Maraton – miłość, zgubne rachowanie i ucieczka z bieżni

Żeby nie być monotematycznym nie bedę komentwał wczorajszych wydarzeń w Warszawie :D, za to podzielę ciekawym artykulikiem o maratonie, który faktycznei staje się coraz bardziej popularny mimo że istnieje wiele innych dystansów, na których też można odnosić sukcesy, ale nie każdy o tym  wie lub pamięta.
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektórzy zawodnicy, pomimo całkiem dobrych wyników na krótszych dystansach, nie osiągają adekwatnych rezultatów w maratonie? Czy to tylko kwestia wrodzonego braku predyspozycji wytrzymałościowych, a może jakaś cecha charakteru, która ich ogranicza? Jedno jest pewne – z tego typu problemem boryka się wielu biegaczy, którzy bez wyśrubowanej życiówki na królewskim dystansie czują się po prostu gorsi. Gdzie zatem leży problem? I co z zawodowcami, którzy coraz częściej porzucają średnie dystanse dla maratonu?

Maraton wyznacznikiem sportowej klasy

Przez ostatnie lata popularność maratonu gwałtowanie wzrosła. Ten dystans stał się niejako towarem, po który sięga coraz więcej aktywnych Polaków. Maratony biegają przedstawiciele praktycznie wszystkich grup społecznych i choć łączy ich sportowa pasja, to wyniki skutecznie dzielą. Od dawna biegasz? Biegłeś maraton? Jaki miałeś czas? Tego typu pytania stały się już nieodłącznym elementem nawiązywania sportowych relacji. Dokładnie – czas w maratonie stał się swoistym sacrum, wyznacznikiem sportowego poziomu i ambicji. Na przeciętnym amatorze rezultaty z 5, 10 czy 15 km to tylko cyfry, o których można wspomnieć, ale które nigdy nie będą najbardziej istotne. Doświadczyłem tego osobiście, gdy mówiłem niektórym osobom o swoich rekordach życiowych z 1500 m (3:59) i 3000 m (9:04). Te wyniki (choć dla mnie do dziś najbardziej wartościowe) mało u kogo wywoływały większe poruszenie. Sytuacja się zmieniała, gdy zaczynałem mówić o maratonie (zawsze na końcu o nim wspominałem, bo ówczesna życiówka 3:05 była dla mnie źródłem niemałego wstydu). Wtedy słyszałem słowa uznania i podziwu dla wyniku, który przecież w konfrontacji z pozostałymi wypadał naprawdę blado. A jednak maraton ma w sobie to coś, co powoduje, że jest obiektem największego pożądania.

Banalne błędy doświadczonych debiutantów

I tutaj często pojawia się problem, jak trenować i co robić, by dobre wyniki z krótszych dystansów odbiły się na znakomitym rezultacie w maratonie. Jednym z podstawowych błędów popełnianych przez debiutantów jest fałszywe przekonanie o tym, iż wystarczy wypracować sobie odpowiednie wyniki na dystansach do półmaratonu włącznie, a wtedy sam maraton pójdzie już gładko. W masowe użycie wchodzą wtedy wszechwiedzące kalkulatory, tabelki i przeliczniki, które napełniają optymizmem na dobry rezultat na mecie. W praktyce rzadko się to jednak sprawdza, a wynik bywa źródłem wielkiego rozczarowania. Jak się okazuje, wielu nawet całkiem dobrym zawodnikom zdarza się przeszarżować w debiucie. Znam przypadek zawodnika, który z rekordem życiowym 1:15 w półmaratonie, nie był w stanie nawet 3h złamać i swój pierwszy maraton pokonał w 3:04. Dlaczego? Zaufał bezkrytycznie kalkulatorowi, który ,,kazał’’ mu pobiec na 2:39. Zapytany o to czy robił wcześniej długie wybiegania, odpowiedział, że kilka trzydziestek pobiegł po 4:15min/km. No właśnie, zaledwie kilka tak ważnych treningów, w dodatku w tempie, które różniło się od zakładanego na zawodach aż o 37 sekund. Przewidywane przez niego 2:39 wymagało średniej 3:47min/km – tempa, którego on po prostu nie znał. Z perspektywy czasu można uznać, że rozsądniej by było, gdyby w debiucie założył sobie bardziej realny wynik, np. 2:45 lub po prostu solidniej się do tego biegu przygotował. ,,Ścigacze’’ mają bowiem pewną przypadłość, która objawia się często zbytnią, zakorzenioną w umyśle pewnością siebie, co bywa zgubne w skutkach. Kluczowe w tym przypadku wydaje się więc spokojne budowanie wytrzymałości poprzez wybieganie odpowiedniej ilości kilometrów, najlepiej z końcówkami w tempie startowym zamiast ruszania w maratoński wir z pełnego pędu, spontanicznie i szaleńczo. Taka szarża prawie zawsze skutkuje kryzysem i to jakim! Kolega ostatnie kilometry zamiast po 3:47 min/km pokonywał po… 6min/km!

Objętość kluczem do sukcesu w maratonie

Nie łudźmy się – plany treningowe, które nie przewidują jednego 30-35 km wybiegania w tygodniu raczej nie zbudują wystarczającej wytrzymałości oraz nie nauczą organizmu odpowiedniego reagowania w zetknięciu z początkami najtrudniejszych kilometrów. I choćbyś posiadał niewiadomo jak dobre rezultaty na krótszych dystansach, maraton to zawsze zupełnie inna bajka. I tylko odpowiednia baza wytrzymałościowa będzie w stanie nauczyć cię pokonania całego biegu bez większych strat prędkości na końcówce. W przeciwnym razie męczarnie po zetknięciu ze ścianą będziesz pamiętać baaardzo długo.

Maraton vs średnie dystanse (1:0)

Maraton tym się różni od innych dystansów, że o wiele łatwiej się od niego uzależnić. Dla większości biegaczy już po pierwszym starcie staje się on niczym aromatyczna kawa o poranku. Można bez niego żyć, ale co to za życie bez tej kilkugodzinnej dawki ,,przyjemnego’’ wysiłku. Dodatkową robotę wykonują media wszelakimi kampaniami reklamowymi, kuszeniem bicia kolejnych rekordów frekwencji i budzeniem w człowieku przekonania, że jeśli już się jest biegaczem czy biegaczką, to ten słynny maraton wypada po prostu zaliczyć, by w tym sporcie być kimś. I trochę smutne jest to, że przez taki stan rzeczy gdzieś w cieniu całej tej masy drepczących maratończyków trenują nasi średniodystansowcy, jak np. Mateusz Demczyszak czy Bartosz Nowicki. Dla wielu amatorów biegania to nazwiska zupełnie nic nie mówiące, a co ciekawe wysokie miejsca tych zawodników na Mistrzostwach Europy przegrywają w konfrontacji z sukcesami naszych maratończyków, którzy raz po raz zajmują czołowe lokaty w maratonach mniejszej rangi, na których akurat nie było czarnoskórych zawodników. Tak było chociażby w zeszłym roku, kiedy to Bartosz Nowicki zajął 5. miejsce na Mistrzostwach Europy w biegu na 1500m. Osiągnięcie dla wielu nieznaczące praktycznie nic, choć z punktu widzenia sportowej klasy większe niż wygranie, np. Maratonu Warszawskiego. I takie niestety są obecnie realia, a skutki coraz bardziej opłakane – wielu młodych zawodników, którzy mogliby nieźle namieszać na średnich dystansach ucieka w świat maratonów. W świat, w którym bez względu na wynik czują się docenieni i potrzebni. I jak się tak głębiej zastanowić, to trudno się temu dziwić, bo jakąż to można mieć motywację, gdy na każdych zawodach zajmuje się odległe miejsce? Gdy zaczynałem trenować, miałem kolegę, który legitymował się przyzwoitym czasem na 3000 m – 8:35, czasem, który jednak nie pozwalał mu na osiąganie większych sukcesów. Porzucił ten dystans i zaczął biegać maratony, w granicach 2:30-2:35. Te wyniki w świecie długich dystansów również niewiele znaczą, ale pozwoliły mu na wygranie wielu maratonów mniejszej rangi, dając jednocześnie pewność siebie i prawdziwą radość z biegania. Teraz ma 33 lata i dalej biega, zajmując niezłe lokaty. A gdyby dalej tkwił uparcie w szlifowaniu swoich 3000 m? Być może znajdowałby się już poza światem sportu, sfrustrowany brakiem osiągnięć, podobnie jak setki, jeśli nie tysiące, byłych biegaczy na podobnych dystansach. I tu się właśnie ujawnia prawdziwe piękno amatorskiego biegania maratonów – określenie były biegacz praktycznie tutaj nie istnieje, a zakończenie biegania często pokrywa się z wydarciem swojej ostatniej kartki z kalendarza…

I powracając jeszcze do zawodowców, coraz więcej jest wśród nich zawodników, którzy bieganie na dystansach 1500, 3000 czy 5000 m traktują jedynie jako preludium do rozpoczęcia kariery w maratonie. Nawet słynny Kenenisa Bekele myśli już o maratońskim debiucie i szczerze; nie mogę się tego dnia doczekać. Jednak zawodnicy tego pokroju przeważnie bez problemów pokonują królewski dystans, ponieważ mają solidnie zbudowaną bazę wytrzymałościową – nawet jeśli trenowali pod średnie dystanse, to w tygodniu pokonywali więcej kilometrów niż większość maratończyków – amatorów. Niemniej jednak i w tym przypadku wszystko jest kwestią punktu odniesienia – 2:05 w przypadku Bekele byłoby porażką dla rekordzisty świata na czterech krótszych dystansach.

Bliskie spotkanie już wkrótce

Jak to wszystko będzie dalej przebiegać – pokażą najbliższe lata. Z tego tekstu można wysnuć pewne wnioski, przeanalizować przebieg własnej kariery i przede wszystkim zastanowić się czy twoje starty w maratonie mają sens. Nie wierzę jednak, abym kogokolwiek odwiódł od biegania na dystansie 42,195 km, bo kombinacja tych 5 cyfr to kod do zupełnie innego świata. Dlatego sam, będąc w owym świecie już ponad 11 lat, zachęcam wszystkich do zapamiętania z tego tekstu dwóch najistotniejszych rzeczy; że objętość jest kluczem do sukcesu w maratonie oraz, że oprócz maratonu istnieją jeszcze krótsze dystanse stadionowe, które zawodowo trenuje sporo mniej znanych zawodników, ale robiących to naprawdę z sercem. Pamiętajmy o nich, bo patrząc na obecną tendencję, być może już wkrótce staną z nami na starcie maratonu. I znikną nam szybko z pola widzenia napędzani walką o zwycięstwo na najważniejszym dystansie na świecie.

http://treningbiegacza.pl/adidas/adidas-trening/item/1183-maraton-milosc-zgubne-rachowanie-i-ucieczka-z-biezni

Reklamy

O jeden klik od sukcesu, czyli strony, które mogą napędzić Twoją karierę. Zapraszamy do zgłaszania pomysłów

Taki artykuł znalazłem gdzieś w sieci myślę , że warty uwagi, zwłaszcz strony, o których w nim mowa.

Niezależnie od tego, czy właśnie szukasz pracy, rozglądasz się za stażem, kończysz studia, myślisz nad założeniem własnej firmy, czy po prostu chcesz zadbać o swój rozwój zawodowy, w internecie znajdziesz setki stron, które mogą Ci pomóc. Postanowiliśmy z pomocą naszych blogerów i Waszą stworzyć listę tych najciekawszych.

Przygotowujemy listę stron, które mogą pomóc odnieś zawodowy[url=http://shutr.bz/1bItQAJ] sukces[/url].
Przygotowujemy listę stron, które mogą pomóc odnieś zawodowy sukces. • Fot. Shutterstock.com

Magazyn “Forbes” przed kilkoma dniami opublikował autorską listę “100 stron internetowych dla Twojej kariery”. Tak piszą o niej jej autorzy:

„Forbes”

Naszym celem było stworzyć praktyczny przewodnik po najbardziej ciekawych i angażujących stronach. Mamy nadzieję, że udało się nam zgromadzić przekrojową listę miejsc dla stażystów, osób szukających pracy, profesjonalistów, emerytów i wszystkich innych, którzy chcą rozpocząć, przyspieszyć lub odmienić swoją karierę. CZYTAJ WIĘCEJ

Choć listę przygotowali dziennikarze, pomysły i “kandydatury” przesyłali czytelnicy “Forbesa” i użytkownicy internetowego portalu tego magazynu. Postanowiliśmy z podobną prośbą zwrócić się do Was i wspólnie stworzyć analogiczne zestawienie, uwzględniające jednak polskie realia. Być może nasza lista nie będzie tak okazała, jak ta przygotowana przez “Forbesa”, ale z całą pewnością może stać się wartościową bazą wiedzy dla wszystkich, którzy poważnie myślą o swojej karierze.

