„O robieniu kariery nawet nie myślę. Zaczynam mieć dość, ale uciec też za bardzo nie ma gdzie”. Cyfrowy tayloryzm – koniec ciekawych posad?

Dawno nic nie pisałem, bo i nie było o czym 😛 Święta, sylwester, Nowy Rok itd. ale, że akurat ciekawy artykulik się trafił to se wrzucę a co 😀 Coraz więcje tego typu rzeczy czytam i troche t osmutne zwłaszcza, że sam jestem w podobnej sytuacji, nie mniej jednak cały czas się staram ową sytuację zmienić z różnym skutkiem. Tak naprawdę trudno narzekać, bo robota jest, coś tam się robi, pieniądze jakieś są, stresu i ciśnienia raczej nie ma, więc wydwać by si mogło „O co chodzi tym lesrom, wykształciuchom” no, ale właśnie o coś chodzi. Jak się dowiem to pewnie o tym opowiem a na razei robie swoje i stram się nie narzekać 🙂

Młodzi są często rozczarowani tym, że obiecywało się im pracę marzeń, a muszą robić te same czynności każdego dnia. Na zdjęciu: biuro call center jednej z firm we Francji

Młodzi są często rozczarowani tym, że obiecywało się im pracę marzeń, a muszą robić te same czynności każdego dnia. Na zdjęciu: biuro call center jednej z firm we Francji (Fot. JEAN-FRANCOIS MONIER AFP EAST NEWS AFP/EAST NEWS)

Wykonywanie dzień w dzień tych samych obowiązków. Poczucie braku perspektyw na rozwój i awans. Stanowisko specjalisty, ale płaca robotnika. Czy w tym kierunku zmierza rynek pracy?

– Moja praca polega na wprowadzaniu danych do komputera, dzwonieniu do klientów oraz wysyłaniu maili i odpowiadaniu na nie ściśle według procedur obowiązujących w firmie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dostałam zadanie wymagające samodzielnego myślenia – skarży się 28-letnia Aneta, pracująca od dwóch lat w firmie windykacyjnej.

I mówi dalej: – O robieniu kariery nawet nie myślę. Awansować mogę jedynie na kierownika działu, ale szanse na to są nikłe, bo rotacji na tych stanowiskach praktycznie nie ma. Moja szefowa jest menedżerem od ośmiu lat, czyli momentu powstania firmy. Powoli zaczynam mieć dość, ale uciec też za bardzo nie ma gdzie. Większość firm w tej branży działa na podobnych zasadach, oferuje zbliżone warunki, zakres obowiązków i szanse na rozwój. Nie bardzo wiem, co zrobić, żeby wyrwać się z tego błędnego koła. W sumie nic innego nie potrafię, a nie chciałabym zaczynać w nowej branży od zera – dodaje Aneta.

Rozmowa z Joanną Stępień, konsultantką w firmie GFMP Management Consultants, która wspiera firmy w zarządzaniu oraz prowadzi szkolenia dla menedżerów i specjalistów

Marta Piątkowska: Pani Aneta ma wyjątkowo nudną i mało perspektywiczną pracę.

Joanna Stępień: – Jest o wiele gorzej, przykład pani Anety to problem wielu 20- i 30-latków. W większości narzekają na to samo. Wąski zakres obowiązków, powtarzalność czynności, praca według sztywnych procedur, niskie pensje, brak perspektyw na awans. Punktują, że poprzez rozbudowaną strukturę firmy i rozwodnienie zadań na różne działy nie mają szans się wykazać. Bo to, co chcieliby i potrafią robić, wykonuje według określonego procesu kilka osób. Nie oczekuje się od nich poznawania tajników pracy w danej dziedzinie, zgłębiania jej, tylko machinalnego opanowania pojedynczych czynności.

Dlaczego?

– W głównej mierze jest to związane z kierunkiem rozwoju firm oraz całej zachodniej gospodarki, która dąży do minimalizowania kosztów kadrowych. Ekspert za realizację kompleksowych zadań, a przez to i odpowiednie umiejętności, musiał być dobrze wynagradzany. Robotnicy umysłowi, bo takim mianem możemy grupę, o której rozmawiamy, wykonują jedynie element jego pracy, więc można zapłacić im mniej.

Trend ten Philip Brown, brytyjski socjolog, w książce „Globalna aukcja” z 2011 roku określił mianem „cyfrowego tayloryzmu” – czyli „pracą przy taśmie XXI wieku”. Podniósł alarm, że konsekwencje tych zmian są bolesne zwłaszcza dla młodych pracowników. Przez całą edukację wpajano im, że będą wykonywać ciekawą i rozwojową pracę, że będą rozwiązywać problemy oraz współpracować z ludźmi, a nie zawsze pokrywa się to z obietnicami.

W jakich branżach tayloryzm zakorzenił się na dobre?

– Można powiedzieć, że we wszystkich, ale głównie dotyka pracowników niższego szczebla. W przychodniach medycznych nikt nie narzuci lekarzowi schematu diagnozowania, ale już recepcjonistce każe się każdy kontakt z pacjentem inicjować według narzuconych standardów obsługi. Nawet gdy zna kogoś od lat i pewnie chciałaby być mniej formalna.

Dalej – wśród księgowych i finansistów, w dużej mierze zatrudnionych w Polsce w centrach usług wspólnych, w których muszą wykonywać te same zadania, głównie wklepywać dane do faktur, sprawdzać, czy się zgadzają i następnie generować raporty. Dlatego do takich zadań nie trzeba zatrudniać wykwalifikowanych księgowych, bo może je wykonywać każdy, kto przejdzie pomyślnie wewnętrzny kurs.

Hermetyczne procedury powodują, że nawet pracownicy z kilkuletnim doświadczeniem w rozliczaniu międzynarodowych transakcji nie mają żadnej wartości na rynku pracy, ponieważ potrafią to robić tylko w określonym systemie, na określonym oprogramowaniu. Można powiedzieć, że firma nauczyła ich metody robienia trójkątnych śrubek niepotrzebnych nikomu innemu.

Całe zjawisko wnika jeszcze głębiej, aż do stanowisk menedżerskich i dyrektorskich. Na przykład w dużym londyńskim banku większość decyzji o przyznaniu kredytu jest uzasadnianych przez komputer. To maszyna decyduje, kto i kiedy zostanie odesłany z kwitkiem, człowiek w zasadzie odpowiada jedynie za realizację tych postanowień.

Jakie są tego konsekwencje dla pracowników?

– Na gruncie zawodowym największym problemem jest utrata pracy i późniejsze trudności z odnalezieniem się na rynku. Dopiero wtedy na jaw wychodzi niedopasowanie i do pracowników dociera, że procedury, które mają w jednym palcu, nikomu poza byłym pracodawcą nie są potrzebne. Ponadto ograniczane są możliwości awansu i rozwoju, wynagrodzenia nie rosną, a jedyna nauka związana jest z przysposobieniem pracownika do obsługi nowego klienta, ale na obowiązujących zasadach.

O wiele poważniejsze są konsekwencje psychologiczne. To rosnące poczucie frustracji wynikające z zawiedzionych oczekiwań, a także coraz niższe poczucie własnej wartości, coraz większe ryzyko wypalenia zawodowego oraz poczucie żalu i rozczarowania co do wyboru ścieżki kariery.

W wielu zawodach ludzie docierają do ściany i robią wciąż to samo. Sprzedawcy w sklepach, sekretarki, stolarze, murarze, kierowcy itd. Czym ich stagnacja różni się od przykładów, o których pani mówi?

– Bo największym problemem nie jest rutyna, tylko oczekiwania. Ktoś, kto decyduje się na bycie sprzedawcą w sklepie lub zawodowym kierowcą, wie, na czym polega ten zawód i jakie ma perspektywy na rozwój. Tymczasem robotnikami umysłowymi zwykle zostają młodzi, wykształceni ludzie, których wychowano w przekonaniu, że świat będzie należał do nich. To, co otrzymują, znacząco odbiega od ich wizji wymarzonej pracy.

Inna sprawa, że rozwojowi tayloryzmu sprzyja globalizacja. Małe i lokalne firmy jak na razie wolne są od schematów. Procedury to domena korporacji.

Co w takim razie mają/mogą zrobić pracownicy, żeby nie spędzić całego życia na wprowadzaniu danych?

– Pracodawcy powoli przestają opracowywać ścieżki kariery, bo z jednej strony tak mocno zmienia się ich otoczenie, że nie sposób zaplanować dla wszystkich pracowników przyszłości, gdy przyszłość samej firmy jest niepewna. Z drugiej – nie wiadomo, czy w firmie zostaną ci sami pracownicy, rotacja jest o wiele większa niż kiedyś.

Gdy pracodawca nie chce przejąć odpowiedzialności za naszą karierę, powinniśmy zrobić to sami. Pozwoli to uniknąć przyszłości w gronie bezmyślnych dronów wklepujących dane.

Nie ma jednak określonego zestawu umiejętności, które zagwarantują wszystkim powodzenie. To, co można zrobić i co może pomóc w dłuższej perspektywie wyrwać się z cyfrowego tayloryzmu, to stała czujność na zachodzące zmiany, elastyczność w dostosowywaniu się do zmieniających się wymogów, łączenie kilku dziedzin wiedzy, empatia i umiejętność współpracy z różnymi grupami. Czyli, jeśli zajmujemy się np. programowaniem w określonym języku, oznacza to śledzenie zmian w zapotrzebowaniu na tę umiejętność, stałe pogłębianie wiedzy, poszerzanie doświadczenia o współpracę z klientami z różnych dziedzin, nie tylko tych, którzy przynoszą obecnie najwyższe profity, ale również tych, którzy mogą je przynieść w przyszłości. Trzeba się dokształcać i rozwijać nie pod kątem danego pracodawcy, tylko wymogów rynku. Co z tego, że firma X nie oczekuje ode mnie znajomości danego oprogramowania, skoro wiadomo, że za dwa, trzy lata, wszyscy będą na nim pracować.

Czasem trzeba wymyślić swoją karierę na nowo, szukać szans w innych branżach. Nie bać się wyzwań, szukać alternatyw. Stosowanie się do tych wskazówek jest trudne, a problem pogłębia fakt, że pracownicy godzą się na cyfrowy tayloryzm. Walka odbywa się na złym froncie – mam na myśli walkę o work-life-balance. Pracownicy walczą o przywileje, o pracę bez nadgodzin, o życie bez telefonu służbowego zamiast walczyć o dobrą pracę, czyli taką, która daje rozwój i poczucie sensu.

W zasadzie posunęłabym się do stwierdzenia, że work-life-balance w takim rozumieniu stał się wręcz opium dla osób wykonujących bezmyślne zadania. Wiele procedur, którymi jesteśmy oplątywani, wynika z wybrania najłatwiejszej ścieżki przez zarządzających w poszukiwaniu bezpieczeństwa.

Skoro takie rozwiązanie opłaca się firmie, to dlaczego miałaby coś zmieniać?

