Niszczarka marzeń

Eh chyba też jestem troche wytworem naszego systemu edukacji, ale cóż jakoś sobie w życiu radzę, raz lepiej, raz gorzej.
Konsekwentnie ignorujemy fakt, że nasze dzieci w szkole się nudzą i są nieszczęśliwe. To barbarzyństwo!
Rozmowa z Marzeną Żylińską

Aleksandra Szyłło i Marzena Żylińska, doradczyni minister edukacji, ogladają film o prof. Hütherze i rozmawiają o szkole

„Posłuszeństwo już mieliśmy. Jak w komorach gazowych kończył się gaz, to posłuszni je napełniali” – mówi prof. Gerald Hüther, neurobiolog, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego „Alfabet” Erwina Wagenhofera. Twierdzi, że egzekwowanie od uczniów w szkołach posłuszeństwa i wykonywania poleceń jest szkodliwe.

– W ciągu ostatnich lat neurobiolodzy zrobili ogromny postęp w badaniu mózgu. Po raz pierwszy w historii wiemy, co wspiera, a co hamuje procesy uczenia się. Wcześniej dorośli – nauczyciele, dyrektorzy szkół i rodzice – po prostu zakładali, że wiedzą, jak nauczać. Jedni intuicję mieli lepszą, inni gorszą. Maria Montessori sto lat temu tworzyła we Włoszech szkoły, tak jak gdyby w jednym palcu miała wyniki dzisiejszych badań. Była genialną obserwatorką dzieci. Ale większość szkół wciąż działa jakby na przekór tego, co wiemy o mózgu.

A co wiemy?

– Dzieci uczą się tylko wtedy, kiedy coś je zainteresuje. Nie da się żadnej wiedzy wlać do ich głów pod przymusem. Najlepiej przyswajają wiedzę, gdy są nieznośne: wstają, ruszają się, pytają, komentują, głośno wyrażają emocje.

Lepiej, żeby dziecko było w szkole nieznośne?!

– Każde dziecko ma w sobie wielką naturalną ciekawość otaczającego je świata. Chyba że jest chore, głodne lub ma mocno zaburzone poczucie bezpieczeństwa, brak bliskiej więzi z matką, ojcem i innymi otaczającymi je dorosłymi.

Wystarczy poobserwować, jak niemowlę uczy się siadać, stawać, chodzić. Tyle razy próbuje, aż dopnie swego. Mimo upadków i wysiłku, jaki musi w to włożyć. A jak już nauczy się trochę mówić, potrafi niezmordowanie zadawać kilkaset pytań dziennie: „Co to?”, „A po co to?”, „A dlaczego?”. Dziecko jest zafascynowane światem i robi wszystko, by go odkryć, spróbować, zrozumieć. A teraz zestawmy z tym wyniki badań: 31 proc. uczniów podstawówek i aż 60 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych nudzi się na lekcjach. (Roczny raport społecznego programu „Szkoła bez przemocy”). 48 proc. uczniów w wieku 7-19 lat boi się niektórych lekcji. Co piąty uczeń czuje się w szkole niepewnie i nie na swoim miejscu. Według badaczek pracujących pod kierunkiem prof. Gizy-Poleszczuk najczęściej doznawane w szkole uczucia to „nudzę się” i „boję się niektórych lekcji”.

Dziecko w szkole dostaje komunikat: nikogo tu nie interesuje, co ciebie interesuje. Bądź cicho i słuchaj, musimy gonić z programem. Dziecko się buntuje, chce jeszcze czegoś się dowiedzieć, zrozumieć – dostaje uwagi do dzienniczka i etykietkę „niegrzecznego”. Większość dzieci daje się w końcu sformatować, bo ma ogromną potrzebę więzi z opiekunem. I jeśli wciąż dostaje sygnały, że opiekun jego chęć poznawania świata odbiera jako złe zachowanie, to zaczyna obierać inną strategię.

Czyli?

– Prof. Hüther opisuje ten proces w książce „Wszystkie dzieci są zdolne”. Dziecko gotowe jest postępować wbrew swojej naturze i potrzebom, byle tylko zadowolić opiekunów. Gotowe jest godzinami wypełniać nudne ćwiczenia, przestać pytać, wstrzymuje siku całą lekcję, by znowu zobaczyć uśmiech na twarzy mamy, dostać piątkę od nauczycielki albo stempelek z uśmiechniętą buźką, a w końcu świadectwo z czerwonym paskiem. Tylko że za tę przemianę – z odkrywcy w wykonawcę poleceń – dziecko słono płaci. Traci wewnętrzną motywację, która kazała mu niestrudzenie poznawać świat, próbować, tworzyć. Działa już tylko napędzane motywacją zewnętrzną: kijem i marchewką. Z roku na rok w szkole coraz więcej jest żmudnej, przymusowej roboty, coraz więcej więc potrzeba kijów i marchewek. Potem nauczyciele zastanawiają się na konferencjach, jak zmotywować uczniów do nauki. Czyli jak przywrócić im to, co szkoła zniszczyła! Malutkie dzieci nie mają problemu z sensem i celem. Po co maluch robi pierwsze „eksperymenty” w wannie czy piaskownicy? Bo chce się dowiedzieć! Po co ogląda pierwszą książeczkę? Żeby poznać! A człowiek motywowany zewnętrznie, czyli tresowany, jeśli mu zabrać kije i marchewki, to nie wie już, czego chcieć. Nie wie, po co żyje.

Argumenty takich reformatorów jak prof. Hüther to twarda nauka. Z badań wynika, że wśród dzieci poniżej piątego roku życia 98 proc. jest kreatywnych na poziomie geniuszu. Znajduje wiele niestandardowych rozwiązań dla jednego problemu. Wśród dzieci w wieku 8-10 lat już tylko 32 proc. Wśród 15-latków – 10 proc. W grupie powyżej 25. roku życia – 2 proc.

W filmie „Alfabet” Yakamoz Karakurt, 15-letnia prymuska z Hamburga, odczytuje swój list otwarty, który w 2011 roku opublikował magazyn „Die Zeit”.

– „Mam problem. Chcę złożyć skargę, tylko nie wiem, do kogo. Moje życie to stres i presja. Nie ma czasu i sił na hobby. Nie ma wypoczynku ani zabawy. Budzę się i pędzę do szkoły, zadania szkolne kończę o godz. 23. Każdy wie, że szkoła to nie życie, ale moje życie jest w szkole. Oczekuje się od nas, żebyśmy byli maszynami, które pracują co najmniej 10 godzin dziennie. Czy dorośli, którzy podejmują za nas decyzje, próbowali kiedykolwiek wczuć się w nasze położenie?”. To typowa sytuacja świetnego ucznia. Zapytajmy siebie, czy nie przeraża nas to, że rosną ludzie, którzy nawet nie mają siły i czasu pomarzyć.

Jednym z najbardziej przejmujących obrazów z „Alfabetu” jest twarz innego prymusa, chińskiego chłopca, wielokrotnego zwycięzcy olimpiad matematycznych. Stoi przy matce, która z dumą pokazuje do kamery jego medale i dyplomy. Spojrzenie chłopca jest nieobecne. To spojrzenie więźnia. Razem z filmowcami zwiedzamy chińską szkołę, która jest tak ambitna, że dzieci uczą się po nocach, by przerobić program w rok zamiast w ciągu dwóch lat. Andreas Schleicher, szef programu testowego PISA, mówi: „Może nie chcielibyśmy tego dla naszych dzieci, ale musimy wziąć pod uwagę, że takie kraje jak Chiny rozwijają się z zawrotną prędkością, muszą gonić”. Ten komentarz Schleichera jest niewiarygodny? Swoim dzieciom nie chcielibyśmy robić czegoś takiego, ale „tamtym” możemy. Chińskie „najlepsze” szkoły to przykład skrajny. Ale na naszym podwórku też konsekwentnie ignorujemy fakt, że dzieci w szkole się nudzą i są nieszczęśliwe. To barbarzyństwo!

Są jednak osobowości, które się szkole nie dają sformatować.

– Ludzie wybitni bardzo często w szkole byli źle oceniani. Hüther sypie przykładami: Thomas Edison, wielki wynalazca, członek Narodowej Akademii Nauk – był najgorszym uczniem w klasie. Nauczyciele Marcela Prousta uważali jego wypracowania za beznadziejne. Pablo Picasso nigdy nie zapamiętał kolejności liter w alfabecie. Giacomo Puccini bez przerwy oblewał egzaminy. Paula Cézanne’a nie przyjęto do Akademii Sztuk Pięknych. Albert Einstein rozmyślał bez końca nad jednym zadaniem, podczas gdy jego rówieśnicy przerobili już dziesięć zagadnień i szli do domu. Poza tym mały Albercik niczego nigdy nie potrafił nauczyć się na pamięć. Popatrzmy, jak dorosły już Einstein skomentował własne sukcesy: „To nie jest jakiś wyjątkowy talent, to po prostu moja namiętna ciekawość świata”. Lista upartych, których system edukacyjny nie zdołał złamać, mogłaby zająć całą „Gazetę”. Pytanie, czy mamy zamiar się cieszyć, że komuś udało się osiągnąć coś pomimo szkoły. Upór i silny charakter nie są cechami premiowanymi przez szkołę. Przeciwnie. Proszę też zauważyć, że szczęście i teraźniejszość też nie są wartościami w systemie szkolnym. Od małego uczymy się, że musimy zmuszać się do udręki w imię jakiejś „przyszłości”. Ale czy człowiek, który przez lata programowany jest do wykonywania cudzych poleceń – powtarzalnych nudnych czynności – nagle po przekroczeniu jakiejś magicznej granicy będzie umiał cieszyć się teraźniejszością? Być szczęśliwy? A gdzie miałaby przebiegać owa magiczna granica, po przekroczeniu której człowiek ma wreszcie prawo robić to, co go pasjonuje? Hüther cytuje Johna Lennona: „Kiedy miałem pięć lat, mama mówiła mi, że szczęście jest kluczem do prawdziwego życia. Gdy poszedłem do szkoły, zapytali mnie, kim chcę być, gdy dorosnę. Odpowiedziałem: chcę być szczęśliwy. Powiedzieli mi, że nie zrozumiałem pytania”.

Pani córki, dzięki pani wiedzy o szkole, miały łatwiej?

– Mam duże wyrzuty sumienia, że nie uchroniłam ich przed naszym opresyjnym systemem. Zwłaszcza Oli, starszej. Bo Ada, młodsza, jakoś umiała prześlizgnąć się przez szkołę, taki sprytniejszy charakter. A starsza bardzo walczyła. Dyskutowała z nauczycielami nad sensem tej czy innej pracy, płakała wieczorami, nie umiała się przystosować. Wciąż dostawała po głowie. Odżyła dopiero na studiach w Londynie. Teraz poważnie rozważa, czy nie pozwać polskiego państwa za 12 straconych lat. Mówi mi: „Przecież z twoich prac naukowych wiem, że kortyzol, hormon stresu, który zalewał mnie w dzieciństwie, w długiej perspektywie wywołuje lawinę chorób. Mogą ujawnić się dopiero po czterdziestce. Należy mi się odszkodowanie”.

Czy to nie paradoks, że przez kilkanaście lat w szkole szczególnie dużo czasu musimy poświęcać przedmiotom, do których nie mamy zdolności, tylko po to, żeby zdać? A na to, do czego mamy talent, co świadczy o naszej wyjątkowości, zazwyczaj nie pozostaje już wiele czasu. Z punktu widzenia neurobiologii nie ma sensu uczyć się czegokolwiek raz na tydzień.

Jakie nauczanie jest przyjazne mózgowi?

– Opowiem pani na przykładzie pokemonów. Przebadano kilkulatki, wśród których panowała moda na te bajkowe postaci. Okazało się, że znają więcej pokemonów niż zwierząt. A to nauka o zwierzętach jest przecież w programie przedszkolnym. Dzieci nie tylko potrafiły bezbłędnie nazwać te stwory, ale też podać charakterystyczne cechy każdego z nich, wskazać, który jest najcenniejszy, bo karta z nim jest rzadka. Oczywiście każdy rodzic intuicyjnie wie, dlaczego dzieci znają więcej pokemonów niż zwierząt gospodarskich. Bo one tym żyją, emocjonują się. Żadne dziecko nie wkuwa przecież w męczarniach ich nazw. Kilkulatki zafascynowane dziś „Star Wars” znają kilkuczłonowe nazwy postaci w obcym języku, ich atrybuty. Znają skomplikowane nazwy ich pojazdów, typy broni, często potrafią poprawnie zapisać je po angielsku. Przecież to są te same dzieci, które w pierwszych klasach podstawówki mają ponoć problemy z koncentracją i nie mogą przez pół roku wykuć po angielsku dni tygodnia. To czy pacjent jest zły, czy może terapia nietrafiona? Zawsze mnie zastanawia, że gdy człowiek jest chory, a leczenie nie daje rezultatu, lekarze próbują innej terapii. A gdy dziecko się nie może nauczyć, to szkoła nie zmienia metody nauczania, tylko wpisuje uczniowi złą ocenę.

Podczas nauki, która angażuje nasze emocje, w mózgu uwalniają się neuroprzekaźniki, które można porównać do nawozu, dzięki któremu powstają nowe połączenia neuronalne. Jeśli te informacje są powtarzane z zaangażowaniem, te połączenia stają się trwałe.

Polecenie typu: proszę przepisać do zeszytu definicję fenoli i nauczyć się jej na pamięć, to całkowita strata czasu. W trakcie odrabiania takiej pracy mózg jest uśpiony jak komputer na stand by. Dziecko, które nie chce wypełniać w domu takich ćwiczeń, a chce zamiast tego wisieć głową w dół na trzepaku, wie, co robi.

Jak to? To nie jest marnowanie czasu?

– Gdy dziecko wisi na trzepaku, jego mózg rozwija dwa ważne układy: przedsionkowy i proprioceptywny, określany również jako zmysł czucia głębokiego. Bez informacji o tym, jak zachowuje się nasze ciało, koordynacja wzrokowo-motoryczna nie byłaby możliwa. Dzięki propriocepcji mamy poczucie własnego ciała, możemy iść po ciemnym pokoju, chodzić po schodach, a także trafiać filiżanką do ust.

Poza tym uważajmy z tym upominaniem dzieci, że „marnują czas”. Mózgi dziecięce potwornie tego „trwonienia czasu” potrzebują. Pomarzyć, posnuć się po ogrodzie, pobujać na huśtawce. Byle to „nicnierobienie” nie oznaczało niewolniczego konsumpcjonizmu: telewizor, konsola, zakupy.

Co sprawia, że z genialnych dzieci nie zawsze wyrastają genialni dorośli? Talent – wrodzony czy stworzony?

Neurobiologia mówi, że dziecko uczy się tylko wtedy, kiedy chce się nauczyć. A przecież żeby cokolwiek osiągnąć w jakiejkolwiek dziedzinie, potrzeba systematycznej pracy. Niekiedy żmudnej.

– Zgadzam się, cała zabawa polega na tym, jak do tej systematycznej pracy dojdziemy. Antoine de Saint-Exupéry mawiał: jeśli chcesz, by twoje dziecko zbudowało statek, rozbudź w nim tęsknotę za morzem. Budowanie statku to trudna i żmudna praca, dlatego tak ważna jest pasja, tęsknota. Szkoła nie ma w programie rozbudzania tęsknoty. To ty jesteś ten zdolny Jasio pianista? To proszę: odtąd dotąd z nut na za tydzień. I tak przez 12 lat.