Na początek przedstawiamy kilka własnych propozycji i możliwych kierunków poszukiwań, a także pytamy o zdanie kilkoro naszych blogerów.

Kilka pomysłów na początek
Wydaje się, że żadne zestawienie nie może pominąć takich, zupełnie podstawowych stron, jak praca.pl, pracuj.pl, tablica.pl, czy GazetaPraca.pl. To tam codziennie znaleźć można setki ogłoszeń o pracę z różnych branż.

Sporo ciekawych zasobów jest też na stronach Urzędów Pracy. I wbrew pozorom nie chodzi tylko o oferty pracy dla niewykwalifikowanych robotników: powinni tam zajrzeć także ci z Was, którzy nie mając pracy, myślą o założeniu własnej firmy. Np. warszawski Urząd Pracy prowadzi obecnie program, w ramach którego przyznaje przyszłym przedsiębiorcom jednorazową kwotę na “podjęcie działalności”. Może być to nawet sześciokrotność przeciętnego wynagrodzenia.

Innym kierunkiem Waszych poszukiwań mogą być też blogi poświęcone pracy, karierze, rekrutacji. Ze swojej strony gorąco polecamy przede wszystkim publikowane w naTemat wpisy Violetty Rymszewicz oraz Igi i Maćka Liziniewiczów.

Wszystkich studentów i świeżo upieczonych absolwentów zainteresować może też portal, o którym pisaliśmy już kiedyś w naTemat, czyli nieparzekawy.pl, który służyć ma poszukiwaniu najciekawszych staży i praktyk na polskim rynku.

Przy rozważaniach na temat przyszłej pracy przydatne mogą okazać się także różnego rodzaju rankingi dotyczące pracodawców, jak np. greatplacetowork.pl

Z kolei wszyscy, którzy myślą o otworzeniu własnej firmy powinni zajrzeć na przejdznaswoje.pl, akademiaparp.gov.pl czy web.gov.pl.

Blogerzy radzą
Adam Opaliński, autor artykułów i opracowań poświęconych problematyce zarządzania, HR, restrukturyzacji i rozwoju biznesu, podkreśla, że ważniejsze od praktycznych, technicznych poradników pisania CV, są strony, które pomogą nam strategicznie zarządzać swoją karierą i nauczą, jak budować wizerunek.

– Moim zdaniem ciekawe byłyby też strony informujące o tym, co się aktualnie dzieje na rynku pracy: w jakich miastach jest praca, które branże zatrudniają, itd. To na pewno pożyteczne informacje, a przyznam, że żadna tego typu strona nie przychodzi mi do głowy – mówi Opaliński. A może Wy wiecie, gdzie w internecie szukać takich informacji?

Z kolei Konrada Traczyka z Hashrank.pl zapytaliśmy o to, jaką rolę w planowaniu kariery odgrywają portale społecznościowe i czy je także powinniśmy dodać do naszej listy. – W mediach czy marketingu korzystanie z Facebooka, Golden Line czy Linkedin to już absolutna konieczność. Nieposiadanie kont na tych portalach to poważny błąd – ocenia Traczyk.

Traczyk sugeruje, że z powodu powszechnego korzystania z serwisów społecznościowych w celu szukania pracy, dobrym sposobem, aby się wyróżnić, jest prowadzenie bloga: – Ta metoda budowania wizerunku jest znacznie lepsza, niż najbardziej nawet widowiskowe i kreatywne, ale jednorazowe akcje – ocenia Traczyk.

Paweł Lipiec, miłośnik sieci i e-commerce, poleca z kolei liczne strony przydatne tym, którzy widzą siebie jako startupowców. – Te najbardziej oczywiste miejsca w sieci to np Startuptv.pl i MamStartup.pl – mówi Lipiec. Poleca też portal mambiznes.pl oraz bloga like-a-geek.pl. – Można na nim znaleźć praktyczne porady o tajnikach prowadzenia firmy – zachęca Lipiec. Poleca też wydawany co miesiąc przez Gdański Inkubator Przedsiębiorczości, elektroniczny magazyn “E-profit”.

Konsultantka, coach i blogerka naTemat Violetta Rymszewicz, która prowadzi także stronę rymszewicz.eu, również przedstawiła nam swoje typy. Wśród nich poświęcone pracy i karierze strony jobmob.co.il i blogging4jobs.com, a także blog o karierze w branży tłumaczeń.

W rozmowie z naTemat Rymszewicz przypomniała też, że myśląc o rozwoju zawodowym nie można zapominać o językach obcych, dlatego poleciła nam takie strony, jak dictionary.reference.com, edufind.com czy naukę angielskiego z BBC.

A jakie są Wasze sugestie stron ważnych dla wszystkich, którzy chcą rozwijać swoją karierę? Zapraszamy do umieszczania pomysłów w komentarzach. Jeśli zbierzemy ich wystarczająco dużo, postaramy się stworzyć polską wersję listy opracowanej przez “Forbesa”.

 

http://natemat.pl/76199,o-jeden-klik-od-sukcesu-czyli-strony-ktore-moga-napedzic-twoja-kariere-zapraszamy-do-zglaszania-pomyslow

Marcin Meller na wojnie. „Miałem niebywałego fuksa”

Kurde dobry wywiad, zawsze ciekaw byłem jak to się stało że gość, który był korespondentem wojennym nagel zostaje naczelnym Playboya no i w końcu się dowiedziałem. Oprócz tego kilka innych istotnych informacji m.in. o porwaniu samolotu przez artystów w Gruzji. Polecam do zapoznania się 😛

Marcina Mellera kojarzycie tylko z szołbiznesem i felietonami w „Newsweeku”? Niesłusznie. Przez blisko 10 lat były naczelny „Playboya” podróżował po świecie opisując najtragiczniejsze wojny przełomu wieków. Co gnało go na Kaukaz, do Sudanu i Ugandy? Co czuł biegnąc przez pole minowe pod azerskim ostrzałem? Jak udało mu się nie umrzeć, kiedy zachorował na malarię? Opisał w najnowszej książce „Między wariatami”. Rąbka tajemnicy uchylił też Annie Wittenberg.

Marcin Meller właśnie wydał książkę "Między Wariatami".
Marcin Meller właśnie wydał książkę „Między Wariatami”. • fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta

Pamięta pan ten moment, kiedy zdecydował się pan pojechać na swoją pierwszą wojnę?

Bardzo dobrze pamiętam. To było bardzo proste. Była impreza na Sadybie…

(Śmiech).

Wie pani co, pani się śmieje. Ale ja teraz czytałem książkę „Obłęd 44” Piotra Zychowicza, z której wynika, że kiedy generał Okulicki podejmował decyzję o powstaniu warszawskim, był pod wpływem alkoholu, i to przez całe długie dni. To jest poważna sprawa. A to, że ja na imprezie podejmowałem decyzję o wyjeździe…

Dobrze, dobrze. Więc na Sadybie…

…albo na Stegnach. To było w mieszkaniu znajomego, wiosna 92. Spotkałem tam Krzyśka Millera, mojego kumpla jeszcze z czasów podziemnego NZS-u. Był już wtedy fotoreporterem „Wyborczej”, miał za sobą wojny i swoją legendę. Krzysiek powiedział, że jedzie do Afganistanu i że nie ma ze sobą piszącego dziennikarza – zwykle jeździł z Wojciechem Jagielskim, ale tak jakoś wyszło, że tym razem on nie mógł. Byliśmy już wtedy po jednej flaszce i Krzysiek mi zaproponował, czy z nim nie pojadę…

Jesteśmy sobie na imprezie, w bloku w Warszawie, a ten mi mówi „skoczmy do Afganistanu”, jakby to był weekend w Zakopcu. A że uwielbiam takie surrealistyczne sytuacje, to mu mówię: proszę bardzo.

Nie pamiętam żadnego pańskiego reportażu z Afganistanu…

Poszedłem następnego dnia rano do naczelnego „Polityki” Jana Bijaka. Kiedy powiedziałem mu, że chcę sobie polecieć do Afganistanu, odpowiedział że Afganistan to nie, bo to już nieciekawe – bardzo zresztą zabawne w kontekście tego, co się stało później – ale, że jeśli chcę spróbować swoich sił, jako reporter „wojenny”, to mogę pojechać do Azji środkowej, albo na Zakaukazie.

Padło na Zakaukazie.
To była dla mnie w pewnym sensie romantyczna wyprawa. Media pokazywały wówczas czarno – biały obraz tego konfliktu: Azerowie to byli ci źli, a Ormianie – dobrzy, uciśnieni. A że akurat ci ostatni dopiero co przebili się przez azerskie pozycje łącząc Karabach z właściwą Armenią, zdecydowałem się polecieć tam.

Romantyzm szybko się skończył…

No tak… Zresztą później za każdym razem, jak byłem świadkiem walk, albo bombardowań, obiecywałem sobie, że już nigdy więcej tego nie zrobię. A kiedy byłem w południowym Sudanie i siedziałem pod ostrzałem, miałem to uczucie nawet podwójnie – mówiłem sobie, że już nigdy nie wrócę na wojnę i nigdy, przenigdy już nie zapalę trawy (śmiech).

Po co pan jeździł? Dla misji?

Nie lubię w ogóle tego słowa.

Dużo korespondentów wojennych go używa. „Misja pokazywania światu okropieństw wojny” – na przykład.

Wierzę w to, że misję mogła mieć Anna Politkowska, która w swoich reportażach pokazywała wojnę w Czeczenii, narażała się władzom swego kraju, i za swą pracę została zamordowana. Ale jaką misję może mieć dziennikarz z Polski, kraju, który w zasadzie nie interesuje się światem, sprawami międzynarodowymi i niewiele może? Co ten mój mały tekst, fotoreportaż albo film zmieni?

Większość jeździ tam przede wszystkim przeżyć przygodę. Zresztą nie tylko dziennikarze, także pracownicy organizacji humanitarnych. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że ci ostatni są szlachetniejszą grupą, bo przynajmniej niosą pomoc. Ale w sensie mentalnym – chodzi o to samo, zaspokojenie jakiejś głęboko tkwiącej w człowieku potrzeby doświadczeń skrajnych. Przecież pomagać ludziom można też w Bieszczadach albo w Wałbrzychu. Ja nie mówię, że to źle, tylko jestem powściągliwy w używaniu pojęcia „misja”.

„No i jak, Polak? Podobało się? Fajnie na wojnie, co?” – takie pytanie panu zadali panu Ormianie w Karabachu, po tym, jak uciekliście spod azerskiego ostrzału.

Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Nie wypada powiedzieć, że się podobało. Wiadomo, że wojna jest czymś okropnym, straszliwym…

Ale…?

Ostatnio oglądałem świetny film dokumentalny „Wojna Restrepo”. To film dwóch dziennikarzy, którzy ponad rok spędzili z amerykańskimi marines na najbardziej oddalonym posterunku w Afganistanie – właśnie Restrepo. Zresztą jeden z nich, fotograf Tim Hetherington zginął później w Libii. Pokazali absurd sytuacji, w której żołnierze bronią przyczółku, który jak się okazuje, w ogóle nie ma znaczenia.

Utkwiła mi w głowie historia chłopaka, który opowiada do kamery, że jest z hipisowskiej rodziny, że jak był dzieckiem i bawił się pistolecikiem na podwórku, to rodzice strasznie lamentowali, więc jak dorósł to z przekory wstąpił do armii. W którymś momencie on mówi, że to jest straszne, że ma świadomość, że zabija ludzi. I niby nie chce powiedzieć, że to polubił, ale… Takie „ale” zostaje w zawieszeniu.

Żeby było jasne, ja nikogo nie zabiłem, miałem broń w ręku, ale jej nigdy nie użyłem. Natomiast poczułem, że połączenie tego totalnego koszmaru, stresu, adrenaliny…

Potrzeba ekstremalnego przeżycia?

Nie ma nic bardziej skrajnego niż wojna. Są sporty ekstremalne, są gry, ale to wszystko jest w cudzysłowie, tam nie ma nic na serio, to w ogóle są inne proporcje.

Reportaże z pana najnowszej książki czyta się jak relacje z – w sumie – całkiem niezłej zabawy.

No bez przesady, nie wszystkie. W opowieści o „wojnie Ducha Świętego” w Ugandzie, o dzieciach żołnierzach i w wielu innych reportażach za wiele zabawy nie ma. Natomiast faktem jest, że mam ucho wyczulone na absurd, surrealizm i paradoksy. Kiedy pisaliśmy z Anią „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji”, to zastanawialiśmy się, czy nie przesadzamy mieszając tragedię ze śmiechem. Ale jakiś czas przed ukończeniem książki obejrzeliśmy gruziński film „Pokuta”. To najsłynniejszy gruziński film, historia dyktatora – aluzja do Stalina, choć z wyglądu bardziej przypomina Berię – którego ciało po śmierci ktoś wykopuje z grobu. Oglądamy retrospekcje tragicznych wydarzeń, a jednocześnie opowieść jest pełna najczarniejszego, ale bardzo zabawnego poczucia humoru. Więc uznaliśmy, że jeśli najwybitniejszy gruziński reżyser, Tengiz Abuładze może zrobić taki film, to dlaczego, zachowując wszelkie proporcje, my nie możemy tak napisać książki o jego ojczyźnie?

