko się buntuje, chce jeszcze czegoś się dowiedzieć, zrozumieć – dostaje uwagi do dzienniczka i etykietkę „niegrzecznego”. Większość dzieci daje się w końcu sformatować, bo ma ogromną potrzebę więzi z opiekunem. I jeśli wciąż dostaje sygnały, że opiekun jego chęć poznawania świata odbiera jako złe zachowanie, to zaczyna obierać inną strategię.

Czyli?

– Prof. Hüther opisuje ten proces w książce „Wszystkie dzieci są zdolne”. Dziecko gotowe jest postępować wbrew swojej naturze i potrzebom, byle tylko zadowolić opiekunów. Gotowe jest godzinami wypełniać nudne ćwiczenia, przestać pytać, wstrzymuje siku całą lekcję, by znowu zobaczyć uśmiech na twarzy mamy, dostać piątkę od nauczycielki albo stempelek z uśmiechniętą buźką, a w końcu świadectwo z czerwonym paskiem. Tylko że za tę przemianę – z odkrywcy w wykonawcę poleceń – dziecko słono płaci. Traci wewnętrzną motywację, która kazała mu niestrudzenie poznawać świat, próbować, tworzyć. Działa już tylko napędzane motywacją zewnętrzną: kijem i marchewką. Z roku na rok w szkole coraz więcej jest żmudnej, przymusowej roboty, coraz więcej więc potrzeba kijów i marchewek. Potem nauczyciele zastanawiają się na konferencjach, jak zmotywować uczniów do nauki. Czyli jak przywrócić im to, co szkoła zniszczyła! Malutkie dzieci nie mają problemu z sensem i celem. Po co maluch robi pierwsze „eksperymenty” w wannie czy piaskownicy? Bo chce się dowiedzieć! Po co ogląda pierwszą książeczkę? Żeby poznać! A człowiek motywowany zewnętrznie, czyli tresowany, jeśli mu zabrać kije i marchewki, to nie wie już, czego chcieć. Nie wie, po co żyje.

Argumenty takich reformatorów jak prof. Hüther to twarda nauka. Z badań wynika, że wśród dzieci poniżej piątego roku życia 98 proc. jest kreatywnych na poziomie geniuszu. Znajduje wiele niestandardowych rozwiązań dla jednego problemu. Wśród dzieci w wieku 8-10 lat już tylko 32 proc. Wśród 15-latków – 10 proc. W grupie powyżej 25. roku życia – 2 proc.

W filmie „Alfabet” Yakamoz Karakurt, 15-letnia prymuska z Hamburga, odczytuje swój list otwarty, który w 2011 roku opublikował magazyn „Die Zeit”.

– „Mam problem. Chcę złożyć skargę, tylko nie wiem, do kogo. Moje życie to stres i presja. Nie ma czasu i sił na hobby. Nie ma wypoczynku ani zabawy. Budzę się i pędzę do szkoły, zadania szkolne kończę o godz. 23. Każdy wie, że szkoła to nie życie, ale moje życie jest w szkole. Oczekuje się od nas, żebyśmy byli maszynami, które pracują co najmniej 10 godzin dziennie. Czy dorośli, którzy podejmują za nas decyzje, próbowali kiedykolwiek wczuć się w nasze położenie?”. To typowa sytuacja świetnego ucznia. Zapytajmy siebie, czy nie przeraża nas to, że rosną ludzie, którzy nawet nie mają siły i czasu pomarzyć.

Jednym z najbardziej przejmujących obrazów z „Alfabetu” jest twarz innego prymusa, chińskiego chłopca, wielokrotnego zwycięzcy olimpiad matematycznych. Stoi przy matce, która z dumą pokazuje do kamery jego medale i dyplomy. Spojrzenie chłopca jest nieobecne. To spojrzenie więźnia. Razem z filmowcami zwiedzamy chińską szkołę, która jest tak ambitna, że dzieci uczą się po nocach, by przerobić program w rok zamiast w ciągu dwóch lat. Andreas Schleicher, szef programu testowego PISA, mówi: „Może nie chcielibyśmy tego dla naszych dzieci, ale musimy wziąć pod uwagę, że takie kraje jak Chiny rozwijają się z zawrotną prędkością, muszą gonić”. Ten komentarz Schleichera jest niewiarygodny? Swoim dzieciom nie chcielibyśmy robić czegoś takiego, ale „tamtym” możemy. Chińskie „najlepsze” szkoły to przykład skrajny. Ale na naszym podwórku też konsekwentnie ignorujemy fakt, że dzieci w szkole się nudzą i są nieszczęśliwe. To barbarzyństwo!

Są jednak osobowości, które się szkole nie dają sformatować.

– Ludzie wybitni bardzo często w szkole byli źle oceniani. Hüther sypie przykładami: Thomas Edison, wielki wynalazca, członek Narodowej Akademii Nauk – był najgorszym uczniem w klasie. Nauczyciele Marcela Prousta uważali jego wypracowania za beznadziejne. Pablo Picasso nigdy nie zapamiętał kolejności liter w alfabecie. Giacomo Puccini bez przerwy oblewał egzaminy. Paula Cézanne’a nie przyjęto do Akademii Sztuk Pięknych. Albert Einstein rozmyślał bez końca nad jednym zadaniem, podczas gdy jego rówieśnicy przerobili już dziesięć zagadnień i szli do domu. Poza tym mały Albercik niczego nigdy nie potrafił nauczyć się na pamięć. Popatrzmy, jak dorosły już Einstein skomentował własne sukcesy: „To nie jest jakiś wyjątkowy talent, to po prostu moja namiętna ciekawość świata”. Lista upartych, których system edukacyjny nie zdołał złamać, mogłaby zająć całą „Gazetę”. Pytanie, czy mamy zamiar się cieszyć, że komuś udało się osiągnąć coś pomimo szkoły. Upór i silny charakter nie są cechami premiowanymi przez szkołę. Przeciwnie. Proszę też zauważyć, że szczęście i teraźniejszość też nie są wartościami w systemie szkolnym. Od małego uczymy się, że musimy zmuszać się do udręki w imię jakiejś „przyszłości”. Ale czy człowiek, który przez lata programowany jest do wykonywania cudzych poleceń – powtarzalnych nudnych czynności – nagle po przekroczeniu jakiejś magicznej granicy będzie umiał cieszyć się teraźniejszością? Być szczęśliwy? A gdzie miałaby przebiegać owa magiczna granica, po przekroczeniu której człowiek ma wreszcie prawo robić to, co go pasjonuje? Hüther cytuje Johna Lennona: „Kiedy miałem pięć lat, mama mówiła mi, że szczęście jest kluczem do prawdziwego życia. Gdy poszedłem do szkoły, zapytali mnie, kim chcę być, gdy dorosnę. Odpowiedziałem: chcę być szczęśliwy. Powiedzieli mi, że nie zrozumiałem pytania”.

Pani córki, dzięki pani wiedzy o szkole, miały łatwiej?

– Mam duże wyrzuty sumienia, że nie uchroniłam ich przed naszym opresyjnym systemem. Zwłaszcza Oli, starszej. Bo Ada, młodsza, jakoś umiała prześlizgnąć się przez szkołę, taki sprytniejszy charakter. A starsza bardzo walczyła. Dyskutowała z nauczycielami nad sensem tej czy innej pracy, płakała wieczorami, nie umiała się przystosować. Wciąż dostawała po głowie. Odżyła dopiero na studiach w Londynie. Teraz poważnie rozważa, czy nie pozwać polskiego państwa za 12 straconych lat. Mówi mi: „Przecież z twoich prac naukowych wiem, że kortyzol, hormon stresu, który zalewał mnie w dzieciństwie, w długiej perspektywie wywołuje lawinę chorób. Mogą ujawnić się dopiero po czterdziestce. Należy mi się odszkodowanie”.

Czy to nie paradoks, że przez kilkanaście lat w szkole szczególnie dużo czasu musimy poświęcać przedmiotom, do których nie mamy zdolności, tylko po to, żeby zdać? A na to, do czego mamy talent, co świadczy o naszej wyjątkowości, zazwyczaj nie pozostaje już wiele czasu. Z punktu widzenia neurobiologii nie ma sensu uczyć się czegokolwiek raz na tydzień.

Jakie nauczanie jest przyjazne mózgowi?

– Opowiem pani na przykładzie pokemonów. Przebadano kilkulatki, wśród których panowała moda na te bajkowe postaci. Okazało się, że znają więcej pokemonów niż zwierząt. A to nauka o zwierzętach jest przecież w programie przedszkolnym. Dzieci nie tylko potrafiły bezbłędnie nazwać te stwory, ale też podać charakterystyczne cechy każdego z nich, wskazać, który jest najcenniejszy, bo karta z nim jest rzadka. Oczywiście każdy rodzic intuicyjnie wie, dlaczego dzieci znają więcej pokemonów niż zwierząt gospodarskich. Bo one tym żyją, emocjonują się. Żadne dziecko nie wkuwa przecież w męczarniach ich nazw. Kilkulatki zafascynowane dziś „Star Wars” znają kilkuczłonowe nazwy postaci w obcym języku, ich atrybuty. Znają skomplikowane nazwy ich pojazdów, typy broni, często potrafią poprawnie zapisać je po angielsku. Przecież to są te same dzieci, które w pierwszych klasach podstawówki mają ponoć problemy z koncentracją i nie mogą przez pół roku wykuć po angielsku dni tygodnia. To czy pacjent jest zły, czy może terapia nietrafiona? Zawsze mnie zastanawia, że gdy człowiek jest chory, a leczenie nie daje rezultatu, lekarze próbują innej terapii. A gdy dziecko się nie może nauczyć, to szkoła nie zmienia metody nauczania, tylko wpisuje uczniowi złą ocenę.

Podczas nauki, która angażuje nasze emocje, w mózgu uwalniają się neuroprzekaźniki, które można porównać do nawozu, dzięki któremu powstają nowe połączenia neuronalne. Jeśli te informacje są powtarzane z zaangażowaniem, te połączenia stają się trwałe.

Polecenie typu: proszę przepisać do zeszytu definicję fenoli i nauczyć się jej na pamięć, to całkowita strata czasu. W trakcie odrabiania takiej pracy mózg jest uśpiony jak komputer na stand by. Dziecko, które nie chce wypełniać w domu takich ćwiczeń, a chce zamiast tego wisieć głową w dół na trzepaku, wie, co robi.

Jak to? To nie jest marnowanie czasu?

– Gdy dziecko wisi na trzepaku, jego mózg rozwija dwa ważne układy: przedsionkowy i proprioceptywny, określany również jako zmysł czucia głębokiego. Bez informacji o tym, jak zachowuje się nasze ciało, koordynacja wzrokowo-motoryczna nie byłaby możliwa. Dzięki propriocepcji mamy poczucie własnego ciała, możemy iść po ciemnym pokoju, chodzić po schodach, a także trafiać filiżanką do ust.

Poza tym uważajmy z tym upominaniem dzieci, że „marnują czas”. Mózgi dziecięce potwornie tego „trwonienia czasu” potrzebują. Pomarzyć, posnuć się po ogrodzie, pobujać na huśtawce. Byle to „nicnierobienie” nie oznaczało niewolniczego konsumpcjonizmu: telewizor, konsola, zakupy.

Co sprawia, że z genialnych dzieci nie zawsze wyrastają genialni dorośli? Talent – wrodzony czy stworzony?

Neurobiologia mówi, że dziecko uczy się tylko wtedy, kiedy chce się nauczyć. A przecież żeby cokolwiek osiągnąć w jakiejkolwiek dziedzinie, potrzeba systematycznej pracy. Niekiedy żmudnej.

– Zgadzam się, cała zabawa polega na tym, jak do tej systematycznej pracy dojdziemy. Antoine de Saint-Exupéry mawiał: jeśli chcesz, by twoje dziecko zbudowało statek, rozbudź w nim tęsknotę za morzem. Budowanie statku to trudna i żmudna praca, dlatego tak ważna jest pasja, tęsknota. Szkoła nie ma w programie rozbudzania tęsknoty. To ty jesteś ten zdolny Jasio pianista? To proszę: odtąd dotąd z nut na za tydzień. I tak przez 12 lat.

Prof. Hüther włączył się do oddolnej berlińskiej inicjatywy „Budząca się szkoła”, której celem jest tworzenie nowej kultury edukacyjnej, opartej nie na przymusie, ale na pasjach i zainteresowaniach uczniów. Jeden z najważniejszych przedmiotów nazywa się odpowiedzialność. W tej szkole realizowane są różne projekty. Jeden z nich polega na tym, że uczniowie muszą zaplanować wyjazd na cały miesiąc, nie mogą wydać więcej niż 150 euro na osobę. Sami googlują noclegi, sprawdzają bilety. Jedna grupa poleciała do Grecji chodzić śladami pierwszych matematyków. Ale oczywiście uczyli się tam nie tylko matematyki. To są projekty interdyscyplinarne. Dzielenie wiedzy na przedmioty bardzo utrudnia mózgowi naukę.

Czyli to nauczyciele są źli?

– Nie, znam zbyt wielu fantastycznych, zaangażowanych. Nieszczęście panującego systemu polega na tym, że on frustruje wszystkich: i uczniów, i nauczycieli, i rodziców. Nauczyciele rozliczani są z tego, ile wiedzy wtłoczyli do dziecięcych głów (co ma wyjść w testach). Są zmuszani do bycia biurokratami. Muszą pisać rozkłady materiału i szczegółowe scenariusze lekcji, w których rozpisują co do minuty, co ich uczniowie mają w czasie lekcji robić, mówić, myśleć. Przecież to czysty teatr absurdu! I najważniejsze: muszą stale robić „coś” z uczniami, by ci nie przeszkadzali im w pracy. Tylko co? Nakrzyczeć? Wpisać uwagę? Te środki szybko się wyczerpują i pozostaje już tylko narastająca frustracja i coraz bardziej zszarpany głos. Ponieważ czasu jest mało, a materiału dużo, 45-minutowa lekcja często zamienia się w wykład. A aby nauka miała sens, podanie wiedzy powinno zająć maksymalnie jedną czwartą lekcji. Reszta powinna być przeznaczona na przetwarzanie nowych informacji – w grze, dyskusji.

Zdziwiło mnie, że neurodydaktyka jest nie tylko przeciw karom, ale też przeciw nagrodom.

– Opiszę pani eksperyment: dwóm grupom przedszkolaków rozdano kredki i poproszono, by dzieci rysowały. W jednej grupie na tym komunikat się kończył. W drugiej za ładne rysunki obiecano nagrody. Dzieci, którym obiecano nagrody, raz dwa coś tam wykonały i zaczęły rozglądać się za tym, co dostaną. Dzieci, którym nic nie obiecano, rysowały długo i z dużo większym zaangażowaniem. Obiecana nagroda powoduje, że do mózgu idzie komunikat: widać ta czynność sama w sobie nie jest atrakcyjna. Dziecko zaczyna kombinować: zrobię to, jeśli mi się opłaca. Z czasem musi opłacać się coraz bardziej, bo z roku na rok nauki coraz więcej. A nam przecież chodzi o to, by samo odkrywanie świata, zdobywanie nowych umiejętności było odbierane jako atrakcyjne zajęcie.

Neurobiolodzy mówią o ukrytych celach szkoły. Brzmi trochę jak teoria spiskowa.

– Pierwszym jest bezmyślne posłuszeństwo. Model powszechnej szkoły, który działa u nas do dziś, powstał dwieście lat temu w Prusach. Wilhelm Humboldt, jeden z ojców tamtej reformy, ubolewał, że w istocie była ona daleko idącym kompromisem. Opublikowane są listy, w których wyraża rozczarowanie, iż z powodu mocnych wpływów Kościoła i armii nie udało mu się wprowadzić w życie ideałów wychowania w duchu humanizmu. Model naszej szkoły niewiele różni się od pruskiego pierwowzoru. A już wtedy dla światłych reformatorów był on zgniłym kompromisem. Owszem, wprowadzony wówczas obowiązek szkolny otworzył nowe możliwości przed grupami społecznymi, które wcześniej w ogóle nie miały dostępu do edukacji. Ale odziedziczyliśmy model z feudalną strukturą, na wzór silnie zhierarchizowanych instytucji jak wojsko i Kościół.

Problem polega na tym, że jeżeli nasze dziecko wyuczy się w szkole bezmyślnego posłuszeństwa, oznacza to dla niego katastrofę. Świat się zmienił i dziś nie potrzebujemy już ludzi posłusznie wykonujących polecenia przełożonych. Współczesny świat premiuje tych, którzy potrafią być sobą, umieją myśleć i podejmować własne, nawet niepopularne decyzje. Prof. Hüther wskazuje też, że szkoła ma nie tylko wiele wspólnego z Kościołem i wojskiem, ale też z więzieniem. Dzwonek, siad, cisza. Nie wychodź do toalety, nie komunikuj się z nikim, czyli nie gadaj. O naszym modelu edukacyjnym najlepiej świadczą uwagi wpisywane uczniom do dzienniczków. „Rozmawia na lekcji”, „chodzi po klasie”. Chcemy wprowadzać metody aktywizujące, ale uczniom nie wolno ze sobą rozmawiać.

Kolejnym ukrytym celem edukacyjnym szkoły jest praca na czas. Nasz system premiuje tych, którzy szybko rozwiązują zadania. A przecież wiele zawodów nie wymaga pracy na czas. Wręcz odwrotnie, ważna jest w nich np. skrupulatność, dokładność, namysł. Proszę pani, ja nie napisałabym w życiu żadnej książki, gdybym zmuszona była robić to na czas. Co strasznego by się stało, gdyby dano uczniom na rozwiązanie testu tyle czasu, ile potrzebują. Pilnujący nauczyciele musieliby zostać trochę dłużej w pracy.

Pani jest przeciw testom?

– Nie. Testy mogą być przydatne, ale jako narzędzie diagnostyczne, pozwalające na zweryfikowanie stosowanych metod nauczania, a nie jako narzędzie selekcji uczniów, szczególnie tych młodszych. Trzeba pamiętać, że od samego mierzenia jeszcze nikt nie urósł. Test to z punktu widzenia procesu uczenia się, poznawania świata, strata czasu, przerwa w procesie dydaktycznym. Więc testujmy tylko wtedy, gdy realnie jest coś ważnego do sprawdzenia. Nie róbmy testów po to, by ćwiczyć uczniów w rozwiązywaniu testów. Spotkałam polonistę, który powiedział swoim uczniom: „Przez dwa lata uczyłem was pisać. A teraz zapomnijcie o tym, czego was uczyłem. Teraz musimy pouczyć się pisać pod testy”. Testy uczą, że na każde pytanie jest jedna dobra odpowiedź, ale poza szkołą premiowani są ci, którzy zauważają wiele odpowiedzi, mają wątpliwości, potrafią wyjść poza proste czarno-białe dychotomie.