Prof. Hüther włączył się do oddolnej berlińskiej inicjatywy „Budząca się szkoła”, której celem jest tworzenie nowej kultury edukacyjnej, opartej nie na przymusie, ale na pasjach i zainteresowaniach uczniów. Jeden z najważniejszych przedmiotów nazywa się odpowiedzialność. W tej szkole realizowane są różne projekty. Jeden z nich polega na tym, że uczniowie muszą zaplanować wyjazd na cały miesiąc, nie mogą wydać więcej niż 150 euro na osobę. Sami googlują noclegi, sprawdzają bilety. Jedna grupa poleciała do Grecji chodzić śladami pierwszych matematyków. Ale oczywiście uczyli się tam nie tylko matematyki. To są projekty interdyscyplinarne. Dzielenie wiedzy na przedmioty bardzo utrudnia mózgowi naukę.

Czyli to nauczyciele są źli?

– Nie, znam zbyt wielu fantastycznych, zaangażowanych. Nieszczęście panującego systemu polega na tym, że on frustruje wszystkich: i uczniów, i nauczycieli, i rodziców. Nauczyciele rozliczani są z tego, ile wiedzy wtłoczyli do dziecięcych głów (co ma wyjść w testach). Są zmuszani do bycia biurokratami. Muszą pisać rozkłady materiału i szczegółowe scenariusze lekcji, w których rozpisują co do minuty, co ich uczniowie mają w czasie lekcji robić, mówić, myśleć. Przecież to czysty teatr absurdu! I najważniejsze: muszą stale robić „coś” z uczniami, by ci nie przeszkadzali im w pracy. Tylko co? Nakrzyczeć? Wpisać uwagę? Te środki szybko się wyczerpują i pozostaje już tylko narastająca frustracja i coraz bardziej zszarpany głos. Ponieważ czasu jest mało, a materiału dużo, 45-minutowa lekcja często zamienia się w wykład. A aby nauka miała sens, podanie wiedzy powinno zająć maksymalnie jedną czwartą lekcji. Reszta powinna być przeznaczona na przetwarzanie nowych informacji – w grze, dyskusji.

Zdziwiło mnie, że neurodydaktyka jest nie tylko przeciw karom, ale też przeciw nagrodom.

– Opiszę pani eksperyment: dwóm grupom przedszkolaków rozdano kredki i poproszono, by dzieci rysowały. W jednej grupie na tym komunikat się kończył. W drugiej za ładne rysunki obiecano nagrody. Dzieci, którym obiecano nagrody, raz dwa coś tam wykonały i zaczęły rozglądać się za tym, co dostaną. Dzieci, którym nic nie obiecano, rysowały długo i z dużo większym zaangażowaniem. Obiecana nagroda powoduje, że do mózgu idzie komunikat: widać ta czynność sama w sobie nie jest atrakcyjna. Dziecko zaczyna kombinować: zrobię to, jeśli mi się opłaca. Z czasem musi opłacać się coraz bardziej, bo z roku na rok nauki coraz więcej. A nam przecież chodzi o to, by samo odkrywanie świata, zdobywanie nowych umiejętności było odbierane jako atrakcyjne zajęcie.

Neurobiolodzy mówią o ukrytych celach szkoły. Brzmi trochę jak teoria spiskowa.

– Pierwszym jest bezmyślne posłuszeństwo. Model powszechnej szkoły, który działa u nas do dziś, powstał dwieście lat temu w Prusach. Wilhelm Humboldt, jeden z ojców tamtej reformy, ubolewał, że w istocie była ona daleko idącym kompromisem. Opublikowane są listy, w których wyraża rozczarowanie, iż z powodu mocnych wpływów Kościoła i armii nie udało mu się wprowadzić w życie ideałów wychowania w duchu humanizmu. Model naszej szkoły niewiele różni się od pruskiego pierwowzoru. A już wtedy dla światłych reformatorów był on zgniłym kompromisem. Owszem, wprowadzony wówczas obowiązek szkolny otworzył nowe możliwości przed grupami społecznymi, które wcześniej w ogóle nie miały dostępu do edukacji. Ale odziedziczyliśmy model z feudalną strukturą, na wzór silnie zhierarchizowanych instytucji jak wojsko i Kościół.

Problem polega na tym, że jeżeli nasze dziecko wyuczy się w szkole bezmyślnego posłuszeństwa, oznacza to dla niego katastrofę. Świat się zmienił i dziś nie potrzebujemy już ludzi posłusznie wykonujących polecenia przełożonych. Współczesny świat premiuje tych, którzy potrafią być sobą, umieją myśleć i podejmować własne, nawet niepopularne decyzje. Prof. Hüther wskazuje też, że szkoła ma nie tylko wiele wspólnego z Kościołem i wojskiem, ale też z więzieniem. Dzwonek, siad, cisza. Nie wychodź do toalety, nie komunikuj się z nikim, czyli nie gadaj. O naszym modelu edukacyjnym najlepiej świadczą uwagi wpisywane uczniom do dzienniczków. „Rozmawia na lekcji”, „chodzi po klasie”. Chcemy wprowadzać metody aktywizujące, ale uczniom nie wolno ze sobą rozmawiać.

Kolejnym ukrytym celem edukacyjnym szkoły jest praca na czas. Nasz system premiuje tych, którzy szybko rozwiązują zadania. A przecież wiele zawodów nie wymaga pracy na czas. Wręcz odwrotnie, ważna jest w nich np. skrupulatność, dokładność, namysł. Proszę pani, ja nie napisałabym w życiu żadnej książki, gdybym zmuszona była robić to na czas. Co strasznego by się stało, gdyby dano uczniom na rozwiązanie testu tyle czasu, ile potrzebują. Pilnujący nauczyciele musieliby zostać trochę dłużej w pracy.

Pani jest przeciw testom?

– Nie. Testy mogą być przydatne, ale jako narzędzie diagnostyczne, pozwalające na zweryfikowanie stosowanych metod nauczania, a nie jako narzędzie selekcji uczniów, szczególnie tych młodszych. Trzeba pamiętać, że od samego mierzenia jeszcze nikt nie urósł. Test to z punktu widzenia procesu uczenia się, poznawania świata, strata czasu, przerwa w procesie dydaktycznym. Więc testujmy tylko wtedy, gdy realnie jest coś ważnego do sprawdzenia. Nie róbmy testów po to, by ćwiczyć uczniów w rozwiązywaniu testów. Spotkałam polonistę, który powiedział swoim uczniom: „Przez dwa lata uczyłem was pisać. A teraz zapomnijcie o tym, czego was uczyłem. Teraz musimy pouczyć się pisać pod testy”. Testy uczą, że na każde pytanie jest jedna dobra odpowiedź, ale poza szkołą premiowani są ci, którzy zauważają wiele odpowiedzi, mają wątpliwości, potrafią wyjść poza proste czarno-białe dychotomie.

W „Alfabecie” spotykamy też Thomasa Sattelbergera, człowieka, który pracował dla wielkich koncernów, a po 40 latach zrezygnował z korporacji, by prowadzić projekty edukacyjne.

– Sattelberger uczy teraz młodych, że nie wystarczy biec po wynik. Warto zastanowić się, po co się biegnie, jakim kosztem, jaki ma to wpływ na innych ludzi. Kojarzy mi się to ze słowami Aarona Ciechanovera, noblisty, twórcy nowoczesnej terapii antynowotworowej – w wywiadzie udzielonym dwa lata temu „Wyborczej” powiedział: „Całe życie poświęciłem nauce, ale uważam, że nauka sama w sobie nie ma wartości. Wartość ma nauka, która opiera się na podstawach moralnych i etycznych”.

W polskiej szkole większość uczniów nie chodzi na etykę.

– Nie ma etyki i nie rozmawia się o tym, po co ostatecznie zdobywamy całą tę wiedzę. Chcemy, żeby nasi uczniowie byli mądrzy, a ja uważam, że najpierw powinno nam zależeć na tym, by byli dobrymi i porządnymi ludźmi. Dlatego tak ważne jest, jaki użytek zamierzamy zrobić z naszej wiedzy. W „Alfabecie” reżyser pokazał szkolenie korporacyjne. Prowadzący je człowiek, gdy zobaczył samego siebie na ekranie, kazał zamazać swoją twarz. Mówi w filmie: „Macie osiągnąć cel sprzedażowy, nieważne, jakimi środkami”.

To szkolenie najlepszych z najlepszych.

– Ale podobnie jest w szkole. Tu również liczy się tylko wynik. Celem jest bycie lepszym od innych.

Rywalizacja jest w naturze człowieka.

– W naturze człowieka jest współpraca, co zostało udowodnione naukowo. Rywalizowania uczymy się, owszem, od wczesnego dzieciństwa. Ale nie przychodzimy na świat z myśleniem „jemu gorzej, to mnie lepiej”. W „Alfabecie” obserwujemy ciekawy eksperyment z udziałem niemowlaków. Sześciomiesięczne niemowlaki oglądają teatrzyk. Okrągła figurka stara się wspiąć na górę. Trójkąt jej pomaga. Kwadrat – spycha w dół. Potem dzieci mogą sobie wybrać, którą figurką chcą się bawić. Sto procent półrocznych maluchów wybiera trójkąt – „pomocnika”. Każdy chce się zaprzyjaźnić, czy utożsamić, z dobrą postacią. Po pół roku co piąte dziecko wybiera już złośliwy kwadrat. Pytanie: czego doświadczyło przez te pół roku, że ma takie obserwacje? Że czasem fajnie kogoś zepchnąć.

”Alfabet” w reżyserii Austriaka Erwina Wagenhofera powinien obejrzeć każdy dorosły, który ma cokolwiek wspólnego z kształtowaniem dziecięcych umiejętności. Jak zabijamy dziecięce talenty.

W „Alfabecie” spotykamy też Arno Sterna, badacza, edukatora docenionego przez UNESCO, od 60 lat prowadzi w Paryżu Coslieu – pracownię plastyczną dla dzieci. W ogóle nie posłał syna do szkoły.

– Syn André Stern wyrósł na muzyka – gitarzystę i lutnika. Ma już żonę i córeczkę. Widać, że to ciepła rodzina. Arno Stern uciekł do Paryża w latach 30. przed Hitlerem. Można sobie łatwo wyobrazić, dlaczego miał dosyć systemu przycinającego dzieci do gotowego szablonu. Jednak pierwsza rzecz, o jakiej myślę, gdy patrzę na Arno Sterna, to że jego wybór nie jest wyborem dla mas. On jest wybitną osobowością. Widzimy, że zarówno on, jak i jego żona poświęcili synowi ogrom swojego czasu, energii, wiedzy. Ale większość dzieci nie ma tak twórczych i inspirujących rodziców.

Szkoły nie powinny być przechowalniami dla dzieci, ale miejscem, gdzie będą rozwijać swój potencjał i odkrywać własne uzdolnienia.

Twierdzi pani, że wśród dorosłych, zarówno rodziców, jak i nauczycieli, jest zapotrzebowanie na złą szkołę.

– Niestety tak jest. Rodzice mówią: ja przez to przeszedłem, jakoś sobie poradziłem i proszę, wyrosłem na ludzi. To i mojemu dzieciakowi dobrze zrobi. Trzeba się umęczyć, to hartuje, albo – takie jest życie. Później w życiu nie robi się tego, co się chce, tylko to, co się musi – doda wielu. Tak wychowujemy dzieci, takich potem mamy dorosłych.

Na jednej z konferencji podszedł do mikrofonu utytułowany profesor. – Panie profesorze Hüther – zwrócił się do kolegi – tak pan narzeka na szkołę. A przecież pan ją skończył, ja skończyłem i teraz jesteśmy profesorami. Na co Hüther odpowiedział: – Ale kto wie, kim moglibyśmy zostać, gdybyśmy naprawdę mogli w szkole rozwijać nasze uzdolnienia.

To co my, rodzice, możemy zrobić?

– Nie istnieje żaden idealny model czy system, który mógłby zastąpić ten dzisiejszy. Najważniejsze jest zadawanie pytań: czy ma sens, żeby moje dziecko robiło to czy tamto. Musimy wiedzieć, po co wysyłamy dzieci do szkoły. Czy celem jest przygotowanie do zdawania testów, czy może zależy nam na tym, by w szkole nie straciły chęci do uczenia się i by mogły rozwijać swoje talenty. Czy uważamy, że szkoła powinna uczyć rywalizacji, czy raczej współpracy. Jeśli chcemy z całą rodziną wybrać się któregoś popołudnia do parku lub na urodzinowe przyjęcie babci, to napiszmy nauczycielowi, dlaczego nasze dziecko nie odrobiło zadania domowego. Podobne usprawiedliwienie możemy napisać, gdy uważamy, że zadanie, które nasze dziecko powinno zrobić, raczej nie jest rozwijające.

To dostanie jedynkę.

– A jeżeli połowa rodziców z klasy napisze taki list? Jak mieliśmy komunę, to też wielu, nawet wybitnych opozycjonistów nie wierzyło, że za ich życia system padnie. Zmiana jest tuż-tuż, trzeba ją zaprosić. Ja prowadzę blog, kontaktuje się tam ze mną sporo nauczycieli. Jedna nauczycielka opisała taką historię: pracuje w szkole z klasami integracyjnymi. Jej koleżanka wpisała uczniowi uwagę: przeszkadzał w lekcji. Dlaczego przeszkadzał? Bo koledze, który jeździ na wózku, coś spadło i on pomógł mu zbierać. Narobił zamieszania, zamiast w ciszy słuchać wykładu. Ta nauczycielka napisała do mnie, że gdy uwaga była wpisywana, ona nie odezwała się. Ale teraz nie może sobie darować. I zamierza poruszyć tę sprawę w pokoju nauczycielskim. To od nas zależy, jakie wartości przekażemy dzieciom. Neurobiologia pokazuje, że nie musimy się za bardzo głowić nad tym, jak chcemy wychować nasze dzieci. One przecież we wszystkim nas naśladują. Przejmują od nas również system wartości.

Dr Marzena Żylińska zajmuje się metodyką i neurodydaktyką oraz twórczym wykorzystaniem nowych technologii w edukacji. Doradca minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Autorka książek „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi” (Wydawnictwo Naukowe UMK), a także „Między podręcznikiem a internetem”. Rozpoczyna pracę w firmie Young Digital Planet, gdzie zajmie się tworzeniem cyfrowych materiałów edukacyjnych.

Jak uczyć, kiedy podopieczni nie stawiają pytań, bo mają Wikipedię? Przeczytaj w książce „Koniec epoki kredy” >>

Prof. Gerald Hüther: Mózg najlepiej się uczy, gdy chce

– Od dwóch lat z dwójką pedagogów prowadzę przy niemieckim ministerstwie edukacji inicjatywę „Budząca się szkoła”. Mamy 35 ośrodków regionalnych rozsianych po całym kraju, które koordynują działania lokalnie.

Szkołę do projektu może zgłosić każdy: nauczyciel, rodzic, uczeń, dyrektor. Najczęściej robią to nauczyciele. Niezależnie od tego, kto się do nas zgłosi, pierwsze zadanie, jakie dostaje, to stworzyć grupę. Jak największą. I to ta grupa, składająca się z uczniów, nauczycieli i rodziców, wytycza sobie plan działań. My w Berlinie nie mamy żadnego gotowego „planu naprawy”. W dzisiejszym świecie sens ma reforma idąca z dołu do góry. Uczniowie więc np. zgłaszają: „Chcielibyśmy, żeby więcej lekcji odbywało się poza szkołą”. I wszyscy razem zastanawiają się, jak to zrobić.