I tak jest też w „Między wariatami”.

No miesza się. No bo jak inaczej to opisać? Jestem w południowym Sudanie w obozie uchodźców, samoloty rządowe bombardują w środku dnia, ktoś ginie. Wieczorem kiedy schodzi adrenalina, spotykamy się w gronie pracowników organizacji pozarządowych, popijamy odłożoną przez kogoś na specjalną okazję whisky i wszyscy się śmieją z chłopaka, młodego Norwega, który w czasie bombardowania został wyrwany z jakiegoś – sądząc po objawach – przyjemnego snu i z pokaźnym, wedle zebranych dziewcząt, wzwodem leciał do okopów. Czuje pani? Koszmar śmierci, przerażenie, ktoś ginie, bomby wzbijają pył, który w nierealny sposób filtruje oślepiające słońce, a tu facet z wzwodem leci przez obóz uchodźców. Wszystko się miesza.

Co było dla pana najważniejsze podczas wypraw w rejony ogarnięte wojną?

Fuks, to, że miałem niebywałego fuksa. Doświadczeni korespondenci wojenni mówią zresztą, że to od niego wszystko zależy. Bo niektórzy mogli siedzieć w Sarajewie latami, a przyjechał ktoś nowy, ledwie wysiadł z transportera i dostał od snajpera kulę w łeb.
Ale ja też nie korzystałem z tego mojego szczęścia zbyt mocno.

Kiedy kilka razy z rzędu mi się udawało, później starałem się na trochę wycofać. Jak poszedłem kiedyś ze znajomym do kasyna w Nairobi i postawiłem jego dwieście dolarów (powiedział, że jak wygram to mu oddam te 200, a jak przegram to trudno), a wygrałem osiemset, nie próbowałem dalej.

Limit szczęścia się kiedyś wyczerpał?

Skoro tu siedzę, to jednak chyba nie! Los nade mną czuwał. Po pierwszym doświadczeniu wojennym, ucieczce spod ostrzału w Karabachu, przebieżce przez pole minowe, parę dni później spotkałem kilku fedainów, ormiańskich partyzantów, którzy tworzyli mały oddział para-komandosów, a tak naprawdę byli rodzajem komanda śmierci. Niezależnie od tego co się działo na froncie, zapuszczali się w góry i tropili azerskich maruderów, szpiegów czy po prostu żołnierzy. No i jeńców nie brali. Zapytałem się czy mogę z nimi pójść w góry, zgodzili się. Umówiliśmy się na następny dzień, że mnie zabiorą i poszli. A ja nagle wpadłem w panikę coteż najlepszego zrobiłem.

Zupełnie nie mogłem spać tej nocy. Męczyło mnie to, ale byłem jeszcze w tym głupim wieku, że nie dopuszczałem do siebie, że taką decyzję mogę przecież zmienić. Wystarczyło im powiedzieć: sorry, rozmyśliłem się, ale durne poczucie honoru mi na to nie pozwalało. Rano czekałem na nich przed hotelem – a właściwie czymś co kiedyś było hotelem, a teraz była w nim tylko etażna, która pobierała opłatę za nocleg – do dziewiątej, dziesiątej. Umierałem z głodu. Powiedziałem tej kobiecie, że idę znaleźć coś do jedzenia (bo oczywiście w hotelu niczego nie było), a jeśli oni się pojawią, to niech poczekają, bo ja zaraz wracam. Minęło nie więcej niż pół godziny. Kiedy wróciłem, staruszka powiedziała, że oni już byli, ale uznali, że nie będą na mnie czekać. Poczułem jakby mi dwutonowiec spadał z serca

Nieprawdopodobna historia.

No mój szwagier skomentował, że łakomstwo uratowało mi życie.

Czasami jednak było naprawdę blisko. Choćby, kiedy omal nie umarł pan na malarię.

A wie pani, właśnie pomyślałem, jak wielką rolę w moim życiu odgrywają święta majowe. Na przyjęciu z okazji 3 maja, które wyprawił nasz ambasador w Kenii poznałem Włodka Krygiera, polskiego operatora pracującego dla niemieckiej telewizji. Gdyby nie to niewinne spotkanie, porcja bankietowego small-talku, to niewiele dni później umarłbym w zawilgoconej budzie. Człowiek uratował mi życie.

A rok wcześniej…

Gdyby nie trzeci maja, to nie dostałbym się do Krajiny, kontrolowanego przez Serbów terytorium formalnie chorwackiego. Zostałem przez nieporozumienie, a raczej dla mnie zrządzenie losu, wzięty za asystenta polskiego generała. Jak później opowiadałem całą tą historię w Warszawie, to znajomy starszy dziennikarz powiedział, że nikt mi w nią nie uwierzy, bo w dziennikarstwie nie liczy się czy coś jest prawdziwe lecz czy prawdopodobne. No to trochę poczekałem i teraz ją opisuję w „Między wariatami.”

Miałem też resztki instynktu samozachowawczego. Kiedy już wpakowałem się w najgorsze szambo, zaczynał działać. Choć czasem w sposób dosyć dziwny: kiedy uciekałem z ormiańskimi towarzyszami niedoli przez pole minowe, to starałem się biec pośrodku licząc na to, że w najgorszym razie pierwszy wyleci na minie, ostatni dostanie kulę w plecy, a ja w środku może się uchowam. Wiem, że nie brzmi to jak fragment poradnika „Jak dożyć spokojnej starości?”, ale chcę powiedzieć, że nie znałem umiaru w pakowaniu się w niebezpieczne miejsca i sytuacje, ale jak już w nie trafiłem, starałem się nie szarżować.

Wyjeżdżając na wojnę stawiał się pan po którejś stronie?

Podczas tego pierwszego wyjazdu sympatyzowałem z Ormianami. I choć nie napisałem niczego, czego później mógłbym się wstydzić, było mi trochę głupio, że dałem się ponieść tym nastrojom – wtedy z nimi była większość polskich i międzynarodowych mediów. Tak samo zresztą jak w czasie konfliktu na Bałkanach prawie wszyscy byli przeciw Serbom. Akurat tę drugą wojnę widziałem nieco inaczej. Może dlatego, że skończyłem historię i pamiętałem o tym, co Chorwacja robiła w czasie II wojny światowej, o sojuszu z Hitlerem, Państwie Chorwackim, o ludobójstwie na Serbach. Po czterdziestu latach sytuacja z perspektywy Serbów wyglądała tak samo: znów walczą z Chorwatami, znów popierają ich Niemcy. Ja oczywiście wiem, że to były lata 90, zupełnie inne Niemcy, niż kiedyś, ale… Skoro w Polsce do dziś Rosja, czy Niemcy budzą obawę, to można sobie wyobrazić, co się działo w Serbii. Mnie nawet o te serbskie sympatie oskarżano w Polsce.

Kto płacił za te wszystkie wyjazdy?

Za takie typowe wyjazdy reporterskie, na Kaukaz, do byłej Jugosławii, moja ówczesna redakcja czyli „Polityka”. Dostawałem delegacje na dwa tygodnie, ale żyłem bardzo oszczędnie, więc starczało na dwa trzy, razy dłużej, a nikt nie był w stanie zawezwać mnie do domu, bo nie miałem komórki, a wysyłałem teksty, więc w sumie wszyscy byli szczęśliwi. A jak wyjechałem raz na pół roku, a potem na blisko rok do Afryki, to trochę funduszy miałem z redakcji, trochę od rodziców i oszczędności, przyjaciele zrobili nam mnie ściepę, biznesmen, znajomy znajomych dał mi kilkaset dolarów pod warunkiem, że po powrocie zrobię domowy pokaz slajdów dla jego rodziny, no kombinowałem jak koń pod górę. Ale wyjeżdżając na blisko rok do Afryki miałem niewiele ponad dwa tysiące dolarów.

To chyba niewiele.

Żadne pieniądze! A przeżyłem za to osiem miesięcy.

?

Udało mi się trochę jeszcze zarobić w międzyczasie. Spływały małe, bo małe, ale wierszówki z „Polityki”, dwa reportaże wydrukował mi holenderski tygodnik „Vrij Nederland”, kilka – ugandyjskie gazety. No i wygrałem 800 dolarów w kasynie!

Pamiętam, całymi tygodniami miałem taką dniówkę: dolara na nocleg w szemranym hoteliku, dolara na obiad, jakiś ryż z sosem (na śniadanie wychodziłem za miasto zrywać mango); dolara na taką samą kolację, dolara na jakiś bimber, który sprzedawany był w takich saszetkach jak szampon do włosów. No i dolar zostawał na zapas. Dolce vita!

Nie brzmi to jak opowieści o korespondentach zachodnich mediów…

No tak, ale ja dzięki temu pisałem zupełnie inaczej niż oni. Co mógł zobaczyć korespondent, który wpadał na chwilę i mieszkał w eleganckim hotelu? Po tym, jak moje teksty o Afryce ukazały się w tych holenderskich gazetach, napisał do mnie zresztą tamtejszy dziennikarz, którego spotkałem w północnej Ugandzie dokąd wpadł na chwilę. Pogratulował mi artykułów i przyznał, że żałuje, że nie mógł sam spędzić tam więcej czasu., no ale redakcja wymagała by jechał dalej. Coś za coś.

Te pieniądze się jakoś rozliczało?

No jasne, były dwie rodzaje delegacji – pobytowa, chyba 40 dolarów dziennie, które można było po prostu wydać na jedzenie, transport, łapówki i tak dalej, i hotelowa – 80 dolarów. Z tego trzeba się było już rozliczyć. Tu się zresztą przydało się cwaniackie wychowanie w komunizmie.

Jak to?

Hotele w byłym Związku Radzieckim miały zróżnicowane stawki za dobę. Dla Gruzina, jeśli byliśmy w Gruzji noc kosztowała powiedzmy dolara, dla mieszkańców innych republik byłego Sojuzu – dwa dolary, a dla obcokrajowca, w tym Polaka, na sto dolarów. No więc dawało się etażnej w łapę pięć dolarów, płaciło się za noc jak Rosjanin, a dostawało prawdziwy rachunek. Tym sposobem w kieszeni zostawała kupa kasy. Dzięki czemu mogłem tam zostawać tak długo. A i tak kiedy wróciłem do redakcji, grzecznie wpłaciłem to, co mi zostało. Usłyszałem wtedy od kolegi, że jestem idiotą.

A jak wyglądało przygotowanie do wyjazdu?

No nigdy nie zawadzi przypomnieć, że od czytania. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Trzy czwarte sukcesu to mieć najpierw sporo w głowie zanim się ruszy w teren. No i kontakty. A z tymi różnie kombinowałem. Na przykład kiedyś poznałem Angielkę pracującą w ambasadzie brytyjskiej. Zakolegowaliśmy się, trochę imprezowaliśmy razem i kiedy jechałem do Turcji napisać o Kurdach, powiedziała, że jej kumpel ze studiów pracuje w konsulacie w Stambule. Ten chłopak dał mi namiar na swego przyjaciela, korespondenta tygodnika „The Economist”, on na znajomego profesora w Ankarze, ten na swoich doktorantów…. Itp. Itd. Łańcuszek świętego Marcina. A wszystko się zaczęło od tego, że na jakiejś imprezie zgadałem się z sympatyczną Suzanne. Zawsze, jeśli tylko się dało, starałem się mieć takie pół-prywatne wejścia. To działa cuda w terenie.

Z tym się zresztą wiąże taka żenująca w sumie dla mnie historia, którą zresztą opisałem w „Gaumardżos!”. Jechałem na Południowy Kaukaz, po raz pierwszy jako reporter w gorące miejsce i jak gdyby nigdy nic zadzwoniłem do Wyborczej, poprosiłem Wojciecha Jagielskiego, wówczas już bardzo znanego reportera specjalizującego się w Kaukazie. Przedstawiłem się grzecznie i spytałem czy by mi nie dał jakichś namiarów. A on dał. Znajomi go nawet pytali czemu nie pogonił bezczela, kiedy im opowiadał tę hucpiarską anegdotę. Potem się zakolegowaliśmy, ale nigdy nie odważyłem się poprosić go ponownie o jakikolwiek namiar (śmiech). No i na Afrykę dostałem kontakty od Kapuścińskiego.

Jaki był dla młodego reportera?