W „Alfabecie” spotykamy też Thomasa Sattelbergera, człowieka, który pracował dla wielkich koncernów, a po 40 latach zrezygnował z korporacji, by prowadzić projekty edukacyjne.

– Sattelberger uczy teraz młodych, że nie wystarczy biec po wynik. Warto zastanowić się, po co się biegnie, jakim kosztem, jaki ma to wpływ na innych ludzi. Kojarzy mi się to ze słowami Aarona Ciechanovera, noblisty, twórcy nowoczesnej terapii antynowotworowej – w wywiadzie udzielonym dwa lata temu „Wyborczej” powiedział: „Całe życie poświęciłem nauce, ale uważam, że nauka sama w sobie nie ma wartości. Wartość ma nauka, która opiera się na podstawach moralnych i etycznych”.

W polskiej szkole większość uczniów nie chodzi na etykę.

– Nie ma etyki i nie rozmawia się o tym, po co ostatecznie zdobywamy całą tę wiedzę. Chcemy, żeby nasi uczniowie byli mądrzy, a ja uważam, że najpierw powinno nam zależeć na tym, by byli dobrymi i porządnymi ludźmi. Dlatego tak ważne jest, jaki użytek zamierzamy zrobić z naszej wiedzy. W „Alfabecie” reżyser pokazał szkolenie korporacyjne. Prowadzący je człowiek, gdy zobaczył samego siebie na ekranie, kazał zamazać swoją twarz. Mówi w filmie: „Macie osiągnąć cel sprzedażowy, nieważne, jakimi środkami”.

To szkolenie najlepszych z najlepszych.

– Ale podobnie jest w szkole. Tu również liczy się tylko wynik. Celem jest bycie lepszym od innych.

Rywalizacja jest w naturze człowieka.

– W naturze człowieka jest współpraca, co zostało udowodnione naukowo. Rywalizowania uczymy się, owszem, od wczesnego dzieciństwa. Ale nie przychodzimy na świat z myśleniem „jemu gorzej, to mnie lepiej”. W „Alfabecie” obserwujemy ciekawy eksperyment z udziałem niemowlaków. Sześciomiesięczne niemowlaki oglądają teatrzyk. Okrągła figurka stara się wspiąć na górę. Trójkąt jej pomaga. Kwadrat – spycha w dół. Potem dzieci mogą sobie wybrać, którą figurką chcą się bawić. Sto procent półrocznych maluchów wybiera trójkąt – „pomocnika”. Każdy chce się zaprzyjaźnić, czy utożsamić, z dobrą postacią. Po pół roku co piąte dziecko wybiera już złośliwy kwadrat. Pytanie: czego doświadczyło przez te pół roku, że ma takie obserwacje? Że czasem fajnie kogoś zepchnąć.

”Alfabet” w reżyserii Austriaka Erwina Wagenhofera powinien obejrzeć każdy dorosły, który ma cokolwiek wspólnego z kształtowaniem dziecięcych umiejętności. Jak zabijamy dziecięce talenty.

W „Alfabecie” spotykamy też Arno Sterna, badacza, edukatora docenionego przez UNESCO, od 60 lat prowadzi w Paryżu Coslieu – pracownię plastyczną dla dzieci. W ogóle nie posłał syna do szkoły.

– Syn André Stern wyrósł na muzyka – gitarzystę i lutnika. Ma już żonę i córeczkę. Widać, że to ciepła rodzina. Arno Stern uciekł do Paryża w latach 30. przed Hitlerem. Można sobie łatwo wyobrazić, dlaczego miał dosyć systemu przycinającego dzieci do gotowego szablonu. Jednak pierwsza rzecz, o jakiej myślę, gdy patrzę na Arno Sterna, to że jego wybór nie jest wyborem dla mas. On jest wybitną osobowością. Widzimy, że zarówno on, jak i jego żona poświęcili synowi ogrom swojego czasu, energii, wiedzy. Ale większość dzieci nie ma tak twórczych i inspirujących rodziców.

Szkoły nie powinny być przechowalniami dla dzieci, ale miejscem, gdzie będą rozwijać swój potencjał i odkrywać własne uzdolnienia.

Twierdzi pani, że wśród dorosłych, zarówno rodziców, jak i nauczycieli, jest zapotrzebowanie na złą szkołę.

– Niestety tak jest. Rodzice mówią: ja przez to przeszedłem, jakoś sobie poradziłem i proszę, wyrosłem na ludzi. To i mojemu dzieciakowi dobrze zrobi. Trzeba się umęczyć, to hartuje, albo – takie jest życie. Później w życiu nie robi się tego, co się chce, tylko to, co się musi – doda wielu. Tak wychowujemy dzieci, takich potem mamy dorosłych.

Na jednej z konferencji podszedł do mikrofonu utytułowany profesor. – Panie profesorze Hüther – zwrócił się do kolegi – tak pan narzeka na szkołę. A przecież pan ją skończył, ja skończyłem i teraz jesteśmy profesorami. Na co Hüther odpowiedział: – Ale kto wie, kim moglibyśmy zostać, gdybyśmy naprawdę mogli w szkole rozwijać nasze uzdolnienia.

To co my, rodzice, możemy zrobić?

– Nie istnieje żaden idealny model czy system, który mógłby zastąpić ten dzisiejszy. Najważniejsze jest zadawanie pytań: czy ma sens, żeby moje dziecko robiło to czy tamto. Musimy wiedzieć, po co wysyłamy dzieci do szkoły. Czy celem jest przygotowanie do zdawania testów, czy może zależy nam na tym, by w szkole nie straciły chęci do uczenia się i by mogły rozwijać swoje talenty. Czy uważamy, że szkoła powinna uczyć rywalizacji, czy raczej współpracy. Jeśli chcemy z całą rodziną wybrać się któregoś popołudnia do parku lub na urodzinowe przyjęcie babci, to napiszmy nauczycielowi, dlaczego nasze dziecko nie odrobiło zadania domowego. Podobne usprawiedliwienie możemy napisać, gdy uważamy, że zadanie, które nasze dziecko powinno zrobić, raczej nie jest rozwijające.

To dostanie jedynkę.

– A jeżeli połowa rodziców z klasy napisze taki list? Jak mieliśmy komunę, to też wielu, nawet wybitnych opozycjonistów nie wierzyło, że za ich życia system padnie. Zmiana jest tuż-tuż, trzeba ją zaprosić. Ja prowadzę blog, kontaktuje się tam ze mną sporo nauczycieli. Jedna nauczycielka opisała taką historię: pracuje w szkole z klasami integracyjnymi. Jej koleżanka wpisała uczniowi uwagę: przeszkadzał w lekcji. Dlaczego przeszkadzał? Bo koledze, który jeździ na wózku, coś spadło i on pomógł mu zbierać. Narobił zamieszania, zamiast w ciszy słuchać wykładu. Ta nauczycielka napisała do mnie, że gdy uwaga była wpisywana, ona nie odezwała się. Ale teraz nie może sobie darować. I zamierza poruszyć tę sprawę w pokoju nauczycielskim. To od nas zależy, jakie wartości przekażemy dzieciom. Neurobiologia pokazuje, że nie musimy się za bardzo głowić nad tym, jak chcemy wychować nasze dzieci. One przecież we wszystkim nas naśladują. Przejmują od nas również system wartości.

Dr Marzena Żylińska zajmuje się metodyką i neurodydaktyką oraz twórczym wykorzystaniem nowych technologii w edukacji. Doradca minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Autorka książek „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi” (Wydawnictwo Naukowe UMK), a także „Między podręcznikiem a internetem”. Rozpoczyna pracę w firmie Young Digital Planet, gdzie zajmie się tworzeniem cyfrowych materiałów edukacyjnych.

Jak uczyć, kiedy podopieczni nie stawiają pytań, bo mają Wikipedię? Przeczytaj w książce „Koniec epoki kredy” >>

Prof. Gerald Hüther: Mózg najlepiej się uczy, gdy chce

– Od dwóch lat z dwójką pedagogów prowadzę przy niemieckim ministerstwie edukacji inicjatywę „Budząca się szkoła”. Mamy 35 ośrodków regionalnych rozsianych po całym kraju, które koordynują działania lokalnie.

Szkołę do projektu może zgłosić każdy: nauczyciel, rodzic, uczeń, dyrektor. Najczęściej robią to nauczyciele. Niezależnie od tego, kto się do nas zgłosi, pierwsze zadanie, jakie dostaje, to stworzyć grupę. Jak największą. I to ta grupa, składająca się z uczniów, nauczycieli i rodziców, wytycza sobie plan działań. My w Berlinie nie mamy żadnego gotowego „planu naprawy”. W dzisiejszym świecie sens ma reforma idąca z dołu do góry. Uczniowie więc np. zgłaszają: „Chcielibyśmy, żeby więcej lekcji odbywało się poza szkołą”. I wszyscy razem zastanawiają się, jak to zrobić.

Wbrew pozorom nie jest tak, że prawo i sztywna podstawa programowa wyklucza takie działanie. Najsztywniejsze prawo jest w naszych głowach i przyzwyczajeniach. Wczoraj spędziłem cały dzień w Warszawie, spotykając się z polskimi urzędnikami zajmującymi się edukacją, i oni twierdzą to samo: prawo daje szkole większy zapas luzu, niż powszechnie się uważa.

Naszą modelową placówką jest Szkoła Ewangelicka w Berlinie (publiczna, nazwa może mylić). Uczą się tu młodzi w wieku 10-19 lat, od piątej klasy do matury. Na początek uczniowie razem z rodzicami i nauczycielami ustalili odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle zamierzają poświęcić kawał życia na chodzenie do szkoły. Stwierdzili, że im więcej się nauczą, tym mają większe szanse uratować naszą planetę. To strasznie ważne, żeby z dziećmi rozmawiać o tym, po co one w ogóle chodzą do szkoły. Mózg najlepiej uczy się, gdy chce i wie, po co.

W Szkole Ewangelickiej nie ma podziału na grupy wiekowe, żadna grupa nie ma też swojej klasy. Szkoła ma laboratoria: fizyczne, chemiczne, biologiczne, salę matematyczną, literatury niemieckiej, angielskiej itd. Uczeń indywidualnie z nauczycielem ustala plan pracy. Zawiera kontrakt, np. przez najbliższe dwa tygodnie będę zajmował się równaniami z dwiema niewiadomymi. I przez ten czas uczeń pracuje w sali matematycznej, gdzie ma podręczniki, pomoce i przede wszystkim kolegów, z którymi umawia się na wspólną pracę. Jeżeli czegoś nie wie – pyta ich. Do nauczyciela przychodzi tylko wtedy, jeżeli koledzy nie potrafią pomóc. W ten sposób dzieci uczą się jednej z najważniejszych rzeczy: współpracy. Środowisko rywalizacji (kto przegoni kolegów i pierwszy się wykaże) zamienione zostało na środowisko współpracy.

Uczeń, gdy czuje, że jest już gotowy, przychodzi do nauczyciela i prosi o sprawdzian. Zdaje i może zająć się innym tematem. Może umówić się z nauczycielem, że w tym półroczu zajmuje się tylko matematyką, bo tak go zafascynowała, że chce się na niej skupić i przerobić materiał z trzech klas. A np. literaturą zajmie się w następnym półroczu.

Uczniowie mają też dwa dodatkowe przedmioty: odpowiedzialność i wyzwanie. Trzeba je zaliczyć. To uczeń decyduje, jak. Wielu chodzi np. do szkół, gdzie jest wiele dzieci imigrantów, i uczy ich niemieckiego, organizując wspólne mecze futbolowe albo grając w szachy. Jest grupa nastolatków, która pomaga w zoo, są wolontariusze opiekujący się seniorami. Szkoła stawia tylko warunek: jeżeli umówisz się z sąsiadką – samotną starszą panią, że będziesz przychodził przez pół roku w każdą środę po południu czytać jej gazety, to musisz się wywiązać. Jeżeli starsza pani będzie na ciebie czekała, a ty nie przyjdziesz, to jest antyodpowiedzialność.

Jak się zalicza wyzwanie? Była grupa, która postanowiła, że przejdą pieszo przez Alpy. Sami musieli wszystko zorganizować: opracować trasę, przemyśleć, co zabrać, gdzie będą spali, czym dojadą. Dla bezpieczeństwa pojechał z nimi student pedagogiki, który jednak dostał jasne zadanie od szkoły: obserwować z dala. Miał zakaz podpowiadania, brania na siebie roli przewodnika czy harcmistrza. Uczniowie z tej grupy trzy dni maszerowali w złą stronę, aż zorientowali się, że są we Francji, zupełnie gdzie indziej, niż planowali. Opracowali plan B, plan powrotu do domu, tak by zmieścić się w budżecie. Twierdzą, że to była jedna z najlepszych rzeczy w ich dotychczasowym życiu. „To znaczy, że jesteśmy samodzielni i silni, z innymi trudnościami też sobie poradzimy”.

W Niemczech każdy nauczyciel musi przeznaczyć jeden dzień w miesiącu na dokształcanie się. Zazwyczaj są to wykłady profesorów uniwersyteckich, dydaktyków. Starsi uczniowie Szkoły Ewangelickiej wpadli na pomysł, że założą firmę i zaoferują prezentacje o swojej szkole nauczycielom z innych szkół. I są bardzo chętnie zapraszani. I zarabiają na tym.

Uczniowie Szkoły Ewangelickiej są jednymi z najlepszych w kraju na egzaminach końcowych. Dziecko, które samo zdecydowało, że się uczy, i po co się uczy, i widzi w tym cel, nie ma powodu, żeby bojkotować naukę.

Ze względu na świetne wyniki tej szkoły przyjeżdżają ją wizytować goście z innych miast, państw. Zabawne, że często na ich twarzach widzimy konsternację, bo budynek szkoły jest… hm, szary, odziedziczony jeszcze po NRD, bo to wschodni Berlin. Z pozoru nie wygląda na nowoczesną, ekskluzywną placówkę.

Prof. Gerald Hüther

Niszczarka marzeń.

Reklamy

Tomek Michniewicz: ‚Podróże są świetnym sposobem na ucieczkę od życia, ale średnim na życie’

Niezły wywiad, w końcu ktoś powiedziął myślę, że w miarę obiektywnie o tym jak wygląda życie podróżnika, które najczęściej nie jest wiecznymi wakacjami, bo ja np. miałem takie wyobrażenie. Ciekawe porównanie Polski do innych krajów, może być ciekawa książka 🙂

O różnicy między wycieczką a podróżą, egocentryzmie właściwym podróżnikom, Kościele i wyzwaniach współczesności, które są identyczne na całym świecie, a różnią się jedynie metody radzenia sobie z nimi – mówi Tomek Michniewicz, który przez ostatnie 13 lat odwiedził 52 kraje.

„Zaczyna się jak film, ale wydarzyło się naprawdę” – czytam na okładce twojej nowej książki „Swoją drogą”. Dodajmy, że trochę jak film Woody’ego Allena, bo jest sylwester, jedziesz Marszałkowską, opowiadasz taksówkarzowi o swojej pracy i słyszysz, że każdy by się z tobą zamienił.

– To była bezpośrednia inspiracja. Te słowa – „Ale ci zazdroszczę, ale bym się z tobą zamienił” – słyszę co trzy dni. Jutro lecę na Karaiby. Bardzo mnie ucieszyło, że na powitanie powiedziałaś: – Pewnie nie jedziesz na wakacje. Właśnie o to chodzi, moja praca to nie są wakacje.

Zabrałeś trzy bliskie osoby – przyjaciela, żonę i tatę – w „trzy podróże po inne życie” i o tym napisałeś. Marcina do plemienia Baka żyjącego w dżungli w Kamerunie, Mariannę do praktycznie niedostępnej turystycznie Arabii Saudyjskiej, a tatę bluesmana do Nowego Orleanu. To im chciałeś pokazać, że to nie są wakacje?

– Nie. Na początku była to próba znalezienia niebanalnej konstrukcji dla książki. Tylko tyle. Stwierdziłem, że jeśli tyle osób mi mówi, że zazdrości mi mojego życia, to znaczy, że mam w nim coś, czego im brakuje. No to proszę bardzo, pożyjcie nim przez chwilę, wejdźcie w moje buty. Zobaczcie, czy po drugiej stronie płotu trawa rzeczywiście jest bardziej zielona.

Dopiero w trakcie realizacji tego przedsięwzięcia boleśnie się przekonałem, że to chyba jednak oni mają te rzeczy, których mi brakuje. Lustro, które im podstawiałem, okazało się lustrem dla mnie. Emocjonalnie było to bardzo trudne doświadczenie.

Co konkretnie?

– Idziesz jakąś życiową ścieżką i w pewnym momencie się dowiadujesz, że to jest piękna droga, fascynująca, ale prowadzi do naprawdę niefajnego celu. Zacząłem studiować biografie podróżników, odkrywców, ludzi, których uznajemy za wyczynowców. I zobaczyłem, że trudno wśród nich znaleźć kogoś, kto miał szczęśliwy finał. Śmiertelny wypadek, bankructwo, rozwód, samotność, nienawiść ze strony własnych dzieci – to była cena. Oni szli dokładnie tą samą drogą, co ja. I też im się bardzo podobała.

Wystraszyło cię to?

– Strasznie. Bardzo mnie to przeraziło. Że kiedyś wrócę do domu, a tam będą puste ściany, bo moja żona będzie już mieszkała z kimś innym. I będę miał 65 lat, i kufer pełen pięknych zdjęć z różnych miejsc świata i ekstrawspomnień, tylko nie będzie komu ich opowiadać. Po powrocie miałem więcej pytań niż przed wylotem.

Podróże są sposobem na ucieczkę od dorosłych decyzji?

– Świetnym na ucieczkę od życia, ale średnim na życie. Trudnym, niewdzięcznym i kosztownym. I najczęściej te koszty się przerzuca na kogoś innego, na swoich bliskich. Za każdym razem, gdy wyjeżdżasz, twoi najbliżsi albo się o ciebie boją, bo nie mają od ciebie żadnych wiadomości, albo cię przy nich po prostu nie ma. Jesteśmy strasznymi egocentrykami. Stawiamy swoje pasje i zadowolenie nad dobro wszystkich innych. Bo moja żona, gdy mnie nie ma w Polsce i robię różne fascynujące rzeczy, może mieć gorszy dzień w pracy. Wraca do domu i nie ma z kim pogadać. Nie chcę tak.

Ciekawe. To jaki masz pomysł?

– Nie mam. Mam wielki znak zapytania, co ja mam zrobić w tym swoim życiu.