Wbrew pozorom nie jest tak, że prawo i sztywna podstawa programowa wyklucza takie działanie. Najsztywniejsze prawo jest w naszych głowach i przyzwyczajeniach. Wczoraj spędziłem cały dzień w Warszawie, spotykając się z polskimi urzędnikami zajmującymi się edukacją, i oni twierdzą to samo: prawo daje szkole większy zapas luzu, niż powszechnie się uważa.

Naszą modelową placówką jest Szkoła Ewangelicka w Berlinie (publiczna, nazwa może mylić). Uczą się tu młodzi w wieku 10-19 lat, od piątej klasy do matury. Na początek uczniowie razem z rodzicami i nauczycielami ustalili odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle zamierzają poświęcić kawał życia na chodzenie do szkoły. Stwierdzili, że im więcej się nauczą, tym mają większe szanse uratować naszą planetę. To strasznie ważne, żeby z dziećmi rozmawiać o tym, po co one w ogóle chodzą do szkoły. Mózg najlepiej uczy się, gdy chce i wie, po co.

W Szkole Ewangelickiej nie ma podziału na grupy wiekowe, żadna grupa nie ma też swojej klasy. Szkoła ma laboratoria: fizyczne, chemiczne, biologiczne, salę matematyczną, literatury niemieckiej, angielskiej itd. Uczeń indywidualnie z nauczycielem ustala plan pracy. Zawiera kontrakt, np. przez najbliższe dwa tygodnie będę zajmował się równaniami z dwiema niewiadomymi. I przez ten czas uczeń pracuje w sali matematycznej, gdzie ma podręczniki, pomoce i przede wszystkim kolegów, z którymi umawia się na wspólną pracę. Jeżeli czegoś nie wie – pyta ich. Do nauczyciela przychodzi tylko wtedy, jeżeli koledzy nie potrafią pomóc. W ten sposób dzieci uczą się jednej z najważniejszych rzeczy: współpracy. Środowisko rywalizacji (kto przegoni kolegów i pierwszy się wykaże) zamienione zostało na środowisko współpracy.

Uczeń, gdy czuje, że jest już gotowy, przychodzi do nauczyciela i prosi o sprawdzian. Zdaje i może zająć się innym tematem. Może umówić się z nauczycielem, że w tym półroczu zajmuje się tylko matematyką, bo tak go zafascynowała, że chce się na niej skupić i przerobić materiał z trzech klas. A np. literaturą zajmie się w następnym półroczu.

Uczniowie mają też dwa dodatkowe przedmioty: odpowiedzialność i wyzwanie. Trzeba je zaliczyć. To uczeń decyduje, jak. Wielu chodzi np. do szkół, gdzie jest wiele dzieci imigrantów, i uczy ich niemieckiego, organizując wspólne mecze futbolowe albo grając w szachy. Jest grupa nastolatków, która pomaga w zoo, są wolontariusze opiekujący się seniorami. Szkoła stawia tylko warunek: jeżeli umówisz się z sąsiadką – samotną starszą panią, że będziesz przychodził przez pół roku w każdą środę po południu czytać jej gazety, to musisz się wywiązać. Jeżeli starsza pani będzie na ciebie czekała, a ty nie przyjdziesz, to jest antyodpowiedzialność.

Jak się zalicza wyzwanie? Była grupa, która postanowiła, że przejdą pieszo przez Alpy. Sami musieli wszystko zorganizować: opracować trasę, przemyśleć, co zabrać, gdzie będą spali, czym dojadą. Dla bezpieczeństwa pojechał z nimi student pedagogiki, który jednak dostał jasne zadanie od szkoły: obserwować z dala. Miał zakaz podpowiadania, brania na siebie roli przewodnika czy harcmistrza. Uczniowie z tej grupy trzy dni maszerowali w złą stronę, aż zorientowali się, że są we Francji, zupełnie gdzie indziej, niż planowali. Opracowali plan B, plan powrotu do domu, tak by zmieścić się w budżecie. Twierdzą, że to była jedna z najlepszych rzeczy w ich dotychczasowym życiu. „To znaczy, że jesteśmy samodzielni i silni, z innymi trudnościami też sobie poradzimy”.

W Niemczech każdy nauczyciel musi przeznaczyć jeden dzień w miesiącu na dokształcanie się. Zazwyczaj są to wykłady profesorów uniwersyteckich, dydaktyków. Starsi uczniowie Szkoły Ewangelickiej wpadli na pomysł, że założą firmę i zaoferują prezentacje o swojej szkole nauczycielom z innych szkół. I są bardzo chętnie zapraszani. I zarabiają na tym.

Uczniowie Szkoły Ewangelickiej są jednymi z najlepszych w kraju na egzaminach końcowych. Dziecko, które samo zdecydowało, że się uczy, i po co się uczy, i widzi w tym cel, nie ma powodu, żeby bojkotować naukę.

Ze względu na świetne wyniki tej szkoły przyjeżdżają ją wizytować goście z innych miast, państw. Zabawne, że często na ich twarzach widzimy konsternację, bo budynek szkoły jest… hm, szary, odziedziczony jeszcze po NRD, bo to wschodni Berlin. Z pozoru nie wygląda na nowoczesną, ekskluzywną placówkę.

Prof. Gerald Hüther

Niszczarka marzeń.

„O robieniu kariery nawet nie myślę. Zaczynam mieć dość, ale uciec też za bardzo nie ma gdzie”. Cyfrowy tayloryzm – koniec ciekawych posad?

Dawno nic nie pisałem, bo i nie było o czym 😛 Święta, sylwester, Nowy Rok itd. ale, że akurat ciekawy artykulik się trafił to se wrzucę a co 😀 Coraz więcje tego typu rzeczy czytam i troche t osmutne zwłaszcza, że sam jestem w podobnej sytuacji, nie mniej jednak cały czas się staram ową sytuację zmienić z różnym skutkiem. Tak naprawdę trudno narzekać, bo robota jest, coś tam się robi, pieniądze jakieś są, stresu i ciśnienia raczej nie ma, więc wydwać by si mogło „O co chodzi tym lesrom, wykształciuchom” no, ale właśnie o coś chodzi. Jak się dowiem to pewnie o tym opowiem a na razei robie swoje i stram się nie narzekać 🙂

Młodzi są często rozczarowani tym, że obiecywało się im pracę marzeń, a muszą robić te same czynności każdego dnia. Na zdjęciu: biuro call center jednej z firm we Francji

Młodzi są często rozczarowani tym, że obiecywało się im pracę marzeń, a muszą robić te same czynności każdego dnia. Na zdjęciu: biuro call center jednej z firm we Francji (Fot. JEAN-FRANCOIS MONIER AFP EAST NEWS AFP/EAST NEWS)

Wykonywanie dzień w dzień tych samych obowiązków. Poczucie braku perspektyw na rozwój i awans. Stanowisko specjalisty, ale płaca robotnika. Czy w tym kierunku zmierza rynek pracy?

– Moja praca polega na wprowadzaniu danych do komputera, dzwonieniu do klientów oraz wysyłaniu maili i odpowiadaniu na nie ściśle według procedur obowiązujących w firmie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałam zadanie wymagające samodzielnego myślenia – skarży się 28-letnia Aneta, pracująca od dwóch lat w firmie windykacyjnej.

I mówi dalej: – O robieniu kariery nawet nie myślę. Awansować mogę jedynie na kierownika działu, ale szanse na to są nikłe, bo rotacji na tych stanowiskach praktycznie nie ma. Moja szefowa jest menedżerem od ośmiu lat, czyli momentu powstania firmy. Powoli zaczynam mieć dość, ale uciec też za bardzo nie ma gdzie. Większość firm w tej branży działa na podobnych zasadach, oferuje zbliżone warunki, zakres obowiązków i szanse na rozwój. Nie bardzo wiem, co zrobić, żeby wyrwać się z tego błędnego koła. W sumie nic innego nie potrafię, a nie chciałabym zaczynać w nowej branży od zera – dodaje Aneta.

Rozmowa z Joanną Stępień, konsultantką w firmie GFMP Management Consultants, która wspiera firmy w zarządzaniu oraz prowadzi szkolenia dla menedżerów i specjalistów

Marta Piątkowska: Pani Aneta ma wyjątkowo nudną i mało perspektywiczną pracę.

Joanna Stępień: – Jest o wiele gorzej, przykład pani Anety to problem wielu 20- i 30-latków. W większości narzekają na to samo. Wąski zakres obowiązków, powtarzalność czynności, praca według sztywnych procedur, niskie pensje, brak perspektyw na awans. Punktują, że poprzez rozbudowaną strukturę firmy i rozwodnienie zadań na różne działy nie mają szans się wykazać. Bo to, co chcieliby i potrafią robić, wykonuje według określonego procesu kilka osób. Nie oczekuje się od nich poznawania tajników pracy w danej dziedzinie, zgłębiania jej, tylko machinalnego opanowania pojedynczych czynności.

Dlaczego?

– W głównej mierze jest to związane z kierunkiem rozwoju firm oraz całej zachodniej gospodarki, która dąży do minimalizowania kosztów kadrowych. Ekspert za realizację kompleksowych zadań, a przez to i odpowiednie umiejętności, musiał być dobrze wynagradzany. Robotnicy umysłowi, bo takim mianem możemy grupę, o której rozmawiamy, wykonują jedynie element jego pracy, więc można zapłacić im mniej.

Trend ten Philip Brown, brytyjski socjolog, w książce „Globalna aukcja” z 2011 roku określił mianem „cyfrowego tayloryzmu” – czyli „pracą przy taśmie XXI wieku”. Podniósł alarm, że konsekwencje tych zmian są bolesne zwłaszcza dla młodych pracowników. Przez całą edukację wpajano im, że będą wykonywać ciekawą i rozwojową pracę, że będą rozwiązywać problemy oraz współpracować z ludźmi, a nie zawsze pokrywa się to z obietnicami.

W jakich branżach tayloryzm zakorzenił się na dobre?

– Można powiedzieć, że we wszystkich, ale głównie dotyka pracowników niższego szczebla. W przychodniach medycznych nikt nie narzuci lekarzowi schematu diagnozowania, ale już recepcjonistce każe się każdy kontakt z pacjentem inicjować według narzuconych standardów obsługi. Nawet gdy zna kogoś od lat i pewnie chciałaby być mniej formalna.

Dalej – wśród księgowych i finansistów, w dużej mierze zatrudnionych w Polsce w centrach usług wspólnych, w których muszą wykonywać te same zadania, głównie wklepywać dane do faktur, sprawdzać, czy się zgadzają i następnie generować raporty. Dlatego do takich zadań nie trzeba zatrudniać wykwalifikowanych księgowych, bo może je wykonywać każdy, kto przejdzie pomyślnie wewnętrzny kurs.

Hermetyczne procedury powodują, że nawet pracownicy z kilkuletnim doświadczeniem w rozliczaniu międzynarodowych transakcji nie mają żadnej wartości na rynku pracy, ponieważ potrafią to robić tylko w określonym systemie, na określonym oprogramowaniu. Można powiedzieć, że firma nauczyła ich metody robienia trójkątnych śrubek niepotrzebnych nikomu innemu.

Całe zjawisko wnika jeszcze głębiej, aż do stanowisk menedżerskich i dyrektorskich. Na przykład w dużym londyńskim banku większość decyzji o przyznaniu kredytu jest uzasadnianych przez komputer. To maszyna decyduje, kto i kiedy zostanie odesłany z kwitkiem, człowiek w zasadzie odpowiada jedynie za realizację tych postanowień.

Jakie są tego konsekwencje dla pracowników?

– Na gruncie zawodowym największym problemem jest utrata pracy i późniejsze trudności z odnalezieniem się na rynku. Dopiero wtedy na jaw wychodzi niedopasowanie i do pracowników dociera, że procedury, które mają w jednym palcu, nikomu poza byłym pracodawcą nie są potrzebne. Ponadto ograniczane są możliwości awansu i rozwoju, wynagrodzenia nie rosną, a jedyna nauka związana jest z przysposobieniem pracownika do obsługi nowego klienta, ale na obowiązujących zasadach.

O wiele poważniejsze są konsekwencje psychologiczne. To rosnące poczucie frustracji wynikające z zawiedzionych oczekiwań, a także coraz niższe poczucie własnej wartości, coraz większe ryzyko wypalenia zawodowego oraz poczucie żalu i rozczarowania co do wyboru ścieżki kariery.

W wielu zawodach ludzie docierają do ściany i robią wciąż to samo. Sprzedawcy w sklepach, sekretarki, stolarze, murarze, kierowcy itd. Czym ich stagnacja różni się od przykładów, o których pani mówi?

– Bo największym problemem nie jest rutyna, tylko oczekiwania. Ktoś, kto decyduje się na bycie sprzedawcą w sklepie lub zawodowym kierowcą, wie, na czym polega ten zawód i jakie ma perspektywy na rozwój. Tymczasem robotnikami umysłowymi zwykle zostają młodzi, wykształceni ludzie, których wychowano w przekonaniu, że świat będzie należał do nich. To, co otrzymują, znacząco odbiega od ich wizji wymarzonej pracy.

Inna sprawa, że rozwojowi tayloryzmu sprzyja globalizacja. Małe i lokalne firmy jak na razie wolne są od schematów. Procedury to domena korporacji.

Co w takim razie mają/mogą zrobić pracownicy, żeby nie spędzić całego życia na wprowadzaniu danych?

– Pracodawcy powoli przestają opracowywać ścieżki kariery, bo z jednej strony tak mocno zmienia się ich otoczenie, że nie sposób zaplanować dla wszystkich pracowników przyszłości, gdy przyszłość samej firmy jest niepewna. Z drugiej – nie wiadomo, czy w firmie zostaną ci sami pracownicy, rotacja jest o wiele większa niż kiedyś.

Gdy pracodawca nie chce przejąć odpowiedzialności za naszą karierę, powinniśmy zrobić to sami. Pozwoli to uniknąć przyszłości w gronie bezmyślnych dronów wklepujących dane.

Nie ma jednak określonego zestawu umiejętności, które zagwarantują wszystkim powodzenie. To, co można zrobić i co może pomóc w dłuższej perspektywie wyrwać się z cyfrowego tayloryzmu, to stała czujność na zachodzące zmiany, elastyczność w dostosowywaniu się do zmieniających się wymogów, łączenie kilku dziedzin wiedzy, empatia i umiejętność współpracy z różnymi grupami. Czyli, jeśli zajmujemy się np. programowaniem w określonym języku, oznacza to śledzenie zmian w zapotrzebowaniu na tę umiejętność, stałe pogłębianie wiedzy, poszerzanie doświadczenia o współpracę z klientami z różnych dziedzin, nie tylko tych, którzy przynoszą obecnie najwyższe profity, ale również tych, którzy mogą je przynieść w przyszłości. Trzeba się dokształcać i rozwijać nie pod kątem danego pracodawcy, tylko wymogów rynku. Co z tego, że firma X nie oczekuje ode mnie znajomości danego oprogramowania, skoro wiadomo, że za dwa, trzy lata, wszyscy będą na nim pracować.

Czasem trzeba wymyślić swoją karierę na nowo, szukać szans w innych branżach. Nie bać się wyzwań, szukać alternatyw. Stosowanie się do tych wskazówek jest trudne, a problem pogłębia fakt, że pracownicy godzą się na cyfrowy tayloryzm. Walka odbywa się na złym froncie – mam na myśli walkę o work-life-balance. Pracownicy walczą o przywileje, o pracę bez nadgodzin, o życie bez telefonu służbowego zamiast walczyć o dobrą pracę, czyli taką, która daje rozwój i poczucie sensu.