– Bo to perspektywa krótkoterminowa. Pełna kontrola pracowników i mikrozarządzanie powodują, że gdy nagle dochodzi do dużej zmiany, powiedzmy załamania rynku, to globalna korporacja okazuje się kolosem na glinianych nogach, który nie jest w stanie elastycznie dopasować się do sytuacji. Zawodzą procedury, a ludzie, którzy normalnie poradziliby sobie w tych okolicznościach, po latach powtarzalnej pracy wypadli z rytmu i stracili zawodową czujność. Na szczęście istnieje alternatywna droga dla industrializacji, tayloryzacji pracy.

Jaka?

– Podam przykład. Największy na świecie serwis oferujący dostęp do filmów i seriali, o którym głośno było w 2013 roku, kiedy wyprodukował i udostępnił użytkownikom nagradzany serial „House of Cards” z Kevinem Spacey’em w roli głównej, jest zarządzany w nietypowy sposób. Otóż wewnętrznie to firma właściwie pozbawiona procedur, w której pracownicy mogą iść na urlop, kiedy zechcą, otrzymują wyłącznie wynagrodzenie, zero benefitów, premii, i nie muszą rozliczać się z wydatków z działowego budżetu. Firma traktuje pracowników po partnersku, oczekując od nich jedynie efektów. Tam nikt nikogo nie prowadzi za rękę, nie rozlicza z godzin spędzonych przed komputerem czy liczby dni urlopowych.

Chociaż rozwiązanie brzmi egzotycznie, to całkiem nieźle się sprawdza. W ciągu ostatniego roku wartość akcji tej firmy wzrosła trzykrotnie.

http://gazetapraca.pl/gazetapraca/1,90445,15265323,__O_robieniu_kariery_nawet_nie_mysle__Zaczynam_miec.html#MT

Reklamy

Zarabia 8 tysięcy, pracuje 7 godzin dziennie, z czego 5 gra na komputerze. „Mam tego dość”

No właśnie jestem chyba w podobnej sytuacji, co Pan opisany w artykule z tą różnicą, że mało zarabiam 😛 i tak na prawdę nie do końca wiem jak ową sytuację zmienić, bo niestety zmiana obecnego zajęcia nie przyniosła jak na razie rezultatu. Może to w sumie jakaś forma uzalania się nad sobą, malkonenctwa czy innego badziewia, ale tkwienie w takmi układzie potrafi być męczące lub wręcz frustrujące. Nie mniej jednak powinienem się cieszyć, że mam jakąś pracę, dostaje punktualnie wypłatę nie mam nadgodzin, fajny zespół i teoretycznie jakieś możliwości rozwoju itd. I w sumie na swój sposób się cieszę, staram się też robić rzeczy wartościowe po pracy, np. uprawiając sport lub inną aktywność, ale czasem bezczynność odbiera chęć robienia czegoś sensownego. Tak czy siak widzę że problem nie tylko mnie dotyczy, ale to pewnei wina rozkapryszenia i rozpieszczenia, w pracy, domu, szkole itd. Jak znajdę jakieś rozwiązanie to pewnie o tym napisze o ile ktoś to bedzie chciał przeczytać 😀

Człowiek zawsze znajdzie dziurę w całym. Większość z nas ciągle narzeka, że za dużo pracuje lub zbyt mało zarabia. Są jednak ludzie w całkowicie odwrotnej sytuacji. Maciek jest informatykiem w dużej firmie, świetnie zarabia i nie przemęcza się. Pomimo to, czuje się sfrustrowany, bo praca nie daje mu satysfakcji. Pieniądze szczęścia nie dają?

Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy
Pieniądze nie są jedyną motywacją do pracy • Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Każdy z nas pracuje, by zarobić. Zazwyczaj jak najwięcej, jak najszybciej i jak najłatwiej. Okazuje się, że teoretycznie wymarzona praca może być powodem do frustracji, a nawet wpędzić w depresję. Nie każdy bowiem oczekuje od swojej pracy jedynie dużych zarobków.

Maciej ma 27 lat. Mieszka w Warszawie ze swoją dziewczyną. Nie należy do tych, którzy muszą się o cokolwiek w życiu martwić. Regularnie chodzi na siłownię, obiady je głównie w restauracjach i lubi kupować markowe ciuchy. Nie jest jednak w stanie powiedzieć samemu sobie, że jest szczęśliwy.

Maciek – informatyk

Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscy. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się Tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic

– Nie mogę być zadowolony ze swojego życia – mówi lekko znudzonym głosem Maciek. Jest informatykiem. Jego miesięczne zarobki przekraczają osiem tysięcy złotych „do ręki”. Nie wie, co to nadgodziny, a przez większość czasu w pracy szuka sobie zajęcia. – Przychodzę tam dzień w dzień, a jedyne co muszę zrobić to odebrać dwa telefony i sprawdzić maila. Pracuję w zespole. Oznacza to, że muszę czekać, aż ktoś zrobi swoją część projektu, który aktualnie się „procesuje”. Dopóki ktoś nie zrobi swojej roboty, ja po prostu nie mam co robić – stwierdza Maciek.

Bywają tygodnie, gdy Maciek musi dać z siebie nieco więcej. Jednak nigdy nie było tak, aby poczuł w pracy jakiekolwiek „ciśnienie”. Pięćdziesiąt złotych na godzinę, to dla większości Polaków stawka marzeń. – Nie wiem, czy każdy chciałby być na moim miejscu. Jeśli jesteś ambitny i chcesz się rozwijać, to nie spodoba się tobie taka praca. Jeśli przez cały dzień nic nie zrobiłeś, wracasz do domu, to nawet cię to nie cieszy. Robisz dalej to samo, czyli nic – mówi rozżalony informatyk.

Praca jak salon gier

Zbyt lekka praca rozleniwia. Maciej zdaje sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę powinien się cieszyć. W końcu dobrze zarabia i może sobie pozwolić praktycznie na wszystko. Tyle tylko, że jeszcze rok temu jego życie wyglądało zupełnie inaczej. – W poprzedniej pracy, gdy zaczynałem, zarabiałem trzy razy mniej, a pracowałem czasem 16 godzin dziennie. Pomimo to, byłem zadowolony, bo po przyjściu do domu miałem poczucie, że coś zrobiłem – wspomina.

Teraz trudno o satysfakcję. Maciek powinien być w pracy osiem godzin. Wie jednak, że oznaczają one osiem godzin bezczynności, dlatego nawet nie próbuje przychodzić do pracy na czas. Po godzinnym spóźnieniu, z którego nikt go nie rozlicza, zasiada do komputera. Sposobem na walkę z nudą jest przede wszystkim gra na komputerze. Szczerze przyznaje, że zajmuje mu to nawet pięć godzin dziennie. W międzyczasie, zdarza mu się obejrzeć film na YouTub’ie.

Maciej myśli o zmianie pracy. – Trudno jest znaleźć pracę, gdzie zarobki byłyby na podobnym poziomie. Rozglądam się jednak za ofertami, gdzie pieniądze są dużo mniejsze. Miałbym jednak gwarancję, że dalej będę się rozwijał. Być może wracałbym również do domu w znacznie lepszym nastroju – mówi Maciek.

Informatykom poprzewracało się w głowach

Sytuacja Maćka nie dziwi Marka z Chorzowa, również informatyka. Jak twierdzi, często się zdarza, że w wielu korporacjach „pracują” tego typu osoby. – Nikt nie wie, co robią, widnieją głównie jako nazwisko w Excelu. Takie osoby po prostu wegetują, pobierają pensję, a ich zadania wykonują inne osoby. Często robią to świadomie i dostosowują się do tego stanu rzeczy – mówi Marek.

Takie wegetowanie nie przynosi jednak korzyści na dłuższą metę. – Istnieje ryzyko, że ktoś wreszcie zauważy w swojej tabelce, że dany pracownik nie jest mu potrzebny. Gdy ktoś przez rok praktycznie nic nie robił, to później trudno będzie mu wrócić do normalnego trybu pracy – ostrzega Marek.

Jak twierdzi, sam jest w odwrotnej sytuacji. O ile praca daje mu satysfakcję, nie może powiedzieć tego samego o zarobkach. – Zarabiam cztery tysiące na rękę. Cieszę się z tego co mam, bo są ludzie, którzy mają mniej. Jednak czasem chcę sobie kupić coś, na co po prostu mnie nie stać. Na szczęście informatyk w Polsce nie musi szukać pracy – mówi z nadzieją na poprawę swojej sytuacji informatyk z Chorzowa.

Marek przyznaje jednocześnie, że polskim informatykom nieco poprzewracało się w głowach. – Zarabiamy kokosy – mówi szczerze. Podkreśla jednak, że należy szukać takiej oferty, która zapewnia rozwój. W przeciwnym razie można szybko narobić sobie tyłów. – Nawet, jeśli zarabiasz 10 tysięcy, ale po roku stwierdzisz, że projekt idzie na dno, lepiej poszukać czegoś nowego. Nie warto się pod czymś takim podpisywać – radzi Marek.

Kuba: Mało zarabiam i dobrze mi z tym

Są jeszcze ludzie, którzy wybierają pracę dającą satysfakcję. Kuba jest menedżerem projektu w jednej z warszawskich agencji reklamowych. Jest odpowiedzialny między innymi za kontakt klientami. – Moje zarobki są poniżej moich oczekiwań. Jednak atmosfera w pracy jest niepowtarzalna – mówi Kuba. W poprzedniej pracy zarabiał znacznie więcej, a pomimo to zdecydował się z niej zrezygnować. – To, co działo się w poprzedniej pracy, można nazwać jednie mobbingiem – mówi dwudziestopięcioletni Kuba.

W obecnej pracy ma nie tylko dobrą atmosferę, ale przede wszystkim poczucie bycia potrzebnym. – Każdy lubi być nagradzanym, chwalonym. Czuję, że się realizuję, a jednocześnie to co robię jest doceniane. Często dostaję podziękowania, ustnie lub mailowo – stwierdza Kuba.

Okazuje się, że nie dla wszystkim pieniądze są podstawowym kryterium w wyborze zajęcia. Równie istotną, a jak się okazuje czasem ważniejszą, są dobra atmosfera i możliwość rozwoju. – O ile tylko mamy taką możliwość, to szukamy pracy, w której będziemy mogli się spełniać. Trzeba jedynie przemyśleć swoje priorytety. Chciałbym zarabiać więcej, ale zamierzam do tego dojść krok po kroku.

http://natemat.pl/44479,zarabia-8-tysiecy-pracuje-7-godzin-dziennie-z-czego-5-gra-na-komputerze-mam-tego-dosc

Młodzi Polacy wpadli w pułapkę ?

Hmm trochę prawdy w tym jest faktycznei teraz za bardzo nie ma subkultur a ludzei wyglądają podobnie i chyba każdy ma, albo chce mieć coraz więcej niepotrzebnych mu do niczego rzeczy, ale coż tak to wygląda i większość jest chyba z tego zadowolona. Szkoda tylko że często pokazują wszędzie dookoła rzeczy, które mają zmieniać życie po zakupie a wcale tak się nie dzieje dość częśto :p ale na tym chyba polega marketing. Tak czy sika chyba warto być tego świadomym bez względu na to czy się temu ulega czy nie 🙂

Nowe pokolenie kupuje wizję człowieka mobilnego, czyli idealnego pracownika w czasach bez etatu. I próbuje się nim stać. Z Andrzejem Bukowskim rozmawia Mira Suchodolska.