Swoją drogą… zakręt.

– No. Czuję się jak Marty McFly z „Powrotu do przyszłości”, który musi dzisiaj zrobić pewne rzeczy, bo wie, co go czeka za jakiś czas. Poświęcić teraz to, kim jestem i co robię, swoje aktualne szczęście w imię siebie za paręnaście lat.

Temat dziecka wisi w tej książce.

– Marianna nie naciska, ale chciałaby mieć dzieci. To jest dla mnie oczywiste, gadaliśmy o tym wiele razy.

A ty „chciałbyś chcieć”.

– Może od tamtej pory trochę bardziej nawet już chcę, coraz bliżej mi do tej decyzji. Tylko w życiu podróżnika decyzja o dzieciach wiąże się z o wiele większą zmianą niż u statystycznego Kowalskiego. Jeśli masz pracę od 9 do 17 i ona nie jest uzależniona od tego, że cię nie ma w domu, jest o wiele łatwiej wszystko zorganizować. Najgorsze jest podjęcie decyzji o odkreśleniu całej swojej przeszłości. Musiałabyś zacząć od zera.

W pewnym sensie tak.

– Nie „w pewnym sensie”. Musisz zacząć od zera.

Dzieci przecież dorastają.

– Wyobrażasz sobie, że nagle zniknę z rynku na cztery lata? I co?

I powrócisz z wielką pompą. Tak się dzisiaj robi.

– A za co będę żył przez te cztery lata, jeszcze to mi powiedz. To jest bardzo trudna decyzja – zostawić wszystko, co osiągnąłeś.

Tomek Michniewicz w Kamerunie u plemienia Baka. Zdjęcie z archiwum prywatnego Tomka MichniewiczaTomek Michniewicz w Kamerunie u plemienia Baka. Zdjęcie z archiwum prywatnego Tomka Michniewicza

Przyjaciele ci mówią: – Jak już będziesz miał to dziecko, wszystko inne przestanie być ważne. A ty wtedy odpowiadasz: – No dobra, ale z czego wy zrezygnowaliście, żeby siedzieć z dzieckiem w domu?

– Jeśli na siedem wieczorów w tygodniu dwa spędzałaś w kinie albo knajpie, a teraz jeden, to różnica nie jest wielka. Ale jeśli całe twoje przychody, kariera i wszystko, co robisz, wiąże się z nieobecnością w domu, a teraz masz być w domu, to to jest diametralna zmiana.

Posiadanie znajomych z dziećmi to wielka presja dla bezdzietnych, sama zaczynam to dostrzegać. Nawet jak wiesz, że twoje życie jest bardzo dobre, cały czas się boisz, że może dokonujesz złych wyborów.

– Pojawia się frustracja. W dodatku sami ją sobie wmuszamy, patrząc, jak kierują swoim życiem inni. Jeśli wszyscy coś robią, to pewnie ten wybór jest dobry. Na pewno jest mnóstwo szczęśliwych ludzi, którzy żyją do końca życia bez dzieci, ale podejrzewam, że jest też mnóstwo nieszczęśliwych. I w drugą stronę.

Jak się w tym połapać?

– Skończyły się czasy, kiedy był jasny system społeczny, rodziłaś się w rodzinie i wiedziałaś, jak twoje życie ma wyglądać. Potem stwierdziliśmy, że to nie może tak być, że rodzina decyduje. A teraz, mając po 30 lat, sami dochodzimy do tego, że może to nie było takie głupie, żeby nam rodzice mówili, co jest dobre, a co złe. To jest koszt indywidualizmu i wolności osobistej, z którego sobie nie zdajemy sprawy.

W naszym świecie chyba w ogóle trudno jest ocenić, czy to, co mam, jest bardzo dobre, średnie, czy właściwie słabe.

– W Polsce jesteśmy pierwszym od dwustu lat pokoleniem, które nie ma z czym walczyć. Nie ma okupanta, komunizmu, systemu, który nas ciemięży i musimy go lać po gębie. Nie ma też jasnych drogowskazów: to jest dobre, a to złe. Możemy wszystko. Tylko że z tą wolnością łączy się pewna doza samotności, niemożności realizacji. Jeśli masz do dyspozycji wszystko, to nie masz nic. Jeśli sama sobie nie dasz kierunku, nikt ci go nie da. A jak masz do wyboru trylion opcji, to jest klęska urodzaju.

A jak myślisz, czy to naprawdę jest tak, że my możemy z tego wybierać? Bo ja czasem mam wrażenie, że raczej musimy wszystko chcieć.

– Wszystko, czyli co?

Być człowiekiem sukcesu, mieć niezwykły związek, fantastyczną pracę, podróże. Nie ma miejsca na bycie zwyczajnym.

– W takich czasach żyjemy, kultura to wymusza. Premiuje się sukces, a w Polsce równocześnie ten sukces umniejsza.

W jaki sposób umniejsza?

– Najłatwiej pokazać to przez porównanie: w kulturze anglosaskiej, w Stanach, Australii, osoba, która odnosi sukces, jest godna podziwu. U nas od razu pojawia się zawistna krytyka. Osiągaj sukcesy, a potem i tak ściągniemy cię do swojego poziomu. To się odbywa na każdym poziomie, od ulicy, przez rodzinę, po urzędników państwowych. I jest frustrujące.

Twój przyjaciel Marcin zauważył to samo w Kamerunie – tam w pewnych społecznościach lepiej się nie wyróżniać, bo może ci grozić realne niebezpieczeństwo.

– Dla mnie to jest lekcja, jaką wynoszę z podróżowania. Że wyzwania współczesności są identyczne na całym świecie, a tylko metody radzenia sobie z nimi są różne. Zawsze kto inny zyskuje, a kto inny traci. Ale pozycjonowanie się na „my” – wykształcona, bogata Europa i „oni” – dzicy, gdzieś tam na Południu – to jest zupełny absurd.

Dlatego zaproponowałeś swojej żonie, przyjacielowi i tacie konkretne miejsca? Bałeś się, że nie będą umieli się zdecydować?

– Nie. Sami oddali inicjatywę w moje ręce, z tatą sprawa była oczywista. Wszystko odbywało się w ciągu jednej rozmowy. Zaczynali od „dokąd lecimy”, a bardzo szybko dochodzili do „czego mi brakuje w życiu”.

Motywem przewodnim wszystkich trzech podróży było to, żeby coś w życiu zmienić.

– Albo przynajmniej przyjrzeć się swojemu życiu z dystansu. Ocenić, czy w ogóle warto coś zmieniać. Cała trójka była mocno niezadowolona ze swojego życia, w jakimś aspekcie. A podczas podróżowania masz tak duży dystans do tego, co się dzieje na miejscu, że naprawdę łatwo te rzeczy ocenić.

Problemy, którymi żyjemy, są względne?

– Tak. Żyjemy nimi, bo tak wybieramy. Więc chciałem dać im dystans, którego mogę doświadczać, żeby sami określili, z czym się warto mierzyć, a co można olać.

A nie bałeś się, że oni się zawiodą podczas tych wyjazdów? Że nie znajdą tego, czego szukają? Bo początki były raczej trudne. Marcin w dżungli chyba się zwyczajnie nudził, do tego nie mógł zrozumieć, że Baka, u których gościliście, nie znają kategorii turysty, że nikt się wami nie interesował – przyjechali, to są. Z kolei Marianna nienawidziła swojej abai, swojej roli, w którą została wtłoczona.

– Wydawało mi się, że nie miałem założeń, jak będą reagować. Potem się okazało, że jednak miałem, ojciec mi to uświadomił. Na końcu książki mówi, że oczekiwałem od niego odegrania pewnej roli. A on tam nie jechał jako bohater mojej książki, tylko jako człowiek, mój ojciec.

W lesie deszczowym w Kamerunie u plemienia Baka. Fot. Tomek MichniewiczW lesie deszczowym w Kamerunie u plemienia Baka. Fot. Tomek Michniewicz

On jest w tej książce trochę jak chór grecki, doświadczony, przenikliwy, czasem wątpiący.

– Trochę tak. Ale wracając do pytania, nie, nie bałem się, że się zawiodą, bo niczego im nie obiecywałem. Powiedziałem: – Polecimy tu i tu, to będzie wyglądało tak i tak, wchodzisz w to czy nie? Czy im się podobało, to już ich sprawa.

Wyprawa do dżungli była już raczej ekspedycją, zresztą nominowaną do Kolosów (najważniejsza nagroda podróżnicza w Polsce – przyp. red.), była trudna. I po paru dniach, jak dojeżdżasz na miejsce, to już jesteś tak wypompowana, że ci się nie chce. Do tego Marcin ostatnie osiem lat spędził za biurkiem, okazjonalnie gdzieś wypadał. Więc musiał się zderzyć nie tylko z Afryką, ale też ze swoimi wyobrażeniami z dawnych czasów, z sobą samym. Tym, że już jest grubszy, starszy, ma mniej siły, już mu się nie chce różnych rzeczy.

Marcin w drodze do dżungli. Fot. Tomek MichniewiczMarcin w drodze do dżungli. Fot. Tomek Michniewicz

Wraz z upływem czasu i Marcin, i Marianna jednak bardzo się zmienili. Marianna doszła do wniosku, że abaja, która na Zachodzie jest symbolem ucisku arabskich kobiet, w pewnym sensie daje ogromną wolność. Odkryła, że pod abają może wszystko.

– Albo nie musi nic, jeśli takie ma życzenie.

Początkowo mnie to zdziwiło. Potem dotarło, jak mało interesujemy się światem. I jak rzadko bierzemy pod uwagę inny punkt widzenia.

– Bo my jesteśmy bardzo ekspansywną cywilizacją, która przez tysiąc lat wojen cywilizacyjnych się nie nauczyła, że na świat można patrzeć inaczej. Teraz mamy nowy oręż – globalizację. Nasza kultura za pośrednictwem mediów rozpełzła się po całym świecie i wydaje się uniwersalna. Ale tylko nam się tak wydaje. Jak siedzisz w Teheranie, Dubaju, Rijadzie i patrzysz na MTV, tam to jest absurd, kuriozum. Ludzie siedzą w knajpach i mówią: „Tak nie może świat wyglądać, to musi być jakiś teatr. Niemożliwe, żeby ta dziewczyna z gołym biustem biegała po scenie i chciała to robić. To chyba niewolnica seksualna. Jak oni wykorzystują kobiety”. Patrzą na nas w sposób, w który my patrzymy na nich: „Jezu, jak wy wykorzystujecie kobiety”. „Nie, to wy wykorzystujecie kobiety!”.

Różnice kulturowe zawsze są dwubiegunowe, masz linię siły i dwa wektory. I jeśli ktoś ci się wydaje zbyt rubaszny, ty będziesz mu się wydawała zbyt chłodna. Nie ma normalności, punktu zero. Bo co to jest norma?

Marianna w abaji i Saudyjki. Fot. Tomek MichniewiczMarianna w abaji i Saudyjki. Fot. Tomek Michniewicz

No właśnie, co to jest norma?

– Wiesz co, mam za sobą 10-12 lat podróżowania i jeśli się  czegoś nauczyłem o świecie, to tego, że żadna norma nie istnieje. Są miejsca na świecie, gdzie pracuje się dwa dni w tygodniu, a odpoczywa pięć. Lepiej, gorzej? Inaczej. Podróżowanie opiera się na tym, że widzisz, że rzeczy mogą wyglądać inaczej, przywozisz rozwiązania i aplikujesz do swojego życia. Nie musisz zmieniać świata, ale najbliższe otoczenie możesz zmienić od ręki. W mikroskali podróże zmieniają świat. To w globalnej psują.

Masz na myśli masową turystykę?

– No tak.

Ale jednak po coś ta norma jest nam potrzebna…

– … dla dobrego samopoczucia.

No nie. Przecież nie tylko Europejczycy mają normę, wszyscy jakąś mają. Norma porządkuje świat, sprawia, że jest nam łatwiej się rozeznać. Tak jak stereotypy.

– Oczywiście. I to nie stanowi problemu, dopóki nikt z zewnątrz nie każe ci zmieniać twojej normy. Popatrz, jak Europa się burzy, gdy mniejszości muzułmańskie chcą stawiać meczety w Paryżu. To, co się teraz dzieje w Paryżu, to pokłosie wieloletniej francuskiej polityki kolonialnej i postkolonialnej. Francja zostawiła swoje byłe kolonie w Afryce na pusto, ostatni gasi światło. Wywieźli wszystko, od specjalistów po żarówki i trzasnęli drzwiami. Dzisiaj płaci za to cenę.

To nie zmienia faktu, że są mniejszości narodowe, które żyją w sposób, który moim zdaniem z każdego punktu widzenia jest niemoralny, bo krzywdzi ludzi. I chcą żyć dokładnie tak samo za granicą.

– Owszem. Np. obrzezanie kobiet – tego się nie da tłumaczyć kulturą. Jeśli kobieta nie chce być obrzezana, to nie powinna być. To, że jej matka podejmuje taką decyzję – bo to matki robią swoim córkom w imię ich przyszłego szczęścia, bo inaczej nikt ich nie weźmie za żony – jest krzywdzeniem tych córek.

Teraz jest efekt trzeciego pokolenia imigrantów. Pierwsze pokolenie w danym kraju walczy o status, drugie już się rodzi w tym kraju, uznaje za swój i przyjmuje z całym dobrodziejstwem inwentarza, a trzecie zaczyna szukać swoich korzeni. Ale to nigdy nie będzie wyglądało tak, że gość wróci spod Paryża do Senegalu. On będzie chciał mieć kawałek Senegalu u siebie pod Paryżem. Tego problemu Zachód jeszcze nie rozwiązał, bo w ogóle pierwszy raz się z nim styka. I jeśli nadal będziemy tworzyć enklawy, zamykać mniejszości w gettach, będzie coraz gorzej. To nie dotyczy tylko państw kolonialnych. Wiesz, ile mamy Wietnamczyków w Warszawie?

Sporo.

– Sporo. Pojedź do Raszyna, to jest „Little Hanoi”. A nigdy nie powiesz o gościu, który jest z Wietnamu i idzie ulicą w Warszawie: – O, to jest warszawiak. Powiesz: – To jest Wietnamczyk w Warszawie. Nie trzeba wyjeżdżać do Afryki. Jedź do Raszyna, mówię ci, zobaczysz, jakie tam są historie.

Wróćmy do książki. Twoi bohaterowie muszą się sprawdzić w miejscach, w których nie ma żadnych znanych im zasad, albo są zasady, których nie akceptują. Baka mają dziesięć określeń na teraźniejszość, a tylko jedno na przyszłość – „jutro”. Przecież dla nas ciągłe myślenie o przyszłości to jest absolutny azymut. Marianna też miała zaprzeczenie swojego życia – piękna, wyzwolona, realizująca się kobieta w Arabii Saudyjskiej musiała to wszystko ukryć.

– Bardzo się cieszę, że pojechaliśmy w miejsca niewycieczkowe. Jest olbrzymia różnica między wycieczką a podróżą. W trakcie wycieczki wystawiasz się na kontakt ze światem tylko w takim zakresie, który jest dla ciebie akceptowalny w danym momencie. A podczas podróży, czy ci się podoba kultura, czy nie, jesteś w niej. Dla Europejki życie w Arabii Saudyjskiej to więzienie, nie ma dwóch zdań. Nawet jeśli dostajesz mnóstwo pieniędzy od firmy, która cię tam zatrudni, będziesz głęboko nieszczęśliwa.

Tylko teraz: czy to, że my w tamtej rzeczywistości czujemy się nieszczęśliwi, daje nam uprawnienie, żeby mówić, że tamta rzeczywistość jest be? Bo jak gadasz z tymi Saudyjkami, to one nie są nieszczęśliwe, tylko szczęśliwe. Na sto kobiet, z którymi porozmawiasz, osiemdziesiąt ci powie, że owszem, są jakieś detale, które by zmieniły, chciałyby prowadzić samochód, robić to, tamto, to by im ułatwiło życie. Ale nie muszą pracować, bo to mąż musi dostarczyć pieniądze, ani nie muszą podejmować żadnych decyzji, bo mąż podejmuje, za to mogą korzystać z wolności, wolnego czasu. Jeśli chcą pracować i zarabiają, to ich pieniądze są tylko ich. I teraz kto ma prawo oceniać, co jest właściwe, a co nie?

Jeśli rozszerzymy perspektywę, zawsze możemy powiedzieć: – No OK, ale one nie znają innej rzeczywistości, bo wychowały się w takiej i takie są.

– A czy my znamy inną rzeczywistość? Czy my się wychowaliśmy kiedykolwiek z innymi wartościami na pierwszym miejscu? Nie.

To nie jest wybór między wolnością kobiety a zniewoleniem, tylko między indywidualizmem a wspólnotą. To mogą być równorzędne wartości. Spójrz, jak bardzo jesteśmy samotni. To nasze parcie na indywidualny sukces, ta wolność osobista itd. To się nierozerwalnie wiąże z poczuciem osamotnienia. Bo zapewniam, nieważne, jaką masz rodzinę, ona w niczym nie przypomina rodziny arabskiej. To jest ściana, monolit. A my jesteśmy jednostkami, które przebywają ze sobą TYLKO w zakresie, który nam odpowiada.

Bardzo ostrożnie formułowałbym takie sądy, że my wiemy lepiej. Bo i kolonizacja, i poczynania białego człowieka w Ameryce Południowej pokazały, że jak tylko mamy okazję, zachowujemy się jak wirus, który wszystko wyniszcza i zostawia zgliszcza. Teraz jesteśmy pewnie już w trakcie wojny między chrześcijaństwem i islamem. Obie kultury, religie bardzo ekspansywne i sobie przeciwstawne.

Arabia Saudyjska. Fot. Tomek MichniewiczArabia Saudyjska. Fot. Tomek Michniewicz

Nie chodzi o religię, tylko rozdźwięk: indywidualizm – wspólnotowość?

– W krajach muzułmańskich islam równa się państwowość. Co więcej, nam się wydaje, że w Europie jest inaczej. A jest dokładnie tak samo. Polska w wielu przejawach jest państwem wyznaniowym. Bo decyduje religia. O tym, jak są zbudowane przepisy prawa, jak wygląda edukacja w szkołach, służba zdrowia. Jesteśmy normalnym państwem wyznaniowym. Tylko ponieważ to jest katolicyzm, odwieczne polskie wyznanie, to nam się wydaje, że tak powinno być. Musielibyśmy spojrzeć np. z Grenlandii, żeby dostrzec, że nie ma wielkiej różnicy między Polską i Iranem.