W zasadzie posunęłabym się do stwierdzenia, że work-life-balance w takim rozumieniu stał się wręcz opium dla osób wykonujących bezmyślne zadania. Wiele procedur, którymi jesteśmy oplątywani, wynika z wybrania najłatwiejszej ścieżki przez zarządzających w poszukiwaniu bezpieczeństwa.

Skoro takie rozwiązanie opłaca się firmie, to dlaczego miałaby coś zmieniać?

– Bo to perspektywa krótkoterminowa. Pełna kontrola pracowników i mikrozarządzanie powodują, że gdy nagle dochodzi do dużej zmiany, powiedzmy załamania rynku, to globalna korporacja okazuje się kolosem na glinianych nogach, który nie jest w stanie elastycznie dopasować się do sytuacji. Zawodzą procedury, a ludzie, którzy normalnie poradziliby sobie w tych okolicznościach, po latach powtarzalnej pracy wypadli z rytmu i stracili zawodową czujność. Na szczęście istnieje alternatywna droga dla industrializacji, tayloryzacji pracy.

Jaka?

– Podam przykład. Największy na świecie serwis oferujący dostęp do filmów i seriali, o którym głośno było w 2013 roku, kiedy wyprodukował i udostępnił użytkownikom nagradzany serial „House of Cards” z Kevinem Spacey’em w roli głównej, jest zarządzany w nietypowy sposób. Otóż wewnętrznie to firma właściwie pozbawiona procedur, w której pracownicy mogą iść na urlop, kiedy zechcą, otrzymują wyłącznie wynagrodzenie, zero benefitów, premii, i nie muszą rozliczać się z wydatków z działowego budżetu. Firma traktuje pracowników po partnersku, oczekując od nich jedynie efektów. Tam nikt nikogo nie prowadzi za rękę, nie rozlicza z godzin spędzonych przed komputerem czy liczby dni urlopowych.

Chociaż rozwiązanie brzmi egzotycznie, to całkiem nieźle się sprawdza. W ciągu ostatniego roku wartość akcji tej firmy wzrosła trzykrotnie.

http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,90445,15265323,__O_robieniu_kariery_nawet_nie_mysle__Zaczynam_miec.html#MT

Zarabia 8 tysięcy, pracuje 7 godzin dziennie, z czego 5 gra na komputerze. „Mam tego dość”

No właśnie jestem chyba w podobnej sytuacji, co Pan opisany w artykule z tą różnicą, że mało zarabiam 😛 i tak na prawdę nie do końca wiem jak ową sytuację zmienić, bo niestety zmiana obecnego zajęcia nie przyniosła jak na razie rezultatu. Może to w sumie jakaś forma uzalania się nad sobą, malkonenctwa czy innego badziewia, ale tkwienie w takmi układzie potrafi być męczące lub wręcz frustrujące. Nie mniej jednak powinienem się cieszyć, że mam jakąś pracę, dostaje punktualnie wypłatę nie mam nadgodzin, fajny zespół i teoretycznie jakieś możliwości rozwoju itd. I w sumie na swój sposób się cieszę, staram się też robić rzeczy wartościowe po pracy, np. uprawiając sport lub inną aktywność, ale czasem bezczynność odbiera chęć robienia czegoś sensownego. Tak czy siak widzę że problem nie tylko mnie dotyczy, ale to pewnei wina rozkapryszenia i rozpieszczenia, w pracy, domu, szkole itd. Jak znajdę jakieś rozwiązanie to pewnie o tym napisze o ile ktoś to bedzie chciał przeczytać 😀

Człowiek zawsze znajdzie dziurę w całym. Większość z nas ciągle narzeka, że za dużo pracuje lub zbyt mało zarabia. Są jednak ludzie w całkowicie odwrotnej sytuacji. Maciek jest informatykiem w dużej firmie, świetnie zarabia i nie przemęcza się. Pomimo to, czuje się sfrustrowany, bo praca nie daje mu satysfakcji. Pieniądze szczęścia nie dają?

Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy
Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy • Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Każdy z nas pracuje, by zarobić. Zazwyczaj jak najwięcej, jak najszybciej i jak najłatwiej. Okazuje się, że teoretycznie wymarzona praca może być powodem do frustracji, a nawet wpędzić w depresję. Nie każdy bowiem oczekuje od swojej pracy jedynie dużych zarobków.

Maciej ma 27 lat. Mieszka w Warszawie ze swoją dziewczyną. Nie należy do tych, którzy muszą się o cokolwiek w życiu martwić. Regularnie chodzi na siłownię, obiady je głównie w restauracjach i lubi kupować markowe ciuchy. Nie jest jednak w stanie powiedzieć samemu sobie, że jest szczęśliwy.

Maciek – informatyk

Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscy. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się Tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic

– Nie mogę być zadowolony ze swojego życia – mówi lekko znudzonym głosem Maciek. Jest informatykiem. Jego miesięczne zarobki przekraczają osiem tysięcy złotych „do ręki”. Nie wie, co to nadgodziny, a przez większość czasu w pracy szuka sobie zajęcia. – Przychodzę tam dzień w dzień, a jedyne co muszę zrobić to odebrać dwa telefony i sprawdzić maila. Pracuję w zespole. Oznacza to, że muszę czekać, aż ktoś zrobi swoją część projektu, który aktualnie się „procesuje”. Dopóki ktoś nie zrobi swojej roboty, ja po prostu nie mam co robić – stwierdza Maciek.

Bywają tygodnie, gdy Maciek musi dać z siebie nieco więcej. Jednak nigdy nie było tak, aby poczuł w pracy jakiekolwiek „ciśnienie”. Pięćdziesiąt złotych na godzinę, to dla większości Polaków stawka marzeń. – Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscu. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic – mówi rozżalony informatyk.

Praca jak salon gier

Zbyt lekka praca rozleniwia. Maciej zdaje sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę powinien się cieszyć. W końcu dobrze zarabia i może sobie pozwolić praktycznie na wszystko. Tyle tylko, że jeszcze rok temu jego życie wyglądało zupełnie inaczej. – W poprzedniej pracy, gdy zaczynałem, zarabiałem trzy razy mniej, a pracowałem czasem 16 godzin dziennie. Pomimo to, byłem zadowolony, bo po przyjściu do domu miałem poczucie, że coś zrobiłem – wspomina.

Teraz trudno o satysfakcję. Maciek powinien być w pracy osiem godzin. Wie jednak, że oznaczają one osiem godzin bezczynności, dlatego nawet nie próbuje przychodzić do pracy na czas. Po godzinnym spóźnieniu, z którego nikt go nie rozlicza, zasiada do komputera. Sposobem na walkę z nudą jest przede wszystkim gra na komputerze. Szczerze przyznaje, że zajmuje mu to nawet pięć godzin dziennie. W międzyczasie, zdarza mu się obejrzeć film na YouTub’ie.

Maciej myśli o zmianie pracy. – Trudno jest znaleźć pracę, gdzie zarobki byłyby na podobnym poziomie. Rozglądam się jednak za ofertami, gdzie pieniądze są dużo mniejsze. Miałbym jednak gwarancję, że dalej będę się rozwijał. Być może wracałbym również do domu w znacznie lepszym nastroju – mówi Maciek.

Informatykom poprzewracało się w głowach

Sytuacja Maćka nie dziwi Marka z Chorzowa, również informatyka. Jak twierdzi, często się zdarza, że w wielu korporacjach „pracują” tego typu osoby. – Nikt nie wie, co robią, widnieją głównie jako nazwisko w Excelu. Takie osoby po prostu wegetują, pobierają pensję, a ich zadania wykonują inne osoby. Często robią to świadomie i dostosowują się do tego stanu rzeczy – mówi Marek.

Takie wegetowanie nie przynosi jednak korzyści na dłuższą metę. – Istnieje ryzyko, że ktoś wreszcie zauważy w swojej tabelce, że dany pracownik nie jest mu potrzebny. Gdy ktoś przez rok praktycznie nic nie robił, to później trudno będzie mu wrócić do normalnego trybu pracy – ostrzega Marek.

Jak twierdzi, sam jest w odwrotnej sytuacji. O ile praca daje mu satysfakcję, nie może powiedzieć tego samego o zarobkach. – Zarabiam cztery tysiące na rękę. Cieszę się z tego co mam, bo są ludzie, którzy mają mniej. Jednak czasem chcę sobie kupić coś, na co po prostu mnie nie stać. Na szczęście informatyk w Polsce nie musi szukać pracy – mówi z nadzieją na poprawę swojej sytuacji informatyk z Chorzowa.

Marek przyznaje jednocześnie, że polskim informatykom nieco poprzewracało się w głowach. – Zarabiamy kokosy – mówi szczerze. Podkreśla jednak, że należy szukać takiej oferty, która zapewnia rozwój. W przeciwnym razie można szybko narobić sobie tyłów. – Nawet, jeśli zarabiasz 10 tysięcy, ale po roku stwierdzisz, że projekt idzie na dno, lepiej poszukać czegoś nowego. Nie warto się pod czymś takim podpisywać – radzi Marek.

Kuba: Mało zarabiam i dobrze mi z tym

Są jeszcze ludzie, którzy wybierają pracę dającą satysfakcję. Kuba jest menedżerem projektu w jednej z warszawskich agencji reklamowych. Jest odpowiedzialny między innymi za kontakt klientami. – Moje zarobki są poniżej moich oczekiwań. Jednak atmosfera w pracy jest niepowtarzalna – mówi Kuba. W poprzedniej pracy zarabiał znacznie więcej, a pomimo to zdecydował się z niej zrezygnować. – To, co działo się w poprzedniej pracy, można nazwać jednie mobbingiem – mówi dwudziestopięcioletni Kuba.

W obecnej pracy ma nie tylko dobrą atmosferę, ale przede wszystkim poczucie bycia potrzebnym. – Każdy lubi być nagradzanym, chwalonym. Czuję, że się realizuję, a jednocześnie to co robię jest doceniane. Często dostaję podziękowania, ustnie lub mailowo – stwierdza Kuba.

Okazuje się, że nie dla wszystkim pieniądze są podstawowym kryterium w wyborze zajęcia. Równie istotną, a jak się okazuje czasem ważniejszą, są dobra atmosfera i możliwość rozwoju. – O ile tylko mamy taką możliwość, to szukamy pracy, w której będziemy mogli się spełniać. Trzeba jedynie przemyśleć swoje priorytety. Chciałbym zarabiać więcej, ale zamierzam do tego dojść krok po kroku.

http://natemat.pl/44479,zarabia-8-tysiecy-pracuje-7-godzin-dziennie-z-czego-5-gra-na-komputerze-mam-tego-dosc

Młodzi Polacy wpadli w pułapkę ?

Hmm trochę prawdy w tym jest faktycznei teraz za bardzo nie ma subkultur a ludzei wyglądają podobnie i chyba każdy ma, albo chce mieć coraz więcej niepotrzebnych mu do niczego rzeczy, ale coż tak to wygląda i większość jest chyba z tego zadowolona. Szkoda tylko że często pokazują wszędzie dookoła rzeczy, które mają zmieniać życie po zakupie a wcale tak się nie dzieje dość częśto :p ale na tym chyba polega marketing. Tak czy sika chyba warto być tego świadomym bez względu na to czy się temu ulega czy nie 🙂

Nowe pokolenie kupuje wizję człowieka mobilnego, czyli idealnego pracownika w czasach bez etatu. I próbuje się nim stać. Z Andrzejem Bukowskim rozmawia Mira Suchodolska.

Młodzi ludzie wpadli w pułapkę /123RF/PICSEL
Młodzi ludzie wpadli w pułapkę
 

Mira Suchodolska: Ponoć każdy młody człowiek ma duszę rewolucjonisty. Pan też się buntował?
Andrzej Bukowski: Jak każdy nastolatek byłem pełen wewnętrznej niezgody na świat. Zwłaszcza że moja młodość przypadła na specyficzne czasy – to był początek lat 80., festiwal Solidarności. Moi rodzice tym żyli, bez przerwy się w domu dyskutowało, czytało, słuchało. Dojrzewałem w przyspieszonym tempie – także obywatelsko i politycznie. Jestem raczej introwertykiem, nie uzewnętrzniam emocji, ale pamiętam tamtą atmosferę wolności. A potem stan wojenny, wyrzucanie niepokornych nauczycieli z pracy, komisarzy stanu wojennego, którzy przychodzili do nas do szkoły i pletli jakieś propagandowe androny, a myśmy się im odszczekiwali. Na studiach przyszedł czas na roznoszenie ulotek i czytanie bibuły. Moi koledzy mieli powielacz, po akademiku krążyły wydawnictwa podziemne, ale nie traktowaliśmy tego jako wielkiej rewolucji – przeciwstawianie się systemowi było naturalne. Tak jak chodzenie na koncerty Gintrowskiego i Kaczmarskiego.

To proszę spojrzeć na dzisiejszych młodych. Nie mają pracy, nie mają perspektyw, nie stać ich na założenie trwałego związku ani na dzieci. Ale siedzą jak trusie, nawet nie narzekają szczególnie, choć, wydawałoby się, dawno powinni wyjść na ulice. Ci najbardziej zbuntowani po prostu wyjeżdżają za granicę. Jakby im wycięto kawałek mózgu podczas lobotomii.

– Jest taka bardzo ciekawa książka amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta pt. „Korozja charakteru”. Opisuje zjawiska zapoczątkowane w latach 80. ubiegłego wieku, które doprowadziły do tego, że współcześni ludzie, zwłaszcza młodzi, tracą poczucie kontroli nad własnym losem i wpływu na rzeczywistość. Umacniani są w przekonaniu, że nic od nich nie zależy. Kiedy bowiem pracodawca ich nie potrzebuje – są zwalniani, kiedy firma przeprowadza się na drugi koniec kraju, mają do wyboru – albo zmienić miejsce zamieszkania i porzucić przyjaciół, społeczność lokalną, w której już zdążyli zapuścić korzenie, albo stracić pracę. To wyjątkowo destrukcyjne z punktu widzenia tożsamości i więzi międzyludzkich doświadczenie. Oddaje też sedno zmian, jakie zaszły w Polsce (bo u nas pewne procesy z naturalnych przyczyn były opóźnione) w ciągu ostatnich 20 lat. Chodzi o to, w jaki sposób nowy kapitalizm – w którym zachodzi nie tylko globalizacja na wielką skalę, ale przede wszystkim spłaszczanie struktur korporacyjnych – zbudował nowego człowieka, ściśle przystosowanego do jego wymagań.Czyli głupkowatego, bezwolnego konsumenta.
– To zbyt kategoryczne i krzywdzące. Ująłbym to inaczej: mamy czasy, w których królują umowy śmieciowe, kontrakty czasowe, projekty, czy jak tam jeszcze nazywa się te współczesne formy zatrudnienia. Etat stał się anachronizmem, w dodatku niebezpiecznym, bo zagrażającym konkurencyjności gospodarki. Taka sytuacja na rynku pracy wymaga nowego człowieka, który potrafi się w tych zasadach orientować, pogodzi się z nimi. Więc za tą potrzebą stworzenia idealnego pracownika poszła nowa antropologia – wizja człowieka elastycznego, mobilnego, szybko dopasowującego się do zmian, dynamicznego etc. Rozwijającego się, kształtującego samego siebie indywidualisty. A jeśli ktoś taki nie jest – tym gorzej dla niego. To znaczy, że jest niedostosowany, nie daje rady. I młodzi kupili ten sposób myślenia, wpadając tym samym w pułapkę. Pułapka polega na rozbieżności pomiędzy „obietnicami” nowego kapitalizmu a jego realiami. We wszystkich badaniach widać, jak duże jest rozwarstwienie, ale o tym się głośno nie mówi. Nie wypada. Ta nowa antropologia zachwyca się ludźmi, którzy odnieśli sukces, gloryfikuje ich, namawia, żeby być jak oni. Więc wszyscy bardzo się starają, uczą, pracują nad sobą. Ale sukces może odnieść tylko niewielu, reszta ponosi porażkę, bo jest na nią z góry skazana.