Młodzi ludzie wpadli w pułapkę /123RF/PICSEL
Młodzi ludzie wpadli w pułapkę
 

Mira Suchodolska: Ponoć każdy młody człowiek ma duszę rewolucjonisty. Pan też się buntował?
Andrzej Bukowski: Jak każdy nastolatek byłem pełen wewnętrznej niezgody na świat. Zwłaszcza że moja młodość przypadła na specyficzne czasy – to był początek lat 80., festiwal Solidarności. Moi rodzice tym żyli, bez przerwy się w domu dyskutowało, czytało, słuchało. Dojrzewałem w przyspieszonym tempie – także obywatelsko i politycznie. Jestem raczej introwertykiem, nie uzewnętrzniam emocji, ale pamiętam tamtą atmosferę wolności. A potem stan wojenny, wyrzucanie niepokornych nauczycieli z pracy, komisarzy stanu wojennego, którzy przychodzili do nas do szkoły i pletli jakieś propagandowe androny, a myśmy się im odszczekiwali. Na studiach przyszedł czas na roznoszenie ulotek i czytanie bibuły. Moi koledzy mieli powielacz, po akademiku krążyły wydawnictwa podziemne, ale nie traktowaliśmy tego jako wielkiej rewolucji – przeciwstawianie się systemowi było naturalne. Tak jak chodzenie na koncerty Gintrowskiego i Kaczmarskiego.

To proszę spojrzeć na dzisiejszych młodych. Nie mają pracy, nie mają perspektyw, nie stać ich na założenie trwałego związku ani na dzieci. Ale siedzą jak trusie, nawet nie narzekają szczególnie, choć, wydawałoby się, dawno powinni wyjść na ulice. Ci najbardziej zbuntowani po prostu wyjeżdżają za granicę. Jakby im wycięto kawałek mózgu podczas lobotomii.

– Jest taka bardzo ciekawa książka amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta pt. „Korozja charakteru”. Opisuje zjawiska zapoczątkowane w latach 80. ubiegłego wieku, które doprowadziły do tego, że współcześni ludzie, zwłaszcza młodzi, tracą poczucie kontroli nad własnym losem i wpływu na rzeczywistość. Umacniani są w przekonaniu, że nic od nich nie zależy. Kiedy bowiem pracodawca ich nie potrzebuje – są zwalniani, kiedy firma przeprowadza się na drugi koniec kraju, mają do wyboru – albo zmienić miejsce zamieszkania i porzucić przyjaciół, społeczność lokalną, w której już zdążyli zapuścić korzenie, albo stracić pracę. To wyjątkowo destrukcyjne z punktu widzenia tożsamości i więzi międzyludzkich doświadczenie. Oddaje też sedno zmian, jakie zaszły w Polsce (bo u nas pewne procesy z naturalnych przyczyn były opóźnione) w ciągu ostatnich 20 lat. Chodzi o to, w jaki sposób nowy kapitalizm – w którym zachodzi nie tylko globalizacja na wielką skalę, ale przede wszystkim spłaszczanie struktur korporacyjnych – zbudował nowego człowieka, ściśle przystosowanego do jego wymagań.Czyli głupkowatego, bezwolnego konsumenta.
– To zbyt kategoryczne i krzywdzące. Ująłbym to inaczej: mamy czasy, w których królują umowy śmieciowe, kontrakty czasowe, projekty, czy jak tam jeszcze nazywa się te współczesne formy zatrudnienia. Etat stał się anachronizmem, w dodatku niebezpiecznym, bo zagrażającym konkurencyjności gospodarki. Taka sytuacja na rynku pracy wymaga nowego człowieka, który potrafi się w tych zasadach orientować, pogodzi się z nimi. Więc za tą potrzebą stworzenia idealnego pracownika poszła nowa antropologia – wizja człowieka elastycznego, mobilnego, szybko dopasowującego się do zmian, dynamicznego etc. Rozwijającego się, kształtującego samego siebie indywidualisty. A jeśli ktoś taki nie jest – tym gorzej dla niego. To znaczy, że jest niedostosowany, nie daje rady. I młodzi kupili ten sposób myślenia, wpadając tym samym w pułapkę. Pułapka polega na rozbieżności pomiędzy „obietnicami” nowego kapitalizmu a jego realiami. We wszystkich badaniach widać, jak duże jest rozwarstwienie, ale o tym się głośno nie mówi. Nie wypada. Ta nowa antropologia zachwyca się ludźmi, którzy odnieśli sukces, gloryfikuje ich, namawia, żeby być jak oni. Więc wszyscy bardzo się starają, uczą, pracują nad sobą. Ale sukces może odnieść tylko niewielu, reszta ponosi porażkę, bo jest na nią z góry skazana.

Więc tym bardziej powinni się wkurzyć i popędzić kota tym, którzy tak im nawijają makaron na uszy.
– Nawet gdyby chcieli, nie są w stanie. Mentalnie, kulturowo, lecz także organizacyjnie. To przesłanie płynie bowiem z wpływowych ośrodków medialnych, które mają dziś w społeczeństwie takie znaczenie, jak kiedyś tradycyjne instytucje – wielopokoleniowa rodzina, kościół czy państwo narodowe. Ono podaje w wątpliwość przydatność tych wartości we współczesnym świecie. Jeśli ma się być elastycznym i dynamicznym, nie można się przecież przywiązywać, tworzyć silnych więzi. Takie wartości, jak lojalność, przynależność, patriotyzm, miłość na całe życie są niepotrzebne, są skutecznie wypierane przez wartości indywidualistyczne. Zwłaszcza że otoczenie jest zmienne, efemeryczne, niewyraźne. I faktycznie, ci młodzi nie tworzą dziś żadnych trwałych struktur. Stanowią zbiór jednostek oderwanych od innych – nie zbiorowość, tylko zbiorowisko. Jeśli już nawiązują jakieś relacje, najczęściej w sieci, są one luźne, nietrwałe. Więc nawet gdyby zaświtała im w głowach myśl o tym, żeby podnieść bunt, nie mają ku temu trwałych struktur organizacyjnych. Nawet gdyby byli się w stanie zorganizować – nie byliby w stanie podtrzymać tych struktur. A poza tym pauperyzacja, zgodnie z tym, co głoszą teoretycy rewolucji, jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym do tego, abyśmy usłyszeli jakieś rewolucyjne „bum”.

Te zagubione jednostki są jednak w stanie się zmobilizować, kiedy skrzykują się w sieci. To dzięki internetowi udało się wywołać arabską wiosnę. Choć mam wrażenie, że tam społeczeństwa są jeszcze w miarę tradycyjne. W tym sensie, że stare więzi są wciąż bardzo silne.
– Jeśli chodzi o Afrykę, to mam poważne wątpliwości co do faktycznych i długofalowych efektów tego przebudzenia. A jeszcze większe do sieciowych niby-rewolucji, jakie odbywały się w ostatnich latach w państwach Zachodu. Te rewolty internetowe mają charakter bardzo nietrwały. Co się dziś dzieje z głośnym jesienią 2011 r. ruchem Occupy Wall Street? Mało kto o nim pamięta. Gdzie są hiszpańscy Oburzeni? Cisza. A o rewolucji młodzieżowej z 1968 r. mówimy do dziś, bo ona zmieniła stare struktury, przeorała świat mieszczańskiej moralności, przyniosła nową mentalność. Dziś, jeśli już młodzi decydują się wyjść na ulice, to na krótko, aby załatwić jakieś pojedyncze sprawy.

Kiedyś, jeszcze za komuny, zauważyłam w jednym ze sklepów tabliczkę, która przyprawiła mnie o paroksyzmy śmiechu: „Załatw sprawę i żegnaj”. Młodzi tak dziś do wszystkiego podchodzą, niezwykle pragmatycznie.
– Nowe czasy potrzebują nie tylko nowych ludzi, lecz także nowej ekonomii, czego wyrazem jest fragmentaryzacja strukturalna i symboliczna.

O nie, proszę powiedzieć to po ludzku.
– Już tłumaczę. W sferze kulturowej chodzi o to, że dziś nie ma jednego czy kilku obowiązujących stylów życia, powiązanych z położeniem ekonomicznym, jak w przypadku starych warstw czy klas. Mamy natomiast do czynienia z niekończącym się mnożeniem stylów i sposobów życia. Są ich setki tysięcy, każdy może nawet zbudować swój indywidualny pomysł na życie. Budując styl życia, tworzy jednocześnie swoją tożsamość społeczną. Dziś my wszyscy – od prostego budowlańca po nauczyciela akademickiego – jesteśmy po prostu dostarczycielami usług. Jak zatem tę tożsamość budować? Sama zasobność portfela to za mało. Więc dzieje się to na podstawie sposobów konsumpcji. Czyli tego, jak spędzamy wolny czas, czego słuchamy, jak się ubieramy. Konsumpcja jest dziś bowiem wyznacznikiem naszej społecznej tożsamości, naszego istnienia w świecie społecznym.

Tysiące indywidualnych stylów, mówi pan, a mnie młodzież przypomina stado ludzików z zestawu Lego: wszyscy tacy sami, w takich samych ciuchach, z takimi samymi gadżetami. Przecież dzisiaj na dobrą sprawę nawet żadnej subkultury młodzieżowej nie ma.
– Kontrkulturę, np. w latach 60. XX w., budowało się w opozycji do kultury dominującej, a dziś takiej nie ma. Jest kultura masowa, bardzo zróżnicowana, a jeśli każdy może znaleźć coś dla siebie, więc i w tej dziedzinie nie ma powodów, aby się buntować. Kiedyś wąskie grupy narzucały styl reszcie. Obecnie nie ma takiej możliwości. Owszem, są wielkie koncerny, które dyktują modę, ale one wsłuchują się w potrzeby rynku, dają ludziom to, czego oni sobie jeszcze dobrze nie uświadamiają, że tego chcą czy potrzebują. To też fragmentowanie: każda maleńka nawet grupa odbiorców ma skrojony pod siebie produkt, wystarczy zerknąć na rosnącą liczbę różnych marek i trendów modowych. Mamy do czynienia z różnicowaniem w nieskończoność, brak jakiegokolwiek wspólnego mianownika. Żyjemy we własnych kapsułkach kulturowych, ale one też są niestałe niczym bańki mydlane. Każdy coś tam lajkuje, przyłącza się do jakiejś grupy na FB czy innym portalu społecznościowym, ale na krótko. Zaraz ją opuszcza i przenosi się dalej. Przy czym ten wpływ odbiorców na dostawców, to niby-odwrócenie zależności też jest pozorne. W gruncie rzeczy konsumenci biorą to, co im się podsunie. To dostarczyciele kontrolują wszystko, co konsumują masy. Może to zabrzmi strasznie marksistowsko, ale sytuacja wygląda tak, że po stronie konsumentów nastąpiła fragmentaryzacja, więc nie są oni w stanie się sprzeciwić, nie mają nic do gadania. Z kolei po stronie dostarczycieli dóbr i usług mamy same monopole i oligopole, przynajmniej w sensie własności, bo nie samych marek. Szanse są nierówne.