Te fundamentalizmy widać zwłaszcza ostatnio: sprawa Chazana, nawet joga…

– … demoniczny relaks. „Golgota Picnic”. To, co się działo wokół „Do Damaszku…”. Chcesz mieć grób na Powązkach, państwowym cmentarzu, płacisz księdzu. Kościół jest de facto olbrzymim konsorcjum międzynarodowym z siedzibą w obcym kraju, który w Polsce generuje ogromne zyski i nie płaci podatków. Czyli robi dokładnie to samo, co Apple, Starbucks, różne wielkie koncerny. Czym to się różni? Dziewięćdziesiąt procent Polaków określa się mianem katolików, mimo że w ogóle nie wie, o czym mówi. Badania CBOS-u: czy jesteś katolikiem – tak, czy wierzysz w Jezusa Chrystusa – nie. To jak to?

W świecie bez kierunkowskazów trzeba mieć jakąś kotwicę, gdzieś należeć. To daje siłę.

– Dojrzała demokracja rozumie, że można mieć różne punkty widzenia i nawet być katolikiem, a mimo to w pewnych aspektach swojego życia nie kierować się religią. Trafiasz na stół operacyjny, bo jakiś tłumok trzasnął cię na przejściu dla pieszych, a chirurg to świadek Jehowy i nie przeprowadzi transfuzji. „To gdzie mogę znaleźć chirurga, który może to zrobić?”. „Nigdzie, ja jestem jedynym w tym szpitalu”.

W Arabii Saudyjskiej policja religijna zablokowała drogę uczennicom uciekającym z płonącego budynku, bo nie były odpowiednio zasłonięte przed stojącymi przed szkołą mężczyznami. Podobne?

– Ja w ogóle nie widzę różnicy między tą sprawą, a lekarzem, który odmówił wykonania zabiegu chirurgicznego, mimo wszelkich ku temu wskazań, z powodu swoich przekonań. I jestem w stanie zrozumieć te przekonania, ale ani on, ani szpital nie spełniły swego moralnego obowiązku. W przysiędze Hipokratesa nie ma: Zgodnie z moim sumieniem będę leczył albo nie leczył. Tylko: Zrobię wszystko dla dobra swojego pacjenta.

Często mam wrażenie, że tu chodzi głównie o pokazanie władzy, o kontrolę.

– Oczywiście, że tak. Kościół katolicki jest organizacją bardzo rynkową: inwestuje, zarabia, nie płaci podatków. Hierarchiczny. Bardzo oldschoolowa korporacja.

W XVII wieku na każdym galeonie i statku handlowym, który płynął z Nowego Świata do Hiszpanii – a przez Atlantyk przepłynęło ich 17 tysięcy – był transport przeznaczony dla Kościoła katolickiego. Np. 30 ton złota. I czy w ciągu ostatnich 50 oświeconych, nowoczesnych lat któryś z papieży zaproponował: – Słuchajcie, zgrzeszyliśmy, musimy teraz to odpokutować. Oddajemy wszystko Peru, Kolumbii i Ekwadorowi. Bierzcie, przepraszamy i prosimy o wybaczenie? Nie. Zamiast tego mamy: – Było jak było, nie wracajmy do tego. I tak, poczucie władzy i stabilizacji finansowej wydaje się ważniejsze niż szczęście i dobro owieczek.

Dla mnie osobiście jest to postawa nieakceptowalna w przypadku instytucji roszczącej sobie prawo do ferowania wyroków moralnych. I nie wiem, jak można przestudiować historię kościoła katolickiego i z czystym sumieniem powiedzieć: – Tak, to jest wspaniała instytucja, chcę być jej częścią, pod względem etycznym nie mam jej nic do zarzucenia.

Czego jeszcze nie lubisz w Polsce?

– Lubię Polskę. Tu jest wbrew pozorom lepiej, niż nam się wydaje. Polacy mają tendencję do utyskiwania, narzekania, ja się z tym nie zgadzam. Najgorsze w Polsce jest to, że utyskujemy i narzekamy. I to dobrze widać, jak się skądś wraca, jacy my jesteśmy smutni i marudni. Kiedy ostatni raz jechałaś z kimś windą i prowadziłaś na tyle interesującą rozmowę, że chciałabyś pojechać dalej?

Myślę, że nie mamy jeszcze takich wysokich budynków…

(śmiech) Racja, to jeszcze raz na parter! To jest to, co kocham w Azji, w Afryce. Że tak łatwo jest nawiązać kontakt. I nie jest to komunikacja fatyczna, pitu-pitu, byle zapełnić czas, tylko normalna wymiana poglądów, emocji. W Stanach jeśli idziesz naprzeciwko kogoś i się widzicie, to do standardu należy przywitanie się. A u nas – oczy się spotkają i od razu w ziemię. Jesteśmy strasznie zamknięci w sobie.

Tylko pytanie, czy jest z tym coraz gorzej, czy coraz lepiej. Młodzi ludzie łatwo nawiązują kontakty.

– Bardzo dużo zmieniła emigracja na Wyspy i z powrotem. Pamiętam, co się zaczęło dziać w parkach w Warszawie, gdy wróciła pierwsza fala.

Leżenie na trawie.

– Tak. Przedtem musiałaś chodzić po ścieżce. Pojechaliśmy do Anglii i nagle się okazało, że park to jest fajne miejsce do piknikowania, wypoczynku, zabaw. Że w Łazienkach, Parku Saskim czy gdziekolwiek można sobie poleżeć na trawie i nic się nie dzieje. Podejrzewam, że takich trawników mentalnych jest bardzo dużo.

Więcej trawników mentalnych! Mimo wszystko nie wydajesz się bezkrytycznym piewcą egzotycznych kultur.

– I nie jestem. Raczej reprezentantem nieistniejącego okrągłego stołu wszystkich kultur. My robimy tak, a my tak, zobaczmy, kto ma najlepsze rozwiązanie. Nie uważam też, że tylko biali zrobili krzywdę światu, a wszyscy inni próbowali po nas sprzątać. W Afryce jest mnóstwo rzeczy, których nie akceptuję i które robią Afrykanie Afrykanom.

Mówisz np. o czarach?

– To wydaje się hardkorowe, bo w Afryce Centralnej efekty czarów są bardzo namacalne, ludzie giną, są maltretowani. Ale jeśli pojedziesz na południe, np. do RPA, i zobaczysz, co się dzieje w slumsach pod Johannesburgiem, to jest większy problem niż czary. Pogromy czarnych imigrantów przez biednych czarnych z RPA, AIDS, utożsamienie wirusa HIV z magią i leczenie HIV przez gwałcenie białych kobiet.

Albo kilkumiesięcznych dzieci.

– Tak, wiara, że seks z dziewicą leczy HIV albo przed nim zabezpiecza. Jeśli prezydent kraju mówi, że nie ma HIV, ponieważ po stosunku z prostytutką wziął prysznic, to o czym my tu mówimy. Myślę, że w każdym miejscu na świecie jest mnóstwo rzeczy, które są nieakceptowalne. Ale ja w podróży nie jestem od tego, żeby ich nawracać i to – uważam – jest potężna różnica. Czy gdyby prezydent Zimbabwe przyjechał do Polski i powiedział: – Ej, źle robicie, zmieńcie to, byłbym zadowolony? Nie.

Mroczna Afryka. Fot. Tomek MichniewiczMroczna Afryka. Fot. Tomek Michniewicz

To jak mądrze pomagać? Dać temu dziecku z kraju rozwijającego się dolara, czy nie dawać? One łapią za serce.

– Odpowiedz sobie na pytanie: czy jego ojciec by chciał, żebyś mu dała jakieś pieniądze? Jeśli to zrobisz, ten ośmioletni dzieciak pokaże swojemu ojcu, że w jeden dzień zarobił tyle, ile ojciec w trzy tygodnie. Pewnie myślisz, że za te 20 dolarów naprawi sobie dziurę w zębie albo kupi piórnik do szkoły. Nie, 20 dolarów zaraz poleci na colę, chipsy i podrabianą komórkę. A co z jego ojcem? Jaką będzie miał potem pozycję, autorytet w rodzinie? Zafundujesz dziecku tylko ułudę lepszego życia, jednocześnie niszcząc jego relację z rodzicami. Zawsze trzeba patrzeć szerzej.

Pomoc musi byś systemowa, taka jednostkowa, emocjonalna to nie pomoc, tylko zagłuszanie naszych negatywnych emocji związanych z danym miejscem. Mam taką zasadę, że daję tylko wtedy, gdy nie jestem o coś proszony.

Choćby to był papieros?

– Obojętne. Natomiast jeśli mieszkam u kogoś, najpierw jest relacja z tym człowiekiem, odczuwam wdzięczność, chcę mu pomóc i widzę, jak to można zrobić z głową, to to robię. Ale wożę ze sobą baloniki, które nie są prezentem, tylko można się razem pobawić. Dla dzieciaków pod każdą szerokością geograficzną rewelacja.

Wróćmy jeszcze do zmieniania życia. To, jak wiele osób potrzebuje zmiany, pokazuje twój konkurs. Ogłosiłeś, że zabierzesz dowolną osobą w dowolne miejsce, jeśli tylko dobrze to uzasadni. I przyszło trzy tysiące zgłoszeń. Co ludzie tam pisali?

– Głównie, że nie są szczęśliwi w swoim życiu.

Podawali powody?

– Bardzo różne. Ale nie skłamię, jeśli powiem, że osiemdziesiąt procent tych zgłoszeń to było: Nie mam celu w życiu, brakuje mi sensu, rutyna mnie zżera, chodzę do pracy, w sumie niczego mi nie brakuje, ale wszystkiego mi brakuje. I podpis – „Ola, lat 22”, „Janek, lat 23”. Obraz współczesnego młodego pokolenia, które zżera bezcelowość i brak poczucia sensu.

Nuda?

– Wracamy do początku. Nie ma jasnych drogowskazów, które by mówiły, na co poświęcać czas, energię i pieniądze. Sami musimy je znaleźć. A jak je znaleźć, gdy mamy wszystko do wyboru.

W projekcie „Mars One” można było zgłosić się na ochotnika do zespołu, który założy pierwszą ludzką osadę na Marsie i nigdy nie wróci na Ziemię. Przejrzałam listę osób, które aplikowały. Mnóstwo ludzi ledwo po dwudziestym roku życia, przed trzydziestką.

– I pytanie: czy to jest ich niefrasobliwość, czy już rezygnacja? Tu miałem podobne wrażenia. Ale było też dużo dojrzałych zgłoszeń. Darek Sieradzki, którego wybraliśmy, jest tego najlepszym przykładem. Pracuje w firmie wydobywającej ropę, ma żonę, dziecko, kredyt, dom w budowie. I widzi, że praca, którą wykonuje, jest moralnie co najmniej dwuznaczna. Zastanawia się, czy coś zmienić i jak. To jest bardzo dojrzałe. Co więcej, pewnie Polska będzie różnymi kanałami patrzeć, jakie decyzje podejmie. Sam jestem bardzo ciekaw.

No właśnie. Zupełnie czym innym jest zmieniać się niejako przy okazji, a czym innym na oczach masowej publiczności. Na nim ciąży już ogromna odpowiedzialność i zastanawiam się, jak sobie z tym poradzi.

– Wiem, że Darek brał pod uwagę, że przez udział w tym projekcie może zostać zwolniony z pracy. Ale może to jest jego celem. Ja nie wiem. Ten projekt nie jest po to, żeby pan Tomek mu powiedział ex post: – Tak, musisz skończyć tę straszną dewastację i zająć się uprawą ekogrządek. Zabiorę go w parę miejsc. Zobaczy, co branża, w której pracuje, robi ze światem. I będzie mógł podejmować decyzje sam.

Wybrałeś już miejsca?

– Tak, ale najpierw muszę przekonać odpowiednich ludzi, żeby nas tam wpuszczono. Prawie na pewno będzie to Park Narodowy Wirunga w Demokratycznej Republice Konga. Żyją w nim goryle górskie i nizinne, połać nieskażonej przyrody. Rok temu ledwo oparł się zakusom olbrzymiej firmy naftowej. Udało się odeprzeć dopiero pierwszy atak. Chciałbym, żeby Darek zobaczył, że to nie jest tak, że masz ugór albo skalistą pustynię, gdzie i tak się nic nie dzieje i pal sześć ekologię. Nie, jest gigantyczny las deszczowy, pełen zwierząt. Wszystko zostanie zaorane, wszystko idzie pod nóż.

Od razu wiedziałeś, że to będzie Darek?

– Byłem jednym z czterech jurorów, nie miałem ważniejszej pozycji. Każdy z nas mógł przyznać 1, 2 lub 3 punkty. Darek zdobył 12 głosów.

Wyróżniłeś jeszcze Karolinę Lachotę; to już nie było planowane.

– Historia Karoliny bardzo nas wzruszyła. Dziewczyna odzyskała wzrok, ale co roku musi przechodzić jedną, dwie operacje. I nigdy nie wiesz, kiedy coś pójdzie źle. Od samego początku zastrzegaliśmy, że nie będzie rozdziału na niepełnosprawnych i pełnosprawnych, żadnej taryfy ulgowej. Pracowałem z niepełnosprawnymi ludźmi i jeszcze żaden z nich mi nie powiedział, że chciałby być traktowany inaczej niż zdrowy człowiek. Więc miała wygrać historia. Karolina jest taka szczęśliwa w swoim życiu, energetyczna. Widzi swoje ograniczenia, ale nie uważa, że to dramat. Po prostu każdy ma swoje problemy. Musi grać kartami, które dostała, przechodzić kolejne operacje, trudno. Inni mają alergie, też coś z tym muszą robić. Jest niesamowicie silną osobą. Więc moi sponsorzy z Allegro powiedzieli: my stawiamy, weź ją gdzie chcesz, byle zobaczyła coś spektakularnego.

Gdzie ją zabierzesz?

– Jeszcze nie wiem. Może na Spitsbergen na zorze polarne albo na wielkie migracje do Afryki, albo w Himalaje. Bo to musi być coś z przytupem, „Top 10” widoków. Coś, co sprawia, że szczęka spada ci na ziemię.

To może to jest tajemnica szczęścia, starać się wygrać tyle, ile się ma, tymi kartami, które się dostało?

– I nie chcieć więcej. Ja tak uważam.

 

Tomek Michniewicz. Podróżnik, dziennikarz, fotograf, autor nagradzanych i bestsellerowych książek reporterskich „Samsara” i „Gorączka”. Organizator wypraw do dżungli, na pustynie i do afrykańskiego buszu. W podróży spędza często połowę roku, przez ostatnie 13 lat odwiedził 52 kraje, kilkanaście z nich wielokrotnie. Jest autorem audycji „Reszta świata” w radiowej Jedynce, „Trójka przekracza granice” w Trójce oraz programu „Inny świat” w telewizji TTW.

Paulina Dudek. Szefowa działu Podróże w portalu Gazeta.pl. Redaktorka i dziennikarka, od święta copywriterka. Uważa, że najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny są dobre buty trekkingowe, smartfon i eyeliner. Zakochana w Birmie i Szwajcarii. Nikomu nie pozwoli zburzyć Pałacu Kultury. 

Tomek Michniewicz: ‚Podróże są świetnym sposobem na ucieczkę od życia, ale średnim na życie’.

„O robieniu kariery nawet nie myślę. Zaczynam mieć dość, ale uciec też za bardzo nie ma gdzie”. Cyfrowy tayloryzm – koniec ciekawych posad?

Dawno nic nie pisałem, bo i nie było o czym 😛 Święta, sylwester, Nowy Rok itd. ale, że akurat ciekawy artykulik się trafił to se wrzucę a co 😀 Coraz więcje tego typu rzeczy czytam i troche t osmutne zwłaszcza, że sam jestem w podobnej sytuacji, nie mniej jednak cały czas się staram ową sytuację zmienić z różnym skutkiem. Tak naprawdę trudno narzekać, bo robota jest, coś tam się robi, pieniądze jakieś są, stresu i ciśnienia raczej nie ma, więc wydwać by si mogło „O co chodzi tym lesrom, wykształciuchom” no, ale właśnie o coś chodzi. Jak się dowiem to pewnie o tym opowiem a na razei robie swoje i stram się nie narzekać 🙂

Młodzi są często rozczarowani tym, że obiecywało się im pracę marzeń, a muszą robić te same czynności każdego dnia. Na zdjęciu: biuro call center jednej z firm we Francji

Młodzi są często rozczarowani tym, że obiecywało się im pracę marzeń, a muszą robić te same czynności każdego dnia. Na zdjęciu: biuro call center jednej z firm we Francji (Fot. JEAN-FRANCOIS MONIER AFP EAST NEWS AFP/EAST NEWS)

Wykonywanie dzień w dzień tych samych obowiązków. Poczucie braku perspektyw na rozwój i awans. Stanowisko specjalisty, ale płaca robotnika. Czy w tym kierunku zmierza rynek pracy?

– Moja praca polega na wprowadzaniu danych do komputera, dzwonieniu do klientów oraz wysyłaniu maili i odpowiadaniu na nie ściśle według procedur obowiązujących w firmie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałam zadanie wymagające samodzielnego myślenia – skarży się 28-letnia Aneta, pracująca od dwóch lat w firmie windykacyjnej.

I mówi dalej: – O robieniu kariery nawet nie myślę. Awansować mogę jedynie na kierownika działu, ale szanse na to są nikłe, bo rotacji na tych stanowiskach praktycznie nie ma. Moja szefowa jest menedżerem od ośmiu lat, czyli momentu powstania firmy. Powoli zaczynam mieć dość, ale uciec też za bardzo nie ma gdzie. Większość firm w tej branży działa na podobnych zasadach, oferuje zbliżone warunki, zakres obowiązków i szanse na rozwój. Nie bardzo wiem, co zrobić, żeby wyrwać się z tego błędnego koła. W sumie nic innego nie potrafię, a nie chciałabym zaczynać w nowej branży od zera – dodaje Aneta.

Rozmowa z Joanną Stępień, konsultantką w firmie GFMP Management Consultants, która wspiera firmy w zarządzaniu oraz prowadzi szkolenia dla menedżerów i specjalistów

Marta Piątkowska: Pani Aneta ma wyjątkowo nudną i mało perspektywiczną pracę.

Joanna Stępień: – Jest o wiele gorzej, przykład pani Anety to problem wielu 20- i 30-latków. W większości narzekają na to samo. Wąski zakres obowiązków, powtarzalność czynności, praca według sztywnych procedur, niskie pensje, brak perspektyw na awans. Punktują, że poprzez rozbudowaną strukturę firmy i rozwodnienie zadań na różne działy nie mają szans się wykazać. Bo to, co chcieliby i potrafią robić, wykonuje według określonego procesu kilka osób. Nie oczekuje się od nich poznawania tajników pracy w danej dziedzinie, zgłębiania jej, tylko machinalnego opanowania pojedynczych czynności.