Ujmująco uroczy, delikatny w obyciu, słuchający, ciekawy, albo świetnie udający zaciekawienie tym co młody człowiek ma do powiedzenia. To było nawet komiczne gdy mnie pierwszy raz zaprosił do swej pracowni na strychu i pyta czy palę. Mówię, że tak. A on czy mam papierosy. Ja, że niestety nie, bo myślałem, że chce się poczęstować, a okazuje się, że on nie pali, tylko chce mi sprawić przyjemność, więc szuka zamelinowanych czyichś papierosów, częstuje mnie i pamiętam, jak dzisiaj, podtyka takie popielniczki jeżyki, co jak matrioszki chowały się coraz większe i niemal mnie prosi, żebym mu w tej jego świątyni zdrowo nasmrodził. Ale jak się powiedziało coś o Afryce z czym się nie zgadzał, to natychmiast przestawał być urokliwym Rysiem i zapalały mu się ognie w oczach (śmiech).

W ogóle trafiłem do niego tak, że któregoś ranka, nie miałem jeszcze komórki, zadzwonił stacjonarny, obudził mnie, a w słuchawce słyszę: „Dzień dobry panu, mówi Ryszard Kapuściński. Słyszałem, że wybiera się pan znowu do Afryki. Czytałem pańskie reportaże i mi się podobały. Może znajdzie pan chwilę przed wyjazdem i zajrzy do mnie?” No myślałem, że zejdę. Pewnie tak poczułby się proboszcz ze wsi pod Łomżą jakby do niego zadzwonił Franciszek zapraszając na pogawędkę do Watykanu.

Kiedy przestałem jeździć po świecie, to Kapuściński czasem mnie pytał, dlaczego.

O to samo i ja chciałam zapytać. Co się stało?

W sumie prozaicznie – źródełko w „Polityce” powoli zaczęło wysychać. Delegacje stawały się coraz krótsze, mogłem sobie polecieć na parę dni. A co to za robota? Mnie w każdym razie nie bawiło takie wpaść – wypaść. Więc pisałem coraz więcej tekstów na tematy, które mnie niespecjalnie interesowały i coraz bardziej się irytowałem . Myślałem nawet jak każdy sfrustrowany dziennikarz o otwarciu knajpy. Aż tu dostałem propozycję prowadzenia pierwszego w Polsce programu z gatunku reality show czyli „Agenta”. Pomyślałem, że skoro nie mogę poszaleć po świecie, to pojadę po drugiej bandzie i pobawię się w szołbiznes. No i nie zapominajmy o próżności.

(Śmiech).

No i znowu pani się śmieje. (śmiech) A po co człowiek świeci gębą w telewizji? No raczej nie dlatego, że obsesyjnie łaknie anonimowości. Istotne też było, że po raz pierwszy w życiu zarobiłem na coś więcej, niż opłacenie mieszkania i przetrwanie do pierwszego na długach. „Agent” pociągnął propozycję z Playboya, myślałem, że zrobię sobie taką trzyletnią przerwę, a zrobiło się z tego dziewięć lat.

Nie brakowało wyjazdów?

No brakowało, ale przy okazji po 12 latach w Polityce miałem totalną blokadę na pisanie. Klasyk, jak widziałem migający kursor, to gotów byłem szczoteczką do zębów kibel wyczyścić, byle odwlec pisanie.To też był jeden z powodów przyjęcia propozycji zostania naczelnym „Playboya”. Teraz to ja miałem innym zlecać pisanie. Ale minęło parę lat, teraz to bezproblemowe życie zaczęło mnie nudzić, wróciłem po długiej przerwie do Gruzji, raz, drugi, trzeci. Zacząłem tam jeździć, żeby uciec od tego światka tutaj. Najpierw sam, potem z Anką. I nagle coś się zmieniło. Napisaliśmy książkę, znowu zaczęło mnie kręcić pisanie, Tomek Lis zaproponował pisanie felietonów, zacząłem zupełnie się odklejać od tej „Playboyowej” rzeczywistości.

A w przyszłości?

Dobra… Jak to powiem publicznie, to ktoś będzie mnie przynajmniej trzymał za słowo. Chcę napisać kolejną książkę, ale tym razem nie zbiór reportaży, opowieści, tylko jedną rozbudowaną historię. Jeszcze nie wiem, o czym – na razie obłożyłem się książkami, mam kupkę afrykańską, kupkę żydowską , kupkę polską. Szukam czegoś takiego jak historia porwania samolotu w Gruzji w latach 80., którą opisałem w „Gaumardżos!” Siódemka młodych ludzi z dobrych, a czasem wpływowych rodzin, postanowiła porwać samolot, żeby uciec z komunistycznego raju, zwanego Związkiem Radzieckim. Wśród nich był aktor Gega Kobachidze, ledwie 22-letni, ale już wielka gwiazda w Gruzji. Miał śliczną dziewczynę, studentkę Akademii sztuk Pięknych, 19-letnią Tinę Petwiaszwili. Mieli wszystko, byli królami życia, a zrobili to co zrobili. A ja się zastanawiałem co musiało siedzieć w ich głowach.

Wszystko skończyło się tragicznie. Zginęli przypadkowi ludzie, zginęła część porywaczy, resztę w tym Gegę rozstrzelano, przeżyła tylko Tina skazana na wieloletnie więzienie. Rodziny do dzisiaj szukają grobów. Byli trochę starsi ode mnie, nie mogłem przestać o nich myśleć. W tej opowieści jest wszystko: burzliwa historia kraju, wyraziści bohaterowie, miłość, nadzieja, śmierć, sprzeczne racje, nierozwiązywalny konflikt wartości. Czegoś takiego szukam.

Czyli Meller zatoczył koło.

Coś tak jakby. Ale na wojnę już bym nie pojechał. Mam rodzinę, dziecko i chyba wyczerpałem limit fuksa w tej kategorii na jedno życie.

http://natemat.pl/76269,marcin-meller-na-wojnie-mialem-niebywalego-fuksa

„Trzęsę portkami przed maratonami” – czyli porady – od wyboru celu do debiutu w maratonie

swietny poradnik jak przeżyć to dość wymagające wydarzenie i jak się przygotować. Dodatkowo świetne patenty i rozwiązania większości problemów dla takich żółtodziobów jak ja 😛
 
Może jeszcze nie w głowie Ci królewski dystans, dopiero przymierzasz się do sprecyzowania celu, a może właśnie jesteś w fazie jego realizacji? Zanim postawisz pierwszy krok na trasie maratońskiej, zapoznaj się z radami bardziej doświadczonych biegaczy. Co prawda każda osoba jest inna, stosuje swoje metody medytacji, preparacji, przygotowania, ale niezależnie od stopnia zaawansowania – ogólne zasady higieny przedmaratońskiej są takie same dla każdego.

Ameryki raczej się już w tym temacie nie odkryje, ponieważ historia biegu maratońskiego sięga aż 490 roku p.n.e. Było dużo czasu na próby i błędy, aby w końcu każdy trenujący biegacz doszedł do bardzo podobnych wniosków.

Prześledźmy sytuację od samego zalążka i przypomnijmy podstawowe wskazówki. Następnie sam pomyśl i przecedź je przez swoje wyobrażenia. Rad ich wiele, a każda niewątpliwie na swój sposób cenna.

PIĘKNY STRACH

– Cześć, jak się czujesz? – powiedziałam z lekkim uniesieniem kącika ust.

 – Słyszę Twoje serce. Czyżby to na mój widok?– szepnęłam mu do ucha. Wiedziałam jednak, że przyczyna takiego stanu rzeczy leży zupełnie gdzie indziej. Droczyłam się, bo w końcu zobaczyłam jego prawdziwe oblicze. Zobaczyłam strach.

– Nie martw się, to będzie najpiękniejszy dzień Twojego życia. Zapamiętasz go na zawsze. – uśmiechnęłam się najszczerzej jak tylko mogłam.

– Będę Ci kibicowała. Wierzę w Ciebie.

Strach przed pierwszym maratonem potrafi pokonać nawet najsilniejszego mężczyznę. Nie inaczej jest z biegaczkami. Ja również przepełniona byłam obawą.

Co jednak najważniejsze – strach to najbardziej naturalna emocja, która spotyka nie tylko debiutantów. Ponieważ biegacze to grupa sportowców, którzy całe serce wkładają w swoją pasję – nic dziwnego, że tak długo oczekiwany, królewski dystans napawa lękiem. Czy podołam?

Tak – podołasz i jak zostało powiedziane – będzie to jeden z najpiękniejszych dni Twojego życia!

Maraton ma w sobie niewyobrażalną energię. Kusi jak śpiew syren, ale nie zabija. Niezależnie od sytuacji na trasie i rodzaju finiszu, daje moc do pokonywania własnych słabości. Pokazuje człowiekowi jak wiele siły w nim tkwi, nawet gdy pozornie wydaje się, że już jej zabrakło. To doskonałe odbicie życia.

Przyjmij zatem strach z całym dobrodziejstwem inwentarza, weź pod pachę jak starego przyjaciela i razem ruszcie po nowe wyzwania. Buzująca adrenalina; uczucia, których nie masz szansy doświadczyć w powielanym codziennie schemacie życia; euforia pomieszana z nieopisanym uczuciem oczekiwania; ekscytacja, niewiedza i podniecenie. Ciesz się, że tkwi w Tobie tyle emocji.

Czekałeś na ten dzień tyle czasu i w końcu Twoje marzenia się ziszczą. Doceń siebie i drogę, którą przebyłeś, aby stanąć na linii startu!

Bogdan Nowak, maratończyk Gwardii Olsztyn na przebiegnięcie 67.756 kilometrów potrzebował 11 lat. Potem… biegł dalej.

„(…) Do Gwardii i lekkiej atletyki trafiłem przypadkowo. Tak jak każdy młody człowiek chciałem robić coś ciekawego. Zajął się mną trener Zdzisław Majchrowicz. Przymierzałem się do skoku w dal. Miałem nawet niezłą technikę, ale brakowało mi predyspozycji do tej konkurencji. Nie robiłem postępów. Trener Majchrowicz dał mi jednak rzetelne przygotowanie ogólne, bez kłopotów więc przemianowałem się na biegacza w grupie Kazimierza Podolaka i rozpocząłem trening przeszkodowca. Tu było już lepiej i wiedziałem, że mogę osiągnąć lepsze rezultaty, niż w skoku w dal.

W roku 1976 kolega klubowy, Henryk Więzik startujący w maratonach namówił mnie do udziału w biegu na 42km 195m. Przygotowania rozpocząłem na 2 miesiące przed startem, bo do tej pory najdłuższy dystans, jaki pokonałem na zawodach, wynosił 5km. Wiedziałem, że udział w maratonie to dla mnie duże ryzyko, ale coś mnie korciło i chciałem spróbować. Bardzo zależało mi na ukończeniu maratonu. Chciałem się bowiem przekonać czy podołam. Zależało mi także na udowodnieniu, że startując w maratonie, znajdę swoja najlepszą konkurencję.

Linię mety wyznaczającą koniec maratonu pamiętam do dziś. Znalazłszy się za nią, płakałem, bo nareszcie skończyła się gehenna. Kiedy skończyłem, Henryk Więzik poklepał mnie po ramieniu. W tym geście było wszystko, nie trzeba było słów. Mimo to powiedziałem sobie, że nigdy więcej nie pobiegnę maratonu. Wieczorem na wspólnej kolacji, kiedy już odpocząłem, coraz bardziej skłaniałem się do zmiany podjętej decyzji. Po powrocie do Olsztyna wiedziałem, że z maratonów nie zrezygnuję.”

(Bogdan Nowak)

FAZA POCZĄTKOWA. CEL I PRZYGOTOWANIA.

  • Postaw sobie jasny cel – przebiegnę maraton.

Mnie osobiście, od czasu postawienia pierwszego, biegowego kroku zajęło to 12 lat. W żadnym wypadku nie jest to okres konieczny do przepracowania, aby ukończyć królewski dystans! Po prostu skupiona byłam na innych potrzebach. Każdy ma swoją ścieżkę.

Nie sugeruj się zatem innymi, wsłuchaj się w siebie i patrz przez pryzmat swojej historii biegowej. Jeżeli trwa ona dłuższy czas, a w głowie majaczy wielka chęć zmierzenia się z legendarnym dystansem, jesteś ciekawy, co w nim magicznego, to po prostu nie czekaj i zrób to! Podejmij wyzwanie, a nie pożałujesz!

  • Wybierz termin maratonu. Oceń realnie swoje możliwości.

Może będzie to już tegoroczny, a może ten planowany za kilka lat? Nigdy nie jest za późno. Pamiętaj – droga do celu jest najpiękniejszą, więc nie załamuj się, gdy Twój zlokalizowany będzie w dalszej przyszłości. Najważniejsze to mieć marzenie i do niego dążyć.

Zmieni ono i przearanżuje całe Twoje życie, ale gdy przebiegniesz linię mety, będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. W końcu poczujesz co znaczą słowa – jestem z siebie dumny. Potem zapragniesz więcej, ale to dopiero potem.