Młodzi żyją więc złudzeniami, a są hodowani na farmach fanów jak bezrozumne zwierzęta.
– Ale przecież my, trochę starsi, poddawani jesteśmy i ulegamy tym samym mechanizmom. I oni mają złudzenie wolności, choć faktycznie jej nie ma. Tak samo jak brak im możliwości wyrażenia buntu. Jeśli już bowiem kupili ten przekaz – a kupili – o mobilności i wiecznej zmianie – za wszelką cenę starają się dopasować. Jeżeli się im nie udaje, to przypisują winę sobie. Ale nauczyli się z tym żyć. Chowają swoje dyplomy wyższych uczelni do szuflady i robią kursy na wózki widłowe. Albo wyjeżdżają, bo np. w Anglii są w stanie zarobić na jakie takie życie, choć zwykle nie robią wielkiej kariery. Osiągają standard życia, o którym my mogliśmy kiedyś tylko marzyć. Oczywiście za cenę obniżenia ambicji zawodowych.

Czytałam przed naszą rozmową różnego rodzaju sondaże i sondy, w których pytano młodych, co by ich zirytowało na tyle, że byliby w stanie wyjść na ulice. I wie pan, co mówili? Że najbardziej ich dotykają różne rzeczy dotyczące sieci. Wcześniej ACTA, dziś inwigilacja. Przeciwko temu byliby skorzy protestować. Resztę problemów mają gdzieś, a politykom nie ufają.
– Inwigilacja w sieci czy niemożność darmowego ściągania filmów z internetu dotyczy ich bezpośrednio. To pokolenie nie potrafi zdefiniować dobra wspólnego. Nie żyje we wspólnocie, więc nie czuje z nią związku.

Ale nawet ci niby politycznie zaangażowani są tak naprawdę antyideologiczni, awspólnotowi. Tzw. liberałowie to w moim odczuciu totalni pragmatycy, którzy chcą się jak najlepiej ustawić. Jakieś ideały można zobaczyć jeszcze po prawej stronie, ale w związku z tym, że skupia ona najwięcej biednych, niewykształconych i odrzuconych, często wygadują bzdury, więc są marginalizowani.
– Takie określenia są zbyt radykalne i ogólne. Jest przecież mnóstwo inicjatyw realizowanych przez młodych ludzi, oni organizują mnóstwo akcji charytatywnych, pomocowych, działają w tzw. ruchach miejskich, chcą mieć wpływ na lokalne decyzje polityczne. A że nie angażują się w wielkie hasła i wielką politykę? Po prostu w nie wierzą. Wierzą w coś konkretnego, namacalnego. I to jest moim zdaniem dobre.

Część swoje niezadowolenie demonstruje: to są marsze 11 listopada czy choćby burdy na stadionach. To rozumiem. Ale nie jestem w stanie pojąć młodzieży lewicującej, która chodzi składać kwiaty pod spaloną tęczą.
– Nie chciałbym wkraczać na polityczną ścieżkę i mówić o poglądach. Z socjologicznego punktu widzenia to nie jest lewica w starym stylu, która – historycznie rzecz biorąc – upominała się o takie sprawy, jak warunki pracy i płacy, bezpieczeństwo socjalne. Jak sądzę, ci młodzi lewicowcy pochodzą głównie z wielkich miast, z dobrze sytuowanych rodzin. Im nie brakuje na chleb. Ta lewica, o której pani myśli, już nie istnieje. Ostatnim Mohikaninem jest może Piotr Ikonowicz. Rozbili ją, skompromitowali jej starzy liderzy. Tzw. afera Rywina była tym momentem, który zadecydował o jej zejściu do grobu – ludzie stracili do niej na jakiś czas zaufanie, choć dziś SLD Millera cieszy się już ponad dwudziestoprocentowym zaufaniem. Ale to też ma swój głębszy kontekst. Stara lewica budowała swoją pozycję w oparciu o pracę, obronę warunków życia mas. Kiedy zmienił się rynek, liderzy lewicy musieli zweryfikować swoje stanowiska. Ważniejsze od obrony miejsc pracy jako takich stało się chronienie swojego przemysłu przed obcym. Nowy kapitalizm rozbił starą międzynarodówkę. Zero-jedynkowy układ: lepiej wejść w porozumienie z naszymi kapitalistami, niż układać się z obcymi. To spowodowało utratę wiarygodności. I dziś lewica z kwestii socjalnych przeszła na światopoglądowe, bo to jest bezpieczniejsze. Łatwiej mówić o ochronie środowiska, związkach jednopłciowych, feminizmie niż o kwestiach stosunków pracy. Ekonomia nie sprzedaje się tak dobrze.

Po prostu nie pojmuję, jak ktoś może to kupić. Że młodemu lewicowcowi bliższy jest los walenia niż głodne dzieci z socjalnego osiedla.
– Ale to nie jest do końca alternatywa – może to jest koniunkcja. Może ludzie wrażliwi na los walenia opiekują się także głodnymi dziećmi z osiedla – tego nie wiemy. Nie możemy budować takich opozycji i uogólnień. Jest pani wychowana w starym systemie, w ramach instytucji typu naród, państwo, rodzina. Młodzi nie myślą już w tych kategoriach. Stracili nie tylko poczucie buntu, co jest reakcją przeciwko formom zbiorowym, lecz także rozeznanie w zawiłościach współczesnego świata ekonomii. Nie bardzo nawet wiadomo, przeciw komu lub czemu konkretnie mieliby się buntować. Kto właściwie jest właścicielem firmy, która im płaci grosze? Kapitał przepływa, zmienia właścicieli, trudno go zlokalizować. Państwo wycofało się z roli regulatora kapitału, wciąż daje do zrozumienia, że nic nie może, bo brakuje mu środków w budżecie. Jeśli nie jestem w stanie tego zmienić, bo mnie to przerasta, wolę olać, skoncentrować się na waleniach albo ociepleniu klimatu – tutaj nikt nie wymaga ode mnie faktycznego działania. Łatwiej, a w dodatku nie trzeba wychodzić z domu, wystarczy kliknąć w ikonkę.

Jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem ważna. Ci młodzi to pokolenie chowane w złotych klatkach. Wożone do szkoły i na zajęcia pozalekcyjne, odbierane przez nianie. Nie kopali nawet w piłkę na swoich podwórkach, nie musieli rywalizować, kto jest ważniejszy w stadzie. Ich rodzice, owszem, zmagali się z kapitalizmem, którego nie znali, ale go osiodłali. A swoje młode chronili przed wszelkim złem. Więc gdyby taki chłopak czy dziewczyna wyszli na ulicę, wzięli udział w jakiejś zadymie i, nie daj Boże, dostali pałą, toby chyba umarli z wrażenia.
– Ale pani mówi tylko o młodzieży z domków, a nie z blokowisk. Ci, zapewniam, wiedzą, jak smakuje uderzenie pałką czy rozkwaszony nos. Sprawą dyskusyjną byłoby teraz określenie, których jest więcej. Jednak wydaje mi się, że nie w tym problem. Ważniejsze jest, że ci z lepszych i gorszych domów mają jedną wspólną rzecz: od rzeczywistości mogą uciec w internet. Tam mogą być tym, kim chcą. Zmienić tożsamość, wejść do świata, o którym marzą. Ekran jest bezpieczniejszy niż podwórko z trzepakiem, gdzie leje się prawdziwa krew. Jedna z moich studentek napisała pracę o podwórkach krakowskich. Badała je, dotykała ich. I wyszło jej, że tylko jedno zachowało swoje stare funkcje: miejsca, gdzie dokonuje się prawdziwa socjalizacja, gdzie trzeba walczyć o wpływy, być w czymś realnie lepszym. Pozostałe, nawet jeśli jest na nich zjeżdżalnia i trzepie się wciąż dywany, przestały być enklawami, na których młodzi ludzie mogą społecznie dorastać. Jeśli nawet tam się bawią, to pod czujnym okiem rodziców. Więc jedyną przestrzenią wolności jest dla nich środowisko sieciowe. A to już nie to samo.

Więc się obawiają starcia z rzeczywistością. I potem mówią, tak jak ci złapani w sondach ulicznych, że buntowanie się nic nie daje, ba, nie opłaca się. Jest przeszkodą, niepotrzebnym przystankiem w drodze do kariery zawodowej, którą mają nadzieję zrobić. Buntownicy nie odnoszą przecież sukcesu.
– Oni dali sobie to wmówić, że taka grzeczność, spolegliwość jest lepsza niż płynięcie pod prąd. Pewnie nie wiedzą, że liderzy rewolty z 1968 r. porobili wielkie kariery, co im potem zresztą wyrzucano. Tak samo zresztą jak solidarnościowi dowódcy transformacji z 1989 r. Przecież to oni, w różnych konfiguracjach, są przy władzy. Prawdą jednak jest, że dotyczy to liderów. Reszta jest żywym przykładem na stare porzekadło, że rewolucja pożera swoje dzieci. Niemniej taka ekonomizacja życia, kiedy to zamiast zadawać sobie pytania egzystencjalne, wszystko przelicza się pod względem kosztów i zysków, jest trochę przerażająca. Życie zamienia się w projekt, dla którego piszemy scenariusze, planujemy je, optymalizujemy, a kapłanów zastępują trenerzy, częściej zwani coachami. Następuje pragmatyzacja rozwoju, często prowadząca w ślepą uliczkę. Ale muszę, po prostu muszę znów zrobić tu zastrzeżenie: my na tę młodzież tak najeżdżamy, a przecież nie cała jest taka. To wprawdzie główny trend, ale jest mnóstwo osób zaangażowanych, robiących dobre rzeczy dla innych.

Obojętna, zadowolona większość nadaje ton. Kiedy czasem oglądam jakiś blok reklamowy, mam wrażenie, że społeczeństwo składa się z młodych kobiet i mężczyzn o twarzach rozjaśnionych uśmiechami, przybijających sobie piątki.
– I wszyscy mają być tacy jak oni. Ten przekaz to pewnego rodzaju przemoc symboliczna, ale działa. I o to chodzi. Po co koncernom buntownicy w podartych spodniach? Robiłem kiedyś badania rynkowe i wyszło z nich, że kobiety do 25. roku życia kupują nowe płaszcze raz, dwa razy do roku, a starsze co kilka lat. Więc nic dziwnego, że na młodzież idzie zmasowana siła przekazu tej nowej ideologii.