Dlaczego?

– W głównej mierze jest to związane z kierunkiem rozwoju firm oraz całej zachodniej gospodarki, która dąży do minimalizowania kosztów kadrowych. Ekspert za realizację kompleksowych zadań, a przez to i odpowiednie umiejętności, musiał być dobrze wynagradzany. Robotnicy umysłowi, bo takim mianem możemy grupę, o której rozmawiamy, wykonują jedynie element jego pracy, więc można zapłacić im mniej.

Trend ten Philip Brown, brytyjski socjolog, w książce „Globalna aukcja” z 2011 roku określił mianem „cyfrowego tayloryzmu” – czyli „pracą przy taśmie XXI wieku”. Podniósł alarm, że konsekwencje tych zmian są bolesne zwłaszcza dla młodych pracowników. Przez całą edukację wpajano im, że będą wykonywać ciekawą i rozwojową pracę, że będą rozwiązywać problemy oraz współpracować z ludźmi, a nie zawsze pokrywa się to z obietnicami.

W jakich branżach tayloryzm zakorzenił się na dobre?

– Można powiedzieć, że we wszystkich, ale głównie dotyka pracowników niższego szczebla. W przychodniach medycznych nikt nie narzuci lekarzowi schematu diagnozowania, ale już recepcjonistce każe się każdy kontakt z pacjentem inicjować według narzuconych standardów obsługi. Nawet gdy zna kogoś od lat i pewnie chciałaby być mniej formalna.

Dalej – wśród księgowych i finansistów, w dużej mierze zatrudnionych w Polsce w centrach usług wspólnych, w których muszą wykonywać te same zadania, głównie wklepywać dane do faktur, sprawdzać, czy się zgadzają i następnie generować raporty. Dlatego do takich zadań nie trzeba zatrudniać wykwalifikowanych księgowych, bo może je wykonywać każdy, kto przejdzie pomyślnie wewnętrzny kurs.

Hermetyczne procedury powodują, że nawet pracownicy z kilkuletnim doświadczeniem w rozliczaniu międzynarodowych transakcji nie mają żadnej wartości na rynku pracy, ponieważ potrafią to robić tylko w określonym systemie, na określonym oprogramowaniu. Można powiedzieć, że firma nauczyła ich metody robienia trójkątnych śrubek niepotrzebnych nikomu innemu.

Całe zjawisko wnika jeszcze głębiej, aż do stanowisk menedżerskich i dyrektorskich. Na przykład w dużym londyńskim banku większość decyzji o przyznaniu kredytu jest uzasadnianych przez komputer. To maszyna decyduje, kto i kiedy zostanie odesłany z kwitkiem, człowiek w zasadzie odpowiada jedynie za realizację tych postanowień.

Jakie są tego konsekwencje dla pracowników?

– Na gruncie zawodowym największym problemem jest utrata pracy i późniejsze trudności z odnalezieniem się na rynku. Dopiero wtedy na jaw wychodzi niedopasowanie i do pracowników dociera, że procedury, które mają w jednym palcu, nikomu poza byłym pracodawcą nie są potrzebne. Ponadto ograniczane są możliwości awansu i rozwoju, wynagrodzenia nie rosną, a jedyna nauka związana jest z przysposobieniem pracownika do obsługi nowego klienta, ale na obowiązujących zasadach.

O wiele poważniejsze są konsekwencje psychologiczne. To rosnące poczucie frustracji wynikające z zawiedzionych oczekiwań, a także coraz niższe poczucie własnej wartości, coraz większe ryzyko wypalenia zawodowego oraz poczucie żalu i rozczarowania co do wyboru ścieżki kariery.

W wielu zawodach ludzie docierają do ściany i robią wciąż to samo. Sprzedawcy w sklepach, sekretarki, stolarze, murarze, kierowcy itd. Czym ich stagnacja różni się od przykładów, o których pani mówi?

– Bo największym problemem nie jest rutyna, tylko oczekiwania. Ktoś, kto decyduje się na bycie sprzedawcą w sklepie lub zawodowym kierowcą, wie, na czym polega ten zawód i jakie ma perspektywy na rozwój. Tymczasem robotnikami umysłowymi zwykle zostają młodzi, wykształceni ludzie, których wychowano w przekonaniu, że świat będzie należał do nich. To, co otrzymują, znacząco odbiega od ich wizji wymarzonej pracy.

Inna sprawa, że rozwojowi tayloryzmu sprzyja globalizacja. Małe i lokalne firmy jak na razie wolne są od schematów. Procedury to domena korporacji.

Co w takim razie mają/mogą zrobić pracownicy, żeby nie spędzić całego życia na wprowadzaniu danych?

– Pracodawcy powoli przestają opracowywać ścieżki kariery, bo z jednej strony tak mocno zmienia się ich otoczenie, że nie sposób zaplanować dla wszystkich pracowników przyszłości, gdy przyszłość samej firmy jest niepewna. Z drugiej – nie wiadomo, czy w firmie zostaną ci sami pracownicy, rotacja jest o wiele większa niż kiedyś.

Gdy pracodawca nie chce przejąć odpowiedzialności za naszą karierę, powinniśmy zrobić to sami. Pozwoli to uniknąć przyszłości w gronie bezmyślnych dronów wklepujących dane.

Nie ma jednak określonego zestawu umiejętności, które zagwarantują wszystkim powodzenie. To, co można zrobić i co może pomóc w dłuższej perspektywie wyrwać się z cyfrowego tayloryzmu, to stała czujność na zachodzące zmiany, elastyczność w dostosowywaniu się do zmieniających się wymogów, łączenie kilku dziedzin wiedzy, empatia i umiejętność współpracy z różnymi grupami. Czyli, jeśli zajmujemy się np. programowaniem w określonym języku, oznacza to śledzenie zmian w zapotrzebowaniu na tę umiejętność, stałe pogłębianie wiedzy, poszerzanie doświadczenia o współpracę z klientami z różnych dziedzin, nie tylko tych, którzy przynoszą obecnie najwyższe profity, ale również tych, którzy mogą je przynieść w przyszłości. Trzeba się dokształcać i rozwijać nie pod kątem danego pracodawcy, tylko wymogów rynku. Co z tego, że firma X nie oczekuje ode mnie znajomości danego oprogramowania, skoro wiadomo, że za dwa, trzy lata, wszyscy będą na nim pracować.

Czasem trzeba wymyślić swoją karierę na nowo, szukać szans w innych branżach. Nie bać się wyzwań, szukać alternatyw. Stosowanie się do tych wskazówek jest trudne, a problem pogłębia fakt, że pracownicy godzą się na cyfrowy tayloryzm. Walka odbywa się na złym froncie – mam na myśli walkę o work-life-balance. Pracownicy walczą o przywileje, o pracę bez nadgodzin, o życie bez telefonu służbowego zamiast walczyć o dobrą pracę, czyli taką, która daje rozwój i poczucie sensu.

W zasadzie posunęłabym się do stwierdzenia, że work-life-balance w takim rozumieniu stał się wręcz opium dla osób wykonujących bezmyślne zadania. Wiele procedur, którymi jesteśmy oplątywani, wynika z wybrania najłatwiejszej ścieżki przez zarządzających w poszukiwaniu bezpieczeństwa.

Skoro takie rozwiązanie opłaca się firmie, to dlaczego miałaby coś zmieniać?

– Bo to perspektywa krótkoterminowa. Pełna kontrola pracowników i mikrozarządzanie powodują, że gdy nagle dochodzi do dużej zmiany, powiedzmy załamania rynku, to globalna korporacja okazuje się kolosem na glinianych nogach, który nie jest w stanie elastycznie dopasować się do sytuacji. Zawodzą procedury, a ludzie, którzy normalnie poradziliby sobie w tych okolicznościach, po latach powtarzalnej pracy wypadli z rytmu i stracili zawodową czujność. Na szczęście istnieje alternatywna droga dla industrializacji, tayloryzacji pracy.

Jaka?

– Podam przykład. Największy na świecie serwis oferujący dostęp do filmów i seriali, o którym głośno było w 2013 roku, kiedy wyprodukował i udostępnił użytkownikom nagradzany serial „House of Cards” z Kevinem Spacey’em w roli głównej, jest zarządzany w nietypowy sposób. Otóż wewnętrznie to firma właściwie pozbawiona procedur, w której pracownicy mogą iść na urlop, kiedy zechcą, otrzymują wyłącznie wynagrodzenie, zero benefitów, premii, i nie muszą rozliczać się z wydatków z działowego budżetu. Firma traktuje pracowników po partnersku, oczekując od nich jedynie efektów. Tam nikt nikogo nie prowadzi za rękę, nie rozlicza z godzin spędzonych przed komputerem czy liczby dni urlopowych.

Chociaż rozwiązanie brzmi egzotycznie, to całkiem nieźle się sprawdza. W ciągu ostatniego roku wartość akcji tej firmy wzrosła trzykrotnie.

http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,90445,15265323,__O_robieniu_kariery_nawet_nie_mysle__Zaczynam_miec.html#MT

Zarabia 8 tysięcy, pracuje 7 godzin dziennie, z czego 5 gra na komputerze. „Mam tego dość”

No właśnie jestem chyba w podobnej sytuacji, co Pan opisany w artykule z tą różnicą, że mało zarabiam 😛 i tak na prawdę nie do końca wiem jak ową sytuację zmienić, bo niestety zmiana obecnego zajęcia nie przyniosła jak na razie rezultatu. Może to w sumie jakaś forma uzalania się nad sobą, malkonenctwa czy innego badziewia, ale tkwienie w takmi układzie potrafi być męczące lub wręcz frustrujące. Nie mniej jednak powinienem się cieszyć, że mam jakąś pracę, dostaje punktualnie wypłatę nie mam nadgodzin, fajny zespół i teoretycznie jakieś możliwości rozwoju itd. I w sumie na swój sposób się cieszę, staram się też robić rzeczy wartościowe po pracy, np. uprawiając sport lub inną aktywność, ale czasem bezczynność odbiera chęć robienia czegoś sensownego. Tak czy siak widzę że problem nie tylko mnie dotyczy, ale to pewnei wina rozkapryszenia i rozpieszczenia, w pracy, domu, szkole itd. Jak znajdę jakieś rozwiązanie to pewnie o tym napisze o ile ktoś to bedzie chciał przeczytać 😀

Człowiek zawsze znajdzie dziurę w całym. Większość z nas ciągle narzeka, że za dużo pracuje lub zbyt mało zarabia. Są jednak ludzie w całkowicie odwrotnej sytuacji. Maciek jest informatykiem w dużej firmie, świetnie zarabia i nie przemęcza się. Pomimo to, czuje się sfrustrowany, bo praca nie daje mu satysfakcji. Pieniądze szczęścia nie dają?

Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy
Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy • Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Każdy z nas pracuje, by zarobić. Zazwyczaj jak najwięcej, jak najszybciej i jak najłatwiej. Okazuje się, że teoretycznie wymarzona praca może być powodem do frustracji, a nawet wpędzić w depresję. Nie każdy bowiem oczekuje od swojej pracy jedynie dużych zarobków.

Maciej ma 27 lat. Mieszka w Warszawie ze swoją dziewczyną. Nie należy do tych, którzy muszą się o cokolwiek w życiu martwić. Regularnie chodzi na siłownię, obiady je głównie w restauracjach i lubi kupować markowe ciuchy. Nie jest jednak w stanie powiedzieć samemu sobie, że jest szczęśliwy.

Maciek – informatyk

Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscy. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się Tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic

– Nie mogę być zadowolony ze swojego życia – mówi lekko znudzonym głosem Maciek. Jest informatykiem. Jego miesięczne zarobki przekraczają osiem tysięcy złotych „do ręki”. Nie wie, co to nadgodziny, a przez większość czasu w pracy szuka sobie zajęcia. – Przychodzę tam dzień w dzień, a jedyne co muszę zrobić to odebrać dwa telefony i sprawdzić maila. Pracuję w zespole. Oznacza to, że muszę czekać, aż ktoś zrobi swoją część projektu, który aktualnie się „procesuje”. Dopóki ktoś nie zrobi swojej roboty, ja po prostu nie mam co robić – stwierdza Maciek.

Bywają tygodnie, gdy Maciek musi dać z siebie nieco więcej. Jednak nigdy nie było tak, aby poczuł w pracy jakiekolwiek „ciśnienie”. Pięćdziesiąt złotych na godzinę, to dla większości Polaków stawka marzeń. – Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscu. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic – mówi rozżalony informatyk.

Praca jak salon gier

Zbyt lekka praca rozleniwia. Maciej zdaje sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę powinien się cieszyć. W końcu dobrze zarabia i może sobie pozwolić praktycznie na wszystko. Tyle tylko, że jeszcze rok temu jego życie wyglądało zupełnie inaczej. – W poprzedniej pracy, gdy zaczynałem, zarabiałem trzy razy mniej, a pracowałem czasem 16 godzin dziennie. Pomimo to, byłem zadowolony, bo po przyjściu do domu miałem poczucie, że coś zrobiłem – wspomina.

Teraz trudno o satysfakcję. Maciek powinien być w pracy osiem godzin. Wie jednak, że oznaczają one osiem godzin bezczynności, dlatego nawet nie próbuje przychodzić do pracy na czas. Po godzinnym spóźnieniu, z którego nikt go nie rozlicza, zasiada do komputera. Sposobem na walkę z nudą jest przede wszystkim gra na komputerze. Szczerze przyznaje, że zajmuje mu to nawet pięć godzin dziennie. W międzyczasie, zdarza mu się obejrzeć film na YouTub’ie.

Maciej myśli o zmianie pracy. – Trudno jest znaleźć pracę, gdzie zarobki byłyby na podobnym poziomie. Rozglądam się jednak za ofertami, gdzie pieniądze są dużo mniejsze. Miałbym jednak gwarancję, że dalej będę się rozwijał. Być może wracałbym również do domu w znacznie lepszym nastroju – mówi Maciek.

Informatykom poprzewracało się w głowach

Sytuacja Maćka nie dziwi Marka z Chorzowa, również informatyka. Jak twierdzi, często się zdarza, że w wielu korporacjach „pracują” tego typu osoby. – Nikt nie wie, co robią, widnieją głównie jako nazwisko w Excelu. Takie osoby po prostu wegetują, pobierają pensję, a ich zadania wykonują inne osoby. Często robią to świadomie i dostosowują się do tego stanu rzeczy – mówi Marek.

Takie wegetowanie nie przynosi jednak korzyści na dłuższą metę. – Istnieje ryzyko, że ktoś wreszcie zauważy w swojej tabelce, że dany pracownik nie jest mu potrzebny. Gdy ktoś przez rok praktycznie nic nie robił, to później trudno będzie mu wrócić do normalnego trybu pracy – ostrzega Marek.

Jak twierdzi, sam jest w odwrotnej sytuacji. O ile praca daje mu satysfakcję, nie może powiedzieć tego samego o zarobkach. – Zarabiam cztery tysiące na rękę. Cieszę się z tego co mam, bo są ludzie, którzy mają mniej. Jednak czasem chcę sobie kupić coś, na co po prostu mnie nie stać. Na szczęście informatyk w Polsce nie musi szukać pracy – mówi z nadzieją na poprawę swojej sytuacji informatyk z Chorzowa.

Marek przyznaje jednocześnie, że polskim informatykom nieco poprzewracało się w głowach. – Zarabiamy kokosy – mówi szczerze. Podkreśla jednak, że należy szukać takiej oferty, która zapewnia rozwój. W przeciwnym razie można szybko narobić sobie tyłów. – Nawet, jeśli zarabiasz 10 tysięcy, ale po roku stwierdzisz, że projekt idzie na dno, lepiej poszukać czegoś nowego. Nie warto się pod czymś takim podpisywać – radzi Marek.

Kuba: Mało zarabiam i dobrze mi z tym

Są jeszcze ludzie, którzy wybierają pracę dającą satysfakcję. Kuba jest menedżerem projektu w jednej z warszawskich agencji reklamowych. Jest odpowiedzialny między innymi za kontakt klientami. – Moje zarobki są poniżej moich oczekiwań. Jednak atmosfera w pracy jest niepowtarzalna – mówi Kuba. W poprzedniej pracy zarabiał znacznie więcej, a pomimo to zdecydował się z niej zrezygnować. – To, co działo się w poprzedniej pracy, można nazwać jednie mobbingiem – mówi dwudziestopięcioletni Kuba.

W obecnej pracy ma nie tylko dobrą atmosferę, ale przede wszystkim poczucie bycia potrzebnym. – Każdy lubi być nagradzanym, chwalonym. Czuję, że się realizuję, a jednocześnie to co robię jest doceniane. Często dostaję podziękowania, ustnie lub mailowo – stwierdza Kuba.

Okazuje się, że nie dla wszystkim pieniądze są podstawowym kryterium w wyborze zajęcia. Równie istotną, a jak się okazuje czasem ważniejszą, są dobra atmosfera i możliwość rozwoju. – O ile tylko mamy taką możliwość, to szukamy pracy, w której będziemy mogli się spełniać. Trzeba jedynie przemyśleć swoje priorytety. Chciałbym zarabiać więcej, ale zamierzam do tego dojść krok po kroku.

http://natemat.pl/44479,zarabia-8-tysiecy-pracuje-7-godzin-dziennie-z-czego-5-gra-na-komputerze-mam-tego-dosc

Młodzi Polacy wpadli w pułapkę ?

Hmm trochę prawdy w tym jest faktycznei teraz za bardzo nie ma subkultur a ludzei wyglądają podobnie i chyba każdy ma, albo chce mieć coraz więcej niepotrzebnych mu do niczego rzeczy, ale coż tak to wygląda i większość jest chyba z tego zadowolona. Szkoda tylko że często pokazują wszędzie dookoła rzeczy, które mają zmieniać życie po zakupie a wcale tak się nie dzieje dość częśto :p ale na tym chyba polega marketing. Tak czy sika chyba warto być tego świadomym bez względu na to czy się temu ulega czy nie 🙂

Nowe pokolenie kupuje wizję człowieka mobilnego, czyli idealnego pracownika w czasach bez etatu. I próbuje się nim stać. Z Andrzejem Bukowskim rozmawia Mira Suchodolska.