Od czego zacząć, jak ocenić swój poziom? Nie potrafisz tego zrobić? Poproś doświadczonych kolegów. Nie masz ich? Zorientuj się czy w Twoim mieście działają grupy biegowe. Na pewno znajdzie się osoba, która doradzi, w jaki czas powinieneś celować. Takie spotkanie może być także początkiem dobrych znajomości, a te w świecie biegowym są niezwykle cenne. Wspólne treningi to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, wsparcie, a następnie możliwość współdzielenia radości. Warto schować skrępowanie w kieszeń i wyjść do ludzi. Samotność długodystansowca nie oznacza alienacji.

„Maratończycy to specyficzna grupa sportowców. Każdy z nas wie, ile wysiłku kosztuje bieg i przygotowanie do pokonania dystansu.Młodym zawodnikiem startującym po raz pierwszy w tej próbie wszyscy się opiekują. Udzielają rad, wskazówek, żeby tylko ukończył bieg.”

(Bogdan Nowak)

JAK UMIEJĘTNIE STAWIAĆ SOBIE CELE

  • Gdy sprecyzujesz już cel – zacznij przygotowania.

Najlepiej trenować z gotowym planem treningowym. Ten, dobrze skomponowany, przeprowadzi Cię płynnie przez wszystkie niezbędne elementy, a w dniu startu będziesz czuł, że wykonałeś kawał dobrej roboty i na pewno dasz sobie radę.

Prawda – każdy biegacz ma swoje obowiązki, jak praca czy rodzina, ale ma także swój czas wolny. Może ciężko będzie na początku przearanżować życie i znaleźć wolną godzinę dziennie na trening, ale na pewno uszczkniesz ją kilka razy w tygodniu. To w zupełności wystarczy. Jeżeli jednak myślisz o maratonie, na pewno jesteś na tyle już doświadczonym biegaczem, że doskonale wiesz jak bieganie porządkuje życie i nadaje mu rytm.

Warto cały czas mieć przed oczami cel – maraton.  

PLANY TRENINGOWE

  • Rejestruj treningi i prowadź dzienniczek biegowy.

Taka analiza to przede wszystkim monitorowanie postępów oraz doskonała mobilizacja. Unaocznienie tego, ile pracy wkładasz w przygotowania czy idą one według planu, czy konsekwentnie go realizujesz i czy przypadkiem nie opuszczasz obowiązkowych zajęć. Po latach będziesz mógł do niego wrócić i przeanalizować dobre i złe strony zastosowanych metod treningowych.

Mój Tata skrupulatnie notował swoje biegi w szarych zeszytach. Tabelka od linijki i wpisywane długopisem daty, znaczki, kilometry, starty, uwagi, podsumowania. Ja korzystam z dobrodziejstw techniki i coraz bardziej popularnych dzienników internetowych.

DZIENNICZEK TRENINGOWY

  • Przez cały okres przygotowawczy zwiększaj swoją świadomość biegacza.

Czym ona jest? To Twój kapitał – wiedza i doświadczenie. Zabawa rozpoczyna się od znalezienia puzzli będących elementem biegowej układanki, aby następnie przystąpić do mozolnego składania ich w całość.

Na świadomość biegacza składają się takie elementy jak: prawidłowa technika biegu, rozgrzewka, rozciąganie, dieta, regeneracja, wzmacnianie, siła biegowa, sprawność, itd. Czytaj, rozmawiaj, słuchaj i czerp wiedzę garściami. Ona naprawdę się przydaje.

Bądź testerem dla samego siebie i szukaj takich rad, które wcielone w Twój trening sprawią, że będziesz nie tylko mądrzejszym, ale przede wszystkim mocniejszym, szybszym i zdrowszym biegaczem. Wprowadzaj je w życie i bądź cierpliwy – to wielka cnota biegacza.

RÓŻNE OBLICZA CIERPLIWOŚCI

  • Testuj odzież i obuwie.

Niezależnie jak dużo czasu zostało do maratonu, próbuj w czym najlepiej Ci się biega, co dobrze leży, co nie uwiera, co dobrze oddycha, co jest wygodne. Skomponowanie idealnego stroju na królewski dystans to potem bardzo duży komfort na trasie. Teraz masz na to czas.

Warto wiedzieć, że buty powinny być lekko większe, co zapobiegnie ewentualnemu odgnieceniu i schodzeniu paznokci u stóp. Odzież natomiast powinna być tak dobrana, abyś na starcie czuł lekki chłód. W trakcie biegu ciało błyskawicznie się rozgrzeje.

  • Jeżeli korzystasz ze sprzętu elektronicznego – ucz się jego obsługi.

Zegarki z GPSem, pulsometry czy nawet telefon z wgraną aplikacją biegową – potrafią bardzo pomóc w trakcie codziennych treningów, wskazując parametry Twojego biegu.

Przez całe swoje życie biegałam bez zegarka, ale miałam także inne cele biegowe. Delektowałam się przyrodą i nie w głowie były mi starty w zawodach. Kiedy jednak zaczęłam kierować się wskazówkami planu treningowego, szybko się okazało, że takie urządzenia są niezwykle pomocne. Na początkowym etapie nie są koniecznością, ale im dalej w las, tym dobrze się w nie zaopatrzyć.

Wybierając się na zawody proponuję na dobre kilka, a nawet kilkanaście minut przed startem włączyć funkcję szukania GPS. Jeżeli zamierzasz biec na tempo i ściśle jego przestrzegać, wówczas brak sygnału może porządnie podnieść poziom adrenaliny, zwłaszcza gdy słyszysz już odliczanie do strzału startera. Dnia poprzedniego pamiętaj – naładuj zegarek, aby wyczerpująca się bateria również nie wywołała niepotrzebnego stresu.

  • Testuj żele energetyczne.

Nie wszyscy, ale spora ilość biegaczy korzysta podczas maratonu z zastrzyków energetycznych w postaci żeli. Przyzwyczajaj do nich organizm podczas długich wybiegań. Zdarzają się różne reakcje organizmów na ich skład, dlatego szukaj tych najlepszych dla siebie. Pamiętaj jednak, że eksperymenty w dniu startu nie są wskazane i testowanie nowości zostaw na zwykły trening.

ŻELE ENERGETYCZNE

  • Ogranicz spożywanie alkoholu.

Opinie na temat wpływu alkoholu na organizm sportowca są różne i choć mówi się, że piwo to dobry izotonik, to jednak zwraca się uwagę na te bezalkoholowe wersje. Wysokoprocentowe trunki po prostu się odradza.

PIWO DLA BIEGACZA

  • Rzuć palenie. Palący biegacz nie wzbudza zaufania nawet do samego siebie.
  • Bierz udział w zawodach na krótszych dystansach.

Zanim wystartujesz w maratonie, zmierz się z innymi dystansami. Potraktuj je jak test sprawdzający Twoje przygotowania. Biegi na 10km czy półmaratony to bardzo dobra lekcja, realna ocena stanu wytrenowania oraz możliwa weryfikacja postawionego celu. Dodatkowo, biorąc udział w zawodach, na własnej skórze przekonasz się, co jest dla Ciebie najkorzystniejsze: jaki rodzaj rozgrzewki, jakie masz potrzeby przedstartowe, jak reagujesz na stres, obecność innych biegaczy, atmosferę.

Pamiętaj – nawet najgorszy start jest najlepszym treningiem.

FAZA ŚRODKOWA. PRZED MARATONEM.

  • Nie zapomnij zarejestrować się na bieg.

Rejestracja może odbyć się internetowo bądź osobiście w biurze zawodów. Oczywiście w dobie dzisiejszej technologii opcja pierwsza jest sprawniejsza, choć druga także jest korzystna zwłaszcza, gdy decydujesz się na bieg na chwilę przed jego startem. Oczywiście tu dystans maratoński odradzam.

W trakcie rejestracji będziesz musiał podać dane z dowodu, rozmiar koszulki jaką chcesz otrzymać oraz przede wszystkim będziesz musiał uiścić opłatę startową.

BIEGACZ WYMAGAJĄCA BESTIA

Praktycznie każdy bieg ma swoją stronę www, gdzie znajdziesz wszystkie niezbędne informacje. Przeczytaj regulamin, plan zawodów, godziny otwarcia biura zawodów, gdzie będziesz musiał się udać po odbiór pakietu startowego.

  • Ostatni tydzień przed maratonem wyluzuj.

Zmniejsz długość pokonywanych dystansów, ale ich nie zeruj. Całkowite odpuszczenie biegów nie jest wskazane, ponieważ dobrze jest podtrzymać napięcie mięśniowe. Nie forsuj się jednak, gdyż na budowanie formy jest już za późno.

Pamiętaj, aby zachować zasadę – lepiej zrobić jeden trening za mało, niż za dużo.

  • W każdej chwili kumuluj energię – odpoczywaj! Wysypiaj się i regeneruj.
  • Odżywiaj się z głową.

Dieta to osobny i bardzo pojemny temat. Nie wystarczy zmiana nawyków żywieniowych zastosowana na tydzień przed startem.

„Złota zasada”

Złota zasada biegaczy brzmi – porcja węglowodanów przed treningiem, to dawka energii potrzebnej do jego przebiegu. Porcja węglowodanów plus białek po odbytym wysiłku, to dawka potrzebna do uzupełnienia zużytych zapasów. Odbudowanie glikogenu w mięśniach i w wątrobie jest konieczne, aby odbyć kolejny trening na takim samym poziomie intensywności co poprzedni. Koło się zamyka i nieustannie kręci.

Ta zasada ma także kolosalne znaczenie po maratonie. Pierwsze minuty po przebiegnięciu linii mety decydują jak szybko zregeneruje się Twój organizm. Zadbaj o dostarczenie odpowiednich składników w szczególności, gdy nie w planie Ci roztrenowanie.

CO JEŚĆ I PIĆ

„Ostatni tydzień przed maratonem”

Skupiając się jednak na okresie przed zawodami – spożywaj wówczas jak największe ilości węglowodanów. Często stosowanym przez maratończyków zabiegiem jest zabawa stosunkiem białek do węglowodanów i węglowodanów do białek. Do połowy tygodnia poprzedzającego start maksymalnie ogranicz spożywanie węglowodanów, tak aby organizm całkowicie wykorzystał gilkogen zgromadzony w mięśniach i wątrobie, a następnie odwróć proporcje i spożywaj praktycznie same węglowodany. Złakniony organizm będzie je kumulował, co zapewni Ci więcej siły i energii w trakcie biegu. Wypróbowane – działa.

„Intensywne przygotowania do każdego biegu maratońskiego rozpoczynałem 8 tygodni przed startem. Stosując odpowiednią dietę węglowodanową i białkową w tygodniu pokonywałem ponad 200 kilometrów, a dwa tygodnie przed imprezą niewiele poniżej 200. W czasie diety, kiedy na przykład nie jadłem chleba, czułem wszędzie jego zapach.”

(Bogdan Nowak)

„Kolacja maratończyka”

Odbierając pakiet startowy znajdziesz w nim najczęściej dwie karteczki. Na jednej będzie napisane „pasta party”, a na drugiej „posiłek regeneracyjny”. Niektórzy biegacze wyznają zasadę spożywania przed maratonem tylko i wyłącznie swoich posiłków, aby nie narazić się na sensacje żołądkowe, ale duża grupa korzysta z przygotowanych dań makaronowych zapewnionych przez organizatora biegu. Pasta party odbywa się często w miasteczku biegowym, na dzień przed startem, w godzinach ok. 18:00 / 19:00.

Ilu biegaczy tyle diet, ale na pewno kolacja powinna obfitować w węglowodany, do których możesz dodać już białko – gdy stosowałeś dietę „zmian proporcji białkowo/węglowodanowych”.

„Śniadanie maratończyka”

Jest koniecznością. To, na jak długo przed startem spożyjesz ostatni posiłek jest bardzo indywidualną kwestią. Okres przygotowawczy i zawody na mniejszych dystansach mają być właśnie dla Ciebie testerem przed wielkim maratonem. Musisz wyczuć swój organizm.

Zanim zjesz śniadanie polecam wypić kawę. Uwielbiam ją na co dzień, a w dniu maratonu mała czarna prócz przyjemności z delektowania i wyciszenia przy tej czynności przedstartowych nerwów, pomaga mi stanąć później na linii startu bez zbędnego obciążenia.

Niektórzy sportowcy są tak zestresowani, że jedzą jedynie chleb z dżemem czy miodem. Inni spożywają Müsli, płatki owsiane czy normalne kanapki. Także pora śniadań jest kwestią indywidualną, ale zazwyczaj zjedz na kilka godzin przed maratonem. Jest to czas, w którym z pewnością staniesz na linii startu naładowany energią, ale nie z pełnym żołądkiem.