Mówiliśmy o wielkich koncernach, o politykach. Zastanawiam się, jaka jest tutaj rola szkoły.
– Szkoła powinna uczyć aktywności i takiego obywatelskiego patriotyzmu, który każe pytać siebie „co ja jestem w stanie zrobić dla ojczyzny”, wpajać podejście pozwalające łączyć indywidualizm z pracą dla wspólnoty obywatelskiej. A że robi to coraz słabiej, to inna historia. Też dała się zarazić nową ideologią, teraz wyznaje kształcenie merytoryczne, ważniejsze niż normy są punkty w testach, nie ma pieniędzy, brakuje czasu.

Więc znikąd nadziei? Przybijmy piątkę, zjedzmy batonik i pooglądajmy telewizję na pocieszenie. Zapomnijmy o sprawie.
– Nie przesadzajmy, to krytyka zaczyna proces destrukcji. A to nasza powinność – ludzi mediów i ludzi nauki – aby rozumieć pewne zjawiska, dociekać ich podstaw, ukrytych założeń i ujawniać te procesy innym. Poza tym dwadzieścia lat, które minęły od naszej transformacji, choć w życiu jednego człowieka to dużo, w historii to zaledwie mgnienie oka. I ja bym stawiał nie na to, tylko na następne pokolenie, zapewne romantyków, które zbuntuje się przeciwko zastanemu światu swoich pragmatycznych rodziców.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Andrzej Bukowski – dr hab. socjologii, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się socjologią władzy i polityki, zagadnieniami demokracji lokalnej. Interesuje go socjologia miasta, ruchów i ideologii miejskich. Jest autorem m.in. książki „Region tradycyjny w unitarnym państwie w dobie globalizacji. Przypadek Małopolski”. Obecnie bierze udział w projekcie w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego „BRing. Nauki społeczne dla gospodarki”, realizowanym przez Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie

Czytaj więcej na http://praca.interia.pl/news-mlodzi-polacy-wpadli-w-pulapke,nId,1066325?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

„Byliśmy fotoreporterami”. Odeszli z zawodu, który wykonuje 40 mln Polaków

Kurde zawsze wydawałao mi się i nie raz czytałem „rób to co lubisz a nigdy więcej nie będziesz musiał iść do pracy” i mozę jakaś prawda w tym jest, ale okazuje się że nie zawsze i nawet praca, która jest pasją może zmęczyć i można ją zmienić na coś innego co daje nam więcej satysfakcji. Ja na razie mam ten problem, że moja praca nie jest moją pasją, ale myślę że wkrótce się to zmieni. Nie mniej myślę że warto przeczytać artykuł i dowiedzieć się jak wygląda fotografia w Polsce.

To nie będzie historia osób, które rzuciły znienawidzoną korporację. Arek, Wojtek i Radek kochali swoja pracę i nigdy nie sądzili, że kiedykolwiek zmienią zawód. Jak mówią, ktoś zadecydował za nich. I choć w Polsce mamy 40 milionów fotografów, oni wybrali inną drogę. To będzie więc opowieść o tym, że można na nowo odnaleźć się na rynku pracy, nawet w dojrzałym już wieku.

"Byliśmy fotoreporterami". Odeszli z zawodu, który wykonuje 40 mln Polaków
„Byliśmy fotoreporterami”. Odeszli z zawodu, który wykonuje 40 mln Polaków • Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Gdy wracałem do redakcji ze spotkania z bohaterami tego artykułu, w mojej głowie było jedno słowo: kompromitacja. Amatorskie zdjęcia, które im zrobiłem, wywołają w najlepszym wypadku uśmiech na ich twarzach. Z drugiej strony pomyślałem, że zdjęcia wykonane przez takiego fotograficznego żółtodzioba jak ja, idealnie pasują do historii o trzech profesjonalistach, którzy odeszli z zawodu.

Dlaczego to zrobili? Trochę nie mieli wyjścia. Zostali postawienie pod ścianą przez swoich pracodawców, którzy pomimo wielu lat współpracy, z większym sentymentem zaczęli spoglądać na słupki w Excelu, niż na warsztat i doświadczenie swoich pracowników. Ci stwierdzili zatem, że muszą na nowo odnaleźć się na rynku, niekoniecznie fotograficznym.

A miało być tak pięknie…
Arek Ścichocki mieszka w podwarszawskiej Falenicy. Jako fotograf pracował w Agorze. Droga do jego domu w niczym nie przypomina miejskiego zgiełku w którym pracował przez ostatnie 20 lat. Jak mówi, fotografią zajmował się od zawsze. – Była to jednocześnie pasja i praca – stwierdza bez wahania. I choć w tym zawodzie nigdy nie było łatwo i każdy musi powalczyć o swoje miejsce w branży, Arek ponad rok temu powiedział „stop”.

Wojtek Surdziel pracował w tej samej firmie co Arek. Nadal utrzymują kontakt, choć nie widują się już tak często. Od czasu do czasu podsyłają sobie zlecenia, gdy zadzwoni klient z prośbą o zrobienie zdjęć. Jednak dziś fotografia jest dla nich jedynie dodatkowym zajęciem i hobby, a nie źródłem utrzymania. – Robię zdjęcia dla przyjemności, a nie dla pieniędzy – mówi Wojtek.

Radek Pasterski, były fotograf „Rzeczpospolitej”, pracował w zawodzie znacznie krócej, niż Wojtek i Arek. Cztery lata to nie jest długi staż w branży. Jednak jak przekonuje, jeszcze niedawno wydawało mu się, że będzie wykonywał ten zawód przez całe życie. Tym większe było jego zdziwienie, gdy na dzień przed świętami Bożego Narodzenia otrzymał wymówienie.

Społecznie użyteczny
Fotografia od zawsze była wielką pasją Arka, lecz nie jedyną. Jeszcze pracując w medialnej korporacji, bardzo interesował się stolarką. – To jeden z najstarszych zawodów, który jest naprawdę pasjonujący – mówi podczas rozmowy w warsztacie. To właśnie stolarka stała się dziś jego głównym zawodem. – Jak jeździłem na plenery fotograficzne to zerkałem na fajne domy, ładne drzwi, obróbki stolarskie – wspomina. Skąd ma wiedzę na temat stolarki? Między innymi z ukończonych kursów, internetu i literatury.

– Kiedyś jeszcze pracowało się w ciemni, a teraz siedzi się tylko przed komputerem i klika myszką. Brakowało mi pracowni, w której mógłbym się schować, postukać raz czy dwa razy w tygodniu. Czasem człowiek po prostu potrzebuje zamknąć się ze swoimi materiałami i popracować manualnie. A obrabianie fotografii przed komputerem chyba nie jest naturalnym sposobem na spędzanie życia – mówi Arek.

Arkadiusz Ścichocki•Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Gdy odwiedziliśmy Arka w jego warsztacie, pracował akurat nad barierką. Od czasu do czasu naprawia też stoły, krzesła i realizuje nietypowe, bardzo indywidualne zamówienia, których nie można kupić w sklepie. – Będąc reporterem można się kręcić trzy dni i niczego fajnego nie zrobić. Jak człowiek jest trochę starszy, to rozumie, że nie ma już tego czasu nie wiadomo ile – mówi.

Dzięki nowemu zajęciu Arek czuje, że robi coś pożytecznego. – Zawód który teraz wykonuję jest na pewno bardziej użyteczny i mniej koniunkturalny. Stolarz zawsze będzie potrzebny… A fotograf? Może tak, a może nie – stwierdza.

130 powodów zmiany zawodu
– W tym kraju jest 40 milionów fotografów. Każdy ma smartfona i łatwość fotografowania jest w tej chwili nieprawdopodobna – słyszę od Wojtka Surdziela, którego odwiedziłem w sklepie z winami. Były fotoreporter prowadzi go dopiero od czerwca, ale jak przekonuje, nie boi się o jego powodzenie. –  Włożyłem w to tyle pracy, energii i pieniędzy, że nie wyobrażam sobie sytuacji, że mogłoby mi się nie udać – mówi zdecydowanym głosem.

W części sklepu w której rozmawiamy słychać echo. Na razie znajduje się w nim 130 rodzajów wina, lecz docelowo będzie ich ponad 350. Rozmawiając z Wojtkiem nie mam obaw, czy jego nowa droga życiowa okaże się sukcesem. W jego głosie słyszę bowiem to samo, co kilka godzin wcześniej zauważyłem u Arka. Mam na myśli pasję. – Wino było nią od zawsze, ale szczególnie mocno nabrała znaczenia około trzech lat temu. Pojechałem z przyjaciółmi do Bordeaux i otworzyły mi się oczy – mówi początkujący przedsiębiorca.

Wojciech Surdziel•Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Wojtek rozstał się z firmą półtora roku temu. – Wylądowałem na bruku po 19 latach pracy – mówi. Jak twierdzi, dziś jednak nie myśli o przeszłości, bo przede wszystkim nie ma na to czasu. Własny biznes skupia dziś praktycznie całą jego uwagę. – Jeśli miałem jakieś złości i frustracje, to są one dawno za mną – zapewnia.

Pewnego Razu…
Radek pracował jako fotoreporter znacznie krócej niż pozostali bohaterowie artykułu. Nie oznacza to jednak, że rozstanie z zawodem było dla niego łatwe. Podobnie jak Arek i Wojtek wydawało mu się, że będzie robił zdjęcia do końca życia. – Możesz być fotoreporterem, ale musisz też z czegoś żyć. Być może niektórym fotoreporterom nadal żyje się dobrze, ale u mnie to się skończyło – mówi w remontowanym przez siebie lokalu. Nie ma w nim jeszcze farby na ścianach, ale jest już nazwa – „Pewnego razu”.

Radek zaczyna nową drogę. – Od zawsze marzyłem o tym, aby prowadzić kawiarnię, gościć ludzi, karmić ich i gotować – mówi. I choć w przyszłej knajpie na razie nie ma gości, a jedynie robotnicy, były fotoreporter już dziś opowiada o atmosferze, jaka będzie panowała w lokalu, który będzie prowadził wraz z przyjaciółmi – Zuzą i Maćkiem.

– To jest ryzyko, które ja podejmuję – mówi. – Kiedyś kręciło mnie to, że uczę się fotografii i poznaję coś nowego. Dziś uczę się kawy i to mnie kręci – słyszę od Radka.

Radek Pasterski•Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl

Po zwolnieniu z pracy Radek próbował robić zdjęcia na zlecenie, ale to wszystko było jakby na pół gwizdka. – Czekałem na telefon, byłem na czyjejś łasce, to nie były stałe pieniądze. Rynek się zmienił, a ja nie chciałem wstawiać zdjęć w komis i robić je po to, aby robić – mówi.

Nie ma powrotu
Każdy z byłych już fotoreporterów wybrał inną branżę. Jednak podczas rozmów okazało się, że naprawdę wiele ich łączy. Chodzi nie tylko pasję do fotografii, której żaden z nich nie rzucił w kąt. Arek od zawsze pasjonował się stolarką. Wojtek kochał wino, lecz dopiero po latach odkrył, że może odegrać w jego życiu większą rolę. Radek marzył o tym, aby kiedyś założyć własną knajpę. Zwolnienia, które dotknęły całą branżę, paradoksalnie pozwoliły im odkryć nowe drogi. Jak mówią zgodnie, drogi w jedną stronę.