Więc tym bardziej powinni się wkurzyć i popędzić kota tym, którzy tak im nawijają makaron na uszy.
– Nawet gdyby chcieli, nie są w stanie. Mentalnie, kulturowo, lecz także organizacyjnie. To przesłanie płynie bowiem z wpływowych ośrodków medialnych, które mają dziś w społeczeństwie takie znaczenie, jak kiedyś tradycyjne instytucje – wielopokoleniowa rodzina, kościół czy państwo narodowe. Ono podaje w wątpliwość przydatność tych wartości we współczesnym świecie. Jeśli ma się być elastycznym i dynamicznym, nie można się przecież przywiązywać, tworzyć silnych więzi. Takie wartości, jak lojalność, przynależność, patriotyzm, miłość na całe życie są niepotrzebne, są skutecznie wypierane przez wartości indywidualistyczne. Zwłaszcza że otoczenie jest zmienne, efemeryczne, niewyraźne. I faktycznie, ci młodzi nie tworzą dziś żadnych trwałych struktur. Stanowią zbiór jednostek oderwanych od innych – nie zbiorowość, tylko zbiorowisko. Jeśli już nawiązują jakieś relacje, najczęściej w sieci, są one luźne, nietrwałe. Więc nawet gdyby zaświtała im w głowach myśl o tym, żeby podnieść bunt, nie mają ku temu trwałych struktur organizacyjnych. Nawet gdyby byli się w stanie zorganizować – nie byliby w stanie podtrzymać tych struktur. A poza tym pauperyzacja, zgodnie z tym, co głoszą teoretycy rewolucji, jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym do tego, abyśmy usłyszeli jakieś rewolucyjne „bum”.

Te zagubione jednostki są jednak w stanie się zmobilizować, kiedy skrzykują się w sieci. To dzięki internetowi udało się wywołać arabską wiosnę. Choć mam wrażenie, że tam społeczeństwa są jeszcze w miarę tradycyjne. W tym sensie, że stare więzi są wciąż bardzo silne.
– Jeśli chodzi o Afrykę, to mam poważne wątpliwości co do faktycznych i długofalowych efektów tego przebudzenia. A jeszcze większe do sieciowych niby-rewolucji, jakie odbywały się w ostatnich latach w państwach Zachodu. Te rewolty internetowe mają charakter bardzo nietrwały. Co się dziś dzieje z głośnym jesienią 2011 r. ruchem Occupy Wall Street? Mało kto o nim pamięta. Gdzie są hiszpańscy Oburzeni? Cisza. A o rewolucji młodzieżowej z 1968 r. mówimy do dziś, bo ona zmieniła stare struktury, przeorała świat mieszczańskiej moralności, przyniosła nową mentalność. Dziś, jeśli już młodzi decydują się wyjść na ulice, to na krótko, aby załatwić jakieś pojedyncze sprawy.

Kiedyś, jeszcze za komuny, zauważyłam w jednym ze sklepów tabliczkę, która przyprawiła mnie o paroksyzmy śmiechu: „Załatw sprawę i żegnaj”. Młodzi tak dziś do wszystkiego podchodzą, niezwykle pragmatycznie.
– Nowe czasy potrzebują nie tylko nowych ludzi, lecz także nowej ekonomii, czego wyrazem jest fragmentaryzacja strukturalna i symboliczna.

O nie, proszę powiedzieć to po ludzku.
– Już tłumaczę. W sferze kulturowej chodzi o to, że dziś nie ma jednego czy kilku obowiązujących stylów życia, powiązanych z położeniem ekonomicznym, jak w przypadku starych warstw czy klas. Mamy natomiast do czynienia z niekończącym się mnożeniem stylów i sposobów życia. Są ich setki tysięcy, każdy może nawet zbudować swój indywidualny pomysł na życie. Budując styl życia, tworzy jednocześnie swoją tożsamość społeczną. Dziś my wszyscy – od prostego budowlańca po nauczyciela akademickiego – jesteśmy po prostu dostarczycielami usług. Jak zatem tę tożsamość budować? Sama zasobność portfela to za mało. Więc dzieje się to na podstawie sposobów konsumpcji. Czyli tego, jak spędzamy wolny czas, czego słuchamy, jak się ubieramy. Konsumpcja jest dziś bowiem wyznacznikiem naszej społecznej tożsamości, naszego istnienia w świecie społecznym.

Tysiące indywidualnych stylów, mówi pan, a mnie młodzież przypomina stado ludzików z zestawu Lego: wszyscy tacy sami, w takich samych ciuchach, z takimi samymi gadżetami. Przecież dzisiaj na dobrą sprawę nawet żadnej subkultury młodzieżowej nie ma.
– Kontrkulturę, np. w latach 60. XX w., budowało się w opozycji do kultury dominującej, a dziś takiej nie ma. Jest kultura masowa, bardzo zróżnicowana, a jeśli każdy może znaleźć coś dla siebie, więc i w tej dziedzinie nie ma powodów, aby się buntować. Kiedyś wąskie grupy narzucały styl reszcie. Obecnie nie ma takiej możliwości. Owszem, są wielkie koncerny, które dyktują modę, ale one wsłuchują się w potrzeby rynku, dają ludziom to, czego oni sobie jeszcze dobrze nie uświadamiają, że tego chcą czy potrzebują. To też fragmentowanie: każda maleńka nawet grupa odbiorców ma skrojony pod siebie produkt, wystarczy zerknąć na rosnącą liczbę różnych marek i trendów modowych. Mamy do czynienia z różnicowaniem w nieskończoność, brak jakiegokolwiek wspólnego mianownika. Żyjemy we własnych kapsułkach kulturowych, ale one też są niestałe niczym bańki mydlane. Każdy coś tam lajkuje, przyłącza się do jakiejś grupy na FB czy innym portalu społecznościowym, ale na krótko. Zaraz ją opuszcza i przenosi się dalej. Przy czym ten wpływ odbiorców na dostawców, to niby-odwrócenie zależności też jest pozorne. W gruncie rzeczy konsumenci biorą to, co im się podsunie. To dostarczyciele kontrolują wszystko, co konsumują masy. Może to zabrzmi strasznie marksistowsko, ale sytuacja wygląda tak, że po stronie konsumentów nastąpiła fragmentaryzacja, więc nie są oni w stanie się sprzeciwić, nie mają nic do gadania. Z kolei po stronie dostarczycieli dóbr i usług mamy same monopole i oligopole, przynajmniej w sensie własności, bo nie samych marek. Szanse są nierówne.

Młodzi żyją więc złudzeniami, a są hodowani na farmach fanów jak bezrozumne zwierzęta.
– Ale przecież my, trochę starsi, poddawani jesteśmy i ulegamy tym samym mechanizmom. I oni mają złudzenie wolności, choć faktycznie jej nie ma. Tak samo jak brak im możliwości wyrażenia buntu. Jeśli już bowiem kupili ten przekaz – a kupili – o mobilności i wiecznej zmianie – za wszelką cenę starają się dopasować. Jeżeli się im nie udaje, to przypisują winę sobie. Ale nauczyli się z tym żyć. Chowają swoje dyplomy wyższych uczelni do szuflady i robią kursy na wózki widłowe. Albo wyjeżdżają, bo np. w Anglii są w stanie zarobić na jakie takie życie, choć zwykle nie robią wielkiej kariery. Osiągają standard życia, o którym my mogliśmy kiedyś tylko marzyć. Oczywiście za cenę obniżenia ambicji zawodowych.

Czytałam przed naszą rozmową różnego rodzaju sondaże i sondy, w których pytano młodych, co by ich zirytowało na tyle, że byliby w stanie wyjść na ulice. I wie pan, co mówili? Że najbardziej ich dotykają różne rzeczy dotyczące sieci. Wcześniej ACTA, dziś inwigilacja. Przeciwko temu byliby skorzy protestować. Resztę problemów mają gdzieś, a politykom nie ufają.
– Inwigilacja w sieci czy niemożność darmowego ściągania filmów z internetu dotyczy ich bezpośrednio. To pokolenie nie potrafi zdefiniować dobra wspólnego. Nie żyje we wspólnocie, więc nie czuje z nią związku.

Ale nawet ci niby politycznie zaangażowani są tak naprawdę antyideologiczni, awspólnotowi. Tzw. liberałowie to w moim odczuciu totalni pragmatycy, którzy chcą się jak najlepiej ustawić. Jakieś ideały można zobaczyć jeszcze po prawej stronie, ale w związku z tym, że skupia ona najwięcej biednych, niewykształconych i odrzuconych, często wygadują bzdury, więc są marginalizowani.
– Takie określenia są zbyt radykalne i ogólne. Jest przecież mnóstwo inicjatyw realizowanych przez młodych ludzi, oni organizują mnóstwo akcji charytatywnych, pomocowych, działają w tzw. ruchach miejskich, chcą mieć wpływ na lokalne decyzje polityczne. A że nie angażują się w wielkie hasła i wielką politykę? Po prostu w nie wierzą. Wierzą w coś konkretnego, namacalnego. I to jest moim zdaniem dobre.

Część swoje niezadowolenie demonstruje: to są marsze 11 listopada czy choćby burdy na stadionach. To rozumiem. Ale nie jestem w stanie pojąć młodzieży lewicującej, która chodzi składać kwiaty pod spaloną tęczą.
– Nie chciałbym wkraczać na polityczną ścieżkę i mówić o poglądach. Z socjologicznego punktu widzenia to nie jest lewica w starym stylu, która – historycznie rzecz biorąc – upominała się o takie sprawy, jak warunki pracy i płacy, bezpieczeństwo socjalne. Jak sądzę, ci młodzi lewicowcy pochodzą głównie z wielkich miast, z dobrze sytuowanych rodzin. Im nie brakuje na chleb. Ta lewica, o której pani myśli, już nie istnieje. Ostatnim Mohikaninem jest może Piotr Ikonowicz. Rozbili ją, skompromitowali jej starzy liderzy. Tzw. afera Rywina była tym momentem, który zadecydował o jej zejściu do grobu – ludzie stracili do niej na jakiś czas zaufanie, choć dziś SLD Millera cieszy się już ponad dwudziestoprocentowym zaufaniem. Ale to też ma swój głębszy kontekst. Stara lewica budowała swoją pozycję w oparciu o pracę, obronę warunków życia mas. Kiedy zmienił się rynek, liderzy lewicy musieli zweryfikować swoje stanowiska. Ważniejsze od obrony miejsc pracy jako takich stało się chronienie swojego przemysłu przed obcym. Nowy kapitalizm rozbił starą międzynarodówkę. Zero-jedynkowy układ: lepiej wejść w porozumienie z naszymi kapitalistami, niż układać się z obcymi. To spowodowało utratę wiarygodności. I dziś lewica z kwestii socjalnych przeszła na światopoglądowe, bo to jest bezpieczniejsze. Łatwiej mówić o ochronie środowiska, związkach jednopłciowych, feminizmie niż o kwestiach stosunków pracy. Ekonomia nie sprzedaje się tak dobrze.

Po prostu nie pojmuję, jak ktoś może to kupić. Że młodemu lewicowcowi bliższy jest los walenia niż głodne dzieci z socjalnego osiedla.
– Ale to nie jest do końca alternatywa – może to jest koniunkcja. Może ludzie wrażliwi na los walenia opiekują się także głodnymi dziećmi z osiedla – tego nie wiemy. Nie możemy budować takich opozycji i uogólnień. Jest pani wychowana w starym systemie, w ramach instytucji typu naród, państwo, rodzina. Młodzi nie myślą już w tych kategoriach. Stracili nie tylko poczucie buntu, co jest reakcją przeciwko formom zbiorowym, lecz także rozeznanie w zawiłościach współczesnego świata ekonomii. Nie bardzo nawet wiadomo, przeciw komu lub czemu konkretnie mieliby się buntować. Kto właściwie jest właścicielem firmy, która im płaci grosze? Kapitał przepływa, zmienia właścicieli, trudno go zlokalizować. Państwo wycofało się z roli regulatora kapitału, wciąż daje do zrozumienia, że nic nie może, bo brakuje mu środków w budżecie. Jeśli nie jestem w stanie tego zmienić, bo mnie to przerasta, wolę olać, skoncentrować się na waleniach albo ociepleniu klimatu – tutaj nikt nie wymaga ode mnie faktycznego działania. Łatwiej, a w dodatku nie trzeba wychodzić z domu, wystarczy kliknąć w ikonkę.

Jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem ważna. Ci młodzi to pokolenie chowane w złotych klatkach. Wożone do szkoły i na zajęcia pozalekcyjne, odbierane przez nianie. Nie kopali nawet w piłkę na swoich podwórkach, nie musieli rywalizować, kto jest ważniejszy w stadzie. Ich rodzice, owszem, zmagali się z kapitalizmem, którego nie znali, ale go osiodłali. A swoje młode chronili przed wszelkim złem. Więc gdyby taki chłopak czy dziewczyna wyszli na ulicę, wzięli udział w jakiejś zadymie i, nie daj Boże, dostali pałą, toby chyba umarli z wrażenia.
– Ale pani mówi tylko o młodzieży z domków, a nie z blokowisk. Ci, zapewniam, wiedzą, jak smakuje uderzenie pałką czy rozkwaszony nos. Sprawą dyskusyjną byłoby teraz określenie, których jest więcej. Jednak wydaje mi się, że nie w tym problem. Ważniejsze jest, że ci z lepszych i gorszych domów mają jedną wspólną rzecz: od rzeczywistości mogą uciec w internet. Tam mogą być tym, kim chcą. Zmienić tożsamość, wejść do świata, o którym marzą. Ekran jest bezpieczniejszy niż podwórko z trzepakiem, gdzie leje się prawdziwa krew. Jedna z moich studentek napisała pracę o podwórkach krakowskich. Badała je, dotykała ich. I wyszło jej, że tylko jedno zachowało swoje stare funkcje: miejsca, gdzie dokonuje się prawdziwa socjalizacja, gdzie trzeba walczyć o wpływy, być w czymś realnie lepszym. Pozostałe, nawet jeśli jest na nich zjeżdżalnia i trzepie się wciąż dywany, przestały być enklawami, na których młodzi ludzie mogą społecznie dorastać. Jeśli nawet tam się bawią, to pod czujnym okiem rodziców. Więc jedyną przestrzenią wolności jest dla nich środowisko sieciowe. A to już nie to samo.