„W trakcie biegu”

Odżywianie dotyczy się także samego biegu. Jak już zostało wspomniane – uczestnicy kupują żele energetyczne. Mają one konsystencję dżemu i są bardzo słodkie. W zależności od firmy – najczęściej należy je popijać. Plusem żeli jest ich szybka wchłanialność, a przez to kop energetyczny. Nie obciążają one żołądka, który odnosi się wrażenie – kurczy się w trakcie wysiłku. Jest to ich przewaga nad batonami energetycznymi. Z tych także korzystają biegacze, przy czym należy mieć świadomość, że tu proces przeżuwania może trwać dłużej, a klejąca konsystencja utrudnić oddychanie. Z mojego doświadczenia wynika, że batony energetyczne to idealna przekąska, ale na długie wybiegania.

Mój pierwszy maraton przebiegłam „zasadą gry komputerowej” – moim celem były banany serwowane na punktach odżywczych trasy. Gryz na każdym był koniecznością. Teraz korzystam z żeli, a na punktach staram się tracić jak najmniej czasu. Znaleźć tam można jednak prócz bananów kostki czekolady, ciastka, kostki cukru czy cząstki pomarańczy, a nawet arbuza.

„Po maratonie”

Posiłek regeneracyjny jest daniem pakietowym serwowanym po zakończonym biegu. Tu sytuacja wygląda różnie i do tej pory nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak często na stole gości grochówka. Polecam jednak zaopatrzyć się w mieszankę węglowodanowo-białkową, która szybko uzupełni ich straty w organizmie. Po takim zastrzyku, gdy trochę ochłoniesz – zjedz pełnowartościowy posiłek i uzupełniaj płyny wraz z minerałami.

  • Dużo Pij! Ale ważne – kiedy.

Przygotowanie pod długotrwały wysiłek fizyczny, to nie tylko przyjmowanie napojów podczas zawodów, ale przede wszystkim zbudowanie solidnej bazy na długo przed biegiem. Zapewni to bezpieczny poziom nawodnienia komórek ciała. Co zyskasz? Spożywanie już niewielkiej ilości płynów przed zawodami, a w trakcie ich trwania uzupełnianie strat w ilości ok. 150ml na każde 20minut biegu, zachowa prawidłowy bilans wodny, jednocześnie bez konieczności odczuwania potrzeby skorzystania z toalety.

Niemniej, gdy poczujesz taką potrzebę, nie ma nic gorszego niż wstrzymywanie. Nie ma również nić gorszego dla maratończyka walczącego o życiówkę, gdy musi zejść w ustronne miejsce, tracąc przy tym cenne sekundy.

ŚMIERDZĄCY TEMAT

Rozstawione na trasach punkty wodne i odżywcze mają na celu ochronę przed odwodnieniem, dlatego tak ważne jest wypijanie kilku łyków napoju na każdym z nich. Otrzymasz plastikowy kubeczek od wolontariuszy wypełniony do około połowy wodą lub napojem izotonicznym. Możesz przejść do marszu i spokojnie się napić bądź nie przerywając biegu chwycić kubek, zgnieść go tak, aby utworzył się dziubek i wypić kilka łyków. Nie oblejesz się i jest szansa, że więcej płynu trafi do Twoich ust.

Możesz także chwycić dwa kubki, co nie zostanie potraktowane jak zachłanność, zawartością jednego się napoić, a drugi wylać na głowę.

W trakcie upalnych zawodów Organizatorzy stosują czasami kurtyny wodne, przez które przebiegają uczestnicy. Woda chłodzi rozgrzane ciało i przynosi orzeźwienie. Korzystaj z nich i nie przejmuj się, że będziesz wyglądał jak mokry szczur. W trakcie maratonu niewiele jest osób, które przejmują się swoim wyglądem – oni walczą o przetrwanie, no chyba że dobrze się przygotowali i postawili racjonalny cel. Ale przecież i Ty do tego dążysz, prawda?

  • Jeżeli biegniesz w obcym mieście – poznaj je chociażby palcem na mapie.

Idealnym rozwiązaniem jest przyjazd do miasta goszczącego na dzień przed zawodami. Zaoszczędzi to sporo nerwów w dniu startu, tym bardziej, że większość maratonów rusza ok. 09:00 / 10:00 rano. Dobrze mieć poranek tylko dla siebie.

Najlepiej, abyś o wiele wcześniej miał już zarezerwowany nocleg, ponieważ lokalizacje blisko miejsca startu rozchodzą się jak świeże bułeczki. Prześledź trasę do biura zawodów, na linię startu, zorientuj się, gdzie zlokalizowane są strefy depozytu, przebieralnie. Wydrukuj regulamin plus najważniejsze informacje wraz z mapkami i w wolnej chwili poczytaj.

  • Jeżeli udajesz się na zawody samochodem…

 i jesteś w dodatku kierowcą – postaraj się tak zorganizować podróż, aby organizm mógł się obudzić po nużącej jeździe. Tu także idealnym rozwiązaniem jest przyjazd do miasta goszczącego na dzień przed zawodami. Zastane mięśnie, spuchnięte nogi, ich ciężkość, to częsty objawy, które na pewno nie wpłyną pozytywnie na samopoczucie podczas biegu.

Jeżeli możesz, na start wybierz się komunikacją miejską. Nie będziesz stał w korkach, nie będziesz szukał miejsca parkingowego. Często numer startowy jest w dniu maratonu – biletem na przejazd.

  • W przeddzień biegu – prześledź prognozę pogody.

Co prawda na pogodę nie ma się wpływu, ale można się odpowiednio przygotować. Dobierz odpowiedni strój pamiętając, aby spakować także rzeczy, w które ubierzesz się po biegu.

Na start lepiej ubrać się lżej, niż po kilku kilometrach czuć dyskomfort przegrzania. Jeżeli przed startem jest chłodno, a torbę zostawiłeś już w depozycie – zaopatrz się w folię NRC lub zwykły worek na śmieci. Okryj nim ciało, a na kilka minut przed strzałem startera odnieś na pobocze. Służby porządkowe na pewno go zabiorą, a Ty nie stracisz energii na ogrzewanie organizmu i zaoszczędzisz ją na bieg.

  • Odbierz pakiet startowy.

Tu, w zależności od rangi imprezy, jest to reklamówka z logo sponsora, choć bywają także plecaczki, torby czy worki. Wiadomo, że solidniejsza rzecz przetrwa dłużej, a im bardziej poręczna i funkcjonalna, tym reklama dla firmy długo-trwalsza, bo biegacze chętnie chwalą się na imprezach gadżetami okraszonymi nazwami obco brzmiących biegów. To samo dotyczy koszulek, jakie można znaleźć w pakiecie. W środku mamy także numer startowy, agrafki, czipy, kartki na posiłki i wiele ulotek bądź mniejszych prezentów przekazanych od partnerów i firm wspierających: izotoniki, batony, środki chemiczne. Wszystko zależy od tego, kto współpracuje z organizatorem.

Pakiet należy się każdemu uczestnikowi po dokonaniu opłaty startowej. Odbierz go w biurze zawodów. Uprzednio zorientuj się, jaki przydzielono Ci numer startowy, a następnie udaj się do stanowiska obsługującego ten właśnie przedział cyfr. Informację o numerze albo otrzymałeś wcześniej na maila podczas rejestracji, albo sprawdź listę wywieszoną na ścianie w biurze zawodów.

Wolontariusze poinstruują Cię, co znajduje się w pakiecie, a niejednokrotnie poproszą o przyłożenie czipa do ekranu komputera, aby sprawdzić czy wyświetlające się dane należą do Ciebie.

Dużym uznaniem cieszą się wśród biegaczy koszulki danego biegu. Ta pierwsza, z nazwą maratonu, w którym debiutujesz jest niezwykłą pamiątką.

  • W dniu startu zwróć uwagę na buty.

To, w jakim obuwiu przebiegniesz maraton, ma bardzo duże znaczenie. Sprawdź to podczas swoich przygotowań.

Po rozgrzewce popraw sznurowadła raz jeszcze. Zrób najlepiej supeł, abyś nie musiał stawać i zawiązywać rozwiązanych butów w trakcie biegu. Nic tak nie wybija z rytmu jak sznurowadła i potrzeba skorzystania z toi-toia.

Zabezpiecz końcówki, aby nie latały na wszystkie strony. Nie zawiązuj butów jednak zbyt ciasno, aby puchnące stopy miały szansę na komfortową pracę. 

Przed startem pamiętaj o zamontowaniu czipa. Jest to najczęściej, mówiąc obrazowo, plastikowy żeton z otworami do przeplecenia przez nie sznurowadeł. Czip to bardzo ważny element, który pozwoli na sklasyfikowanie Ciebie w tabeli wyników. Na stronie partnera biegu – firmy zajmującej się profesjonalnym pomiarem czasu, przedstawione zostanie tempo Twojego biegu na poszczególnych odcinkach trasy oraz wynik końcowy netto i brutto.

Jak to się dzieje? Na trasie zawodów rozłożone zostają maty, które sczytują dzięki czipowi Twoje dane. Na maratonie dzieje się tak zwykle od momentu startu co 5km, aż do linii mety.

Uwaga – po zakończonym biegu czip musisz zwrócić, wrzucając go do specjalnych pojemników.

Co dobrze wiedzieć – czas netto jest wynikiem od momentu przekroczenia przez Ciebie linii startu do momentu przekroczenia linii mety, natomiast czas brutto od momentu wystrzału startera. Czasy te będą dla Ciebie ważne, gdy wystartujesz w maratonie, w którym liczba uczestników sięga tysięcy. Wówczas może się okazać, że dawno już padł strzał, a ty nadal stoisz i czekasz na przebiegnięcie linii startu, ponieważ zrobił się korek.

  • Numer startowy.

Powracając do kwestii czipów. Występują nie tylko te mocowane do sznurowadeł. Bardzo często spotkać można specjalne blaszki domontowane do rewersu numeru startowego. Numeru raczej nie zapomnisz na start. Przypnij go agrafkami z przodu koszulki tak, aby był widoczny dla organizatorów oraz… aparatów dokumentujących bieg. Po maratonie będziesz mógł się odnaleźć na zdjęciach, po numerze właśnie. 

Uwaga: numeru nie musisz nikomu oddawać. To Twoja pamiątka.

  • Zabezpiecz się kobieto, zabezpiecz się mężczyzno.

Większość rad jest uniwersalna, jednak jest kilka różnic pomiędzy biegaczkami, a biegaczami.

Panie biegnące w trakcie dni menstruacyjnych nie mają lekko. Pomijając gorsze samopoczucie w tych dniach, dochodzi jeszcze zwyczajnie kwestia komfortu.

KOBIECY OKRES

Nic z tym fantem się jednak nie uczyni i należy go zaakceptować. W strefie miasteczka biegowego przygotowane są toalety, z których możesz skorzystać do ostatnich minut przed startem. Zaopatrz się w chusteczki nawilżane oraz pakiet tamponów. Niewątpliwie jest to korzystniejsza opcja niż podpaska, dlaczego – biegaczki już wiedzą. Jeżeli chcesz dodatkowo zabezpieczyć się psychicznie – wybierz taki kolor stroju startowego, który zatuszuje ewentualne niespodzianki.

Spora grupa biegaczek zastanawia się także nad kwestią makijażu.

Maraton to pot, łzy, woda, zmęczenie, wiatr, itd. Naprawdę warto pomyśleć czy makijaż jest konieczny. Na pewno skorzystaj z dobrego kremu czy ewentualnie podkładu. Ten i tak jednak spłynie, a na twarzy porobią się strugi i zacieki, niezależnie jak dobrej będzie firmy.

Rzęsy najlepiej przeciągnij wodoodpornym tuszem, jeżeli nie zamierzasz trzeć oczu w trakcie biegu – ale tego debiutując przecież nie wiesz, prawda?

Długie włosy najlepiej związać w kucyk lub mocny kok. Zdarzają się panie biegające w rozpuszczonych włosach, ale ja osobiście preferuję wersję związaną.  

Panowie natomiast powinni zadbać o brodawki sutkowe. Pot w połączeniu z koszulką, po kilkunastu kilometrach biegu zamienia się w sztywną tarkę i skutecznie ściera delikatną skórę. Krwawe plamy na koszulce to częsty widok, ale co gorsza zapewne i bolący. Przetestuj plastry, które nie będą się odklejały podczas biegu. W niektórych sklepach można się także zaopatrzyć w nakładki na sutki.

Panie nie mają takich problemów, ponieważ biustonosze skutecznie chronią piersi. Jest jednak jedna uwaga. Biustonosz powinien być tak dobrany, aby podtrzymywał i chronił biust. Zapewniają to modele sportowe. Te koronkowe czy z fiszbinami nie nadają się na start, ponieważ powodują obtarcia.

Obie grupy biegaczy powinny także zadbać o stopy. Nie obcinaj paznokci na dzień przed startem, bo ewentualne drobne rany czy wrastające paznokcie będą katuszami w trakcie biegu. Możesz zabezpieczyć także stopy smarując je kremem typu „second skin”.