– Kiedy trafiłem do firmy, w której pracowałem 20 lat, wydawało mi się że to najlepsze miejsce, w jakim mogłem się znaleźć. Odtrącenie odbija się pewną awersją, czy też dystansem do zawodu. Nie wiem, może niektórzy wrócą. Ja do reporterki na pewno nie wrócę – mówi stolarz Arek Ścichocki.

– Dziwię się kolegom, którzy uważają, że wrócą dobre czasy – dodaje Wojciech Surdziel. – Rynek jest tak zepsuty, że nie chce mi się wierzyć, że wróci świadomość wartości dobrego zdjęcia. Myślę że jest to zaklinanie rzeczywistości przez ludzi, którzy jeszcze ten zawód wykonują. Nie wyobrażam sobie powrotu do zawodu – mówi stanowczo właściciel sklepu z winami.

O możliwość powrotu do zawodu zapytałem również Radka. – A co powiedzieli chłopaki? Bo ja nie wrócę na pewno – usłyszałem. Jestem świadomy tego, jakie są zmiany na rynku. To tak, jakbyś produkował zielone łopaty, a nagle wszyscy chcą kupować czerwone. Nie ma sensu, abyś dalej ciągnął to co robisz. Albo robisz czerwone, albo co innego. Ja wybrałem co innego – mówi współwłaściciel knajpy, której otwarcie planowane jest już za miesiąc.

http://natemat.pl/74829,bylismy-fotoreporterami

„Bullshit job” to praca bezużyteczna dla cywilizacji. Czy przypadkiem jej nie wykonujesz?

Kurde zawsze mi się wydawało że ja taką pracę wykonuję, ale jednak nie jest tak źle, z drugiej strony nie bardzo rozumiem czemu teraz pełno jest takich właśnie prac, ale cóż takie chyba nastały czasy.  Moze się to w końcu zmieni.
Czy twoja [url=http://tinyurl.com/otthxyk]praca[/url] jest bezużyteczna?
Czy twoja praca jest bezużyteczna? • Fot: Shutterstock.com

Pracownicy korporacji prawniczych, członkowie rad nadzorczych, telemarketerzy, lobbyści, pracownicy agencji public relations, adwokaci, oni (wy) wszyscy, a także inni nie wykonują pożytecznej pracy. Według tezy profesora LSE jeśli znikną z powierzchni ziemi to nikt nie będzie po nich płakał. Inaczej jest z pracownikami fizycznymi – pielęgniarkami, pracownikami fabryk, czy nauczycielami. Momentalnie byśmy odczuli ich brak.

– Z pewnością niekorzystnym trendem jest spadek roli „wytwórców”, bo to pracownicy fabryk, pielęgniarki, mechanicy wytwarzają prawdziwy, namacalny produkt, z którego korzystamy i to powinno być wartością. Ale nie mając skutecznego handlowca, który ten produkt sprzeda, marketingowca, który dotrze z informacją o nim do klientów, PR-ca który stworzy odpowiedni wizerunek firmy w oczach klienta, wreszcie firmy HR-wej, która znajdzie odpowiednie osoby do pełnienia tychże ról, to cenna praca wytwórcy produktu okaże się bezcelowa. To dlatego, że nikt go nie kupi – uważa Aneta Bejm, ekspert ds. rekrutacji w firmie Grafton Recruitment.

Z drugiej strony Graeber wykazuje, że najważniejszą pracę wykonuje wykonawca, choć dostaje za to najmniejsze wynagrodzenie z całej tej grupy. Prócz tego jest często pogardzany przez tych, którzy pracują na bezużytecznych stanowiskach. Jako przykłady podaje reakcje tych osób na strajki pracowników komunikacji publicznej, którzy domagają się wyższego wynagrodzenia. Choć to praca tych pierwszych więcej wnosi do społeczeństwa, to ci drudzy (którzy nierzadko lepiej zarabiają) patrzą na nich z pogardą i mówią, że i tak wystarczająco zarabiają.

Można byłoby w nieskończoność wałkować ten temat, jednak postanowiliśmy sprawdzić, czy to co twierdzi Graeber, jest prawdą. Profesor LSE uważa, że sami wykonawcy „bullshit jobów” uważają, że nie raz ich praca jest bez sensu, niczego nie wnosi do życia innych i służy zarabianiu pieniędzy.

Co sądzą wykonawcy „bullshit Jobs”?
Zaczęliśmy od jednego z najbardziej znienawidzonych zawodów, czyli telemarketerów. Zapytaliśmy się jednego z nich, co by się stało, gdyby on i wszyscy jego koledzy nagle zniknęli z powierzchni ziemi. – Chyba by wszyscy świętowali, gdyby nas nie było – uważa Tomek. – Tak naprawdę to połowę produktów, które wciskam ludziom jest albo bezużyteczna, albo można kupić je w sklepach. Poza tym często słyszymy od potencjalnych klientów różne wulgaryzmy. To chyba wskazuje na to, że to nie jest do końca przydatna praca.

Jak się okazuje także pracownicy firm audytorskich potrafią wykonać bezsensowną pracę. Kiedyś głośno było o tym, jak duża korporacja zamówiła u jednej z nich usługę konsultingową, by ostatecznie z niej nie skorzystać. – Audyt zewnętrzny można użyć jako zasłonę dymną przed aferami. Czasami to taki glejt, który mówi, że wszystko u nich jest ok. Niektóre firmy nie potrzebują audytu, potrzebują dokumentu, który poświadczy, że ktoś u nich był. Wtedy wychodzi na to, że praca audytora jest bezsensu – uważa Piotr, który pracował w firmach z „Wielkiej Czwórki” (PwC, E&Y, KPMG, Deloitte).

Może z tego powodu duże korporacje wysyłają na kontrole stażystów? Kilka lat temu, znajomy który był na stażu w jednej z takich firm został wysłany na kontrolę. Osoba, która go szkoliła powiedziała: „Jeśli nic nie rozumiesz, to zrób wrażenie zajętego”. I tak też uczynił, by pod koniec dnia powiedzieć klientom: „mam parę drobnych uwag, ale ogólnie wszystko jest dobrze”. No i jakoś nie wynikły z tego tytułu żadne problemy. Czyli mamy żywy przykład „bullshit job”.

Prawnicy często wykonują bezużyteczną pracę
Wśród wykonawców „bullshit jobów” znaleźli się także prawnicy. Zapytaliśmy się pracownika jednej z wielkich kancelarii co o tym sądzi. – Koniec końców wykonujemy pożyteczną pracę. Widać wartość rzeczywistą naszej usługi. Jednak często, by podbić stawkę firmy stosują takie chwyty, że wykrywają kolejne problemy. Dzięki czemuś takiemu można zarobić więcej pieniędzy – opowiada nasz rozmówca, który pragnie zachować anonimowość.

Co do samych usług prawniczych, to chyba każdy mógłby znaleźć kilka przykładów. Począwszy od wielu pełnomocnictw wydawanych przez notariuszy. Jednak dam inny przykład. Ostatnio znajoma mówiła mi o tym, że ktoś z jej firmy potrzebował zaświadczenia z urzędu. Nie będę się zagłębiał w to, jakie to zaświadczenie. Tymczasem korporacja w której pracuje ma zasadę, że pewne rzeczy zlecają osobom z zewnątrz, by nie marnować czasu pracownikom. Tak też uczynili w tym przypadku i kazano sprawę skierować do kancelarii prawnej. Usługę wyceniono na 2 tysiące złotych. Zszokowana tą wyceną (która jej firma była gotowa zapłacić) dowiedziała się, że można to samemu załatwić od ręki i kosztuje to 30 złotych. Teraz porównajcie wartość tej usługi i cenę do pracy i płacy np. pielęgniarki.

Oczywiście trudno zaprzeczyć, że pewne zawody mają elementy bezużyteczności, jednak czy zgadzacie się z tezą profesora? Powyżej przedstawiłem opinie tylko kilku wybranych osób, które dają ciekawy głos do dyskusji. Jednak czy rzeczywiście prawnicy, pracownicy audytu, i przedstawicieli wielu innych zawodów wykonują tak naprawdę „bullshit jobs”? Sami proszę odpowiedzcie w komentarzach.

http://natemat.pl/74321,bullshit-job-praca-bezuzyteczna-dla-cywilizacji-przypadkiem-jej-nie-wykonujesz

Narzekactwo, hejterstwo i pieniactwo, czyli o polskich demonach przeszłości.

Dobry artykuł, może nie wszystko to prawda, ale w dużej mierze tak moim zdaniem i sam też często popełniam podobne błedy jak opisane poniżej. Byc możę jak część ludzi zda sobie sprawę z tego ja, że zmieniając najpierw siebie można też coś zmienić wokół będzie „żyło się lepiej” ? Ja na pewno zacznę od siebie i sprawdzę ekefkty, ale myślę że np. gdyby w szkole wprwadzić zajęcia z analizy osiągnięć polskich milionerów i jak do tego doszli mogłoby to co nieco zmienić.

Złapał diabeł starą babę i mówi do niej: Dam Ci wszystko, co chcesz, ale Twoja sąsiadka dostanie tego samego dwa razy więcej! Baba myśli i się złości, bo co nie wymyśli, to sąsiadce będzie lepiej od niej. Jeśli weźmie dom, to sąsiadka dostanie dwa; jak worek pieniędzy, to sąsiadka też bardziej skorzysta! W końcu z satysfakcją mówi do diabła: Już wiem! Wykol mi jedno oko!

Skąd tej „babie” przyszło to do głowy? W jakim momencie życia doszła do wniosku, że ma się porównywać do innych i być zazdrosną o to, że im dobrze idzie? Z jakiego względu nie myśli ona w kategoriach powiększania tortu, by dla każdego był większy kawałek, ale trzymania swego malutkiego kawałeczka, nawet jeśli jest niesmaczny i niezdrowy?Czy masz w sobie coś z „baby”?