Młodzi ludzie wpadli w pułapkę /123RF/PICSEL
Młodzi ludzie wpadli w pułapkę
 

Mira Suchodolska: Ponoć każdy młody człowiek ma duszę rewolucjonisty. Pan też się buntował?
Andrzej Bukowski: Jak każdy nastolatek byłem pełen wewnętrznej niezgody na świat. Zwłaszcza że moja młodość przypadła na specyficzne czasy – to był początek lat 80., festiwal Solidarności. Moi rodzice tym żyli, bez przerwy się w domu dyskutowało, czytało, słuchało. Dojrzewałem w przyspieszonym tempie – także obywatelsko i politycznie. Jestem raczej introwertykiem, nie uzewnętrzniam emocji, ale pamiętam tamtą atmosferę wolności. A potem stan wojenny, wyrzucanie niepokornych nauczycieli z pracy, komisarzy stanu wojennego, którzy przychodzili do nas do szkoły i pletli jakieś propagandowe androny, a myśmy się im odszczekiwali. Na studiach przyszedł czas na roznoszenie ulotek i czytanie bibuły. Moi koledzy mieli powielacz, po akademiku krążyły wydawnictwa podziemne, ale nie traktowaliśmy tego jako wielkiej rewolucji – przeciwstawianie się systemowi było naturalne. Tak jak chodzenie na koncerty Gintrowskiego i Kaczmarskiego.

To proszę spojrzeć na dzisiejszych młodych. Nie mają pracy, nie mają perspektyw, nie stać ich na założenie trwałego związku ani na dzieci. Ale siedzą jak trusie, nawet nie narzekają szczególnie, choć, wydawałoby się, dawno powinni wyjść na ulice. Ci najbardziej zbuntowani po prostu wyjeżdżają za granicę. Jakby im wycięto kawałek mózgu podczas lobotomii.

– Jest taka bardzo ciekawa książka amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta pt. „Korozja charakteru”. Opisuje zjawiska zapoczątkowane w latach 80. ubiegłego wieku, które doprowadziły do tego, że współcześni ludzie, zwłaszcza młodzi, tracą poczucie kontroli nad własnym losem i wpływu na rzeczywistość. Umacniani są w przekonaniu, że nic od nich nie zależy. Kiedy bowiem pracodawca ich nie potrzebuje – są zwalniani, kiedy firma przeprowadza się na drugi koniec kraju, mają do wyboru – albo zmienić miejsce zamieszkania i porzucić przyjaciół, społeczność lokalną, w której już zdążyli zapuścić korzenie, albo stracić pracę. To wyjątkowo destrukcyjne z punktu widzenia tożsamości i więzi międzyludzkich doświadczenie. Oddaje też sedno zmian, jakie zaszły w Polsce (bo u nas pewne procesy z naturalnych przyczyn były opóźnione) w ciągu ostatnich 20 lat. Chodzi o to, w jaki sposób nowy kapitalizm – w którym zachodzi nie tylko globalizacja na wielką skalę, ale przede wszystkim spłaszczanie struktur korporacyjnych – zbudował nowego człowieka, ściśle przystosowanego do jego wymagań.Czyli głupkowatego, bezwolnego konsumenta.
– To zbyt kategoryczne i krzywdzące. Ująłbym to inaczej: mamy czasy, w których królują umowy śmieciowe, kontrakty czasowe, projekty, czy jak tam jeszcze nazywa się te współczesne formy zatrudnienia. Etat stał się anachronizmem, w dodatku niebezpiecznym, bo zagrażającym konkurencyjności gospodarki. Taka sytuacja na rynku pracy wymaga nowego człowieka, który potrafi się w tych zasadach orientować, pogodzi się z nimi. Więc za tą potrzebą stworzenia idealnego pracownika poszła nowa antropologia – wizja człowieka elastycznego, mobilnego, szybko dopasowującego się do zmian, dynamicznego etc. Rozwijającego się, kształtującego samego siebie indywidualisty. A jeśli ktoś taki nie jest – tym gorzej dla niego. To znaczy, że jest niedostosowany, nie daje rady. I młodzi kupili ten sposób myślenia, wpadając tym samym w pułapkę. Pułapka polega na rozbieżności pomiędzy „obietnicami” nowego kapitalizmu a jego realiami. We wszystkich badaniach widać, jak duże jest rozwarstwienie, ale o tym się głośno nie mówi. Nie wypada. Ta nowa antropologia zachwyca się ludźmi, którzy odnieśli sukces, gloryfikuje ich, namawia, żeby być jak oni. Więc wszyscy bardzo się starają, uczą, pracują nad sobą. Ale sukces może odnieść tylko niewielu, reszta ponosi porażkę, bo jest na nią z góry skazana.

Więc tym bardziej powinni się wkurzyć i popędzić kota tym, którzy tak im nawijają makaron na uszy.
– Nawet gdyby chcieli, nie są w stanie. Mentalnie, kulturowo, lecz także organizacyjnie. To przesłanie płynie bowiem z wpływowych ośrodków medialnych, które mają dziś w społeczeństwie takie znaczenie, jak kiedyś tradycyjne instytucje – wielopokoleniowa rodzina, kościół czy państwo narodowe. Ono podaje w wątpliwość przydatność tych wartości we współczesnym świecie. Jeśli ma się być elastycznym i dynamicznym, nie można się przecież przywiązywać, tworzyć silnych więzi. Takie wartości, jak lojalność, przynależność, patriotyzm, miłość na całe życie są niepotrzebne, są skutecznie wypierane przez wartości indywidualistyczne. Zwłaszcza że otoczenie jest zmienne, efemeryczne, niewyraźne. I faktycznie, ci młodzi nie tworzą dziś żadnych trwałych struktur. Stanowią zbiór jednostek oderwanych od innych – nie zbiorowość, tylko zbiorowisko. Jeśli już nawiązują jakieś relacje, najczęściej w sieci, są one luźne, nietrwałe. Więc nawet gdyby zaświtała im w głowach myśl o tym, żeby podnieść bunt, nie mają ku temu trwałych struktur organizacyjnych. Nawet gdyby byli się w stanie zorganizować – nie byliby w stanie podtrzymać tych struktur. A poza tym pauperyzacja, zgodnie z tym, co głoszą teoretycy rewolucji, jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym do tego, abyśmy usłyszeli jakieś rewolucyjne „bum”.

Te zagubione jednostki są jednak w stanie się zmobilizować, kiedy skrzykują się w sieci. To dzięki internetowi udało się wywołać arabską wiosnę. Choć mam wrażenie, że tam społeczeństwa są jeszcze w miarę tradycyjne. W tym sensie, że stare więzi są wciąż bardzo silne.
– Jeśli chodzi o Afrykę, to mam poważne wątpliwości co do faktycznych i długofalowych efektów tego przebudzenia. A jeszcze większe do sieciowych niby-rewolucji, jakie odbywały się w ostatnich latach w państwach Zachodu. Te rewolty internetowe mają charakter bardzo nietrwały. Co się dziś dzieje z głośnym jesienią 2011 r. ruchem Occupy Wall Street? Mało kto o nim pamięta. Gdzie są hiszpańscy Oburzeni? Cisza. A o rewolucji młodzieżowej z 1968 r. mówimy do dziś, bo ona zmieniła stare struktury, przeorała świat mieszczańskiej moralności, przyniosła nową mentalność. Dziś, jeśli już młodzi decydują się wyjść na ulice, to na krótko, aby załatwić jakieś pojedyncze sprawy.

Kiedyś, jeszcze za komuny, zauważyłam w jednym ze sklepów tabliczkę, która przyprawiła mnie o paroksyzmy śmiechu: „Załatw sprawę i żegnaj”. Młodzi tak dziś do wszystkiego podchodzą, niezwykle pragmatycznie.
– Nowe czasy potrzebują nie tylko nowych ludzi, lecz także nowej ekonomii, czego wyrazem jest fragmentaryzacja strukturalna i symboliczna.

O nie, proszę powiedzieć to po ludzku.
– Już tłumaczę. W sferze kulturowej chodzi o to, że dziś nie ma jednego czy kilku obowiązujących stylów życia, powiązanych z położeniem ekonomicznym, jak w przypadku starych warstw czy klas. Mamy natomiast do czynienia z niekończącym się mnożeniem stylów i sposobów życia. Są ich setki tysięcy, każdy może nawet zbudować swój indywidualny pomysł na życie. Budując styl życia, tworzy jednocześnie swoją tożsamość społeczną. Dziś my wszyscy – od prostego budowlańca po nauczyciela akademickiego – jesteśmy po prostu dostarczycielami usług. Jak zatem tę tożsamość budować? Sama zasobność portfela to za mało. Więc dzieje się to na podstawie sposobów konsumpcji. Czyli tego, jak spędzamy wolny czas, czego słuchamy, jak się ubieramy. Konsumpcja jest dziś bowiem wyznacznikiem naszej społecznej tożsamości, naszego istnienia w świecie społecznym.

Tysiące indywidualnych stylów, mówi pan, a mnie młodzież przypomina stado ludzików z zestawu Lego: wszyscy tacy sami, w takich samych ciuchach, z takimi samymi gadżetami. Przecież dzisiaj na dobrą sprawę nawet żadnej subkultury młodzieżowej nie ma.
– Kontrkulturę, np. w latach 60. XX w., budowało się w opozycji do kultury dominującej, a dziś takiej nie ma. Jest kultura masowa, bardzo zróżnicowana, a jeśli każdy może znaleźć coś dla siebie, więc i w tej dziedzinie nie ma powodów, aby się buntować. Kiedyś wąskie grupy narzucały styl reszcie. Obecnie nie ma takiej możliwości. Owszem, są wielkie koncerny, które dyktują modę, ale one wsłuchują się w potrzeby rynku, dają ludziom to, czego oni sobie jeszcze dobrze nie uświadamiają, że tego chcą czy potrzebują. To też fragmentowanie: każda maleńka nawet grupa odbiorców ma skrojony pod siebie produkt, wystarczy zerknąć na rosnącą liczbę różnych marek i trendów modowych. Mamy do czynienia z różnicowaniem w nieskończoność, brak jakiegokolwiek wspólnego mianownika. Żyjemy we własnych kapsułkach kulturowych, ale one też są niestałe niczym bańki mydlane. Każdy coś tam lajkuje, przyłącza się do jakiejś grupy na FB czy innym portalu społecznościowym, ale na krótko. Zaraz ją opuszcza i przenosi się dalej. Przy czym ten wpływ odbiorców na dostawców, to niby-odwrócenie zależności też jest pozorne. W gruncie rzeczy konsumenci biorą to, co im się podsunie. To dostarczyciele kontrolują wszystko, co konsumują masy. Może to zabrzmi strasznie marksistowsko, ale sytuacja wygląda tak, że po stronie konsumentów nastąpiła fragmentaryzacja, więc nie są oni w stanie się sprzeciwić, nie mają nic do gadania. Z kolei po stronie dostarczycieli dóbr i usług mamy same monopole i oligopole, przynajmniej w sensie własności, bo nie samych marek. Szanse są nierówne.

Młodzi żyją więc złudzeniami, a są hodowani na farmach fanów jak bezrozumne zwierzęta.
– Ale przecież my, trochę starsi, poddawani jesteśmy i ulegamy tym samym mechanizmom. I oni mają złudzenie wolności, choć faktycznie jej nie ma. Tak samo jak brak im możliwości wyrażenia buntu. Jeśli już bowiem kupili ten przekaz – a kupili – o mobilności i wiecznej zmianie – za wszelką cenę starają się dopasować. Jeżeli się im nie udaje, to przypisują winę sobie. Ale nauczyli się z tym żyć. Chowają swoje dyplomy wyższych uczelni do szuflady i robią kursy na wózki widłowe. Albo wyjeżdżają, bo np. w Anglii są w stanie zarobić na jakie takie życie, choć zwykle nie robią wielkiej kariery. Osiągają standard życia, o którym my mogliśmy kiedyś tylko marzyć. Oczywiście za cenę obniżenia ambicji zawodowych.

Czytałam przed naszą rozmową różnego rodzaju sondaże i sondy, w których pytano młodych, co by ich zirytowało na tyle, że byliby w stanie wyjść na ulice. I wie pan, co mówili? Że najbardziej ich dotykają różne rzeczy dotyczące sieci. Wcześniej ACTA, dziś inwigilacja. Przeciwko temu byliby skorzy protestować. Resztę problemów mają gdzieś, a politykom nie ufają.
– Inwigilacja w sieci czy niemożność darmowego ściągania filmów z internetu dotyczy ich bezpośrednio. To pokolenie nie potrafi zdefiniować dobra wspólnego. Nie żyje we wspólnocie, więc nie czuje z nią związku.

Ale nawet ci niby politycznie zaangażowani są tak naprawdę antyideologiczni, awspólnotowi. Tzw. liberałowie to w moim odczuciu totalni pragmatycy, którzy chcą się jak najlepiej ustawić. Jakieś ideały można zobaczyć jeszcze po prawej stronie, ale w związku z tym, że skupia ona najwięcej biednych, niewykształconych i odrzuconych, często wygadują bzdury, więc są marginalizowani.
– Takie określenia są zbyt radykalne i ogólne. Jest przecież mnóstwo inicjatyw realizowanych przez młodych ludzi, oni organizują mnóstwo akcji charytatywnych, pomocowych, działają w tzw. ruchach miejskich, chcą mieć wpływ na lokalne decyzje polityczne. A że nie angażują się w wielkie hasła i wielką politykę? Po prostu w nie wierzą. Wierzą w coś konkretnego, namacalnego. I to jest moim zdaniem dobre.

Część swoje niezadowolenie demonstruje: to są marsze 11 listopada czy choćby burdy na stadionach. To rozumiem. Ale nie jestem w stanie pojąć młodzieży lewicującej, która chodzi składać kwiaty pod spaloną tęczą.
– Nie chciałbym wkraczać na polityczną ścieżkę i mówić o poglądach. Z socjologicznego punktu widzenia to nie jest lewica w starym stylu, która – historycznie rzecz biorąc – upominała się o takie sprawy, jak warunki pracy i płacy, bezpieczeństwo socjalne. Jak sądzę, ci młodzi lewicowcy pochodzą głównie z wielkich miast, z dobrze sytuowanych rodzin. Im nie brakuje na chleb. Ta lewica, o której pani myśli, już nie istnieje. Ostatnim Mohikaninem jest może Piotr Ikonowicz. Rozbili ją, skompromitowali jej starzy liderzy. Tzw. afera Rywina była tym momentem, który zadecydował o jej zejściu do grobu – ludzie stracili do niej na jakiś czas zaufanie, choć dziś SLD Millera cieszy się już ponad dwudziestoprocentowym zaufaniem. Ale to też ma swój głębszy kontekst. Stara lewica budowała swoją pozycję w oparciu o pracę, obronę warunków życia mas. Kiedy zmienił się rynek, liderzy lewicy musieli zweryfikować swoje stanowiska. Ważniejsze od obrony miejsc pracy jako takich stało się chronienie swojego przemysłu przed obcym. Nowy kapitalizm rozbił starą międzynarodówkę. Zero-jedynkowy układ: lepiej wejść w porozumienie z naszymi kapitalistami, niż układać się z obcymi. To spowodowało utratę wiarygodności. I dziś lewica z kwestii socjalnych przeszła na światopoglądowe, bo to jest bezpieczniejsze. Łatwiej mówić o ochronie środowiska, związkach jednopłciowych, feminizmie niż o kwestiach stosunków pracy. Ekonomia nie sprzedaje się tak dobrze.

Po prostu nie pojmuję, jak ktoś może to kupić. Że młodemu lewicowcowi bliższy jest los walenia niż głodne dzieci z socjalnego osiedla.
– Ale to nie jest do końca alternatywa – może to jest koniunkcja. Może ludzie wrażliwi na los walenia opiekują się także głodnymi dziećmi z osiedla – tego nie wiemy. Nie możemy budować takich opozycji i uogólnień. Jest pani wychowana w starym systemie, w ramach instytucji typu naród, państwo, rodzina. Młodzi nie myślą już w tych kategoriach. Stracili nie tylko poczucie buntu, co jest reakcją przeciwko formom zbiorowym, lecz także rozeznanie w zawiłościach współczesnego świata ekonomii. Nie bardzo nawet wiadomo, przeciw komu lub czemu konkretnie mieliby się buntować. Kto właściwie jest właścicielem firmy, która im płaci grosze? Kapitał przepływa, zmienia właścicieli, trudno go zlokalizować. Państwo wycofało się z roli regulatora kapitału, wciąż daje do zrozumienia, że nic nie może, bo brakuje mu środków w budżecie. Jeśli nie jestem w stanie tego zmienić, bo mnie to przerasta, wolę olać, skoncentrować się na waleniach albo ociepleniu klimatu – tutaj nikt nie wymaga ode mnie faktycznego działania. Łatwiej, a w dodatku nie trzeba wychodzić z domu, wystarczy kliknąć w ikonkę.

Jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem ważna. Ci młodzi to pokolenie chowane w złotych klatkach. Wożone do szkoły i na zajęcia pozalekcyjne, odbierane przez nianie. Nie kopali nawet w piłkę na swoich podwórkach, nie musieli rywalizować, kto jest ważniejszy w stadzie. Ich rodzice, owszem, zmagali się z kapitalizmem, którego nie znali, ale go osiodłali. A swoje młode chronili przed wszelkim złem. Więc gdyby taki chłopak czy dziewczyna wyszli na ulicę, wzięli udział w jakiejś zadymie i, nie daj Boże, dostali pałą, toby chyba umarli z wrażenia.
– Ale pani mówi tylko o młodzieży z domków, a nie z blokowisk. Ci, zapewniam, wiedzą, jak smakuje uderzenie pałką czy rozkwaszony nos. Sprawą dyskusyjną byłoby teraz określenie, których jest więcej. Jednak wydaje mi się, że nie w tym problem. Ważniejsze jest, że ci z lepszych i gorszych domów mają jedną wspólną rzecz: od rzeczywistości mogą uciec w internet. Tam mogą być tym, kim chcą. Zmienić tożsamość, wejść do świata, o którym marzą. Ekran jest bezpieczniejszy niż podwórko z trzepakiem, gdzie leje się prawdziwa krew. Jedna z moich studentek napisała pracę o podwórkach krakowskich. Badała je, dotykała ich. I wyszło jej, że tylko jedno zachowało swoje stare funkcje: miejsca, gdzie dokonuje się prawdziwa socjalizacja, gdzie trzeba walczyć o wpływy, być w czymś realnie lepszym. Pozostałe, nawet jeśli jest na nich zjeżdżalnia i trzepie się wciąż dywany, przestały być enklawami, na których młodzi ludzie mogą społecznie dorastać. Jeśli nawet tam się bawią, to pod czujnym okiem rodziców. Więc jedyną przestrzenią wolności jest dla nich środowisko sieciowe. A to już nie to samo.