  • Co to jest depozyt.

W pakiecie startowym znajdziesz worek oraz naklejkę z Twoim numerem startowym. Jest to worek na depozyt. Gdy będziesz jechał na start będziesz miał ze sobą „prywatne ubranie”, dokumenty, telefon czy rzeczy na bieg. Po przebraniu się w ubiór startowy schowaj wszystko do worka, a następnie oddaj go wolontariuszom w specjalnych strefach numerycznych. Po biegu właśnie po nich łatwiej będzie odnaleźć Twoją własność.

  • Obierz taktykę.

W momencie przypływu adrenaliny, kiedy czuje się „tu i teraz”, niestety wielu biegaczy popełnia podstawowy, kardynalny błąd. Za szybko, za bardzo. Pamiętać należy bowiem, że nie ten kto szybko zaczyna, równie szybko kończy. Umiejętność powściągliwości i samokontrola na początkowych kilometrach, skupienie energii i nie pozwolenie sobie na rywalizację od linii startu – zaprocentuje w drugiej połowie dystansu. Dowiedziono, że tempo nawet kilka sekund na kilometr szybsze niż to planowane, a zgodne z uśrednionym tempem adekwatnym danemu wynikowi na mecie, może zaprzepaścić cały okres przygotowań.

Pamiętaj – wielcy biegną pół dystansu na hamulcu, aby potem móc pokazać, na co ich stać.

STRATEGIE NA MARATON

„Powodzenie w biegu maratońskim zależy moim zdaniem od trzech czynników. Trzeba w odpowiedni sposób pokierować przygotowaniami, żeby szczytem formy trafić właśnie w określonym dniu. Ważna jest też trasa, na której rozgrywany jest bieg oraz warunku atmosferyczne. Jeżeli wszystko odpowiada zawodnikowi, można spodziewać się dobrego wyniku.”

(Bogdan Nowak)

  • Zrób rozgrzewkę.

Na około 30 – 45 minut przed startem rozgrzej się. Potruchtaj, zrób kilka szybszych odcinków. Przygotuj ciało. Nie przesadzaj jednak. Masz się pobudzić do pracy, ale nie zmęczyć.

  • Skorzystaj z toalety.

Nerwy i stres przedstartowy sprawiają, że biegacze odczuwają częstszą potrzebę skorzystania z toalety. Z drugiej strony chcą stanąć na linii startu z pustym pęcherzem, dlatego zanim to nastąpi stoją w długich kolejkach do toi-toi. Zrób to samo, przy czym weź pod uwagę zakładkę czasową dzielącą Cię do godziny zero. Tu także chodzi o Twój komfort psychiczny.

Jeżeli nie walczysz o życiówkę i nie liczysz minut – toalety będziesz miał usytuowane na trasie. Tu kolejki będą mniejsze. Mężczyźni często korzystają z przydrożnych drzew – Paniom tę wersję odradzam.

  • Patrz na siebie i niczego nie zmieniaj w ostatniej chwili.

Emocje potrafią porwać tłumy, ale podczas maratonu bądź wierny sobie. Nie testuj nowości, bo kolega proponuje, nie porównuj się z innymi biegaczami, bo na trasie każdy walczy sam. Przygotuj się psychicznie przed i nie daj się zbić z tropu. Ufaj sobie.

FAZA KOŃCOWA. PO MARATONIE.

  • Po biegu bądź z siebie dumny.

Pokonanie dystansu maratońskiego to wielkie święto i chociaż możesz w głowie powtarzać słowa „nigdy więcej” – zobaczysz, następnego dnia zmienisz zdanie i zapragniesz powalczyć o nową życiówkę.

„Sukces sportowy ma dla mnie różny wymiar. Na przykład bardzo cenię sobie jedenaste miejsce w mistrzostwach Polski w 1982 roku, podczas których uzyskałem najlepszy swój rezultat 2:16,41, niż drugą lokatę podczas Maratonu Pokoju, rok później. Do mnie należy rekord okręgu w maratonie. Ma on dla mnie dużą wartość, bowiem w swoim czasie ten, który pobiłem był rekordem Polski.”

(Bogdan Nowak)

Na zakończenie chciałabym życzyć Ci cudownych chwil podczas Twojego pierwszego maratonu. Wiem, z jakim pokładem emocji się to wiąże i wiem również, że to jedno z większych wydarzeń życia.

Trzymam kciuki, życzę powodzenia i mam nadzieję, że powyższe rady się przydadzą.

Gdy będziesz już po maratonie – podziel się wrażeniami i swoimi spostrzeżeniami.

Napisz: malgorzata.nowak@treningbiegacza.pl

Fragmenty cytatów pochodzą z wywiadu przeprowadzonego z moim tatą Bogdanem Nowak dla Gazety Olsztyńskiej, z dnia 12.03.1986.

Fotografie pochodzą z rodzinnego archiwum.

https://treningbiegacza.pl/adidas/kobiety-o-bieganiu/item/1154-trzese-portkami-przed-maratonami

 

„Lekarze powiedzieli, że mam iść do domu i czekać na śmierć”

Dobry gość można brać przykład, porażką jest że żeby dostać diagnozę stan zdrowotny musi się pogorszyć, ale cóż w końcu to polska służba zdrowia :/

Rafał nie posłuchał lekarzy. Walczy o Życie i Marzenia. Jak sam mówi – przez duże Ż i duże M. Nie poddaje się mimo że choroba z którą walczy jest śmiertelna i nieuleczalna.

Rafał Zieliński walczy ze śmiertelną chorobą
Rafał Zieliński walczy ze śmiertelną chorobą • Federico Caponi

SLA, czyli inaczej mówiąc stwardnienie zanikowe boczne to strasznie rzadka i bezlitosna choroba. Polega na tym, ze chory traci władze w mięśniach. Dość trafnie jej okrucieństwo opisał jeden z portali:

„Przebieg SLA i jej objawy przypominają sadystyczne znęcanie się nad człowiekiem. Paskudna i okrutna choroba unicestwia organizm, który po ostatnie dni zachowuje pełną świadomość. Dotknięty schorzeniem widzi jak mięśnie stopniowo zanikają. Czuje jak życie powoli, oddech po oddechu, się z niego ulatnia. Podejrzewa, że z tego nie wyjdzie, że koniec jest bliski, choć on przez długi czas nie chce nadejść. To precyzyjny i rozłożony na kilkanaście miesięcy wyrok śmierci”

Dodajmy, że koniec choroby zazwyczaj wygląda tak, że pracy odmawiają mięśnie klatki piersiowej i chory się dusi. Od początku choroby do jej końca jest się więźniem swojego ciała.

31-letni Rafał opowiada mi o tym wszystkim bez emocji i strachu. To urodzony fighter, podróżnik i organizator wielu imprez. Pierwsze objawy choroby pojawiły się u niego w październiku zeszłego roku. Zaczęło się od drgania mięśni w nodze – parę miesięcy później nie mógł już normalnie chodzić. Już wtedy mógł coś podejrzewać, bo na SLA w wieku 44 lat zmarł jego ojciec. Nie dopuszczał tego jednak do siebie.

Spotykamy się u niego w domu. Inaczej byłoby to niemożliwe. Jeszcze rok temu regularnie biegał na siłowni. Teraz bez asysty swojej dziewczyny nie może wyjść z domu.

Bałeś się?

Nie. Pamiętam, że byłem wkurzony, gdy dostałem potwierdzenie od lekarza. Zapytałem się go co mogę teraz zrobić. A wiesz co on powiedział?

?

Że nic.

Nic?

Tak – nic. No nie do końca. Przepisał mi Rilutek – lek, który przedłuża życie o trzy miesiące ale jednocześnie dokumentnie niszczy wątrobę. Na marginesie dodam, że jest drogi. Leczenie nim kosztuje 700zl miesięcznie. Miałem więc pójść do domu, brać ten lek, zacząć słabnąć i czekać na śmierć.

Naprawdę lekarz który zajmuje się SLA nic ci nie doradził?

Doradził tylko, żebym nie dał się nabrać żadnym naciągaczom. No a ja sie wkurzyłem. No bo jak to mam nic nie robić? Wiedziałem już, że Hawking żyje z tym 40 lat. Wiem, że są co najmniej dwie osoby, którym udało się z tego wyjść. Jestem młody, czuje się silny a on mi mówi, że mam nic nie robić. Mówi, że jedni polecają witaminy a drudzy mówią, że mogą zaszkodzić. Jedni zalecają ruch a drudzy mówią, że może tylko pogorszyć sytuacje. Lekarz nie miał mi nic do doradzenia, więc machnąłem na niego ręką. Pamiętam, że po tej wizycie u lekarza usiedliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać racjonalnie co robić dalej.

Z rodziną?

Tak – dokładnie mówiąc z bratem, który bardzo mnie wspiera we wszystkim. Podobnie jak moja mama, choć wiem jak ciężkie to dla niej chwile. Czułem się silny. Może ktoś inny pojechałby w świat i przeimprezował resztę swojego życia i pieniędzy ale tO nie w moim stylu – ja postanowiłem podjąć walkę. Racjonalną walkę. Przede wszystkim postanowiliśmy zrobić konkretny research. I najważniejsze – znaleźć kogoś komu udało się pokonać tę chorobę

Rafał Zieliński
Rafał Zieliński•Federico Caponi

Znaleźliście?

Dwie osoby. Nie udało mi się z nimi skontaktować. Przeczytałem jednak książkę jednego z nich – Dzieli się w niej radami. Twierdzi, że tak naprawdę pomogło mu zdrowe odżywianie. Jest przeciwnikiem jakichkolwiek sztucznych rzeczy. Do tego stopnia, że wyrywał sobie niektóre zęby bo miał w nich wypełnienia starego typu, które zatruwają organizm. Generalnie jednak zalecał zdrowe odżywianie.

Zastosowałeś się do tych zaleceń?

Tak – częściowo tak. Wiesz ja juz dotychczas zdrowo się odżywiałem ale wyeliminowałem ze swojej diety cukier, gluten, sól, mięso, nabiał, jakiekolwiek złe rzeczy. Nawet mleczko kokosowe. Stosuję dużo medytacji i wizualizacji. Cały czas miałem i mam też taką strategię że będę próbował wszelkich możliwych rozwiązań, które nie szkodzą. Byłem u pięciu bienergoterapeutów. Takich prawdziwych – weryfikowalnych, z realnym doświadczeniem. Byłem u szeptunek. Cały czas liczę na to że mój zdrowy tryb życia i zdrowe odżywianie przyniesie skutek. Choroba jednak postępuje w błyskawicznym tempie..

Błyskawicznym?

W październiku zeszłego roku drgały mi mięsnie. Teraz szuram nogami po podłodze i nie mógłbym bez swojej dziewczyny wyjść z domu. W lipcu postanowiłem odejść z pracy i poświecić wszystkie siły i uwagę na walkę z chorobą. Nic to nie pomogło. Od tego czasu różnica w moim zdrowiu jest makabryczna. Wtedy nie miałem żadnych problemów z rękoma. Teraz juz mam nie mogę ich utrzymać dłużej w górze. Przy takim postępie za rok mogę pić mus jabłkowy przez rurkę.

Ten postęp.. to są nagłe skoki czy płynna zmiana?

To jest promil, po promilu. Gdyby obserwować to z dnia na dzień to są to niezauważalne zmiany. Jednak powoli, powoli tak jak kapiąca woda w kranie z każdym dniem ubywa ci sił. Tak jakby ktoś powoli przekręcał ci potencjometr. Życie wycieka z Ciebie kropla po kropli. Jednocześnie umysł pozostaje bez zmian. Jesteś więźniem swojego słabnącego ciała. Czasami gdy siedzę sobie ze znajomymi i jest fajna atmosfera to mam takie chwile, że zapominam o tej chorobie. Dopóki nie próbuję wstać… Nie mam jednak zamiaru czekać z założonymi rękami na dalszy postęp choroby

Rafał Zieliński
Rafał Zieliński•Federico Caponi

Jaką masz teraz strategię?

Teraz najważniejsza bo najbardziej kosztowna jest dla mnie kuracja komórkami macierzystymi. Chcę wykonać taki zabieg w Izraelu, w październiku tego roku. W prywatnej klinice.

Rozumiem, ze w Polsce nie robi się tego typu operacji?

Robi się! Przeprowadzane są w Olsztynie. Wiesz kto był pierwszym pacjentem?

Kto?

Niemiec (śmiech). Ja niestety nie mogę się na nie w tym roku dostać.

Dlaczego?

Bo nie miałem oficjalnej diagnozy. I to mimo, że już w maju lekarz powiedział mi że to co mam to jest SLA. W moim przypadku dodatkowym potwierdzeniem jest fakt, że na SLA zmarł mój ojciec. Lekarze w Polsce myślą jednak procedurami. Jeśli chcesz się dostać na kurację w Olsztynie to musisz mieć diagnozę lekarza stwierdzającą SLA.