Zacznijmy od symptomów, tak by można było je z łatwością rozpoznać i im przeciwdziałać. Jeśli zdarza Ci się:

– wychodzić ze sklepu, nie ukradłszy niczego i mimo to mieć obawy, że włączy się alarm na bramkach;
– myśleć o kimś, kto jest majętny, jak o kombinatorze albo złodzieju;
– faworyzować tego, co przegrał, jest słabszy lub biedniejszy i obwiniać za ten stan silniejszych, bogatszych, szefów, itd.;
– aktywować patriotyzm, gdy oglądasz drużynę narodową, ale wyłączać go, gdy wybierasz produkty w sklepach;
– krytykować innych, nie znając faktów;
– uważać że ten, kto nie ma pieniędzy, cierpi i sobie nie radzi w życiu, jest bardziej moralny niż ten, co osiągnął sukces;
– podejrzewać sprzedawców, biznesmenów, polityków o złe intencje, kłamstwo, cwaniactwo i manipulację, nawet bez wysłuchania tego, co mają do powiedzenia;
– narzekać na wszystko i wszystkich, i mieć wyjątkową umiejętność znalezienia dziury w całym;
– być dumnym z tego, że nie zapłaciłeś za przejazd w autobusie, przekupiłeś policjanta, uniknąłeś zapłaty podatków, które powinny były być zapłacone;
– czuć się gorzej, gdy jesteś „na Zachodzie”;
– wstydzić się, gdy nie stać Cię na jakiś produkt;
– chcieć za wszelką cenę udowodnić swoją rację w kłótniach czy dyskusjach, tak jakby od tego zależało życie;
– mieć poczucie straty przy wydawaniu pieniędzy i chcieć oszczędzać na wszystkim;
– reagować lękiem, gdy dostajesz pismo urzędowe, nawet jeśli nie masz nic na sumieniu;
– obawiać się policjanta, gdy przechodzi obok, choć nie zrobiłeś niczego nagannego;
– mieć poczucie braku sprawczości i przekonanie, że 1) sytuacja jest zła i 2) nie da jej się zmienić;
– uważać za wariatów tych, którzy jadą szybciej od Ciebie samochodem i za zawalidrogi tych, co jadą wolniej;

To znaczy, że masz w sobie marudę, hejtera i pieniacza, podobnie jak wspomniana baba. Zastanówmy się więc, dlaczego tak się zachowuje?

Spójrzmy na to historycznie. Załóżmy, że urodziła się w latach 30-tych ubiegłego stulecia. Przeżyła jako dziecko wojnę i była przyzwyczajona do bycia obywatelem gorszej kategorii. Te same kompleksy, jakie posiadali jej urodzeni w podległym kraju rodzice, zostały przekazane dziecku w sposobie myślenia, zachowania, komunikacji. Polak był obywatelem drugiej kategorii, a obcokrajowiec pierwszej. Przyzwyczaiła się do niesprawiedliwości, nierównego traktowania, ćwicząc znaną od wieków metodę „Polak potrafi”; musiał potrafić, bo, zgodnie z prawem koniecznej różnorodności, ten element systemu, jaki chce przetrwać, musi się zmieniać. Polak zmieniał się więc, bo zmieniał się najeźdźca, okupant, system polityczny – i to wszystko w przeciągu raptem kilku pokoleń. To wystarczy, by zmienić rzeczywistość, ale nie wystarczy, by zmienić mentalność. Dziewczynka, dorastając, oglądała biednych Polaków, którzy cierpieli, i którym było gorzej; i bogatych okupantów, którym było lepiej. I widziała, że jeśli Polak był bogaty, to dlatego, że kolaborował z wrogiem i był zdrajcą. Czytając romantyczną literaturę i słuchając o bohaterskich czynach jej przodków, uwierzyła, że jej kraj zostanie kiedyś wybawiony i choć teraz cierpi, ma szczególną rolę do odegrania w dziejach. Polacy, pochodząc rzekomo ze starożytnego plemienia Sarmatów, byli przecież wybrańcami i mieli wybitne przeznaczenie.

Wojna się skończyła, do jej kraju zawitał komunizm. Zaczął budować nowe nawyki myślenia, jakie po latach radziecki socjolog i pisarz Aleksandr Zinowjew określi w swojej książce jako „homo sovieticus” – człowiek radziecki – analizując mentalność skażonych komunizmem emigrantów rosyjskich. Zauważył, iż mimo że ci emigranci mieszkali poza krajem, ciągle nieświadomie hołdowali pewnym zasadom, jakie wynieśli w procesie wychowania z systemu komunistycznego. Uciekanie od odpowiedzialności, kombinatorstwo i koniunkturalizm, agresja wobec słabszych i uniżenie wobec silniejszych, postawa roszczeniowa i oczekiwanie że „ktoś coś załatwi”, izolacja od światowych trendów i globalnego sposobu myślenia, skłonność do kradzieży w miejscu pracy, brak szacunku dla wolności wspólnej, brak inicjatywy, posłuszeństwo i bezradność, lęk przed organami władzy – wszystkie te cechy głęboko wryły się w mentalność tych, którzy w komunizmie dorastali. A dzieci, które się w nim urodziły, dostały tę mentalność w emocjonalnym i intelektualnym spadku od niczego nieświadomych rodziców.

Złapał diabeł trzech turystów: jednego z Francji, drugiego z Anglii i trzeciego z Polski. I mówi, że ma trzy informacje dla nich, ale tylko jedna z nich będzie pozytywna. Po pierwsze, każdego z nich zabije, po drugie – zrobi sobie z ich skóry płaszczyk, ale po trzecie – każdy może wybrać swój sposób śmierci. Francuz wybiera więc szpadę i z okrzykiem „Vive la France” (Niech żyje Francja) wbija ją sobie w trzewia. Anglik prosi o pistolet i strzela sobie w głowę, wcześniej recytując „God save the Queen” (Boże chroń Królową). Polak, przy ogromnym zdziwieniu diabła, prosi o widelec. Bierze go do ręki, zaczyna go wbijać w każdą część ciała i krzyczy: Gów… będziesz miał, nie płaszczyk!

W pewnym momencie zmienił się jednak system. Można było robić interesy, kupować i sprzedawać, co się żywnie podoba. Do kraju zawitała – i to na dobre – tak długo oczekiwana wolność. Po 200 latach zaborów, wojen i narzuconej władzy Polacy dostali to, o co walczyli ich przodkowie. Zmienił się system. Ale nie zmieniła się mentalność.

W Polsce jest dziś 100.000 milionerów „złotówkowych” (osób, których majątek ma wartość miliona złotych) i 39.000 milionerów „dolarowych” (osób, których majątek ma wartość miliona dolarów). Ta druga liczba w ciągu kilku najbliższych lat się podwoi. Na łamach Wall Street Journal Thomas Riccardo, analityk giełdowy, uznał Polaków za nację najszybciej się bogacącą w tej części świata. 100.000 ludzi to nieprzypadkowa liczba i jest na tyle wysoka, by zdać sobie sprawę z dwóch kwestii – sukces finansowy jest w kraju możliwy oraz – jest możliwy nie tylko dla „szczęśliwych wybrańców”.

Ale badania pokazują, że przeciętny Polak nie traktuje bogatych jako wzorca godnego naśladowania. 75% badanych uważa, że sukces jest możliwy tylko dzięki znajomościom i nieuczciwości, a jedynie 14% traktuje go jako efekt talentu, ciężkiej pracy i zdolności. 20% badanych jest przekonana, że duże pieniądze można zarobić jedynie w sposób nielegalny i aż 80% Polaków chce większej kontroli państwowej w firmach. Paradoksalnie, jeszcze trzydzieści lat temu przedsiębiorczość była zabijana przez władzę, z którą lud walczył. Dziś dzieci tego ludu zabijają to, o co walczyli ich rodzice. W Polsce ciągle dominuje antyrozwojowa, destrukcyjna mentalność nakazująca traktować z podejrzliwością jakikolwiek przejaw przedsiębiorczości. Słowo „prywaciarz”, choć z poprzedniej epoki, ciągle rezonuje w naszych rozmowach. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do wychwalania polskich przedsiębiorców tak samo jak sportowców. Większość Polaków nie ma pojęcia – bo i skąd – że taka np. firma Fakro z siedzibą w Nowym Sączu ma dziś 15% udziału w globalnym rynku produktów do zabudowy poddasza. Albo że firma Asseco, produkująca oprogramowanie komputerowe, jest w pierwszej dziesiątce w Europie z przychodami 1,3 miliarda Euro w 2012 roku. Te firmy, zatrudniając tysiące osób na całym świecie, są dla wielu obcokrajowców pierwszym kontaktem z polską kulturą, sposobem myślenia, mentalnością. Im ich więcej, tym Polska będzie bardziej znana, co bezpośrednio przekłada się na zyski z inwestycji, turystyki, itd.

Prof. Bogdan Wojciszke ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej przekonuje w swoich pracach, że Polacy podważają prawomocność porządku społecznego, który opiera się na prostej zasadzie nagradzania cech dobrych (zdolności, pracy, efektywności) i piętnowania złych (kombinatorstwo, lenistwo, łamanie prawa). Dla przeciętnego Polaka szef, który zwalnia pracownika jest niesprawiedliwy, a podwyżkę daje mu ze względu na lizusostwo lub „układy”. Profesor Jolanta Kopka ze Społecznej Akademii Nauk w Łodzi dodaje, że wytykając biznesmenom ich rzekome oszustwa, Polak czuje się moralnie lepszy, utrzymując dobre zdanie na swój temat. Krytykować jest łatwiej niż pokonywać problemy prowadzące na szczyt. Przejaw tej krytyki widać szczególnie w Internecie, gdzie większość komentarzy pod większością tematów jest negatywna niezależnie od treści.

Jakie są konsekwencje faworyzowania cierpiętnictwa i słabości? Takie, że ci, co osiągną sukces, zamiast mówić głośno innym, jak można wejść na szczyt, siedzą cicho, wiedząc, że zostaną negatywnie ocenieni. Tracimy przez to nauczycieli, którzy mogliby wskazać drogę do osiągnięć. Dodatkowo powodem do dumy staje się porażka i własną wyjątkowość buduje się na tym, jak bardzo się cierpi. To tak jakby spotkały się dwie staruszki i kłóciły się, która z nich ma więcej chorób, zamiast cieszyć się resztą swego życia.

Diabeł złapał Niemca, Francuza i Polaka i zamknął ich w więzieniu. Każdemu dał dwie kulki i powiedział, że po tygodniu wróci by wypuścić tego, który zrobi najlepszy pokaz tymi dwiema kulkami. Jak powiedział, tak zrobił. Niemiec rzucił kulkami tak, że odbiły się od siebie kilkakrotnie w powietrzu i zatoczyły symbol Volkswagena na posadzce. Francuz tak nimi zakręcił, że gdy w powietrzu ocierały się o siebie było słychać dźwięki Marsylianki. A Polak… Polak jedną kulkę zgubił, a drugą zepsuł.

Istnieje też w Polsce taka dyscyplina, którą uprawia się przez większość dnia i jest równie spopularyzowana, jak krytykanctwo. To narzekanie. Ten fenomen polskiej kultury, tak często komentowany przez nierozumiejących pesymizmu Polaków obcokrajowców, również ma swoje psychologiczne wyjaśnienie. Narzekający na jedzenie Polak staje się jako krytyk smakoszem i jego znawcą, na polityka – ekspertem od zarządzania, na niemoralnego bogacza – etykiem, a na drużynę sportową – specjalistą od metod trenerskich. Narzekanie staje się więc metodą na z jednej strony pokazanie swojej rzekomej kompetencji, a z drugiej mechanizmem obronnym usprawiedliwiającym własną porażkę czy niewiedzę. Ponieważ „samochwała w kącie stała” i piętnowane jest w Polsce chwalenie się, standardem w ludzkich opowieściach o własnym sukcesie jest jego natychmiastowe deprecjonowanie. Dostałem awans nie dlatego, że ciężko pracowałem, ale „miałem farta”, kupiłem piękny samochód, który mnie cieszy, no ale „pewnie przegląd będzie drogi”.