Więc się obawiają starcia z rzeczywistością. I potem mówią, tak jak ci złapani w sondach ulicznych, że buntowanie się nic nie daje, ba, nie opłaca się. Jest przeszkodą, niepotrzebnym przystankiem w drodze do kariery zawodowej, którą mają nadzieję zrobić. Buntownicy nie odnoszą przecież sukcesu.
– Oni dali sobie to wmówić, że taka grzeczność, spolegliwość jest lepsza niż płynięcie pod prąd. Pewnie nie wiedzą, że liderzy rewolty z 1968 r. porobili wielkie kariery, co im potem zresztą wyrzucano. Tak samo zresztą jak solidarnościowi dowódcy transformacji z 1989 r. Przecież to oni, w różnych konfiguracjach, są przy władzy. Prawdą jednak jest, że dotyczy to liderów. Reszta jest żywym przykładem na stare porzekadło, że rewolucja pożera swoje dzieci. Niemniej taka ekonomizacja życia, kiedy to zamiast zadawać sobie pytania egzystencjalne, wszystko przelicza się pod względem kosztów i zysków, jest trochę przerażająca. Życie zamienia się w projekt, dla którego piszemy scenariusze, planujemy je, optymalizujemy, a kapłanów zastępują trenerzy, częściej zwani coachami. Następuje pragmatyzacja rozwoju, często prowadząca w ślepą uliczkę. Ale muszę, po prostu muszę znów zrobić tu zastrzeżenie: my na tę młodzież tak najeżdżamy, a przecież nie cała jest taka. To wprawdzie główny trend, ale jest mnóstwo osób zaangażowanych, robiących dobre rzeczy dla innych.

Obojętna, zadowolona większość nadaje ton. Kiedy czasem oglądam jakiś blok reklamowy, mam wrażenie, że społeczeństwo składa się z młodych kobiet i mężczyzn o twarzach rozjaśnionych uśmiechami, przybijających sobie piątki.
– I wszyscy mają być tacy jak oni. Ten przekaz to pewnego rodzaju przemoc symboliczna, ale działa. I o to chodzi. Po co koncernom buntownicy w podartych spodniach? Robiłem kiedyś badania rynkowe i wyszło z nich, że kobiety do 25. roku życia kupują nowe płaszcze raz, dwa razy do roku, a starsze co kilka lat. Więc nic dziwnego, że na młodzież idzie zmasowana siła przekazu tej nowej ideologii.

Mówiliśmy o wielkich koncernach, o politykach. Zastanawiam się, jaka jest tutaj rola szkoły.
– Szkoła powinna uczyć aktywności i takiego obywatelskiego patriotyzmu, który każe pytać siebie „co ja jestem w stanie zrobić dla ojczyzny”, wpajać podejście pozwalające łączyć indywidualizm z pracą dla wspólnoty obywatelskiej. A że robi to coraz słabiej, to inna historia. Też dała się zarazić nową ideologią, teraz wyznaje kształcenie merytoryczne, ważniejsze niż normy są punkty w testach, nie ma pieniędzy, brakuje czasu.

Więc znikąd nadziei? Przybijmy piątkę, zjedzmy batonik i pooglądajmy telewizję na pocieszenie. Zapomnijmy o sprawie.
– Nie przesadzajmy, to krytyka zaczyna proces destrukcji. A to nasza powinność – ludzi mediów i ludzi nauki – aby rozumieć pewne zjawiska, dociekać ich podstaw, ukrytych założeń i ujawniać te procesy innym. Poza tym dwadzieścia lat, które minęły od naszej transformacji, choć w życiu jednego człowieka to dużo, w historii to zaledwie mgnienie oka. I ja bym stawiał nie na to, tylko na następne pokolenie, zapewne romantyków, które zbuntuje się przeciwko zastanemu światu swoich pragmatycznych rodziców.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Andrzej Bukowski – dr hab. socjologii, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się socjologią władzy i polityki, zagadnieniami demokracji lokalnej. Interesuje go socjologia miasta, ruchów i ideologii miejskich. Jest autorem m.in. książki „Region tradycyjny w unitarnym państwie w dobie globalizacji. Przypadek Małopolski”. Obecnie bierze udział w projekcie w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego „BRing. Nauki społeczne dla gospodarki”, realizowanym przez Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie

Czytaj więcej na http://praca.interia.pl/news-mlodzi-polacy-wpadli-w-pulapke,nId,1066325?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

O jeden klik od sukcesu, czyli strony, które mogą napędzić Twoją karierę. Zapraszamy do zgłaszania pomysłów

Taki artykuł znalazłem gdzieś w sieci myślę , że warty uwagi, zwłaszcz strony, o których w nim mowa.

Niezależnie od tego, czy właśnie szukasz pracy, rozglądasz się za stażem, kończysz studia, myślisz nad założeniem własnej firmy, czy po prostu chcesz zadbać o swój rozwój zawodowy, w internecie znajdziesz setki stron, które mogą Ci pomóc. Postanowiliśmy z pomocą naszych blogerów i Waszą stworzyć listę tych najciekawszych.

Przygotowujemy listę stron, które mogą pomóc odnieś zawodowy[url=http://shutr.bz/1bItQAJ] sukces[/url].
Przygotowujemy listę stron, które mogą pomóc odnieś zawodowy sukces. • Fot. Shutterstock.com

Magazyn “Forbes” przed kilkoma dniami opublikował autorską listę “100 stron internetowych dla Twojej kariery”. Tak piszą o niej jej autorzy:

„Forbes”

Naszym celem było stworzyć praktyczny przewodnik po najbardziej ciekawych i angażujących stronach. Mamy nadzieję, że udało się nam zgromadzić przekrojową listę miejsc dla stażystów, osób szukających pracy, profesjonalistów, emerytów i wszystkich innych, którzy chcą rozpocząć, przyspieszyć lub odmienić swoją karierę. CZYTAJ WIĘCEJ

Choć listę przygotowali dziennikarze, pomysły i “kandydatury” przesyłali czytelnicy “Forbesa” i użytkownicy internetowego portalu tego magazynu. Postanowiliśmy z podobną prośbą zwrócić się do Was i wspólnie stworzyć analogiczne zestawienie, uwzględniające jednak polskie realia. Być może nasza lista nie będzie tak okazała, jak ta przygotowana przez “Forbesa”, ale z całą pewnością może stać się wartościową bazą wiedzy dla wszystkich, którzy poważnie myślą o swojej karierze.

Na początek przedstawiamy kilka własnych propozycji i możliwych kierunków poszukiwań, a także pytamy o zdanie kilkoro naszych blogerów.

Kilka pomysłów na początek
Wydaje się, że żadne zestawienie nie może pominąć takich, zupełnie podstawowych stron, jak praca.pl, pracuj.pl, tablica.pl, czy GazetaPraca.pl. To tam codziennie znaleźć można setki ogłoszeń o pracę z różnych branż.

Sporo ciekawych zasobów jest też na stronach Urzędów Pracy. I wbrew pozorom nie chodzi tylko o oferty pracy dla niewykwalifikowanych robotników: powinni tam zajrzeć także ci z Was, którzy nie mając pracy, myślą o założeniu własnej firmy. Np. warszawski Urząd Pracy prowadzi obecnie program, w ramach którego przyznaje przyszłym przedsiębiorcom jednorazową kwotę na “podjęcie działalności”. Może być to nawet sześciokrotność przeciętnego wynagrodzenia.

Innym kierunkiem Waszych poszukiwań mogą być też blogi poświęcone pracy, karierze, rekrutacji. Ze swojej strony gorąco polecamy przede wszystkim publikowane w naTemat wpisy Violetty Rymszewicz oraz Igi i Maćka Liziniewiczów.

Wszystkich studentów i świeżo upieczonych absolwentów zainteresować może też portal, o którym pisaliśmy już kiedyś w naTemat, czyli nieparzekawy.pl, który służyć ma poszukiwaniu najciekawszych staży i praktyk na polskim rynku.

Przy rozważaniach na temat przyszłej pracy przydatne mogą okazać się także różnego rodzaju rankingi dotyczące pracodawców, jak np. greatplacetowork.pl

Z kolei wszyscy, którzy myślą o otworzeniu własnej firmy powinni zajrzeć na przejdznaswoje.pl, akademiaparp.gov.pl czy web.gov.pl.

Blogerzy radzą
Adam Opaliński, autor artykułów i opracowań poświęconych problematyce zarządzania, HR, restrukturyzacji i rozwoju biznesu, podkreśla, że ważniejsze od praktycznych, technicznych poradników pisania CV, są strony, które pomogą nam strategicznie zarządzać swoją karierą i nauczą, jak budować wizerunek.

– Moim zdaniem ciekawe byłyby też strony informujące o tym, co się aktualnie dzieje na rynku pracy: w jakich miastach jest praca, które branże zatrudniają, itd. To na pewno pożyteczne informacje, a przyznam, że żadna tego typu strona nie przychodzi mi do głowy – mówi Opaliński. A może Wy wiecie, gdzie w internecie szukać takich informacji?

Z kolei Konrada Traczyka z Hashrank.pl zapytaliśmy o to, jaką rolę w planowaniu kariery odgrywają portale społecznościowe i czy je także powinniśmy dodać do naszej listy. – W mediach czy marketingu korzystanie z Facebooka, Golden Line czy Linkedin to już absolutna konieczność. Nieposiadanie kont na tych portalach to poważny błąd – ocenia Traczyk.

Traczyk sugeruje, że z powodu powszechnego korzystania z serwisów społecznościowych w celu szukania pracy, dobrym sposobem, aby się wyróżnić, jest prowadzenie bloga: – Ta metoda budowania wizerunku jest znacznie lepsza, niż najbardziej nawet widowiskowe i kreatywne, ale jednorazowe akcje – ocenia Traczyk.

Paweł Lipiec, miłośnik sieci i e-commerce, poleca z kolei liczne strony przydatne tym, którzy widzą siebie jako startupowców. – Te najbardziej oczywiste miejsca w sieci to np Startuptv.pl i MamStartup.pl – mówi Lipiec. Poleca też portal mambiznes.pl oraz bloga like-a-geek.pl. – Można na nim znaleźć praktyczne porady o tajnikach prowadzenia firmy – zachęca Lipiec. Poleca też wydawany co miesiąc przez Gdański Inkubator Przedsiębiorczości, elektroniczny magazyn “E-profit”.

Konsultantka, coach i blogerka naTemat Violetta Rymszewicz, która prowadzi także stronę rymszewicz.eu, również przedstawiła nam swoje typy. Wśród nich poświęcone pracy i karierze strony jobmob.co.il i blogging4jobs.com, a także blog o karierze w branży tłumaczeń.

W rozmowie z naTemat Rymszewicz przypomniała też, że myśląc o rozwoju zawodowym nie można zapominać o językach obcych, dlatego poleciła nam takie strony, jak dictionary.reference.com, edufind.com czy naukę angielskiego z BBC.

A jakie są Wasze sugestie stron ważnych dla wszystkich, którzy chcą rozwijać swoją karierę? Zapraszamy do umieszczania pomysłów w komentarzach. Jeśli zbierzemy ich wystarczająco dużo, postaramy się stworzyć polską wersję listy opracowanej przez “Forbesa”.

 

http://natemat.pl/76199,o-jeden-klik-od-sukcesu-czyli-strony-ktore-moga-napedzic-twoja-kariere-zapraszamy-do-zglaszania-pomyslow

Marcin Meller na wojnie. „Miałem niebywałego fuksa”

Kurde dobry wywiad, zawsze ciekaw byłem jak to się stało że gość, który był korespondentem wojennym nagel zostaje naczelnym Playboya no i w końcu się dowiedziałem. Oprócz tego kilka innych istotnych informacji m.in. o porwaniu samolotu przez artystów w Gruzji. Polecam do zapoznania się 😛

Marcina Mellera kojarzycie tylko z szołbiznesem i felietonami w „Newsweeku”? Niesłusznie. Przez blisko 10 lat były naczelny „Playboya” podróżował po świecie opisując najtragiczniejsze wojny przełomu wieków. Co gnało go na Kaukaz, do Sudanu i Ugandy? Co czuł biegnąc przez pole minowe pod azerskim ostrzałem? Jak udało mu się nie umrzeć, kiedy zachorował na malarię? Opisał w najnowszej książce „Między wariatami”. Rąbka tajemnicy uchylił też Annie Wittenberg.

Marcin Meller właśnie wydał książkę "Między Wariatami".
Marcin Meller właśnie wydał książkę „Między Wariatami”. • fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta

Pamięta pan ten moment, kiedy zdecydował się pan pojechać na swoją pierwszą wojnę?

Bardzo dobrze pamiętam. To było bardzo proste. Była impreza na Sadybie…

(Śmiech).

Wie pani co, pani się śmieje. Ale ja teraz czytałem książkę „Obłęd 44” Piotra Zychowicza, z której wynika, że kiedy generał Okulicki podejmował decyzję o powstaniu warszawskim, był pod wpływem alkoholu, i to przez całe długie dni. To jest poważna sprawa. A to, że ja na imprezie podejmowałem decyzję o wyjeździe…

Dobrze, dobrze. Więc na Sadybie…

…albo na Stegnach. To było w mieszkaniu znajomego, wiosna 92. Spotkałem tam Krzyśka Millera, mojego kumpla jeszcze z czasów podziemnego NZS-u. Był już wtedy fotoreporterem „Wyborczej”, miał za sobą wojny i swoją legendę. Krzysiek powiedział, że jedzie do Afganistanu i że nie ma ze sobą piszącego dziennikarza – zwykle jeździł z Wojciechem Jagielskim, ale tak jakoś wyszło, że tym razem on nie mógł. Byliśmy już wtedy po jednej flaszce i Krzysiek mi zaproponował, czy z nim nie pojadę…

Jesteśmy sobie na imprezie, w bloku w Warszawie, a ten mi mówi „skoczmy do Afganistanu”, jakby to był weekend w Zakopcu. A że uwielbiam takie surrealistyczne sytuacje, to mu mówię: proszę bardzo.

Nie pamiętam żadnego pańskiego reportażu z Afganistanu…

Poszedłem następnego dnia rano do naczelnego „Polityki” Jana Bijaka. Kiedy powiedziałem mu, że chcę sobie polecieć do Afganistanu, odpowiedział że Afganistan to nie, bo to już nieciekawe – bardzo zresztą zabawne w kontekście tego, co się stało później – ale, że jeśli chcę spróbować swoich sił, jako reporter „wojenny”, to mogę pojechać do Azji środkowej, albo na Zakaukazie.

Padło na Zakaukazie.
To była dla mnie w pewnym sensie romantyczna wyprawa. Media pokazywały wówczas czarno – biały obraz tego konfliktu: Azerowie to byli ci źli, a Ormianie – dobrzy, uciśnieni. A że akurat ci ostatni dopiero co przebili się przez azerskie pozycje łącząc Karabach z właściwą Armenią, zdecydowałem się polecieć tam.

Romantyzm szybko się skończył…

No tak… Zresztą później za każdym razem, jak byłem świadkiem walk, albo bombardowań, obiecywałem sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobię. A kiedy byłem w południowym Sudanie i siedziałem pod ostrzałem, miałem to uczucie nawet podwójnie – mówiłem sobie, że już nigdy nie wrócę na wojnę i nigdy, przenigdy już nie zapalę trawy (śmiech).

Po co pan jeździł? Dla misji?

Nie lubię w ogóle tego słowa.

Dużo korespondentów wojennych go używa. „Misja pokazywania światu okropieństw wojny” – na przykład.

Wierzę w to, że misję mogła mieć Anna Politkowska, która w swoich reportażach pokazywała wojnę w Czeczenii, narażała się władzom swego kraju, i za swą pracę została zamordowana. Ale jaką misję może mieć dziennikarz z Polski, kraju, który w zasadzie nie interesuje się światem, sprawami międzynarodowymi i niewiele może? Co ten mój mały tekst, fotoreportaż albo film zmieni?

Większość jeździ tam przede wszystkim przeżyć przygodę. Zresztą nie tylko dziennikarze, także pracownicy organizacji humanitarnych. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że ci ostatni są szlachetniejszą grupą, bo przynajmniej niosą pomoc. Ale w sensie mentalnym – chodzi o to samo, zaspokojenie jakiejś głęboko tkwiącej w człowieku potrzeby doświadczeń skrajnych. Przecież pomagać ludziom można też w Bieszczadach albo w Wałbrzychu. Ja nie mówię, że to źle, tylko jestem powściągliwy w używaniu pojęcia „misja”.

„No i jak, Polak? Podobało się? Fajnie na wojnie, co?” – takie pytanie panu zadali panu Ormianie w Karabachu, po tym, jak uciekliście spod azerskiego ostrzału.

Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Nie wypada powiedzieć, że się podobało. Wiadomo, że wojna jest czymś okropnym, straszliwym…

Ale…?

Ostatnio oglądałem świetny film dokumentalny „Wojna Restrepo”. To film dwóch dziennikarzy, którzy ponad rok spędzili z amerykańskimi marines na najbardziej oddalonym posterunku w Afganistanie – właśnie Restrepo. Zresztą jeden z nich, fotograf Tim Hetherington zginął później w Libii. Pokazali absurd sytuacji, w której żołnierze bronią przyczółku, który jak się okazuje, w ogóle nie ma znaczenia.

Utkwiła mi w głowie historia chłopaka, który opowiada do kamery, że jest z hipisowskiej rodziny, że jak był dzieckiem i bawił się pistolecikiem na podwórku, to rodzice strasznie lamentowali, więc jak dorósł to z przekory wstąpił do armii. W którymś momencie on mówi, że to jest straszne, że ma świadomość, że zabija ludzi. I niby nie chce powiedzieć, że to polubił, ale… Takie „ale” zostaje w zawieszeniu.

Żeby było jasne, ja nikogo nie zabiłem, miałem broń w ręku, ale jej nigdy nie użyłem. Natomiast poczułem, że połączenie tego totalnego koszmaru, stresu, adrenaliny…

Potrzeba ekstremalnego przeżycia?

Nie ma nic bardziej skrajnego niż wojna. Są sporty ekstremalne, są gry, ale to wszystko jest w cudzysłowie, tam nie ma nic na serio, to w ogóle są inne proporcje.

Reportaże z pana najnowszej książki czyta się jak relacje z – w sumie – całkiem niezłej zabawy.