Więc się obawiają starcia z rzeczywistością. I potem mówią, tak jak ci złapani w sondach ulicznych, że buntowanie się nic nie daje, ba, nie opłaca się. Jest przeszkodą, niepotrzebnym przystankiem w drodze do kariery zawodowej, którą mają nadzieję zrobić. Buntownicy nie odnoszą przecież sukcesu.
– Oni dali sobie to wmówić, że taka grzeczność, spolegliwość jest lepsza niż płynięcie pod prąd. Pewnie nie wiedzą, że liderzy rewolty z 1968 r. porobili wielkie kariery, co im potem zresztą wyrzucano. Tak samo zresztą jak solidarnościowi dowódcy transformacji z 1989 r. Przecież to oni, w różnych konfiguracjach, są przy władzy. Prawdą jednak jest, że dotyczy to liderów. Reszta jest żywym przykładem na stare porzekadło, że rewolucja pożera swoje dzieci. Niemniej taka ekonomizacja życia, kiedy to zamiast zadawać sobie pytania egzystencjalne, wszystko przelicza się pod względem kosztów i zysków, jest trochę przerażająca. Życie zamienia się w projekt, dla którego piszemy scenariusze, planujemy je, optymalizujemy, a kapłanów zastępują trenerzy, częściej zwani coachami. Następuje pragmatyzacja rozwoju, często prowadząca w ślepą uliczkę. Ale muszę, po prostu muszę znów zrobić tu zastrzeżenie: my na tę młodzież tak najeżdżamy, a przecież nie cała jest taka. To wprawdzie główny trend, ale jest mnóstwo osób zaangażowanych, robiących dobre rzeczy dla innych.

Obojętna, zadowolona większość nadaje ton. Kiedy czasem oglądam jakiś blok reklamowy, mam wrażenie, że społeczeństwo składa się z młodych kobiet i mężczyzn o twarzach rozjaśnionych uśmiechami, przybijających sobie piątki.
– I wszyscy mają być tacy jak oni. Ten przekaz to pewnego rodzaju przemoc symboliczna, ale działa. I o to chodzi. Po co koncernom buntownicy w podartych spodniach? Robiłem kiedyś badania rynkowe i wyszło z nich, że kobiety do 25. roku życia kupują nowe płaszcze raz, dwa razy do roku, a starsze co kilka lat. Więc nic dziwnego, że na młodzież idzie zmasowana siła przekazu tej nowej ideologii.

Mówiliśmy o wielkich koncernach, o politykach. Zastanawiam się, jaka jest tutaj rola szkoły.
– Szkoła powinna uczyć aktywności i takiego obywatelskiego patriotyzmu, który każe pytać siebie „co ja jestem w stanie zrobić dla ojczyzny”, wpajać podejście pozwalające łączyć indywidualizm z pracą dla wspólnoty obywatelskiej. A że robi to coraz słabiej, to inna historia. Też dała się zarazić nową ideologią, teraz wyznaje kształcenie merytoryczne, ważniejsze niż normy są punkty w testach, nie ma pieniędzy, brakuje czasu.

Więc znikąd nadziei? Przybijmy piątkę, zjedzmy batonik i pooglądajmy telewizję na pocieszenie. Zapomnijmy o sprawie.
– Nie przesadzajmy, to krytyka zaczyna proces destrukcji. A to nasza powinność – ludzi mediów i ludzi nauki – aby rozumieć pewne zjawiska, dociekać ich podstaw, ukrytych założeń i ujawniać te procesy innym. Poza tym dwadzieścia lat, które minęły od naszej transformacji, choć w życiu jednego człowieka to dużo, w historii to zaledwie mgnienie oka. I ja bym stawiał nie na to, tylko na następne pokolenie, zapewne romantyków, które zbuntuje się przeciwko zastanemu światu swoich pragmatycznych rodziców.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Andrzej Bukowski – dr hab. socjologii, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się socjologią władzy i polityki, zagadnieniami demokracji lokalnej. Interesuje go socjologia miasta, ruchów i ideologii miejskich. Jest autorem m.in. książki „Region tradycyjny w unitarnym państwie w dobie globalizacji. Przypadek Małopolski”. Obecnie bierze udział w projekcie w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego „BRing. Nauki społeczne dla gospodarki”, realizowanym przez Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie

Czytaj więcej na http://praca.interia.pl/news-mlodzi-polacy-wpadli-w-pulapke,nId,1066325?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Janusz Kaniewski: już zaprojektowaliśmy przyszłość

Niezły gość nie dość że zrobił taką karierę to jeszcze opowiada o takich rzeczach które mi się w głowie nie mieszczą 😛 koniec motoryzacji, dlaczego nie wprowadza się świateł laserowych i inne nowinki :D. Warto poczytać.
Janusz Kaniewski i jego projekt futurystycznej szpilki z klocków LEGO. Janusz Kaniewski i jego projekt futurystycznej szpilki z klocków LEGO. (Materiały prasowe wydawnictwa Bosz)

Współtworzy nowe modele Ferrari, inspiracji szukając np. w rosyjskiej mafii. Wie, kiedy skończy się era samochodów i co będzie potem. Wymyśla buty, w których Hermann Maier zdobywa tytuł mistrza świata. Projektuje stadion dla satrapy i lodowe organy dla Watykanu. I żyje na co dzień w 2028 albo 2033 r.

PRZYSZŁOŚĆ, CZYLI JAK SIĘ SKOŃCZY ERA SAMOCHODU

Dariusz Fedor: – Daję Panu siedem dni, żeby zmienił Pan świat. Od czego Pan zaczyna?

Janusz Kaniewski*: – Może nie zabrzmi to zbyt politycznie poprawnie, ale szukam mądrych kobiet, a facetów odsuwam trochę od władzy

To łatwizna. Ja pytam o co innego: ma Pan pieniędzy w bród, pełnię władzy…

– W siedem dni nie dam rady. Potrzebuję lat. Stawiam wszystko na edukację. Bo co z tego, że my teraz sobie coś powymyślamy, porobimy plany długofalowe, skoro nasze idee w życie będą wprowadzać i tak ci, których jeszcze nie ma albo którzy dopiero poszli do przedszkola. Ważne jest to, jakie pomysły my teraz im zaszczepimy.

Designer to ktoś, kto ma takie pomysły?

– To na pewno nie ktoś taki, kto się lansuje po klubach – bo takie, zdaje się, jest powszechne wyobrażenie w Polsce. Designer to wizjoner. Ktoś, kto już wie, że np. kończy się era samochodów. A to oznacza, że wszystko trzeba na nowo przemyśleć – np. w urbanistyce, bo ulice takie, jakie są teraz, już nie będą potrzebne. W organizacji przestrzeni, bo inaczej będzie funkcjonować całe miasto. Kto uwzględni nie tylko nowe potrzeby, ale też zmiany w mentalności. Dlatego moim ulubionym serwisem jest Kwejk.pl. Ja z niego już teraz wiem, jaki będzie świat niedalekiej przyszłości, kim będą moi sąsiedzi, z którymi będę mieszkał, kiedy już będę stary i pierdołowaty…

To w którym roku Pan zawodowo żyje?

– Ja myślę jakieś 15-20 lat do przodu, czyli w pracy mam teraz lata 2028-2033 mniej więcej. I tak żyję od dawna. Jak w 2007 r. projektowałem jeden z najpopularniejszych w Europie samochodów japońskich (proszę wybaczyć, nazwy ujawnić nie mogę), to jednocześnie robiliśmy lifting całej rodziny tej marki na lata 2016-2018.

Czy to znaczy, że Pan już wie, jak ów „jeden z najpopularniejszych w Europie samochodów japońskich” będzie wyglądał w 2016 r.?

– Tak.

To proszę go opisać specjalnie dla czytelników „Logo”.

(Długie milczenie) – To auto będzie… będzie wyglądać tak jak dziś.

…i?

– Wie Pan, wszystkie firmy samochodowe mają już rozpisany scenariusz, jak które auto będzie wyglądać aż do końca ery samochodowej. Ale ja już więcej powiedzieć nie mogę.

Aha, czyli na pewno wiemy tyle, że w 2016 r. ten model jeszcze jest. A rodzaj napędu? Silnik? Hybryda? Elektryka? Może jakaś zimna fuzja?

– Nie, silnik lepszy, owszem, ale wciąż spalinowy.

Dlaczego?

– Bo dopóki jest ropa, nic się zmieni. Tylko ceny paliwa będą rosły. A skoro najlepiej się zarabia na największych, paliwożernych autach, to nikt się nie wychyli, żeby to zmienić. Firmy śledzą nowinki, skupują patenty i chowają je pod dywan, na czarną godzinę.

A czarna godzina kiedy?

– 2030-35 rok.

Wtedy skończy się ropa?

– Skończy się ropa i skończy się stal. I skończy się historia samochodu w formie, w jakiej go znamy. Zwiastuny schyłku już są: to wyścig, kto będzie bardziej arogancki i kto komu podkupi markę. Bo to, co się ostanie, to będzie marka. Nie przedmiot, nie fabryka. Fabryki to by się każdy najchętniej pozbył. Właśnie marka. Bo pod marką można produkować telefony, zegarki, model. Cokolwiek.

To dlatego Chińczycy kupują Saaba?

– Tak.

Hindusi Land Rovera i Jaguara?

– I wszystkie inne angielskie marki.

Jakie marki się ostaną?

– W Europie?

Tak. Fiat? Volkswagen, Audi, BMW? Renault? Rolls-Royce? Volvo?

– Nie, Rolls to poleci na pewno. Może Volkswagen, Alfa Romeo – jeśli będzie połączona z Maserati, są takie plany. Natomiast te najbardziej luksusowe to raczej nie.

Skoro coraz mniej tej stali i ropy i wszystko coraz droższe, to może pora na inne materiały?

– A po co? Przecież najwięcej i tak zarabia się na tradycyjnych. Dlatego najbardziej opłaca się projektować i produkować jak najdrożej. Ot, weźmy taki reflektor samochodowy. 20 lat temu kosztował równowartość 20 euro, teraz – 400 euro.

To ile będzie kosztował za 20 lat?

– O, dużo więcej.

I cały czas będzie potrzebny?

– Tak.

A postęp? Długowieczne światła ledowe już są.

– To nie takie proste. U nas pojawiły się już ledowe, ale na rynkach wschodzących, które teraz napędzają motoryzację – Chiny, Indie, Brazylia itp. – hitem są dopiero halogeny. Technologie muszą zrobić kółeczko wokół świata, zaliczyć wszystkie regiony i dopiero jak znudzą się wszędzie, można wprowadzać nowe. Dopóki tam są halogeny, nikt nie obniży ceny ledowych. A po drodze są jeszcze ksenony…

Audi ma np. w pełni gotową technologię świateł laserowych, tylko co z tego? I tak ich nie wypuści, dopóki nie zamortyzują się ledowe u nas, a ksenony i halogeny w Bangladeszu.

Dla mnie to pomyślna wiadomość – mam dobry samochód, nie chciałbym się szybko go pozbywać – a części zamienne do niego długo jeszcze będą.

– Ja też mam 25-letniego mercedesa i bardzo dobrze mi służy.

A jeśli znienacka pojawi się jakiś geniusz czy wariat, który powyciąga niezwykłe technologie z sejfów, te, które miały być ujawnione za 30 lat, i zacznie się nowy świat? Taka czarna godzina – teraz? Jakie te nowinki będą? Jak to będzie wyglądało?

– OK, zacznę od przestrzeni. W Europie obecnie wyceniany jest metr kwadratowy, a nie metr sześcienny. Można więc zbudować wóz Drzymały i codziennie przestawiać go w inne miejsce. Ale przyjdzie czas, gdy zacznie być wyceniana przestrzeń. Wtedy transport przeniesie się na wysokość pierwszej-drugiej kondygnacji. Bo najcenniejszej przestrzeni – na poziomie 0 – tej prawdziwej, na przemieszczanie się będzie szkoda.

Będą napowietrzne taksówki? Jak w „Piątym elemencie”?

– Nie, to bez sensu. Sens mają ruchome chodniki. One suną z prędkością 5-7 km na godz. i to jest prędkość zbliżona do tej, z jaką teraz, w korkach, jadą po mieście samochody. Taki będzie transport zbiorowy. Ta zmiana będzie rozłożona w czasie, stanie się tak jak z transportem wodnym. Jeszcze 100 lat temu obowiązywał cały ten etos: kapitan z brodą i fajką, nabrzeża, knajpy, burdele. A teraz – anonimowe pływające miasta, na nich bardziej anonimowi robotnicy niż marynarze. I – jako uzupełnienie tego transportu zbiorowego – luksusowe jachty. Z samochodami będzie tak samo. Transport zbiorowy – szybkie koleje nad- i podziemne, ruchome chodniki w metropoliach, i dla nielicznych – luksus podróżowania indywidualnego.

Czyli? Ferrari? Będą jeszcze?

– Będą, ale nie będą musiały jeździć. Będą takimi rzeźbami. W zeszłym roku w trzech europejskich uczelniach: Istituto Europeo di Design w Turynie, Royal College of Art w Londynie, Fachhochschule w Pforzheim, przeprowadzono symulację rozdzielenia projektów. Konkluzja była następująca: marka samochodowa nie musi produkować fizycznie jeżdżącego auta. Jeden z projektów był taki: ktoś z Bliskiego Wschodu kupuje markę Bentley i produkuje bentleya, który nie jeździ, tylko jest kominkiem w kształcie samochodu.

To kuriozum dla pięciu osób.

– Nie, to zadziała! Jaką mam przyjemność z posiadania ferrari, którym przyjadę i nie mam gdzie zaparkować? Przyjemność to kluczyki od ferrari – za 100 tys. euro, numerowane. Mogę wejść do drogiego baru w Tokio, położyć je na ladzie obok ładnej laski i powiedzieć do barmana: „Proszę to, co zwykle”. Ona na mnie poleci tylko dlatego, że mam te kluczyki.

A nie trzeba jej potem pokazać ferrari?

– Nie, bierzemy taksówkę.

Tylko po co te kluczyki za 100 tys., skoro kupi Pan takie same u Chińczyka za pięć?

– Mądrą rzecz powiedział mi kiedyś facet z London School of Economics, że najwięcej zarabia się na zarządzaniu ryzykiem. Jeśli ktoś sprzeda mi pewność, że ta laska na mnie poleci, to ja kupię tę pewność za każde pieniądze. Nie trzeba produkować całego tego hardware’u, wystarczy software, przyjemność.

A czy potrafiłby Pan odmówić sobie przyjemności zasiadania za kierownicą ferrari?

– Ja nie, bo jestem z takiego pokolenia, ale dzisiejsi 12-latkowie… Ci z wirtualu… Mamy z projektantami z kilku krajów, którzy zajmują się kształceniem studentów, takie nieformalne stowarzyszenie pod nazwą Extreme Mobility. Są tam m.in.: Chris Bangle, który projektował dla BMW, Mark Robinson, znany z Lancii, i Paolo Trevisan, szef studia Pininfarina Extra. Co roku spotykamy się i analizujemy najciekawsze pomysły naszych studentów. Stąd te wizje i transportu miejskiego, i roli marek. 20 lat do przodu. Ciekawe, że pojawia się coraz więcej projektów służących oddzieleniu się od społeczeństwa. W zeszłym roku student zaprojektował audi, ale nie samochód, tylko miejsce. Audi to jest marka arogancka, mówiąca: ja jestem lepszy niż ty. On tę przyjemność bycia lepszym chciał dać w ten sposób, że stworzył miejsce, w którym nie ma zasięgu telefonu, nie ma internetu, nikt mnie tam nie znajdzie, ja sobie kupuję godzinę takiego komfortu, że jestem nieosiągalny. Zatem transport zbiorowy dla wszystkich, a dla bogatych ferrari, bentleye itd.

Jeżdżące czy kominki?

– I takie, i takie. A jak dać tym niezamożnym możliwość podrożowania bez oglądania i wąchania innych ludzi? Nie wiem.

Janusz Kaniewski
Jedna z wizji Janusza Kaniewskiego dla komunikacji indywidualnej za 20 lat.
Fot. wydawnictwo Bosz

PRZESZŁOŚĆ, CZYLI PO CO SATRAPIE DWA STADIONY

Pininfarina i ferrari – to dla mnie dwa słowa klucze do określenia Pana osoby. Jaką szkołę trzeba skończyć, żeby znaleźć się w klubie projektantów ferrari?