Dzięki temu, jak wspomniał profesor Rafał Ohme, „bliżej nam do towarzyszy niedoli”, z którymi wspólnie można adorować trudy życia nawet jeśli żyje się w wolnym, rozwijającym się kraju z kapitalistyczną gospodarką. Polacy bowiem do tego, by się jednoczyć, potrzebują wspólnego problemu. Gdy nie ma problemu (wojny się skończyły, powodzi mniej, katastrofy zdarzają się niezwykle rzadko), to trzeba go stworzyć.

Narzekanie, krytykowanie i pieniactwo są polskimi demonami przeszłości. I choć Polska nie była najżyczliwiej potraktowana przez historię, to jednak trzeba pamiętać o tym, że najlepsza informacja dotycząca przeszłości to ta, że ona już się skończyła. Że wraz ze zmianą rzeczywistości musimy zmieniać nasze myślenie po to, by dawało ono dostęp do efektywnego korzystania z potencjału jaki posiadamy. Jeśli ktoś posiada strategię radzenia sobie z rzeczywistością sprzed 30 lat, to równie dobrze mógłby próbować w swoim komputerze zainstalować oprogramowanie Spectruma czy Atari. Kłopot w tym, że ryba nigdy nie wie, że jest w akwarium, dopóki jej się z niej nie wyciągnie i nie pokaże, że poza nim istnieją większe możliwości. Co więcej, ani ta ryba, ani niektóre gatunki żółwi czy węży nie urosną ponad rozmiar środowiska, w jakim przyszło im żyć.

A co jeśli się okaże, że Polak to taka ryba, która w 2013 roku mogłaby być wielokrotnie większa, ale nie rośnie ze względu na „akwarium myślenia” sprzed kilkudziesięciu lat?

Każda zmiana, by była skuteczna, wymaga wprowadzenia lepszych alternatyw.

Uśmiech
Badania przeprowadzone na sportowcach z Wayne State University z 2010 roku wykazały, że uśmiechający się baseballiści żyli średnio o 7 lat dłużej niż ich nieuśmiechający się koledzy. Pracownicy z uśmiechem są traktowani jako bardziej kompetentni, a kobiety z uśmiechem szybciej wychodzą za mąż i są szczęśliwsze w małżeństwie.

Bycie pozytywnym
Ludzie pozytywni żyją dłużej, lepiej sobie radzą ze stresem i porażkami, rzadziej zapadają na przeziębienia i choroby serca. Negatywne wydarzenia są przez nich widziane jako zewnętrzne i pojedyncze przypadki, przez co szybciej wyciągają wnioski z porażek i celebrują sukces. Badania wykazały również, że sportowcy pozytywnie myślący osiągają lepsze rezultaty.

Stymulujące środowisko
Efekt czystej ekspozycji (Zajonc, 1968) uczy, że mózg bardziej lubi to, co częściej widzi. Gdy zorganizuje się mu więc środowisko, w którym będzie pozytywnie stymulowany (z jednoczesnym uważaniem na permanentnie pokazywane w mediach problemy, katastrofy, wypadki i ludzkie tragedie), to będzie się zdrowo rozwijać i pozwoli dobrze czuć, cieszyć i rosnąć pod kątem intelektualnym, emocjonalnym i duchowym.

Komplementy
Psychologowie doradzają minimum 5 minut czułości dziennie i 5 minut podziwu w celu rozwijania relacji. Mężczyźni potrzebują podziwu by rosnąć, kobiety by czuć się kochane. Mamy naturalną tendencję do spędzania czasu z ludźmi, przy których czujemy się dobrze.

Zysk zamiast straty
Amerykanie, kupując produkt, zastanawiają się nad jego ceną nie poprzez pryzmat straty ale tego, co mogą zyskać. Dzięki temu nie towarzyszy im mentalność ograniczonych zasobów, w krórej gdy jeden zyskuje, drugi traci. Produkty i usługi stają się inwestycją, dzięki której zyskuje się określonego rodzaju zasoby.

Sukces zamiast porażki
Gloryfikacja sukcesu tym różni się od faworyzowania porażki, że stawia na piedestał tych, którzy mają wybitne osiągnięcia – czy to pod kątem sportu, intelektualnym czy gospodarczym. Wówczas stają się oni wzorcami do naśladowania, inspirują tych, którzy dopiero zaczynają iść ich ścieżką.

Feedback zamiast krytyki
Jeśli dziecko słyszy od rodzica jedynie to, co robi źle, jego poczucie własnej wartości zostanie obniżone. Efektywniejsze jest podanie alternatywnych sposobów zachowania tak, by słuchający wiedział, co konkretnie może usprawnić.

Postępując zgodnie z powyższymi zaleceniami, można w dużym stopniu złagodzić symptomy narzekania, hejterstwa i pieniactwa, a czasem je w znacznym stopniu wyeliminować. Dzięki temu łatwiej będzie się cieszyć z małych rzeczy, budować zdrowsze relacje z innymi i lepiej czuć się z samym sobą.

Zaczął się wrzesień, skończyły wakacje i jest poniedziałek. I mimo to, lub właśnie dlatego, życzę wszystkim Czytelnikom z całego serca cudownego tygodnia.

Skuteczna obrona Dawida przed Goliatem

Ostatnio słyszałem o niezłej akcji odnośnie Soso pewnej firmy, która skrytykował na swoim vlogu pewien Pan i został pozwany przez producenta i wysunięto mu żadanie zapłaty 150 000 zł co jest dość dużą kwotą. Tak czy siak moim zdaniem wizerunek firmy bardziej ucierpi teraz gdy jest głośno na temat tego wydarzenia niż po opublikowaniu testu sosu. A poniżej dobry artykuł Alexa jak sobie radzić w takich sytuacjach by jednak coś zrobić w walce z dużo silniejszym przeciwnikiem.

Ostatnio głośno w internecie, też w naTemat, o kolejnym przypadku, kiedy duża i bogata korporacja pozywa małego vlogera na kolosalną dla niego sumę w nadziei, że zastraszy to innych. Środowisko protestuje, hejtuje na facebooku Goliata, jest gotowe zrzucić się na zasądzone odszkodowanie itp. To wszystko jest bardzo szlachetne i wzruszające, ale równie nieskuteczne co naiwne.

Podobnie walki w sądzie oznaczają starcie na tym polu, gdzie Goliat mając za sobą duże zasoby finansowe i sztab prawników jest zdecydowanie silniejszy. Nic dziwnego, że dotąd ignoruje on wszelkie gesty zmierzające do pojednania lub ugody. On ma to w nosie, bo na tym polu czuje się silny i …. ma rację!

Co w takim razie możecie zrobić, kiedy pozornie nie można nic zrobić?

Na szczęście na tym świecie jest sprawiedliwość i praktycznie każdy olbrzym ma jakieś wrażliwe miejsce (jak Achilles swoją piętę), trzeba tylko je znaleźć i trafić 🙂
Co może być takim wrażliwym miejscem dla naszego Goliata?

Firma sprzedająca masowo swoje produkty dla niezwykle „masowego” klienta może przecież całkowicie zlekceważyć głosy tysięcy internautów, którzy nie są jej grupą docelową! Tutaj koledzy z innych serwisów i komentatorzy zwracający na to uwagę maja całkowitą rację. Nie tędy droga.

Słabe miejsce jest gdzieś indziej:

Firmy takie jak Goliat nie sprzedają swoich produktów bezpośrednio, lecz przez poprzez handel, w tym sieci dyskontów i hipermarketów. W wypadku tych dwóch ostatnich prawdopodobnie jest to większość obrotów dostawcy.

Nie wiem czy wiecie, że w takich przypadkach negocjacje pomiędzy dostawcą a sieciami są zazwyczaj niezwykle twarde i bezwzględne. Kupiec sieci nie pominie żadnej okazji, aby uszczknąć co nieco z ceny zakupu i postara się wykorzystać każdy możliwy argument. A ponieważ mówimy o bardzo dużych pieniądzach, to nawet niewielka różnica w procentach będzie Goliata kosztowała znacznie więcej, niż te pieniądze, o które chce się procesować. A pracują tam inteligentni ludzie, którym tylko trzeba pomóc policzyć, czy próba dalszego zgniecenia Dawida im się opłaca. 🙂 Teraz już jasne? 🙂

Trzeba po prostu spowodować, aby kupcy możliwie wielu wchodzących w grę sieci dowiedzieli się o problemie wizerunkowym Goliata i jego produktów w internecie! Tym kupcom może to być nawet w gruncie rzeczy wszystko jedno (i pewnie jest), ale sposobność wyszarpania od Goliata dalszych ustępstw cenowych („bo produkt ma zły image”) będzie dla wielu zbyt wielka, aby ją pominąć 🙂 A to już będzie bardzo boleć jeśli zrobicie to w kilku sieciach.

Czyli zamiast narzekać i hejtować na fejsie u Goliata lepiej:

• Zrobić duży szum na temat produktów Goliata na stronach społecznościowych sieci hipermarketów i dyskontów (te ostatnie bardzo ważne!!)
• Pisać do działów marketingu sieci i dyskontów pytając, czy to jest dobre dla wizerunku sieci, jeśli sprzedają oni produkty producenta, który na uwago co do ich jakości reaguje pozwem sądowym całkowicie ignorując masowe głosy konsumentów
• Pisać do działów zakupów tych sieci (najlepiej do kupca odpowiedniego działu) z informacją jak powyżej i radą, że ten pożałowania godny fakt powinni wykorzystać negocjując z dostawcą 🙂

Oczywiście nie łudźmy się, ze w ten sposób gdziekolwiek spowodujemy delisting (czyli usuniecie z asortymentu) jakiegokolwiek produktu Goliata. Nie o to chodzi! Chodzi o to, aby w ten sposób uczynić dla Goliata walkę z Dawidem zbyt kosztowną i zmotywować go do jak najszybszego zamknięcia całej sprawy.

Jeżeli rozkręcicie taką akcję, a Goliat jest Spółką Akcyjną (jeśli ma S.A. w nazwie), to możecie zacząć pisać do Rady Nadzorczej zapytania, czy Zarząd nie działa na szkodę spółki ignorując tak potężny problem wizerunkowy z podaniem linków lub zrzutów z odpowiednich stron. Znowu nie łudźcie się, że kogokolwiek odwołacie, ale dodatkowy smród będzie dodatkową motywacją dla firmy, aby przemyśleć swoje działania 🙂

A teraz drodzy Internauci, jeśli chcecie coś zrobić to decyzja leży po Waszej stronie.

PS: Opisana metoda jest dobrą ilustracją dwunastej Zasady Alexa opisanej we właśnie powstającej książce „Sukces w relacjach – kluczem do zadowolenia w życiu i powodzenia w biznesie”.
Panom od Goliata przydałaby się jej lektura 🙂

http://alexbarszczewski.natemat.pl/72799,skuteczna-obrona-dawida-przed-goliatem?utm_source=twitterfeed&utm_medium=facebook