No bez przesady, nie wszystkie. W opowieści o „wojnie Ducha Świętego” w Ugandzie, o dzieciach żołnierzach i w wielu innych reportażach za wiele zabawy nie ma. Natomiast faktem jest, że mam ucho wyczulone na absurd, surrealizm i paradoksy. Kiedy pisaliśmy z Anią „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji”, to zastanawialiśmy się, czy nie przesadzamy mieszając tragedię ze śmiechem. Ale jakiś czas przed ukończeniem książki obejrzeliśmy gruziński film „Pokuta”. To najsłynniejszy gruziński film, historia dyktatora – aluzja do Stalina, choć z wyglądu bardziej przypomina Berię – którego ciało po śmierci ktoś wykopuje z grobu. Oglądamy retrospekcje tragicznych wydarzeń, a jednocześnie opowieść jest pełna najczarniejszego, ale bardzo zabawnego poczucia humoru. Więc uznaliśmy, że jeśli najwybitniejszy gruziński reżyser, Tengiz Abuładze może zrobić taki film, to dlaczego, zachowując wszelkie proporcje, my nie możemy tak napisać książki o jego ojczyźnie?

I tak jest też w „Między wariatami”.

No miesza się. No bo jak inaczej to opisać? Jestem w południowym Sudanie w obozie uchodźców, samoloty rządowe bombardują w środku dnia, ktoś ginie. Wieczorem kiedy schodzi adrenalina, spotykamy się w gronie pracowników organizacji pozarządowych, popijamy odłożoną przez kogoś na specjalną okazję whisky i wszyscy się śmieją z chłopaka, młodego Norwega, który w czasie bombardowania został wyrwany z jakiegoś – sądząc po objawach – przyjemnego snu i z pokaźnym, wedle zebranych dziewcząt, wzwodem leciał do okopów. Czuje pani? Koszmar śmierci, przerażenie, ktoś ginie, bomby wzbijają pył, który w nierealny sposób filtruje oślepiające słońce, a tu facet z wzwodem leci przez obóz uchodźców. Wszystko się miesza.

Co było dla pana najważniejsze podczas wypraw w rejony ogarnięte wojną?

Fuks, to, że miałem niebywałego fuksa. Doświadczeni korespondenci wojenni mówią zresztą, że to od niego wszystko zależy. Bo niektórzy mogli siedzieć w Sarajewie latami, a przyjechał ktoś nowy, ledwie wysiadł z transportera i dostał od snajpera kulę w łeb.
Ale ja też nie korzystałem z tego mojego szczęścia zbyt mocno.

Kiedy kilka razy z rzędu mi się udawało, później starałem się na trochę wycofać. Jak poszedłem kiedyś ze znajomym do kasyna w Nairobi i postawiłem jego dwieście dolarów (powiedział, że jak wygram to mu oddam te 200, a jak przegram to trudno), a wygrałem osiemset, nie próbowałem dalej.

Limit szczęścia się kiedyś wyczerpał?

Skoro tu siedzę, to jednak chyba nie! Los nade mną czuwał. Po pierwszym doświadczeniu wojennym, ucieczce spod ostrzału w Karabachu, przebieżce przez pole minowe, parę dni później spotkałem kilku fedainów, ormiańskich partyzantów, którzy tworzyli mały oddział para-komandosów, a tak naprawdę byli rodzajem komanda śmierci. Niezależnie od tego co się działo na froncie, zapuszczali się w góry i tropili azerskich maruderów, szpiegów czy po prostu żołnierzy. No i jeńców nie brali. Zapytałem się czy mogę z nimi pójść w góry, zgodzili się. Umówiliśmy się na następny dzień, że mnie zabiorą i poszli. A ja nagle wpadłem w panikę coteż najlepszego zrobiłem.

Zupełnie nie mogłem spać tej nocy. Męczyło mnie to, ale byłem jeszcze w tym głupim wieku, że nie dopuszczałem do siebie, że taką decyzję mogę przecież zmienić. Wystarczyło im powiedzieć: sorry, rozmyśliłem się, ale durne poczucie honoru mi na to nie pozwalało. Rano czekałem na nich przed hotelem – a właściwie czymś co kiedyś było hotelem, a teraz była w nim tylko etażna, która pobierała opłatę za nocleg – do dziewiątej, dziesiątej. Umierałem z głodu. Powiedziałem tej kobiecie, że idę znaleźć coś do jedzenia (bo oczywiście w hotelu niczego nie było), a jeśli oni się pojawią, to niech poczekają, bo ja zaraz wracam. Minęło nie więcej niż pół godziny. Kiedy wróciłem, staruszka powiedziała, że oni już byli, ale uznali, że nie będą na mnie czekać. Poczułem jakby mi dwutonowiec spadał z serca

Nieprawdopodobna historia.

No mój szwagier skomentował, że łakomstwo uratowało mi życie.

Czasami jednak było naprawdę blisko. Choćby, kiedy omal nie umarł pan na malarię.

A wie pani, właśnie pomyślałem, jak wielką rolę w moim życiu odgrywają święta majowe. Na przyjęciu z okazji 3 maja, które wyprawił nasz ambasador w Kenii poznałem Włodka Krygiera, polskiego operatora pracującego dla niemieckiej telewizji. Gdyby nie to niewinne spotkanie, porcja bankietowego small-talku, to niewiele dni później umarłbym w zawilgoconej budzie. Człowiek uratował mi życie.

A rok wcześniej…

Gdyby nie trzeci maja, to nie dostałbym się do Krajiny, kontrolowanego przez Serbów terytorium formalnie chorwackiego. Zostałem przez nieporozumienie, a raczej dla mnie zrządzenie losu, wzięty za asystenta polskiego generała. Jak później opowiadałem całą tą historię w Warszawie, to znajomy starszy dziennikarz powiedział, że nikt mi w nią nie uwierzy, bo w dziennikarstwie nie liczy się czy coś jest prawdziwe lecz czy prawdopodobne. No to trochę poczekałem i teraz ją opisuję w „Między wariatami.”

Miałem też resztki instynktu samozachowawczego. Kiedy już wpakowałem się w najgorsze szambo, zaczynał działać. Choć czasem w sposób dosyć dziwny: kiedy uciekałem z ormiańskimi towarzyszami niedoli przez pole minowe, to starałem się biec pośrodku licząc na to, że w najgorszym razie pierwszy wyleci na minie, ostatni dostanie kulę w plecy, a ja w środku może się uchowam. Wiem, że nie brzmi to jak fragment poradnika „Jak dożyć spokojnej starości?”, ale chcę powiedzieć, że nie znałem umiaru w pakowaniu się w niebezpieczne miejsca i sytuacje, ale jak już w nie trafiłem, starałem się nie szarżować.

Wyjeżdżając na wojnę stawiał się pan po którejś stronie?

Podczas tego pierwszego wyjazdu sympatyzowałem z Ormianami. I choć nie napisałem niczego, czego później mógłbym się wstydzić, było mi trochę głupio, że dałem się ponieść tym nastrojom – wtedy z nimi była większość polskich i międzynarodowych mediów. Tak samo zresztą jak w czasie konfliktu na Bałkanach prawie wszyscy byli przeciw Serbom. Akurat tę drugą wojnę widziałem nieco inaczej. Może dlatego, że skończyłem historię i pamiętałem o tym, co Chorwacja robiła w czasie II wojny światowej, o sojuszu z Hitlerem, Państwie Chorwackim, o ludobójstwie na Serbach. Po czterdziestu latach sytuacja z perspektywy Serbów wyglądała tak samo: znów walczą z Chorwatami, znów popierają ich Niemcy. Ja oczywiście wiem, że to były lata 90, zupełnie inne Niemcy, niż kiedyś, ale… Skoro w Polsce do dziś Rosja, czy Niemcy budzą obawę, to można sobie wyobrazić, co się działo w Serbii. Mnie nawet o te serbskie sympatie oskarżano w Polsce.

Kto płacił za te wszystkie wyjazdy?

Za takie typowe wyjazdy reporterskie, na Kaukaz, do byłej Jugosławii, moja ówczesna redakcja czyli „Polityka”. Dostawałem delegacje na dwa tygodnie, ale żyłem bardzo oszczędnie, więc starczało na dwa trzy, razy dłużej, a nikt nie był w stanie zawezwać mnie do domu, bo nie miałem komórki, a wysyłałem teksty, więc w sumie wszyscy byli szczęśliwi. A jak wyjechałem raz na pół roku, a potem na blisko rok do Afryki, to trochę funduszy miałem z redakcji, trochę od rodziców i oszczędności, przyjaciele zrobili nam mnie ściepę, biznesmen, znajomy znajomych dał mi kilkaset dolarów pod warunkiem, że po powrocie zrobię domowy pokaz slajdów dla jego rodziny, no kombinowałem jak koń pod górę. Ale wyjeżdżając na blisko rok do Afryki miałem niewiele ponad dwa tysiące dolarów.

To chyba niewiele.

Żadne pieniądze! A przeżyłem za to osiem miesięcy.

?

Udało mi się trochę jeszcze zarobić w międzyczasie. Spływały małe, bo małe, ale wierszówki z „Polityki”, dwa reportaże wydrukował mi holenderski tygodnik „Vrij Nederland”, kilka – ugandyjskie gazety. No i wygrałem 800 dolarów w kasynie!

Pamiętam, całymi tygodniami miałem taką dniówkę: dolara na nocleg w szemranym hoteliku, dolara na obiad, jakiś ryż z sosem (na śniadanie wychodziłem za miasto zrywać mango); dolara na taką samą kolację, dolara na jakiś bimber, który sprzedawany był w takich saszetkach jak szampon do włosów. No i dolar zostawał na zapas. Dolce vita!

Nie brzmi to jak opowieści o korespondentach zachodnich mediów…

No tak, ale ja dzięki temu pisałem zupełnie inaczej niż oni. Co mógł zobaczyć korespondent, który wpadał na chwilę i mieszkał w eleganckim hotelu? Po tym, jak moje teksty o Afryce ukazały się w tych holenderskich gazetach, napisał do mnie zresztą tamtejszy dziennikarz, którego spotkałem w północnej Ugandzie dokąd wpadł na chwilę. Pogratulował mi artykułów i przyznał, że żałuje, że nie mógł sam spędzić tam więcej czasu., no ale redakcja wymagała by jechał dalej. Coś za coś.

Te pieniądze się jakoś rozliczało?

No jasne, były dwie rodzaje delegacji – pobytowa, chyba 40 dolarów dziennie, które można było po prostu wydać na jedzenie, transport, łapówki i tak dalej, i hotelowa – 80 dolarów. Z tego trzeba się było już rozliczyć. Tu się zresztą przydało się cwaniackie wychowanie w komunizmie.

Jak to?

Hotele w byłym Związku Radzieckim miały zróżnicowane stawki za dobę. Dla Gruzina, jeśli byliśmy w Gruzji noc kosztowała powiedzmy dolara, dla mieszkańców innych republik byłego Sojuzu – dwa dolary, a dla obcokrajowca, w tym Polaka, na sto dolarów. No więc dawało się etażnej w łapę pięć dolarów, płaciło się za noc jak Rosjanin, a dostawało prawdziwy rachunek. Tym sposobem w kieszeni zostawała kupa kasy. Dzięki czemu mogłem tam zostawać tak długo. A i tak kiedy wróciłem do redakcji, grzecznie wpłaciłem to, co mi zostało. Usłyszałem wtedy od kolegi, że jestem idiotą.

A jak wyglądało przygotowanie do wyjazdu?

No nigdy nie zawadzi przypomnieć, że od czytania. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Trzy czwarte sukcesu to mieć najpierw sporo w głowie zanim się ruszy w teren. No i kontakty. A z tymi różnie kombinowałem. Na przykład kiedyś poznałem Angielkę pracującą w ambasadzie brytyjskiej. Zakolegowaliśmy się, trochę imprezowaliśmy razem i kiedy jechałem do Turcji napisać o Kurdach, powiedziała, że jej kumpel ze studiów pracuje w konsulacie w Stambule. Ten chłopak dał mi namiar na swego przyjaciela, korespondenta tygodnika „The Economist”, on na znajomego profesora w Ankarze, ten na swoich doktorantów…. Itp. Itd. Łańcuszek świętego Marcina. A wszystko się zaczęło od tego, że na jakiejś imprezie zgadałem się z sympatyczną Suzanne. Zawsze, jeśli tylko się dało, starałem się mieć takie pół-prywatne wejścia. To działa cuda w terenie.

Z tym się zresztą wiąże taka żenująca w sumie dla mnie historia, którą zresztą opisałem w „Gaumardżos!”. Jechałem na Południowy Kaukaz, po raz pierwszy jako reporter w gorące miejsce i jak gdyby nigdy nic zadzwoniłem do Wyborczej, poprosiłem Wojciecha Jagielskiego, wówczas już bardzo znanego reportera specjalizującego się w Kaukazie. Przedstawiłem się grzecznie i spytałem czy by mi nie dał jakichś namiarów. A on dał. Znajomi go nawet pytali czemu nie pogonił bezczela, kiedy im opowiadał tę hucpiarską anegdotę. Potem się zakolegowaliśmy, ale nigdy nie odważyłem się poprosić go ponownie o jakikolwiek namiar (śmiech). No i na Afrykę dostałem kontakty od Kapuścińskiego.

Jaki był dla młodego reportera?

Ujmująco uroczy, delikatny w obyciu, słuchający, ciekawy, albo świetnie udający zaciekawienie tym co młody człowiek ma do powiedzenia. To było nawet komiczne gdy mnie pierwszy raz zaprosił do swej pracowni na strychu i pyta czy palę. Mówię, że tak. A on czy mam papierosy. Ja, że niestety nie, bo myślałem, że chce się poczęstować, a okazuje się, że on nie pali, tylko chce mi sprawić przyjemność, więc szuka zamelinowanych czyichś papierosów, częstuje mnie i pamiętam, jak dzisiaj, podtyka takie popielniczki jeżyki, co jak matrioszki chowały się coraz większe i niemal mnie prosi, żebym mu w tej jego świątyni zdrowo nasmrodził. Ale jak się powiedziało coś o Afryce z czym się nie zgadzał, to natychmiast przestawał być urokliwym Rysiem i zapalały mu się ognie w oczach (śmiech).

W ogóle trafiłem do niego tak, że któregoś ranka, nie miałem jeszcze komórki, zadzwonił stacjonarny, obudził mnie, a w słuchawce słyszę: „Dzień dobry panu, mówi Ryszard Kapuściński. Słyszałem, że wybiera się pan znowu do Afryki. Czytałem pańskie reportaże i mi się podobały. Może znajdzie pan chwilę przed wyjazdem i zajrzy do mnie?” No myślałem, że zejdę. Pewnie tak poczułby się proboszcz ze wsi pod Łomżą jakby do niego zadzwonił Franciszek zapraszając na pogawędkę do Watykanu.

Kiedy przestałem jeździć po świecie, to Kapuściński czasem mnie pytał, dlaczego.

O to samo i ja chciałam zapytać. Co się stało?

W sumie prozaicznie – źródełko w „Polityce” powoli zaczęło wysychać. Delegacje stawały się coraz krótsze, mogłem sobie polecieć na parę dni. A co to za robota? Mnie w każdym razie nie bawiło takie wpaść – wypaść. Więc pisałem coraz więcej tekstów na tematy, które mnie niespecjalnie interesowały i coraz bardziej się irytowałem . Myślałem nawet jak każdy sfrustrowany dziennikarz o otwarciu knajpy. Aż tu dostałem propozycję prowadzenia pierwszego w Polsce programu z gatunku reality show czyli „Agenta”. Pomyślałem, że skoro nie mogę poszaleć po świecie, to pojadę po drugiej bandzie i pobawię się w szołbiznes. No i nie zapominajmy o próżności.

(Śmiech).

No i znowu pani się śmieje. (śmiech) A po co człowiek świeci gębą w telewizji? No raczej nie dlatego, że obsesyjnie łaknie anonimowości. Istotne też było, że po raz pierwszy w życiu zarobiłem na coś więcej, niż opłacenie mieszkania i przetrwanie do pierwszego na długach. „Agent” pociągnął propozycję z Playboya, myślałem, że zrobię sobie taką trzyletnią przerwę, a zrobiło się z tego dziewięć lat.

Nie brakowało wyjazdów?

No brakowało, ale przy okazji po 12 latach w Polityce miałem totalną blokadę na pisanie. Klasyk, jak widziałem migający kursor, to gotów byłem szczoteczką do zębów kibel wyczyścić, byle odwlec pisanie.To też był jeden z powodów przyjęcia propozycji zostania naczelnym „Playboya”. Teraz to ja miałem innym zlecać pisanie. Ale minęło parę lat, teraz to bezproblemowe życie zaczęło mnie nudzić, wróciłem po długiej przerwie do Gruzji, raz, drugi, trzeci. Zacząłem tam jeździć, żeby uciec od tego światka tutaj. Najpierw sam, potem z Anką. I nagle coś się zmieniło. Napisaliśmy książkę, znowu zaczęło mnie kręcić pisanie, Tomek Lis zaproponował pisanie felietonów, zacząłem zupełnie się odklejać od tej „Playboyowej” rzeczywistości.

A w przyszłości?

Dobra… Jak to powiem publicznie, to ktoś będzie mnie przynajmniej trzymał za słowo. Chcę napisać kolejną książkę, ale tym razem nie zbiór reportaży, opowieści, tylko jedną rozbudowaną historię. Jeszcze nie wiem, o czym – na razie obłożyłem się książkami, mam kupkę afrykańską, kupkę żydowską , kupkę polską. Szukam czegoś takiego jak historia porwania samolotu w Gruzji w latach 80., którą opisałem w „Gaumardżos!” Siódemka młodych ludzi z dobrych, a czasem wpływowych rodzin, postanowiła porwać samolot, żeby uciec z komunistycznego raju, zwanego Związkiem Radzieckim. Wśród nich był aktor Gega Kobachidze, ledwie 22-letni, ale już wielka gwiazda w Gruzji. Miał śliczną dziewczynę, studentkę Akademii sztuk Pięknych, 19-letnią Tinę Petwiaszwili. Mieli wszystko, byli królami życia, a zrobili to co zrobili. A ja się zastanawiałem co musiało siedzieć w ich głowach.

Wszystko skończyło się tragicznie. Zginęli przypadkowi ludzie, zginęła część porywaczy, resztę w tym Gegę rozstrzelano, przeżyła tylko Tina skazana na wieloletnie więzienie. Rodziny do dzisiaj szukają grobów. Byli trochę starsi ode mnie, nie mogłem przestać o nich myśleć. W tej opowieści jest wszystko: burzliwa historia kraju, wyraziści bohaterowie, miłość, nadzieja, śmierć, sprzeczne racje, nierozwiązywalny konflikt wartości. Czegoś takiego szukam.

Czyli Meller zatoczył koło.

Coś tak jakby. Ale na wojnę już bym nie pojechał. Mam rodzinę, dziecko i chyba wyczerpałem limit fuksa w tej kategorii na jedno życie.

http://natemat.pl/76269,marcin-meller-na-wojnie-mialem-niebywalego-fuksa