– Kluczem jest konsekwencja. Kiedyś sobie wymyśliłem, że będę tam pracował, i bardzo konsekwetnie do tego dążyłem.

To sięgnijmy głębiej. Pamięta Pan swoją pierwszą zabawkę?

– Pewnie, model Fiata 125. Moje pierwsze wspomnienie też jest samochodowe. Miałem ze trzy lata. Bawiłem się z siostrą i rozbiłem sobie głowę. Do szpitala byłem wieziony samochodem – to był duży fiat 125p. Siedziałem u taty na kolanach i z bardzo bliska patrzyłem na detale: grzybek do otwierania drzwi, korbkę do opuszczania szyby, pikowaną tapicerkę z dermy. Wiśniowy duży fiat – to moje pierwsze wspomnienie. Nie mama, nie tata, ale ten fragment samochodu. Z rok później narysowałem pierwsze auto.

Pierwszy projekt?

– Można tak powiedzieć. Bo to był przekrój samochodu: w środku siedzą ludzie, na zewnątrz deszcz, w środku nie pada. Jak miałem 5-6 lat, poszedłem z tatą na wystawę. Stał tam samochód… Wiele lat później odszukałem informację jaki: to było volvo 480. Chyba wtedy poczułem, że chcę być projektantem. Od tamtej pory konsekwentnie uczyłem się przedmiotów ścisłych, rysowałem samochody, nie uczyłem się niczego innego. Później liceum – językowe, by się nauczyć języków, by móc wyjechać, potem architektura w Warszawie.

Po dwóch latach, jak się nauczyłem wszystkiego, co mi było potrzebne – budownictwa np. nie potrzebowałem – poszedłem na chwilę na wzornictwo przemysłowe, by się upewnić, że w Polsce nie da się projektować tego, co mnie interesuje (po miesiącu już wiedziałem, że się nie da). Złożyłem papiery do trzech szkół: w Szwajcarii, we Włoszech i w Stanach. Wybrałem Włochy. Był rok 1997, gdy znalazłem się w Turynie – nie po to, by sobie tak postudiować. Postanowiłem, że zrobię wszystko, by przez dwa lata ludzie z Pininfariny mnie zauważyli.

I zauważyli?

– I zauważyli, i wzięli.

Tzn. chodził Pan tam za nimi, stukał do drzwi?

– Nie.

Tak po prostu? „Chciałem, żeby mnie zauważyli, i mnie zauważyli”. No, ale jakim cudem?!

– Bo ja jestem potwornie uparty. Założyłem sobie, że będę najlepszy na roku i byłem. Mój wykładowca był jednocześnie szefem studia w Pininfarinie, zaproponował mi staż, po stażu dostałem propozycję pracy. I zaczęło się. Robiłem tam przedziwne rzeczy, bo Pininfarina to nie tylko ferrari. Np. stadion dla pewnego północnoafrykańskiego państwa, w którym do niedawna rządy sprawował dość popularny w Europie, a we Włoszech zwłaszcza, dyktator. A tak naprawdę – dwa stadiony. Jeden na 60 tysięcy, oficjalnie zamówiony przez to państwo, przez satrapę. I drugi prywatnie, przez jego syna, który grał wtedy w piłkę w Perugii.

I potrzebował mieć swój stadion, żeby się miał gdzie pokazać?

– Tak, na 20 tysięcy widzów. Architektem był Francesco Ossola, który projektował stadion dla Juventusu. Ja robiłem wizualizację. Dzień przed prezentacją, właściwie noc przed prezentacją, na którą Ossola leciał do Afryki, uświadomiłem sobie, że jeszcze mi czegoś brakuje. Jakiegoś aspektu patriotyczno-romantycznego. W nocy pojechałem na dworzec kolejowy w Turynie, gdzie się kręcili różni imigranci arabscy. I ściągnąłem z internetu ileś tekstów, które miały krótkie wersy, wyglądały mi więc na poezję. Bo pomyślałem, że na okładkę tej wizualizacji dam wiersz.

Po arabsku, którego – jak rozumiem – Pan nie znał.

– Kompletnie. Zaczepiłem pod dworcem jakiegoś chłopaka i poprosiłem, żeby tłumaczył. Pierwszy to była instrukcja obsługi pralki. Drugi – kontrakt małżeński: ojciec sprzedawał córkę jakiemuś tam panu młodemu. A trzeci to był prawdziwy wiersz, z orłem latającym nad pustynią i tak dalej. Chłopak mi to przetłumaczył za dwa opakowania szlugów, później jeszcze po drugiej stronie dworca kazałem to przetłumaczyć jakiejś babce, żeby się upewnić, że mnie nie wkręca, i o 7 rano Ossola z tym poleciał. Prezentacja się spodobała i oni ten stadion postanowili robić. Ale jak opowiedziałem Paolowi Pininfarinie o mojej nocnej akcji, to tylko westchnął: „Boże, Kaniewski, z tobą to po prostu się nie da wytrzymać”.

Kto to dla Pana jest Pininfarina?

– Potęgę rodu Pininfarinów stworzył dziadek Paola, Battista. On się jeszcze nazywał Farina.

Farina czyli mąka?

– Tak. A pinin to po piemoncku junior. Battista założył firmę i dorobił się majątku i renomy. Gdy jego syn Sergio przejął firmę, to się mówiło, że on jest pinin Farina, czyli Farina junior. Sergio to dla mnie mistrz. On był najzdolniejszy. W pewnym momencie stał się bardziej sławny niż Battista i zwrócił się do prezydenta Włoch o zmianę nazwiska. O zezwolenie na dopisanie tego pinin do Farina. I tak pojawiło się nazwisko Pininfarina.

Miał troje dzieci: Paolo zajmował się projektami nietypowymi, jak te afrykańskie stadiony. Albo jeszcze bardziej od czapy: lodowe organy na Antarktydzie dla Watykanu na dwutysiąclecie chrześcijaństwa. Ten plan, choć był całkiem zaawansowany, w końcu nie został realizowany. Andrea prowadził część samochodową. A Lorenza, wnuczka Battisty, córka Sergia, siostra Paola, to był kwiatek do kożucha. Andrea zginął w wypadku samochodowym jakieś pięć lat temu. Jechał skuterem i wpadł pod samochód. Sergio umarł w zeszłym roku, no i Paolo prowadzi teraz całą firmę.Materiały prasowe wydawnictwa Bosz
Na zdjęciu Ferrari 458 Italia. Janusz Kaniewski zaprojektował już wnętrze dla jego następcy, który trafi do sprzedaży w 2016 r. Fot. wydawnictwo Bosz

TERAŹNIEJSZOŚĆ, CZYLI AGRESJA AUTA

Jakbym teraz wsiadł do nowego ferrari, tobym dotknął czegoś „design by Kaniewski”?

– Nie, teraz nie. Dopiero w 2016 roku, bo ja robię następcę modelu 458, jego wnętrze. To jeszcze trzy lata.

Dobra, zbiorę pieniądze. A co to znaczy „robię wnętrze”?

– Projektuję kierownicę, deskę rozdzielczą, fotele, boczki.

Materiały, kolory?

– No i kształt przede wszystkim.

Kierownica, to wiadomo, jaki będzie miała kształt. A reszta?

– Chyba… Musiałbym

(mierzymy się wzrokiem)

– OK, powiem. Inspiracją jest ruska mafia. Lufy pistoletów skierowane w kierowcę.

Nie!

– Naprawdę!

Jak to?!

– Przysięgam!

Dobra, czyli Ferrari 2016 roku jest robione pod ruską mafię?

– Tak. Bo to największy rynek jest. Rosja. I Chiny.

Ale zaraz, moment. Jak te lufy są skierowane? Z kierownicy?

– Nie, to są wyloty powietrza.

A! I one mierzą w kierowcę?

– Tak.

No to perwersja. Polubią to? Polubią.

– Ci ludzie, którzy teraz mają po 20 lat i są bandytami, w 2016 roku będą próbowali się legitymizować, zakładać legalne interesy…

No tak, bo dzieci. A te dzieci trzeba będzie kształcić w dobrych szkołach.

– …ale wspomnienia będą mieli.

Sentyment?

– Tak, sentyment. Takie założenie przyjąłem.

Fajnie, czyli lufy w kierowcę i co jeszcze? Kolor jaki?

– Czarny i srebrny. Ale generalnie bardzo mało materiałów. Opięta skóra, tak jak kurtka…

…na bicepsach?

– Tak. I na muskularnej klacie. Dosyć toporny design i arogancki względem pasażera. Zdecydowanie wszystko skierowano na kierowcę. Laska, która siedzi obok kierowcy, nic nie dostanie.

Czyli co? Ma gorszy fotel? Nawiewu nie ma?

– Właśnie ten nawiew jest biedniejszy, taka po prostu pusta dziura.

Ale za to pewnie jakoś tak siedzi, żeby nogi miała pod brodą, żeby… Już sobie wyobrażam, jak ta laska długonoga tam siada. A w takim samochodzie to z nogami nie bardzo wiadomo, co zrobić.

– Nie, to jest tak pomyślane, jakby jej tam właściwie nie było. Zdecydowanie orientacja na kierowcę.

Z zewnątrz też jej nie widać specjalnie? Kierowca – pan i władca – a ona u podnóżka?

– Tak. Słowem kluczem do tego projektu była arogancja. Mieliśmy wewnętrzną prezentację i wygrał projekt, który się konkretnie nazywał „Ruska mafia”. Zresztą prawdopodobnie Porsche Cayenne było robione z podobnym założeniem. Myśmy analizowali jego wnętrze, jak tam są porozkładane elementy, i właśnie te nawiewy są skierowane na człowieka w sposób, który podobnie się kojarzy.

To ciekawe, bo ten samochód jest odbierany jako kobiecy i kupowany chyba raczej głównie dla kobiet.

– Bo kobiety nie kupują kobiecych samochodów. Nie cierpią wręcz samochodów zaprojektowanych dla kobiet. Był taki prototyp Volvo, zaprojektowany przez kobiety dla kobiet, w ogóle nie wyszedł poza fazę prototypu. Na badaniach wyszło, że kobiety go nie chcą. Kobietom podobają się męskie samochody.

Duże, silne, ryczące?

– Duże, masywne, agresywne, aroganckie.

Co się jeszcze w samochodach liczy?

– Wyraz twarzy, czyli przód. Robiłem je w dwóch poprzednich Ferrari: w obecnym 458 Italia i w Californii.

Wzoru dla wyrazu twarzy też Pan szukał na Wschodzie?

– Nie, tu działa inny mechanizm. Około 40 proc. decyzji o kupnie samochodu ludzie podejmują na podstawie tego, jak samochód na nich patrzy. To się wydaje naiwnym antropomorfizowaniem, ale działa.

Czyli jak się samochód projektuje, to się myśli przede wszystkim o czym? O aerodynamice? Powiedzmy, że teraz, przy tym stoliku, wymyślamy zupełnie nowy samochód. Od czego zaczynamy?

– Najpierw się projektuje właśnie wyraz twarzy, czyli to, jak ten samochód będzie patrzył.

Musi nawiązać kontakt?

– I to kontakt długotrwały. Bo to nie może być tak, że klient kupi tylko ten jeden samochód. Ja muszę zbudować lojalność z marką. Czyli młodemu człowiekowi firma Mercedes-Benz sprzedaje smarta, troszkę starszemu sprzedaję klasę A, jeszcze starszemu klasę B, C, R i docelowo, jak będzie miał 60 lat, to mu sprzeda eSkę.

A jakie wyrazy twarzy mają najlepsze wzięcie?

– Agresywne, niestety.

U nas, czy wszędzie?

– Nie, wszędzie. Wzorem są bmw, audi… Kia np. świetnie to rozgrywa. A Chińczycy już podkupują projektantów, inżynierów z BMW tylko po to, żeby się nauczyć tak projektować.

Nauczyć się tej agresji?

– Tak. Że źrenice przycięte są od góry, takie spojrzenie spode łba, horyzontalne linie. Japońskie auta mają to bardzo wyraźne.

Kontakt wzrokowy już nawiązany, co dalej?

– Później się projektuje bryłę. Ale to jest jakby mniej ważny element. I można go pominąć, na przykład kupić sobie gotowy projekt.

I tutaj ma znaczenie ta aerodynamika i ta powierzchnia, i kubatura

– Tak, przy czym aerodynamika i bezpieczeństwo to są tematy tylko marketingowe. Jak Pan pamięta, w latach 90. była moda na pokazywanie, ile auto ma gwiazdek NCAP, ile poduszek powietrznych i tak dalej. To był niezły trik reklamowy. Chodziło w nim nie o bezpieczeństwo, tylko oczywiście o sprzedaż.

Poziom bezpieczeństwa nie miał znaczenia?

– Na sprzedaż bezpośrednio nie przekłada się. Co innego moda. Trzeba wykreować modę na bezpieczeństwo i wtedy jest OK. Wcześniej był współczynnik cx – aerodynamika – i wszystkie firmy się chwaliły, kto ma lepszy. 0,29, 0,30, 0,28.

I miało to wpływ na sprzedaż?

– Tylko poprzez marketing. I to jest marketing, ale żeby było śmieszniej, na użytek nawet nie facetów, którzy kupują samochody, bo to głównie faceci kupują, ale na użytek ich żon, które de facto decydują o budżecie domowym. Zdradzę Panu, jaka tu jest strategia. Na przykładzie właśnie reflektorów. Otóż laboratorium zrobiło nam superplastik, który nie matowieje. Czyli można nim zastąpić szkło w reflektorach. I można zmontować reflektor w taki sposób, żeby dało się go naprawić. Nie wymienić, tylko naprawić.

Idziemy z tym do działu marketingu, a tam nam mówią: „Chyba zwariowaliście. Właśnie o to chodzi, że plastik ma zmatowieć, żeby klient miał ochotę go wymienić. I ma się nie dać naprawić, tylko trzeba wymieniać cały reflektor za 400 euro. Zamiast zajmować się głupotami, wymyślaniem nowych materiałów, zajmijcie się tym, jaki trik sprzedać żonie naszego klienta, żeby facet, który chce sobie kupić błyskotkę za 400 euro, mógł wytłumaczyć racjonalność tego wyboru”.

Po kilku tygodniach faceci z laboratorium Boscha wracają i mówią: „Wymyśliliśmy coś takiego: jak samochód hamuje, to przód mu lekko nurkuje, czyli strumień światła się skraca. Dołożymy jeszcze jeden silniczek, dzięki temu będzie się unosił”. Zero funkcjonalności, ale dwa silniczki to już jest 80 euro, super.

I to podnosi sprzedaż?

– Podnosi. Facet może w knajpie kolegom opowiedzieć, że ma taki bajer, a żonie, że „kochanie, kosztowało drogo, ale wiesz…  To jest bezpieczeństwo, jak hamuje – się nie skraca”.

Ściema?

– Ściema. Byłem przy tym, jak w laboratorium General Electric Plastics – jednym z najważniejszych miejsc na świecie – chemicy zrobili plastik do iPoda, który odrzucono, i zastosowali go do Smarta. Apple go nie chciał, wolał lustrzaną powierzchnię. Czemu? Żeby ludzie ją brudzili paluchami i czyścili o spodnie. A od tego się drapała. Po roku telefon był do wyrzucenia. I nikt nie miał pretensji do Apple’a, tylko do siebie, bo to przecież ja podrapałem.