No ale Tobie lekarz już w maju powiedział że masz sla, dlaczego nie chciał dać diagnozy?

Tutaj też jest procedura. Lekarz, żeby wydać diagnozę musi stwierdzić zmiany w trzech różnych grupach mięśni. Mówiąc w skrócie – musi być gorzej, żeby dostać diagnozę. Tak mi powiedział lekarz. A ja się go zapytałem co wtedy mi to da? On jednak powiedział, ze takie są procedury i nie ma o czym rozmawiać.

Z tego co wiem diagnozę już jednak dostałeś tak?

Tak – udało mi się uzyskać ją dwa tygodnie temu. Ale było już za późno na dostanie się do Olsztyna na kurację komórkami macierzystymi.

Musisz więc czekać na następny rok?

Musiałbym, ale ja postanowiłem nie tracić czasu. Zacząłem szukać prywatnych klinik, które przeprowadzają takie zabiegi. Znalazłem sporo, sprawdzałem każdą z nich dokładnie. Patrzyłem czy lekarzy którzy tam pracują są znani, czy te kliniki nie mieszczą się gdzieś w jakiś garażach. Potem zacząłem wysyłać maile. Tylko z jednego miejsca dostałem rozsądną i wyczerpującą odpowiedź. To jest klinika z Izraela. Opisali dokładnie co i jak zrobią. Niestety kosztuje to fortunę

Jak dużo?

Jedna kuracja 200 tysięcy złotych. Niestety razem z rodziną nie mamy takich oszczędności.

Federico Caponi

Rozumiem też że może nie skończyć się na jednej kuracji?

Tak, może być potrzebna kolejna w razie niepowodzenia ale ja nie mogę czekać na to aż w przyszłym roku przyjmą mnie do Olsztyna, bo wtedy choroba może już spustoszyć mój organizm i nawet jeśli ją zatrzymam to na jakim etapie? Nie mogę pozwolić na to, żeby coś tak absurdalnego jak pieniądze decydowało o moim być albo nie być. Zaczęliśmy więc zbierać pieniądze, odpaliłem stronę internetową (wbrewsla.pl), kanał na facebooku. Robię co mogę – walczę o swoje marzenia i życie a wiesz co dodaje mi sił?

Rodzina? Brat?

Tak – też, oczywiście. Najbardziej jednak dodaje mi sił, to że ja mam plany. Wiesz jest jedna rzecz bardzo słaba w związku z całą tą chorobą. Ja przez półtora roku planowałem podróż życia. Roczną podróż dookoła świata. Udało mi się porozumieć z pracodawcą i w lipcu tego roku miałem ruszyć. Teraz byłbym w Chinach po podróży koleją syberyjską. Sylwestra miałem spędzić w Australii a potem ruszyć do Ameryki Południowej. To miała być taka podróż, dzięki której odkryłbym siebie tak naprawdę.

Rafał Zieliński
Rafał Zieliński•Federico Caponi

Wygląda na to, że teraz odkrywasz siebie poprzez chorobę. Dała Ci coś? Inne spojrzenie na życie?

Nie miałem czegoś takiego. Wiesz ja już wcześniej czerpałem sporo z życia. Prowadziłem bardzo aktywny tryb życia, byłem świadomy tego jak ważne są chwile i to że trzeba siebie nagradzać. Choroba nie objawiła mi żadnych prawd życiowych. Nie. Może zweryfikowała niektóych przyjaciół.

Odsunęli się?

Niektórzy tak. Może myślą, że nie chcą mi przeszkadzać, że skoro nie dzwonię po pomoc to znaczy, że nie ma co mi przeszkadzać. No ale w czym ktoś miałby mi przeszkadzać? (śmiech). Wielu przyjaciół jednak zachowuje się świetnie. Np kumpel z pracy z którym po prostu cały czas jest sobą i traktuje mnie tak jak dawniej. To jest świetne. Bo wiesz ja w środku w ogóle się nie zmieniłem. I swoich marzeń nie odkładam na półkę. Choć pojawiły się nowe. Ostatnio moja dziewczyna spytała się mnie co zrobię jak wyzdrowieje.

Co odpowiedziałeś?

Że po prostu bym biegał, wszędzie bym biegał teraz.

Tak po prostu?

Tak – jak Forrest (śmiech). Po prostu bym biegał.

TOMASZ CZUKIEWSKI

14 października Rafał zamierza polecieć do Izraela by poddać się kuracji z wykorzystaniem komórek macierzystych. Jedna kuracja kosztuje ok 200 tysięcy złotych

Znajomi Rafała zbierają pieniądze na ten cel. Każdy może pomóc kierując się instrukcjami, które znajdują się na tej stronie internetowej – wbrewsla.pl

Na stronie wbrewsla można też znaleźć sporo informacji o Rafale, SLA i transplantacji komórek macierzystych.

Mentalne strategie na jesienny czas maratonów

Hmm w końcu znalazłem poradnik jak przygotować się i przebiec maraton mentalnie 🙂 Bo przecie wszstko siedzi w głowie 😛

      Różnimy się od innych. Jeśli chcesz coś tam wygrać, biegaj na 100 metrów. Jeśli jednak pragniesz czegoś doświadczyć, pobiegnij w maratonie – Emil Zatopek, Czechy, 4-krotny złoty medalista olimpijski

Już za niecały tydzień rusza Maraton Warszawski (29.09.2013). Zaraz potem kolejne biegi na królewskim dystansie w Poznaniu (13.10.2013), Katowicach (20.10.2013), a także Radomiu i Koszalinie (obydwa 27.10.2013). Frekwencja na biegach ulicznych w Polsce ciągle rośnie. Jest więc spora szansa, że pobiegniesz w którymś z wyżej wymienionych biegów. Super!

Nieważne czy jesteś debiutantem czy weteranem, maraton to nie przelewki. Jeśli jeszcze go nie biegłeś, nie wiesz, co cię czeka. To może i lepiej. Jeśli to twój kolejny maraton, zdajesz sobie już sprawę, że świadomie pakujesz się na kilka godzin do strefy wątpliwego komfortu. W tym przypadku warto posłuchać rady Franka Shortera, złotego medalisty w maratonie z IO w Monachium (1972). Shorter mówi, że aby pobiec kolejny maraton trzeba zapomnieć o poprzednim. Tak można oszukać swój umysł, żeby pozostał w błogiej nieświadomości tego, co nastąpi.

Bez wątpienia do maratonu trzeba być optymalnie przygotowanym fizycznie i psychicznie. Ten, kto pokonał już królewski dystans wie, że bieg maratoński kryje w sobie mnóstwo wyzwań mentalnych. W dzisiejszym artykule prezentuję kilka porad, jak utrzymać koncentrację i zaangażować swoją głowę do ukończenia biegu albo osiągnięcia upragnionego czasu.

Mike Fanelli, amerykański trener biegania z Filadelfii, mówi swoim biegaczom, aby dzielili maraton na trzy części. Pierwszą należy biegać z głową, drugą swoją osobowością, a trzecią – z sercem. Idąc tym tropem, podzieliłem bieg maratoński na trzy segmenty, do każdego dobierając kilka konkretnych porad.

Część pierwsza – od startu do ~15 km – biegamy z głową

Zacznij wolno. Na starcie maratonu najprawdopodobniej będziesz napompowany i bardzo zmotywowany. Jeśli porządnie trenowałeś, dobrze się odżywiałeś i regenerowałeś, będziesz mieć poczucie siły i wielkiej pewności siebie. Będzie ci się chciało biec. To świetnie – jesteś gotowy na wielkie wyzwanie! Mimo tego, nie warto wyrywać się do przodu na samym początku wyścigu. Wielu niedoświadczonych maratończyków przyspiesza już na starcie, co odbija im się czkawką w późniejszej fazie wyścigu. Przebiegnięcie pierwszej części maratonu nieco wolniej jest kluczem do satysfakcjonującego wyniku i dobrego samopoczucia po minięciu linii mety. Dlatego ściągnij wodze. Trzymaj się założonego planu, choćby nie wiem jak bardzo by cię korciło ruszyć „z kopyta”. To zaprocentuje w dalszej części wyścigu.

Biegnij swoje. Jeśli to twój pierwszy maraton, prawdopodobnie wielu biegaczy będzie cię wyprzedzać w pierwszej fazie wyścigu. Być może wyda ci się to deprymujące, szczególnie jeśli jesteś osobą nastawioną na rywalizację. Zupełnie się tym nie przejmuj. Przed tobą jeszcze wiele kilometrów. Biegnij swoim rytmem. Trzymaj się planu. Konsekwencja na długim dystansie jest dużo skuteczniejsza niż nonszalancja. Jeszcze niektórych później przegonisz, biegnąc własnym równomiernym tempem.

Biegnij z zimną głową. Na pierwszych kilometrach będziesz mieć cały czas sporo energii. Będziesz czuć się w miarę świeżo. Do tego będą buzować w tobie emocje związane z biegiem, jego atmosferą oraz kibicami. W trakcie pierwszej części maratonu przydaje się jednak zimna głowa. Spróbuj zachować jak najwięcej energii – fizycznej i mentalnej na dalszą część wyścigu. Spokój jest tutaj twoim największym sprzymierzeńcem. Sposobem na utrzymanie wysokiej koncentracji jest skupienie na technice biegu albo miarowym, rytmicznym oddechu.

Część druga – 15-32 km – biegamy osobowością

Podziel bieg na mniejsze segmenty. Dla mózgu perspektywa przebiegnięcia tylu kilometrów na raz może być odpychająca. Jednak jeśli podzieli się cały maraton na serię odrębnych wyścigów, łatwiej będzie nam to ogarnąć. Dlatego wejdźmy w dialog wewnętrzny i zaproponujmy sobie najpierw bieg na dziesięć  kilometrów, a potem dwa razy po pięć. Można też myśleć o osiąganiu konkretnych punktów na horyzoncie. Na przykład, można powiedzieć sobie: “teraz biegnę do tamtego skrzyżowania”, a jak już się dobiegnie, ustalić nowy, konkretny, widoczny punkt na trasie jako kolejny cel.

Pozostań silnym psychicznie. Twoje przygotowanie mentalne do maratonu będzie poważnie przetestowane właśnie w środkowej części wyścigu. Nie pozwól zdominować się negatywnym myślom czy wątpliwościom. Nie trać wiary! Przypomnij sobie wszystkie godziny ciężkiego treningu i poświęceń, które pozwoliły ci w ogóle wystartować w tym pięknym biegu. Pomyśl sobie, jak wartościowego podjąłeś się doświadczenia. Jak będziesz się czuć, kiedy już przekroczysz linię mety? Wyobraź to sobie!

Wygraj z nudą! Nie ukrywajmy – maraton to monotonia. Biegnąc czterdzieści dwa kilometry, wykonuje się ten sam ruch przez kilka godzin. Co tu zrobić, żeby się nie zanudzić? Z perspektywy psychologii sportu najlepiej jest jak skupiamy uwagę na wykonywanym zadaniu, czyli na przykład prawidłowej technice biegu albo rytmie oddechu. Badania wykazują, że tak robią profesjonalni biegacze. Jednak zdaję sobie sprawę, że większość amatorów biegania preferuje techniki dysocjacyjne, czyli takie, które pozwalają na rozproszenie ich uwagi i zajęcie jej czymś innym. Może to być śpiewanie piosenek, liczenie kibiców na trasie, czy rozmowa z innymi biegaczami. Znajdź swój sposób na monotonię maratonu i nie zawahaj się go użyć.

Część trzecia – 32 km aż do mety – biegamy z sercem

Pokonaj ścianę! O zderzeniu ze „ścianą” podczas maratonu pisałem w dwóch osobnych artykułach pod tytułem „Głową w mur” (tutaj można przeczytać o tym czym jest „ściana” długodystansowca, a tutaj jak przez nią przebiec). Zapraszam do ich lektury!

Ustalaj cele. Maraton kończy się krok po kroku. Dlatego najbardziej sprawdzone są tu cele krótkoterminowe, związane z procesem (np. technika biegu – „robię jeszcze 50 kroków” albo rytm oddechu – „liczę moje oddechy do 100”) albo natychmiastowym wynikiem (np. „biegnę do kolejnej latarni” itp.).

Prowadź dialog wewnętrzny. Na ostatnich kilometrach maratonu, wtedy kiedy jest naprawdę ciężko, warto rozmawiać ze sobą i prowadzić pozytywny dialog wewnętrzny! Tutaj również odsyłam do artykułu, który został już opublikowany na portalu.

Jak widzisz przebiegnięcie maratonu to swego rodzaju sposób „obejścia” naszej głowy. Sposoby już znasz, zatem do dzieła.

Źródło.

https://treningbiegacza.pl/trening/psychologia/item/1151-mentalne-strategie-na-jesienny-czas-maratonow