To już wiem, dlaczego on był taki ładny z tyłu. A samochód przyjazny? Uśmiechnięty? Istnieje?

– Passé, nie ma już.

Były takie auta?

– Pewnie. Twingo. Ale to był samochód, który robiła kobieta, Anne Asensio. Nie uchowała się w Renault, a szkoda, bo to była bardzo mądra baba, która mogłaby naprawdę sporo namieszać w samochodach. Jej Twingo było kompletnie poza kanonem, trochę tak jak Fiat Uno kiedyś. Po 10 latach produkowania klienci w dalszym ciągu nie chcieli nic innego, tylko ono się cały czas dobrze sprzedawało.

No dobrze, a te Mini Morrisy, Fiat 500?

– Było, minęło. W latach 90. się skończyło.

To ja już wiem, kto jest odpowiedzialny za agresję na polskich drogach. Projektanci.

– Arogancja. Samochód musi być arogancki.

Samochód kształtuje świadomość?

– No, niestety tak.

h
Nowy fotel projektu Janusza Kaniewskiego, który przez najbliższe dwie dekady będzie produkowany dla superszybkich, europejskich kolei. Fot. wydawnictwo Bosz.

NA CZAS, CZYLI RZEMIEŚLNIK I ARTYSTA

Słucham Pana z narastającym zdumieniem. Bo Pan mówi z dużą pasją o wszystkim. A ja cały czas się zastanawiam, na czym właściwie ta Pańska profesja polega. Artysta to jest przecież taki ktoś, kto zajmuje się tworzeniem. Rzemieślnik to ktoś, kto zajmuje się odtwarzaniem. A Pan jest właściwie artystą, czy rzemieślnikiem?

– W pół drogi. Na tym polega rzadkość tego zawodu.

A może to jest misja?

– Nie, to jest po prostu zawód, którego przez cały ten zasrany PRL nie było i myśmy musieli się go nauczyć od początku. To jest w pół drogi między tym a tym.

Ale to jest tak, że raz się jest bardziej artystą, a raz bardziej rzemieślnikiem, czy też okrakiem idzie Pan przez życie?

– Designer jest jak piekarz. Musi robić dobry chleb na czas.

To ważne: że trzeba być na czas, że trzeba się wstrzelić.

– Tak, mnie nie wolno być artystą, który strzeli focha i powie: „Przepraszam, ale nie miałem natchnienia twórczego”.

Jak przychodzi czas na to właśnie, co trzeba zrobić, to musi być zrobione, bo inaczej traci się i sens, i pieniądze?

– Ogromne pieniądze klienta, który jeszcze będzie się domagał odszkodowania.

Czy w Polsce są perspektywy dla designerów?

– Ogromne. Gdy pięć lat temu przyjechałem do Polski, to się poczułem jak drwal, który wchodzi do lasu i mówi: „Boże, tu jest tyle drzew do zrąbania”.

Jak byłem w Indiach, to zwróciłem uwagę, że tam marki są przeróżne, głównie miejscowe. I dużo sklepów firmy Bata. Zapytałem zaprzyjaźnionego Hindusa, dlaczego akurat Bata? Odpowiedział anegdotą: „Zaraz po odzyskaniu niepodległości przyjechali do nas przedstawiciele wielkich firm obuwniczych, żeby zobaczyć, co mają do zwojowania. Rozejrzeli się i stwierdzili: wszyscy chodzą bez butów, nie mamy tu nic do roboty. I wyjechali. A przedstawiciel Bata się rozejrzał i oświadczył: „O, tu wszyscy chodzą bez butów, mamy masę roboty”. Trochę tak w tej naszej Polsce teraz jest, że wszyscy chodzą bez butów. Pan się bierze do roboty, panie Kaniewski!

*Janusz Kaniewski – Urodził się 30 marca 1974 r. w Warszawie. Ukończył wydział projektowania środków transportu w Istituto Europeo di Design w Turynie. W latach 1999-2001 pracował w studiu Pininfarina w Cambiano, z którym współpracuje do dziś. Od 2003 projektuje dla Ferrari, a także dla Lancii, Alfa Romeo, Citroena, Suzuki i Hondy.

Jest współautorem aktualnego logo koncernu Fiat, opakowań papierosów Marlboro i butów   narciarskich Lange, zaprojektował m.in. Stację Benzynową Roku 2012: Orlen, Grunwaldzka 76 w Gdańsku, szklankę piwa Żywiec, a także fotele kolejowe do wielu linii europejskich.

W 2011 r. drugi w rankingu najbardziej innowacyjnych przedsiębiorców w Polsce („Forbes”).

Janusz Kaniewski, design

Nakładem prestiżowego wydawnictwa Bosz ukazał się 18 października album zatytułowany „Janusz Kaniewski. Design. Wykłady i rozmowy o projektowaniu przyszłości”.

http://www.logo24.pl/Logo24/1,125389,15000239.html

Maraton – miłość, zgubne rachowanie i ucieczka z bieżni

Żeby nie być monotematycznym nie bedę komentwał wczorajszych wydarzeń w Warszawie :D, za to podzielę ciekawym artykulikiem o maratonie, który faktycznei staje się coraz bardziej popularny mimo że istnieje wiele innych dystansów, na których też można odnosić sukcesy, ale nie każdy o tym  wie lub pamięta.
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego niektórzy zawodnicy, pomimo całkiem dobrych wyników na krótszych dystansach, nie osiągają adekwatnych rezultatów w maratonie? Czy to tylko kwestia wrodzonego braku predyspozycji wytrzymałościowych, a może jakaś cecha charakteru, która ich ogranicza? Jedno jest pewne – z tego typu problemem boryka się wielu biegaczy, którzy bez wyśrubowanej życiówki na królewskim dystansie czują się po prostu gorsi. Gdzie zatem leży problem? I co z zawodowcami, którzy coraz częściej porzucają średnie dystanse dla maratonu?

Maraton wyznacznikiem sportowej klasy

Przez ostatnie lata popularność maratonu gwałtowanie wzrosła. Ten dystans stał się niejako towarem, po który sięga coraz więcej aktywnych Polaków. Maratony biegają przedstawiciele praktycznie wszystkich grup społecznych i choć łączy ich sportowa pasja, to wyniki skutecznie dzielą. Od dawna biegasz? Biegłeś maraton? Jaki miałeś czas? Tego typu pytania stały się już nieodłącznym elementem nawiązywania sportowych relacji. Dokładnie – czas w maratonie stał się swoistym sacrum, wyznacznikiem sportowego poziomu i ambicji. Na przeciętnym amatorze rezultaty z 5, 10 czy 15 km to tylko cyfry, o których można wspomnieć, ale które nigdy nie będą najbardziej istotne. Doświadczyłem tego osobiście, gdy mówiłem niektórym osobom o swoich rekordach życiowych z 1500 m (3:59) i 3000 m (9:04). Te wyniki (choć dla mnie do dziś najbardziej wartościowe) mało u kogo wywoływały większe poruszenie. Sytuacja się zmieniała, gdy zaczynałem mówić o maratonie (zawsze na końcu o nim wspominałem, bo ówczesna życiówka 3:05 była dla mnie źródłem niemałego wstydu). Wtedy słyszałem słowa uznania i podziwu dla wyniku, który przecież w konfrontacji z pozostałymi wypadał naprawdę blado. A jednak maraton ma w sobie to coś, co powoduje, że jest obiektem największego pożądania.

Banalne błędy doświadczonych debiutantów

I tutaj często pojawia się problem, jak trenować i co robić, by dobre wyniki z krótszych dystansów odbiły się na znakomitym rezultacie w maratonie. Jednym z podstawowych błędów popełnianych przez debiutantów jest fałszywe przekonanie o tym, iż wystarczy wypracować sobie odpowiednie wyniki na dystansach do półmaratonu włącznie, a wtedy sam maraton pójdzie już gładko. W masowe użycie wchodzą wtedy wszechwiedzące kalkulatory, tabelki i przeliczniki, które napełniają optymizmem na dobry rezultat na mecie. W praktyce rzadko się to jednak sprawdza, a wynik bywa źródłem wielkiego rozczarowania. Jak się okazuje, wielu nawet całkiem dobrym zawodnikom zdarza się przeszarżować w debiucie. Znam przypadek zawodnika, który z rekordem życiowym 1:15 w półmaratonie, nie był w stanie nawet 3h złamać i swój pierwszy maraton pokonał w 3:04. Dlaczego? Zaufał bezkrytycznie kalkulatorowi, który ,,kazał’’ mu pobiec na 2:39. Zapytany o to czy robił wcześniej długie wybiegania, odpowiedział, że kilka trzydziestek pobiegł po 4:15min/km. No właśnie, zaledwie kilka tak ważnych treningów, w dodatku w tempie, które różniło się od zakładanego na zawodach aż o 37 sekund. Przewidywane przez niego 2:39 wymagało średniej 3:47min/km – tempa, którego on po prostu nie znał. Z perspektywy czasu można uznać, że rozsądniej by było, gdyby w debiucie założył sobie bardziej realny wynik, np. 2:45 lub po prostu solidniej się do tego biegu przygotował. ,,Ścigacze’’ mają bowiem pewną przypadłość, która objawia się często zbytnią, zakorzenioną w umyśle pewnością siebie, co bywa zgubne w skutkach. Kluczowe w tym przypadku wydaje się więc spokojne budowanie wytrzymałości poprzez wybieganie odpowiedniej ilości kilometrów, najlepiej z końcówkami w tempie startowym zamiast ruszania w maratoński wir z pełnego pędu, spontanicznie i szaleńczo. Taka szarża prawie zawsze skutkuje kryzysem i to jakim! Kolega ostatnie kilometry zamiast po 3:47 min/km pokonywał po… 6min/km!

Objętość kluczem do sukcesu w maratonie

Nie łudźmy się – plany treningowe, które nie przewidują jednego 30-35 km wybiegania w tygodniu raczej nie zbudują wystarczającej wytrzymałości oraz nie nauczą organizmu odpowiedniego reagowania w zetknięciu z początkami najtrudniejszych kilometrów. I choćbyś posiadał niewiadomo jak dobre rezultaty na krótszych dystansach, maraton to zawsze zupełnie inna bajka. I tylko odpowiednia baza wytrzymałościowa będzie w stanie nauczyć cię pokonania całego biegu bez większych strat prędkości na końcówce. W przeciwnym razie męczarnie po zetknięciu ze ścianą będziesz pamiętać baaardzo długo.

Maraton vs średnie dystanse (1:0)

Maraton tym się różni od innych dystansów, że o wiele łatwiej się od niego uzależnić. Dla większości biegaczy już po pierwszym starcie staje się on niczym aromatyczna kawa o poranku. Można bez niego żyć, ale co to za życie bez tej kilkugodzinnej dawki ,,przyjemnego’’ wysiłku. Dodatkową robotę wykonują media wszelakimi kampaniami reklamowymi, kuszeniem bicia kolejnych rekordów frekwencji i budzeniem w człowieku przekonania, że jeśli już się jest biegaczem czy biegaczką, to ten słynny maraton wypada po prostu zaliczyć, by w tym sporcie być kimś. I trochę smutne jest to, że przez taki stan rzeczy gdzieś w cieniu całej tej masy drepczących maratończyków trenują nasi średniodystansowcy, jak np. Mateusz Demczyszak czy Bartosz Nowicki. Dla wielu amatorów biegania to nazwiska zupełnie nic nie mówiące, a co ciekawe wysokie miejsca tych zawodników na Mistrzostwach Europy przegrywają w konfrontacji z sukcesami naszych maratończyków, którzy raz po raz zajmują czołowe lokaty w maratonach mniejszej rangi, na których akurat nie było czarnoskórych zawodników. Tak było chociażby w zeszłym roku, kiedy to Bartosz Nowicki zajął 5. miejsce na Mistrzostwach Europy w biegu na 1500m. Osiągnięcie dla wielu nieznaczące praktycznie nic, choć z punktu widzenia sportowej klasy większe niż wygranie, np. Maratonu Warszawskiego. I takie niestety są obecnie realia, a skutki coraz bardziej opłakane – wielu młodych zawodników, którzy mogliby nieźle namieszać na średnich dystansach ucieka w świat maratonów. W świat, w którym bez względu na wynik czują się docenieni i potrzebni. I jak się tak głębiej zastanowić, to trudno się temu dziwić, bo jakąż to można mieć motywację, gdy na każdych zawodach zajmuje się odległe miejsce? Gdy zaczynałem trenować, miałem kolegę, który legitymował się przyzwoitym czasem na 3000 m – 8:35, czasem, który jednak nie pozwalał mu na osiąganie większych sukcesów. Porzucił ten dystans i zaczął biegać maratony, w granicach 2:30-2:35. Te wyniki w świecie długich dystansów również niewiele znaczą, ale pozwoliły mu na wygranie wielu maratonów mniejszej rangi, dając jednocześnie pewność siebie i prawdziwą radość z biegania. Teraz ma 33 lata i dalej biega, zajmując niezłe lokaty. A gdyby dalej tkwił uparcie w szlifowaniu swoich 3000 m? Być może znajdowałby się już poza światem sportu, sfrustrowany brakiem osiągnięć, podobnie jak setki, jeśli nie tysiące, byłych biegaczy na podobnych dystansach. I tu się właśnie ujawnia prawdziwe piękno amatorskiego biegania maratonów – określenie były biegacz praktycznie tutaj nie istnieje, a zakończenie biegania często pokrywa się z wydarciem swojej ostatniej kartki z kalendarza…

I powracając jeszcze do zawodowców, coraz więcej jest wśród nich zawodników, którzy bieganie na dystansach 1500, 3000 czy 5000 m traktują jedynie jako preludium do rozpoczęcia kariery w maratonie. Nawet słynny Kenenisa Bekele myśli już o maratońskim debiucie i szczerze; nie mogę się tego dnia doczekać. Jednak zawodnicy tego pokroju przeważnie bez problemów pokonują królewski dystans, ponieważ mają solidnie zbudowaną bazę wytrzymałościową – nawet jeśli trenowali pod średnie dystanse, to w tygodniu pokonywali więcej kilometrów niż większość maratończyków – amatorów. Niemniej jednak i w tym przypadku wszystko jest kwestią punktu odniesienia – 2:05 w przypadku Bekele byłoby porażką dla rekordzisty świata na czterech krótszych dystansach.

Bliskie spotkanie już wkrótce

Jak to wszystko będzie dalej przebiegać – pokażą najbliższe lata. Z tego tekstu można wysnuć pewne wnioski, przeanalizować przebieg własnej kariery i przede wszystkim zastanowić się czy twoje starty w maratonie mają sens. Nie wierzę jednak, abym kogokolwiek odwiódł od biegania na dystansie 42,195 km, bo kombinacja tych 5 cyfr to kod do zupełnie innego świata. Dlatego sam, będąc w owym świecie już ponad 11 lat, zachęcam wszystkich do zapamiętania z tego tekstu dwóch najistotniejszych rzeczy; że objętość jest kluczem do sukcesu w maratonie oraz, że oprócz maratonu istnieją jeszcze krótsze dystanse stadionowe, które zawodowo trenuje sporo mniej znanych zawodników, ale robiących to naprawdę z sercem. Pamiętajmy o nich, bo patrząc na obecną tendencję, być może już wkrótce staną z nami na starcie maratonu. I znikną nam szybko z pola widzenia napędzani walką o zwycięstwo na najważniejszym dystansie na świecie.

http://treningbiegacza.pl/adidas/adidas-trening/item/1183-maraton-milosc-zgubne-rachowanie-i-ucieczka-z-biezni